Rozdział XIX
Podarki króla Amatifu. — Heroldowie królewscy. — Dary przysłane od Akasamadu. — Stary tron króla Amatifu i sala tronowa. — Fufu. — Przybycie króla na obiad. — Dziwny obowiązek assinijskiego ministra. — Etykieta assinijska. — Żona tygodniowa króla. — Sjesta. — Obraz z tysiąca i jednej nocy. — Uroczystość na cześć gości. — Oprowadzanie fetyszów. — Taniec miłości. — Podarki. — Pierścienie Amatifu. — Chorzy nasi zmuszają do odwrotu.
Następnego rana, gdym wyszedł na wewnętrzny dziedziniec przylegający do naszych pokojów, zauważyłem ruch niezwykły. Czarni słudzy króla Amatifu znosili całe masy bananów, kur, kóz, baranów, jamsu, jaj, a wreszcie sprowadzili wołu. Był to podarek Jego Królewskiej Mości, którym zwyczaj krajowy kazał się wywzajemić za ofiarowane przez nas dary. Ten sam zwyczaj jednakże wymagał również, by ofiarowana żywność posłużyła do wspólnej z ofiarodawcą uczty. Zaprosiliśmy więc na obiad starego króla, który też przyjął zaproszenie — przysłał służbę na pomoc naszemu kucharzowi i oświadczył, że prosi nas użyć na ten cel „salę tronową”. Osobny zaś posłaniec doniósł, że Amatifu napędził wszystkich swych złotników do wykończenia dla nas pierścieni na pamiątkę od assinijskiego władcy, lecz że takowe nie mogą być wykończone prędzej jak na wieczór. Podziękowałem królowi za ten nowy dowód przyjaźni i korzystając z kilku wolnych chwil, zdobytych podczas przygotowań kulinarnych naszych ludzi, udaliśmy się do miasta, by zwiedzić resztę jego dzielnic.
W jednej z ulic napotkaliśmy znowu wysłańców króla, którzy na nowo zwoływali poddanych na popołudniowe uroczystości i polecali ich szczególnej uwadze i poszanowaniu białych gości, przyjaciół Amatifu. Posłańców było czterech. Pierwszy niósł dzwon i grzechotki, zwracając ich dźwiękami uwagę mieszkańców na siebie, za nim szedł główny herold z fetyszem Amatifu, ogłaszając zlecenia otrzymane od króla, w końcu wreszcie szło dwóch innych heroldów z dzidami, oznakami godności. Wszyscy byli pomalowani białymi kresami na twarzy i ciele, co oznaczało, że byli posłańcami króla. Dążyli od domu do domu, spełniając swą powinność z wielkim hałasem. Wszędzie też, dokąd dojść mogło niedyskretne nasze oko, zauważyliśmy przygotowania do zapowiedzianej ceremonii: tak kobiety, jak i mężczyźni wynosili z ukryć domowych najbogatsze swe materie i klejnoty, które za godzin kilka zdobić miały ich brązowe postacie, by stworzyć scenę wziętą zaiste jakby z tysiąca i jednej nocy.
Gdyśmy powrócili do pałacu, zastaliśmy nowych posłów z darami: byli to ludzie od Akasamadu, następcy tronu, przychodzący z kozami, baranami, platanami jako rewanżem za dane mu wczoraj podarki. Posłano i tego część do kuchni, a tymczasem udaliśmy się do owej „sali tronowej”, gdzie pod dozorem Kastora Anema i inni przygotowywali stół. Była to obszerna komnata oddzielona od korytarza wchodowego ścianą zrobioną a jour316. W jednym jej rogu zaś stał na wywyższeniu tron Amatifu — wielki fotel o prostej wysokiej poręczy, wybity żółtym atłasem. Był to jednak „tron zgrzybiały”, prawdopodobnie jeszcze z czasów Bouet-Villaumera, a białe mrówki i inne toczące owady, jako też mole, pozostawiły na nim liczne swe ślady. Jego Królewska Mość jednakże nie raczyła się jeszcze ukazać, stanąłem więc w oknie, przypatrując się kobietom pomagającym kuchcikom naszym przy biciu sławnego fufu. Jest to masa ubita z gotowanych platanów. Długie ubijanie w drewnianym moździerzu czyni ją tak gęstą i wisną317, że dla oddzielenia cząstki łyżką trzeba tę ostatnią najprzód umaczać w szklance wody. Do fufu podaje kuchnia afrykańska sos pieprzowy ze świeżego afrykańskiego pieprzu i oleju palmowego, co skosztowawszy, nieprzyzwyczajony jeszcze cudzoziemiec czuje jakby ogień w ustach. Łatwo jednak przywyka się do tej potrawy, a podczas febr nawiedzających podróżnika często w Afryce jest ona jedynym prawie jadłem, którego zupełnie przytępiony apetyt nie odrzuca.
Nieszczęsna ta plaga życia afrykańskiego już się zjawiła w gronie mych towarzyszów. Od rana czterech z nich czuło się niedobrze, gorączka się wzmagała tak, że przy zapowiedzianym solennym obiedzie nie wszyscy mogli być obecni. Wreszcie zapełnił się korytarz. Przez kraciastą ścianę zauważyłem mnóstwo tłoczących się członków dworu królewskiego, a w końcu w fioletowej jedwabnej todze przeszywanej złotem i w kapeluszu generała-feldmarszałka z czerwonym pióropuszem, ukazał się Amatifu wraz z żoną (faworytką tygodnia) i dwoma najmłodszymi synami, oprócz ministrów i świty. Król po ceremonialnym przywitaniu zajął swój tron, u nóg siedli dwaj jego mali synowie, z tyłu żona i ministrowie, a z boków: Kastor tłumacz z prawej, z lewej zaś główny minister z chustką, którą ścierał ślad, ile razy Jego Królewska Mość splunęła.
Bogate bransoletki na rękach i nogach, pierścienie i kolczyki, a oprócz tego ciężkie pepity złota w brodzie zawieszone musiały niemało ciężyć starcowi. Obecna jego żona miała również we włosach znaczną ilość złotych ciężkich ozdób oprócz licznych bransoletek i naszyjników wyrobionych z tego kruszcu. Amatifu jednakże nie wyglądał dnia tego tak czerstwo jak zeszłego wieczoru. Oczy jakoś były zapadłe, wyraz twarzy nieco kwaśny, cała postać jakby sztywna i wyschła, głos znacznie ochrypły. Później dopiero dowiedziałem się od Kastora, że ja byłem mimowolną przyczyną metamorfozy. Damżany318 z anyżówką albowiem znalazły takie upodobanie Jego Królewskiej Mości, że otrzymawszy je, dowiódł swego upodobania en gros319 i pokrzepił całe ich zawartością swą i swych małżonek spragnione natury podczas ciszy nocnej. Był dlatego nieco roztargniony, o czym świadczył piróg z pióropuszem wsadzony tyłem do czoła, co jednakże spostrzegł minister z chustką i poprawił przy wejściu.
Obiad się rozpoczął. Amatifu był jedynym, który jadł z nami przy stole — jadł z początku widelcem, lecz wkrótce poprosił etykietalnie o pozwolenie swych gości jeść palcami, ponieważ to mu wygodniej. Naturalnie nie zachmurzyło to bynajmniej naszego usposobienia. Ze swego talerza dawał rękami kawałki potraw dzieciom i żonie obecnej. Tej jednakże, jak w ogóle tu kobietom, nie przystawało jeść wobec męża, wkładała więc otrzymane porcje do drewnianej miseczki, którą trzymał przy niej niewolnik. Była to twarz jasna, koloru brunatnożółtawego o regularnych rysach, które szpeciło atoli tatuowanie na skroniach i czole. Dowiedzieliśmy się, że to podobno córka króla aszantyjskiego, krewnego Amatifu.
Rozmowa, podczas której starałem się rozweselić starca, stała się wkrótce ożywiona, o ile pozwalała na to etykieta krajowa. Amatifu ma, zdaje się, słabą stronę do napojów: popijał wino czerwone, lecz wolał absynt i anyżówkę. Oświadczając wreszcie, iż wkrótce rozpocznie się uroczystość dana na cześć naszą, poprosił o pozwolenie powrócenia do swych pokojów dla odpoczynku.
Odprowadziwszy kilka kroków odchodzącego, poszedłem za jego przykładem i odbyłem małą sjestę, gdyż trzeba było przygotować się na kilka godzin palącego słońca i piekielnej murzyńskiej muzyki.
Około trzeciej też przybył posłaniec od Amatifu, oznajmiając, że król wychodzi na uroczystość i oczekuje tylko naszego przybycia, by dać znak do rozpoczęcia. Dałem więc znać o tym mym towarzyszom, a gdy się zebrali, ruszyłem prowadzony przez jednego z dworaków ku miejscu, w którym odbyć się miały uroczystości tego dnia.
Było to wewnętrzne podwórze przylegające do owej sali tronowej, w której obiadowaliśmy dwie godziny temu.
Widok, jaki się przedstawił oczom naszym, jest trudny do opisania! Na murowanych stopniach, otaczających wewnętrzne frontony dziedzińca, a ozdobionych daszkiem wystającym, rysowała się, niby na tarasach otaczających kwadratową arenę, dziwna, fantastycznie malownicza masa czarnych postaci, ubranych w białe lub innych kolorów togi i bogato ozdobionych złotymi, srebrnymi klejnotami. Zdawało się rozgorączkowanemu umysłowi, że za pomocą lampy Aladyna przeniesieni zostaliśmy w dawne stolice numidyjskich monarchów, przyjmujących Rzymian świetne stroje i bogactwa, albo że na afrykańskiej ziemi ujrzeliśmy miraż, że to fatamorgana!
Pod głównym frontonem w cieniu siedział na europejskim fotelu, wysłanym podarowanym wczoraj przez nas dywanem, i otoczony swą świtą — sędziwy Amatifu w białej jedwabnej todze przeszywanej złotem. U nóg jego siedziało dwóch małych jego synów, za nimi kilku synów starszych i ministrowie, z prawej i lewej zaś, z wyjątkiem ośmiu siedzeń dla nas przygotowanych, a przerywających malownicze tło, poruszała się z lekka, jak południowych wód fala, barwna masa brązowych postaci — w końcu wreszcie, naprzeciwko króla ciągnął się fronton otwarty, gdyż tu stały fetysze królewskie. Przed nimi siedziała muzyka bębny, grzechotki i dzwony z żółwich skorup — nad wszystkim zaś jaśniała toń ciemnolazurowego oceanu, wśród którego złota tarcza słoneczna rozsyłała swe płomienne blaski, jak gdyby cała atmosfera zgorzeć320 miała dnia tego we wszystko pochłaniającym upale.
Wpatrując się w tę żywą rycinę i podczas gdy wszystkich spojrzenia były skoncentrowane na grupę naszą, przeszliśmy kwadratową arenę i zajęli również nasze siedzenia. Przechodząc około starego monarchy, przywitaliśmy się powtórnie podaniem ręki, a gdyśmy siedli, Amatifu dał znak rozpoczęcia zabawy.
Niezwłocznie uderzono w bębny drewniane, cymbały i grzechotki. Aczkolwiek piekielna ta muzyka odbywa się podług taktu, biją jednakże w bębny i resztę instrumentów tak szybko, że całość wystawia się jako nieopisany chaos. Nastąpiło oprowadzanie przed nami kolejno każdego z fetyszów. Procesja ta trwająca około dwóch godzin była nadzwyczaj oryginalna. Z przodu szedł Murzyn z toporem, którym wywijał w powietrzu, niby odpędzając siły wrogie, wstrzymujące przejście fetysza.
Za nim dwóch ludzi przybranych w skóry jaszczurek i aligatorów niosło same fetysze, których kształty były najrozmaitsze. To wypchana jaszczurka, to czaszka, to figura wystrugana z siwą brodą, to żółwia skorupa, to znów plecione grzechotki, napełnione szeleszczącymi nasionami, żaby i jaszczurki z gliny ulepione i okopcone, to znów kamienie z białymi znakami w formie T lub V. Z tyłu zaś szedł błazen, umalowany na twarzy wapnem, a noszący okrągły kapelusz. Cała ta grupa obnosiła fetysze w ciągłych dzikich skokach, to się cofając, to dzwoniąc kolanami, jakby ze strachu, a ciągle kiwając głowami na wszystkie strony. Patrząc na nich zdawało się, że to garstka wariatów drżących silnie od zimna, tak konwulsyjne były ich ruchy. Ile razy grupa ta (która rozpoczynała swój bieg od domku fetyszów) mijała dworaków i zbliżała się do króla, Amatifu przywoływał ją drewnianym instrumentem, formy bumerangu Australczyków, w który uderzał drewnianym młoteczkiem. Dwaj przebrani Murzyni, którzy nieśli fetysz, kierowali swe skoki wtedy ku królowi, niby posłuszni pociągowi, jaki czuł tajemniczy przedmiot do głównego fetyszera kraju. Amatifu albowiem jest za przebiegły, by powierzyć niebezpieczną tę godność komu innemu; jest więc głową polityczną i religijną zarazem w swym państwie, mogąc strącić lada chwila niepodobające mu się jednostki z najwyższej posady w ręce swych katów. Jest jednakże pod tym względem więcej umiarkowany niż jego kuzyn, król Mensah aszantyjski, nb.321 jeżeli jest w dobrym humorze.
Ile razy jednak grupa fetyszerów miała minąć nasze miejsca, wyprawiała ona najdziksze skoki, zbaczała z drogi, wracała o kilka kroków, znów podskakiwała naprzód, podczas gdy Murzyn z toporem coraz silniej wywijał w powietrzu. Niby przy obcych fetyszowi trudno było przejść i dopiero po dźwięku młoteczka starego króla grupa mijała, jak stado brykających żubrów, których coś straszy na drodze. To samo powtarzało się z każdym fetyszem, a gdy widzowie byli znużeni, pokrzepiali się winem palmowym z czar struganych z orzechów kokosowych, podczas gdy fetyszerzy i inni sprzeciwiali się błaznowi, rzucając mu na plecy różne przedmioty, a między innymi rozbijali o nie jaja kurze.
Wreszcie obniesiono wszystkie fetysze dokoła. Bębny na chwilę ustały i zaczęła się zmieniać dekoracja, a raczej aktorowie. Po niewielkiej pauzie, podczas której obnoszono w kalabasach i dzbanach wino palmowe oraz rodzaj sorbetu322 z pomarańcz, wyszły dwie grupy: jedna kobiet, druga mężczyzn. Były to niby najpiękniejsze kwiaty z seraju323 Amatifu, które prowadziła rano poznana królowa tygodnia, świecąca od złotych ozdób i olejków, którymi wysmarowane było ciało i włosy. Również bogaty widok przedstawiała i reszta żon naznaczonych do tańca. Rozpoczął się taniec miłości, który ściśle opisać byłoby niemożliwe. Szalonym, namiętnym ruchom wtórowała również szalona muzyka — chwilami zdawało się, że rozbiją się te bębny lub klepki rozebranej baryłki, związane w pęk lianami, w które grono niewolników, klęcząc, uderzało ze wszystkich sił pałkami. Wreszcie królowe assinijskie, padając prawie ze znużenia, skończyły swój taniec, a raczej pantominę324, przedstawiającą wszystkie odcienia namiętności gorącego syna Afryki w tak drastycznej formie i nagości, że ten, kto widział te sceny, zapewne ich nie zapomni, pragnącemu zaś bliższego opisu powiedzieć tylko można: „Idź i zobacz, a zrozumiesz, że milczę”.
Kto nie widział sposobu tańca murzyńskiego w ogóle, ten nie może mieć wyobrażenia o oryginalności tego widoku. Jest to po prostu konwulsyjne, jakby spazmatyczne potrząsanie ciała na miejscu: łydki, kolana, biodra, plecy, ramiona, głowa — wszystko trzęsie się z coraz wzrastającą siłą, pot kroplisty występuje na całym ciele tancerza lub tancerki, dopóki znużeni nie padną prawie, a rozognieni muzykanci powiększają wrzawę swych instrumentów głośnym, nieprzerwanym śpiewem.
Gorąco było wciąż niezmiernie. Atmosfera zdawała się być rozpalona, lecz niestrudzone nasze bajadery325 nie zrażały się tym bynajmniej. Gdy zmęczenie kazało im na chwilę wypocząć, widocznie niecierpliwiły się i z nowym zapałem wypadały na arenę.
Od czasu do czasu Amatifu wysyłał swych małych synów, by się popisywali pomiędzy poruszającym się kolorowym kalejdoskopem tancerek i tancerzy. Wtedy malcy chwytali długie kawały jedwabnej materii i jak strzały puszczali się wzdłuż wolnego w pośrodku placu, podczas gdy powiewały za nimi trzymane nad głową materie, aż drobni tancerze nawrócili i imitując ruchy starszych, powracali w podskokach do ojca. Wtedy stara twarz Amatifu uśmiechała się zadowolona, gdyż lubi on swych synów nadzwyczaj, dopóki są mali — potem zapomina o nich i oddala ich od siebie.
Podczas pląsów malców królewskie tancerki podchodziły kolejno do Amatifu i do nas, podając nam ręce na znak przyjaźni małżonka ich dla nas. Potem znów odbiegały i znów rozpoczynały swe dziwne pląsy.
Tymczasem wzmogła się febra mych towarzyszów do takiego stopnia, że stan ich zaczął mnie niepokoić. Były to skutki palącego w łodzi na jeziorze słońca, na które Europejczyk w Afryce w ogóle zbyt narażać się nie powinien. Udzieliłem spostrzeżenia me panu Bretignére i podziękowaliśmy Amatifu za uroczystą jego zabawę daną na cześć naszą, wiedząc, że przez to podziękowanie skończy się hałaśliwa ta scena. Wypadało jeszcze dać podarki tancerkom, o czym był już pomyślał gościnny Francuz, i za chwil kilka wniesiono kilkanaście sztuk materii i skrzynki z butelkami dżynu, na pokrzepienie znużonych aktorów tego baletu w swoim rodzaju. Żony Amatifu widząc to, obiegły raz jeszcze plac, pokazując wszystkie swe wdzięki, po czym podeszły znów kolejno do podziękowania — i opuściliśmy miejsca nasze, pożegnawszy się z królem, by odetchnąć po tym zgiełku i tej wrzawie.
Po odpoczynku poprosił mnie Amatifu, bym go odwiedził w jego komnacie. Zabrawszy więc Kastora, udałem się do pokoju starego króla. Była to wąska, podłogowa aula, o glinianych, na czerwono pomalowanych ścianach. W pośrodku swych domowników, siedzących na ziemi, spoczywał Amatifu w pół leżącej postawie, na krześle sorentyńskim, postawionym na wzniesieniu. Gdym wszedł, wstał i pytając się o zdrowie mych towarzyszów, oświadczył nadzieję, że nam się uroczystość dzisiejsza podobała, a na znak przyjaźni swej, rzekł, stary król Amatifu kazał swym złotnikom sporządzić pamiątkowy pierścień dla swego gościa i dla każdego z jego towarzyszów.
Podziękowałem starcowi — wymieniliśmy jeszcze kilka grzeczności i udałem się do naszych pokojów, gdzie już czekano z obiadem, a raczej kolacją. Pierścienie Amatifu były przyjemną niespodzianką, nad którą spędzeni złotnicy widocznie spieszyć się musieli; przyjęto je też z radością, raz jako okaz krajowej roboty, po wtóre jako pamiątkę od króla Amatifu.
Rozmowa przy wieczornym stole, przy którym byliśmy bez świadków, toczyła się naturalnie o popołudniowej uroczystości i królewskich tancerkach. Pacjentom naszym jednakże stawało się coraz gorzej i mimo ogólnego żalu zdrowych musiałem się zdecydować zmienić program. Na dzień jutrzejszy albowiem zamierzaliśmy udać się wyżej po rzece Krindżabo, by zwiedzić jej katarakty w Aboasso, lecz wkradające się pomiędzy mych podróżnych febry nie dozwoliły na to. Postanowiliśmy więc pożegnać się dziś i odpłynąć jutro nazad nad brzeg do Assini.