Rozdział X
Stolica Kanaryjskich Wysp: Santa Cruz. — Jej znaczenie w przyszłości. — Plac Konstytucji. — Wiadomości portowe. — Opóźnienie „Łucji-Małgorzaty”. — Wizyty. — Komendant Borris i jego obietnica. — Generał Veyler. — Gubernator wojenny Kanaryjskich Wysp i admirał Vigo-Nina — Karnawał w Santa Cruz. — Zbiory profesora Maffiota i muzeum miejskie. — Francuska korweta „Cher”. — Don Pablo Pebrer i jego biblioteczka. — Pożegnanie. — Serdeczność komendanta Lafond. — Wyjazd.
Stolica Kanaryjskich Wysp, zawsze ożywiona i wesoła, jest niejako królową afrykańskich wód Atlantyku. Miasto, liczące mniej więcej 20 000 mieszkańców, jest budowane rozlegle i okazale, posiada piękne place i skwery, głównie zaś obszerny i bezpieczny port, w ścisłym utrzymywany porządku; port, który stanie się jeszcze dogodniejszy, gdy długie granitowe molo będzie wykończone i przeprowadzone dalej, podług istniejącego już projektu. Wtedy Santa Cruz zaliczyć się da do najlepszych przystani morskich, jakie istnieją. Jeżeli dotychczas port ten nie miał odpowiedniego sobie ruchu handlowego, to należy szukać przyczyny tego w braku komunikacji telegraficznej; okręty wolały mieć jako stację Maderę lub Wyspy Zielonego Przylądka185 mimo braku roślinności na tych ostatnich. Wkrótce jednakże zmieni się to wszystko, ważny ten czynnik korespondencji zadrga lada dzień w Santa Cruz i skoncentruje tu może handlowe znaczenie Madery i wysp Cap Verde. Rząd hiszpański przeprowadza albowiem kabel telegraficzny z Kadyksu na wyspy kanaryjskie, franko-hiszpańska kompania przedłuży go zaś prawdopodobnie dalej do Senegalu, tak iż Santa Cruz będzie wkrótce połączona z Europą i z lądem afrykańskim186.
Główny ruch miasta panuje na placu Konstytucji, na którym wysiedliśmy, przybywając. Tu znajduje się pałac cywilnego gubernatora, casino miejskie, rezydencja naczelnika dywizji morskiej oraz kilka większych hotelów. Plac przedstawia się jako podługowaty czworobok wyniesiony ponad ulicami i wyłożony wielkimi płytami granitu. W obu końcach, tj. w pośrodku stron mniejszych stoją dwa pomniki, jeden z nich wyobraża krzyż — herb miasta, drugi tworzy grupę przedstawiającą przyjęcie chrześcijaństwa przez pierwotnych krajowców. Tu wreszcie znajduje się również główne café-restaurant187 miasta: „Café del comercio”.
Kiedy powóz nasz stanął na placu, było już późno i ciemno; odesłałem więc konie i poszliśmy do portu, by się przekonać, czy „Łucja-Małgorzata” przybyła do Orotawy. Obszerne granitowe molo, po którym wiodła nas droga, było już opuszczone. Na morzu zauważyłem wprawdzie kilka okrętów, panowała jednak taka ciemność, że nic rozpoznać nie byłem w stanie. Wtem spostrzegłem majtka floty wojennej opartego o słup łańcuchowy. Mniemając, że należy do zarządu portowego, zapytałem go się językiem dumnej Kastylii, jakie okręty stoją na kotwicy i czy nie zauważył „Łucji-Małgorzaty”.
„N’comprends par M’sieur”188 — odparł zagadnięty tak czysto bretońskim akcentem, jak gdybyśmy stali na plantach Brestu. Był to francuski majtek wojenny: teraz dopiero, przystępując bliżej, poznałem czerwony kutas189 czapek rządowych floty francuskiej, okręt tej narodowości musiał więc znajdować się w porcie. Prostując omyłkę, zwróciłem się do Francuza w jego ojczystym języku i dowiedziałem się, że „Łucji” jeszcze nie ma i że okręty, które widziałem na rejdzie, są to dwie francuskie korwety190: pierwsza „Cher”, płynąca od Nowej Kaledonii191, druga „Du Petit-Thuars”, pod flagą komendanta eskadry kapitana Borris, główny okręt oddziału francuskiej floty na wodach afrykańskich, następnie „Sigera”, wojenny okręt stacji hiszpańskiej. Wiadomość o pierwszych szczerze mnie uradowała, gdyż przez długi pobyt we Francji, a głównie w Paryżu, Breście, Cherbourgu i Hawrze, miałem wielu dobrych znajomych pomiędzy oficerami francuskiej marynarki. Nieobecność okrętu naszego jednakże żywo mnie zaniepokoiła, udałem się więc do biura portowego, gdzie otrzymałem uspakajającą wiadomość, że „Łucja” w porcie być nie może, ponieważ przez cały dzień nie było wiatru, panowała zupełna cisza na morzu. Zmęczeni drogą, powróciliśmy na plac Konstytucji i zasnęli wkrótce w jednym z hotelów.
Kiedym następnego dnia wcześnie rano wyszedł na molo, ujrzałem wreszcie zgrabne maszty i syrenę „Łucji”, kołyszącej się lekko na falach zatoki. Wziąłem więc łódź portową i pojechaliśmy ku naszemu okrętowi, by jak najprędzej dowiedzieć się, jak odbył drogę z Orotawy.
Gdyśmy przybyli do portu, zastałem kapitana Boutes w piorunującym humorze.
— Jakaż była żegluga, Mr. Boutes? — zapytałem się, wchodząc na pokład.
Mr. Boutes mógł zaledwie powstrzymać swe gromy na ciszę morską, która była zaskoczyła okręt wobec skał Orotawy i Anagi. Uspokoił się jednakże na widok bezpiecznego portu Santa Cruz, tym bardziej że dla dalszej żeglugi mieliśmy w perspektywie stałe świeże pasaty, które za dni kilka miały nas przenieść dalej na południe, do Liberii.
Głównym celem, w którym przybyłem do Santa Cruz, było uzupełnienie listy przedmiotów potrzebnych jeszcze ostatecznie dla ekspedycji oraz wyjednanie jej jak największej protekcji ze strony władz hiszpańskich. Przewidując więc liczne wizyty, przeniosłem się na czas pobytu do hotelu „De Cuatro Naciones”, w którym stanął również p. Wildpret. Pierwszym i najlepszym hotelem w Santa Cruz jest wprawdzie inna, wygodnie po angielsku urządzona gospoda „Hotel Camacho”, lecz chciałem jak najdłużej pozostać z naszym przyjacielem z Orotawy, stanąłem więc w jego fondzie.
Kiedym powrócił z okrętu i uczynił pierwszych kilka kroków na ulicy portowej, spostrzegłem znaną twarz, która mi się również zdawała przypatrywać. Zbliżywszy się, poznałem ze zdziwieniem już z Madery nam znajomego księcia Karageorgiewicza, który bawił jeszcze w Santa Cruz, czekając na parowiec mający go przewieźć do Marsylii po zwiedzeniu kilku marokańskich portów. Przywitaliśmy się wzajemnym: „Comment! vous ici?”192
Ponieważ jednakże spieszyłem do hotelu, a było i tak już późno, musieliśmy się więc tymczasowo pożegnać, pozostawiając plany, powstające z przyczyny spotkania, na dnie następne. W hotelu zastałem p. Wildpreta. Pospieszyłem zaprosić go na okręt na obiad w obawie, by nie przyjął innego zaproszenia. Na szczęście wyraziłem mu nasze ogólne życzenie dość wcześnie, gdyż przyrzekł. Tymczasem zaś siedliśmy do hotelowego śniadania, przy którym podziwiać musiałem gwarliwość Hiszpanów przy stole. Poznałem tu kilku santacruzkich przyjaciół mego towarzysza drogi i wkrótce dzięki niemu miałem już liczne znajomości. Pan Robinet, sekretarz francuskiego konsulatu, także jeden z przyjaciół p. Wildpreta, nadzwyczaj serdeczny i wykształcony jegomość, objaśnił mnie co do osób, którym pragnąłem złożyć me wizyty, dodając, iż konsul francuski, baron Chassoriot, i Don Abel Aguilar, zięć jego, konsul rosyjski, byli nadzwyczaj zdziwieni, widząc mały nasz północny okręt aż na wodach Teneryfy. Długo rozmawiałem przy stole z przyjemnym Francuzem, którego już po zamaszystej napoleonce193 można było z daleka poznać jako takiego. Gawędziliśmy o wieściach otrzymanych przez ostatni pakbot z Europy, o zajściach we Francji, lecz najgłówniejsza dla mnie była wiadomość, że rząd francuski wysyła eskadrę składającą się z 14 okrętów na wody zachodnich brzegów Afryki i że naczelnik jej, komendant Borris, przybyły na „Du-Petit-Thuars”, zabawi w Santa Cruz prawdopodobnie jeszcze ze dwa dni. Był to szczęśliwy traf, dający możność zbliżenia się z dowódcą eskadry, który jako taki był ważną osobistością dla każdego, kogo obchodzą sprawy zachodnioafrykańskie. Oświadczyłem więc p. Robinet, iż oprócz wizyty, jaką zamierzam złożyć generalnemu gubernatorowi i admirałowi stacji, postanowiłem również złożyć takową panu Aguilar, że więc będzie mi nadzwyczaj przyjemne i pożądane poznać przy sposobności barona Chassoriot, jego krewnego, i złożyć me uszanowanie komendantom francuskich okrętów. Tak się też stało.
U francuskiego konsula spotkałem się z komendantem Borris i stosownie do mego życzenia baron Chassoriot przedstawił mnie naczelnikowi francuskiej eskadry.
— Jak to — zawołał komodor — podczas ostatnich burz byłeś pan z tym lugierem na oceanie?
— Tak jest, komodorze — rzekłem. — „Łucja-Małgorzata” posiada najlepsze zalety morskie.
— Parbleu!194 Musi je posiadać, inaczej nie byłbyś pan dzisiaj na Teneryfie; ale małe rozmiary jej — sacristi!195 — to nie musiały być żarty. Korweta „Cher”, która stoi ze mną na rejdzie, jest parową korwetą wojenną, przy tym nie najmniejszą, a krzyżując po oceanie w tym samym czasie, nielekkie miała przejścia; była siedemnaście dni w drodze.
Komodor Borris, stary, dzielny marynarz, poczuł za bohaterską żeglugę „Łucji-Małgorzaty” niezmierną dla niej przyjaźń, a przyjaźń marynarza do jakiegokolwiek okrętu rozpościera się na wszystko, co do niego należy.
Mówiliśmy więc chwil kilka o mej ekspedycji i wreszcie pożegnałem się, widząc, że komodor ma interesy do załatwienia z konsulem.
— Gdziekolwiek bądź spotkasz pan jaki okręt mej eskadry — rzekł mi przy pożegnaniu — bądź pan pewny, iż będzie zawsze gotów nieść wszelką pomoc ekspedycji, jaką tylko będzie w stanie jej okazać. Nie omieszkam dać odpowiednich instrukcji, a więc do widzenia na Fernando Poo. Szczęśliwej drogi!
Dnia następnego poznałem pana Aguilara, konsula rosyjskiego, który przyszedł oddać mi wizytę, ofiarując się towarzyszyć mi do gubernatora i admirała. Poszliśmy więc razem.
W pałacu komendantury przyjął nas naczelnik sztabu, pułkownik Tolosa, i wkrótce wprowadził nas marcjalnie196 wyglądający adiutant do generała Veylera, głównego komendanta Kanaryjskich Wysp.
Wszędzie w obszernych salach, na schodach, w dyżurnych pokojach i biurach panował wzorowy porządek. Prosto i dzielnie trzymające się warty, z respektem wchodzący i wychodzący oficerowie, wszystko świadczyło, że tu włada silna ręka, żeśmy w bliskości dzielnego generała.
Wkrótce znajdowaliśmy się rzeczywiście wobec jednego z najdzielniejszych wodzów armii hiszpańskiej. Generał Veyler, czyli jak go tu nazywają podług tytułu: „el capitan general”, jest stosunkowo do stopnia i godności, jaką piastuje, jeszcze młodym człowiekiem; może mieć około lat 36; co mu zaś tak wcześnie przyniosło szlify generalskie i nadało ogólną powagę i poszanowanie pośród armii, to jego czynne, czysto wojskowe życie. Każdy jego stopień oficerski otrzymany jest na polu bitwy, obóz był mu najlepiej znaną kwaterą, a szabla prawie nieustannym towarzyszem; walczył nią szczęśliwie przeciw karlistom197 i wyruszał kilkakrotnie na wrzące w powstaniu to Kubę, to Wyspy Filipińskie.
Po tym wszystkim, co słyszałem o generale, sądziłem, że ujrzę typ barczystego i pokiereszowanego „starego wojaka”, byłem więc zdziwiony, gdy wyszedł ku nam niskiego wzrostu jegomość, niezbyt silnej budowy i ubrany po cywilnemu — był to generał. Pan Aguilar przedstawił mnie gubernatorowi, mogłem zatem bliżej przypatrzyć się miłej i inteligentnej jego twarzy. Mimo niepozornej postaci wzbudzał on poszanowanie: rysy nosiły piętno stanowczości i wielkiej siły woli, spojrzenie świadczyło o niezmiernej bystrości poglądu, wysokie czoło zaś o niezwykłej inteligencji. Mimo to wszystko można było odczuć w generale zaraz na wstępie prostotę i szlachetność, można by powiedzieć: serdeczność nawet, choć znów z drugiej strony uderzała pewność w postępowaniu i ufność w siebie.
Po kilku słowach tyczących się podróży naszej zauważyłem w nim szczere zajęcie się ekspedycją, określiłem mu więc cel jej i opisałem dotychczasową żeglugę. Generał tymczasem wspomniał mi, że i on za kilka lub kilkanaście dni wyruszy z ekspedycją wojskowego charakteru na brzegi marokańskiej Sahary, by zająć w imieniu rządu hiszpańskiego jeden z punktów, do których Hiszpania ma prawo. Jest to marokańska miejscowość Agadir, czyli jak nazywają ją Hiszpanie Santa Cruz de Mar Pequena198, położona mniej więcej w 30° 20’ północnej szerokości. Stary traktat, podpisany w Wadi Ras199, oddał prawnie ową przystań morską rządowi madryckiemu; sułtan Sidi Muley Hassan atoli, obecny władca marokański, oparł się temu, podczas gdy dla Hiszpanii spełnienie traktatu miało swoją wagę, dla wschodnich zaś wysp kanaryjskiego archipelagu była to kwestia żywotna. Wyspy te, Lanzarote i Fuertaventura, prowadzą dość znaczny handel rybami, bliskość marokańskich brzegów tymczasem narażała rybaków hiszpańskich na ciągłe napaści i rabunki ze strony wojowniczych nadbrzeżnych mieszkańców, tak że zajęcie owego punktu Santa Cruz de Mar Pequena stało się niezbędne dla obrony interesów kanaryjskich.
Rozpoczęto więc nowe traktowania z sułtanem, uwieńczone rezultatem korzystnym dla Hiszpanii i generał Veyler otrzymał rozkaz z Madrytu zająć oznaczony posterunek; oczekiwał tylko przybycia okrętu transportowego z wojskiem i pancernika „Numancia”. Tymczasem nadszedł ordynans. Zauważyłem, że generał zajęty, pożegnałem się więc, musząc przyrzec sympatycznemu gubernatorowi, iż będę na balu, który dawał owego wieczora.
Naczelnik stacji morskiej, admirał Vigo-Nina, któremu złożyłem następną wizytę, przyjął nas równie uprzejmie i okazał także jak największą przychylność dla ekspedycji. Obiecał mi list do gubernatora wyspy Fernando Poo i zapewnił, że możemy rachować na wszystko, w czym tylko kolonia Fernando Poo będzie w stanie pomagać pracom ekspedycji.
Gdym powrócił do hotelu, zauważyłem dopiero, co się działo na ulicy. Karnawał rozgościł się na dobre w Santa Cruz: śniadania, obiady i bale goniły się po kolei, na stole zastałem liczne zaproszenia, wszystkie były tak serdeczne, domy tak gościnne, że nie wszędzie odmowa była możliwa. Najweselej spędzała karnawał młodzież miejska, jak to zresztą wszędzie bywa. Całe miasto przemieniło się w bal maskowy; liczne grupy poprzebierane przeciągają wtedy po ulicach, to pieszo, to konno, to na wozach, zatrzymując się przed pierwszym lepszym domem, gdzie podczas ostatków zawsze zastawione są stoły dla znajomych i nieznajomych masek. Przed wejściem jednakże przybywająca grupa musi znieść atak z okien, z których jak ze strzelnic fortecy wita ją grad jaj, wypychaniu których przypatrywaliśmy się już w Orotawie w hotelu „Teyde”.
Podczas karnawału poważni i dumni Hiszpanie przetwarzają się zupełnie, rzekłbyś, że nie znają granic wesołości. Widziałem jeźdźców wjeżdżających wraz z koniem do kawiarni i głoszących z siodła jak z kazalnicy mowy do zebranych. Rzadko jednakże widać pijanych, a do nadużyć nie dochodzi prawie nigdy. Jak mi mówiono, cieszy się Santa Cruz w ogóle reputacją wesołego miasta, mieszkańcy lubią się bawić, casino częste daje bale, bulwar zawsze zapełniony spacerującymi, nawet w gustownie urządzonym teatrze również jest pełno mimo karnawału i tak miernej trupy, że siadłszy w fotelu parterowym, zasnąłem snem twardym i przerywanym wyłącznie podczas pauz. Mylnie jednakże przypuszczano by, że podróżnik nie znajdzie tu nie oprócz zabaw i miejsc wesołości. Stolica Teneryfy ma też swe przybytki pracy i nauki, chociaż są to po większej części prywatne pracownie. Taki jest gabinet zmarłego profesora Maffiota, który uprzejmi synowie dozwolili nam zwiedzić i przejrzeć zbiory pracowitego przyrodnika. Mają one głównie znaczenie dla mineralogii i geologii Wysp Kanaryjskich i zajęły nadzwyczaj K. Tomczeka. Prócz okazów mineralogicznych znajdują się tu zbiory fauny morskiej archipelagu i wykopaliska po Guanczach, a pomiędzy nimi pieczęć, którą opisuje i podaje w kolorowanym rysunku Berthelot w jednym z tomów o starożytnościach Guanczów.
Głównym skarbem dla badacza Guanczów jest w Santa Cruz miejskie muzeum, właściwiej byłoby je nazwać: muzeum doktora Bethencourt (jednego z ostatnich potomków sławnego Juana de Bethencourt, pierwszego zdobywcy Kanaryjskich Wysp). Muzeum to, znajdujące się w starym klasztornym budynku, należy wprawdzie do miasta, lecz zawdzięcza swe zbiory i byt prawie wyłącznie poszukiwaniom i staranności doktora. Poznawszy się z nim przez p. Wildpreta, miałem sposobność zwiedzić drogocenne te zabytki. Przeszedłszy po jednej z mniejszych uliczek, weszliśmy w furtkę starego klasztoru, w którym dziś mieszczą się różne biura i gimnazjum miasta. Przebywszy kilka korytarzy i schody, na dół prowadzące, staliśmy wreszcie przed starymi drzwiami, ukrywającymi mozolnie zebrane pamiątki przeszłości. Doktor posłał po klucze i wkrótce znajdowałem się z p. Wildpretem i z jednym z oficerów hiszpańskiej marynarki, który nam towarzyszył, w podługowatej, wąskiej sali, czyniącej wrażenie trupiarni. Po obu stronach poustawiane były na półkach przez całą długość nawy czaszki pierwotnych mieszkańców Kanaryjskich Wysp (pomiędzy nimi wiele Guanczów), na dole zaś mumie, kawały balsamu i mnóstwo zabytków miejscowych starożytności. Zbiór kraniologiczny zawierał 746 czaszek i przedstawiał ciekawe pole dla antropologa i historyka. Z westchnieniem pomyślałem o dwu przyjaciołach ekspedycji: o czcigodnym doktorze Baranieckim i o profesorze Kopernickim z akademii krakowskiej; otrzymałem jednakże w Santa Cruz drugą czaszkę Guancza, był więc choć w cząstce plon dla tego ostatniego.
Tymczasem czas schodził, interesy w Santa Cruz były ukończone, a jednak zatrzymywało nas gościnne miasto.
Komodora Borris już nie było na rejdzie, wypłynął był do Senegalu, lecz stała jeszcze korweta „Cher” i na długo pamiętne będą mi chwile spędzone u jej komendanta, porucznika Lofond i serdecznych jej oficerów z księciem Karageorgiewiczem, panem Aguilar i konsulem francuskim. Jednej jeszcze osoby nie mogę pominąć milczeniem, ponieważ mimo woli często przychodzi mi na myśl jako serdeczny, rzadkiej dobroci przyjaciel ekspedycji. Był nim Don Pablo Pebrer, naczelnik górnictwa i lasów prowincji Kanaryjskich Wysp. Wychowany w Europie, mówił wyśmienicie po francusku i w ogóle można go było wziąć prędzej za Francuza niż za Hiszpana. Pan Pebrer był to jegomość dobrej tuszy, lubiący ciszę i spokój, zdziwiłem się więc niemało, gdy zastałem go pewnego dnia w „Café del comercio” obładowanego książkami; spocił się aż pod ciężarem swej biblioteczki.
— Co to takiego, Don Pablo? — spytałem zdziwiony, podchodząc do niego i podając mu rękę.
— Oto dzieła o Kanaryjskich Wyspach — rzekł, pokazując książki. — Są one po większej części tu wydane, sądziłem, że będą pożądane dla biblioteki „Łucji-Małgorzaty”. Chciej je więc pan przyjąć od szczerego przyjaciela jej zadania, a w dalekich podróżach przypomni to panu czasem naszą Teneryfę.
Nie wiedziałem, jak dziękować poczciwemu panu Pebrezowi. Piękne, pożyteczne dzieła były dla mnie cennym zbiorem, lecz stokroć cenniejszymi jeszcze szczera przyjaźń i gorąca chęć popierania naszej pracy. Jeżeli te ćwiartki kiedykolwiek dojdą do niego na Wyspy Kanaryjskie, niechaj odczyta w nich wspomnienie długich naszych gawędek i odczuje szczerą, zawsze zachowywaną przyjaźń.
Lecz czas nagli, musimy płynąć dalej, żegnajmy się więc z gościnnym miastem Santa Cruz i przyjaciółmi.
Poczciwy pan Wildpret pierwszy nas opuszcza, musi albowiem wracać do Orotawy. Tak się przyzwyczaiłem do tego cichego towarzysza, że trudno mi było rozstać się tak prędko, lecz drogi nasze już się rozchodziły, i to w chwili, gdyśmy się najlepiej poznali, jak to często bywa w życiu. Uścisnęliśmy więc sobie dłonie, przyrzekli dawać wzajemnie wiadomości i rozstaliśmy się.
Generał Veyler pożegnał mnie krótko, lecz serdecznie:
— Gdziekolwiek bądź będziemy — rzekł mi — czy tu, czy w Europie, rachuj pan na przyjaciela.
Stary admirał Vigo-Nina wręczył mi listy do gubernatora Fernando Poo. Odczytawszy je, musiałem przyznać, że najlepszego przyjaciela nie byłbym goręcej polecił. Admirał jednakże zdawał się jeszcze nie być zadowolony z siebie, chociaż podług jego listu mieliśmy prawo żądać wszystkiego na Fernando Poo200. Z twarzy admirała było widać, że pragnąłby sam być na owej wyspie, by uczynić tam dla nas, co było w jego mocy.
Ostatniego dnia pan Pebrez zaprosił mnie do siebie na pożegnanie.
— Nie tańczyłeś pan na balach — rzekł mi — nie mogłem więc przedstawić pana mej żonie i córkom, zechciej pan zatem ostatnie to śniadanie spędzić razem z nami; córki moje grają na fortepianie, usłyszymy utwory pańskiego rodaka, Szopena, i kilka urywków z oper, zdaje się, że trafi to panu do gustu.
Przyjąłem gościnne zaproszenie i spędziłem w cichym domu pana Pebreza może najprzyjemniejsze chwile w Santa Cruz. Mówiąc o fortepianie, Don Pablo wiedział dobrze, że trafił w słabą mą strunę. Gdyby nie ostatnie chwile i czas naglący, byłbym dłużej wsłuchiwał się w urywki naszego mistrza, w których piękne senority streszczały melodyjnym echem przyjemne dni pobytu w Santa Cruz.
Kiedym wchodził w godzinę później mniej więcej do francuskiego konsulatu, by pożegnać się z p. Aguilarem i baronem Chassoriot, zastałem oficera z korwety „Cher”, której komendant pan Lafond ofiarował był mi holowanie „Łucji-Małgorzaty” z portu, ponieważ nie było wiatru, a jednego dnia mieliśmy podnieść kotwicę. Oficer był więc przysłany, by się zapytać, czyśmy gotowi. „Cher” płynął również na południe, dążąc do Nowej Kaledonii, serdeczny komendant pragnął więc okazać nam swą życzliwość, użyczając sił swej maszyny naszej żaglowej „Łucji” przez cząstkę drogi wspólnej. Niestety, czekałem jeszcze na różne przedmioty zakupione dla ekspedycji, miałem prócz tego korespondencją do skończenia, nie mogłem zatem przyjąć zobowiązującej propozycji i musiałem podziękować komendantowi, życząc mu z całego serca jak najszczęśliwszej drogi. Oficer odpłynął na pokład swego okrętu, za chwilę dany był sygnał i statek powoli zaczął oddalać się z portu. „Łucja” zamieniła z nim saluty flagą i za godzinę „Cher” był na pełnym oceanie.
Przed wieczorem skończyliśmy interesy. Nasza szalupa odbiła od portowej przystani i wkrótce staliśmy znów na pokładzie naszego lugra, gotowi do dalszej drogi. Wiatr jednakże się nie wzmagał. Na próżno wyczekiwałem go przez kilka godzin, musieliśmy noc jeszcze postać na kotwicy i dopiero następnego dnia rano (9 lutego) „Łucja-Małgorzata” rozwinęła żagle.
Teneryfa znikła w mgle porannej, na chwil kilka ukazały się z lewej burty wybrzeża Gran Canarii, wreszcie znikły i one na horyzoncie. Byliśmy znów na oceanie.