Rozdział XV

Obiad u kanclerza rzeczypospolitej. — P. Smith, reprezentant amerykański. — Wyścigi. — Wizyta wieczorna na pokładzie „Łucji”. — Belgijczycy na lądzie afrykańskim. — Sekty. — Oryginalny napis. — Gimdu i Luis. — Wypłynięcie z Monrowii. — Południowe prowincje Liberii. — Prowincja Bassa. — Pilot. — Przybycie do Cap Palmas. — Burza. — Miasto, faktorie i monety. — Znajomości zawarte na plantacji p. Verdier. — Deszcz. — Cywilizowany kacyk Grebo. — Gościnność miasta Cap Palmas.

Po dniu wypoczynku, jaki nastąpił po tej dwudniowej wycieczce, przysłano na okręt bilety p. Gibsona, kanclerza, zapraszające nas na obiad do jego rezydencji. Zebranie było liczne: prezydent rzeczypospolitej ze swym gabinetem, poseł Stanów Zjednoczonych Ameryki oraz konsulowie zagraniczni byli obecni i muszę wyrazić w tym miejscu podziękowanie p. Gibsonowi za gościnne przyjęcie, jakiego doznała ekspedycja w Liberii. Czym jednak grzeszy każde zebranie tutejsze — choć to grzeszki niewinne — jest to nadmierna ilość mów, mówek i toastów, których ostatnie słowo powtarza całe zgromadzenie, jakby uznając je za przykładne orzeczenie. Nuży to niezmiernie, lecz Liberyjczycy kontenci, bo mogą popisywać się wymową.

Po obiedzie p. Gibsona odwiedziliśmy p. Smitha, ministra-rezydenta amerykańskiego, ponieważ zaprosił nas na wyścigi jego szalupy z szalupą niemieckiego konsula. Muszę się zatrzymać na chwil kilka przy osobie tego niebiałego reprezentanta. P. Smith albowiem był czarny jak heban, lecz dzielny jego charakter i wykształcenie głębokie, jakie posiadał, wzbudzały już po krótkim poznaniu w każdym głęboki szacunek dla jego osoby; trudno nawet sobie wyobrazić, że p. Smith mógł mieć nieprzyjaciół. Wysoka, barczysta jego postać i twarz o bystrym, rozumnym, lecz równocześnie i serdecznym spojrzeniu, ujmowała każdego, a przysłowie: „Jaki pan, taki kram” sprawdziło się na nim także. Pierwszy rzut oka na gabinet jego mówi dobrze o właścicielu. Biurko świadczące o pracy oraz obszerna biblioteka stoją tu na pierwszym planie, a obok najbliżej go obchodzących licznych tomów Kodeksu praw Stanów Zjednoczonych zajęli miejsce Draper, Buckle, Smiles271 itp. Być może, że stąd ukaże się kiedyś Historia Liberii, do której p. Smith zbiera materiały, a przy znajomości społeczeństwa, w jakim mieszka obecnie już dość długo, obdarzy on świat naukowy zapewne dziełem poważnym. Chwile zaś wolne od zajęć poświęca p. Smith wycieczkom w łodzi lub czytaniu nowych wydań księgarskich Europy i Ameryki. Tak był otrzymał właśnie piękne dzieło Ebersa Egipt w przekładzie angielskim. Twierdzeniu więc, że słońce równikowe zabija chęć do zajęć umysłowych, zadaje czarny nasz Amerykanin najzupełniejszy kłam. Do najprzyjemniejszych gawędek z czasu pobytu w Liberii zaliczę wieczorne rozmowy prowadzone z nim — pięknym przedstawicielem prawdy, iż pod berłem światła rzeczywistego giną w dalekim zmroku przesądy i zatrą się duchowe różnice ras. „Jestem czarny — rzekł razu pewnego p. Smith bez najmniejszej ogródki lub fałszywego wstydu, jaki się tu często z przyczyny koloru napotyka — i wszystko, co jest przyjazne dla praojczyzny mej, Afryki, jest dla mnie naturalnym, drogim przedmiotem przyjaźni. Chciałbym widzieć społeczeństwo to posuwające się naprzód duchowo do wysokości innych społeczeństw, a za nim podążający cały ten ląd, dziś ciemny i drzemiący”. Kiedyż będzie Afryka posiadała wielu takich Smithów, których Alma Mater272 stałaby na tej ziemi! Czasy to bardzo jeszcze odległe, dziś nawet myśleć o nich nie można.

Lecz siądźmy do szalupy! Amerykańska flaga z niemiecką zrównały się, każda obsadzona ośmioma silnymi Krumanami. Siadłem pod flagą amerykańską i strzeliły łodzie po morzu naokoło przylądka Mesurado. Szum fal zagłuszał nawoływania Krumanów napędzające ich do wioseł, lecz na próżno potęgowano wołania w niemieckiej szalupie! Ameryka wygrała! I jakby w nagrodę rozwiał wiatr wieczorny flagę Stanów Zjednoczonych, a oświetlone fale odbiły gwiaździste jej pole osrebrzone światłem księżyca. Gdy szalupy znów się zrównały, zaprosiłem obie załogi na pokład „Łucji-Małgorzaty”, by zmęczonych Krumanów posilić szklanką rumu, my zaś z gośćmi zasiedliśmy na pokładzie naokoło stołu, przy kieliszku starej litewskiej starki, podarku hr. Benedykta Tyszkiewicza.

Tak mijał czas w Liberii, pouczająco i przyjemnie zarazem. Wyczekiwaliśmy teraz tylko na parowiec do Europy, by wysłać korespondencje do kraju, a potem w dalszą ruszyć drogę. Wreszcie nadszedł takowy — udałem się na pokład pakbotu, oddałem listy, których spora nazbierała się ilość, i już chciałem odpływać, gdy niespodziewanie spostrzegłem znajomego pasażera, przybywającego do Monrowii. Był to generalny konsul belgijski z Santa Cruz, p. Desguin, wysłany przez rząd swój dla zwiedzenia tych brzegów. Belgijczycy albowiem pod wpływem wielkodusznego króla Leopolda273, protegującego tak wzniośle rozwój i badanie afrykańskiego lądu, energicznie biorą się do pracy i właśnie w chwili, którą opisujemy, stał okręt belgijski na kotwicy przed Monrowią, zakładając tu, jako też w innych miejscach brzegowych faktorie. Chciałem zaprosić p. Desguin, by zamieszkał na „Łucji” przez czas jej pobytu przed Monrowią, lecz już był zabrał nam gościa p. Smith, którego dom zawsze jest otwarty dla cudzoziemców.

Czas jednak w dalszą ruszyć drogę! Ostatni dzień pobytu był niedzielny, a kto zna uciążliwą angielską bigoterię niedzielną, ten łatwo uformuje sobie pojęcie o liberyjskiej, gdy powiem, iż jest ona taka sama. W ogóle strona religijna w Liberii stanowi jedną z ujemnych stron kraju. Ja zauważyłem już w rozdziale XIII, że każdy niemal sejm nadaje nowej jakiej sekcie prawa państwowego kościoła. Sekty te częstokroć różnią się drobiazgową, śmieszną jaką bagatelą jedna od drugiej, by zaś zyskać adeptów, nadają prozelitom274 swym różne ułatwienia i doprowadziły liczbę rozwodów i nieprawych dzieci do przerażających zaiste liczb. Toteż „biskupi” tych sekt i meeting-housy (domy nabożeństw) ich wyrastają jak grzyby na liberyjskiej ziemi. Kaplice te czynią jednak niejednokrotnie wrażenie przypominające przysłowie „Du sublime au ridicule il n’y a qu’un pas275. Tak zauważyliśmy w jednej z nich następujący charakterystyczny drukowany napis: „No spitting on the floor nor chewing of tobacco allowed in the church” (Spluwanie na podłogę lub żucie tytoniu w kościele jest niedozwolone). Było to w domu nabożeństw episkopalnych metodystów. Hymny zaś, panujące w tych przybytkach przesadzonej świątobliwości, nie są bynajmniej budujące! Kilkanaście czarnych dam, pamiętających założenie Liberii, oraz tyluż malców napełnia sale te wtedy przeraźliwym piskiem, mającym się podobać Panu Bogu.

Tymczasem jednakże poskładaliśmy wizyty pożegnalne i kierujemy się do miasta krajowców Krootown, gdzie woła mnie interes. Co rano albowiem zauważaliśmy na okręcie podpływającą małą pirogę, a w niej dwóch zwinnych malców Krumanków, przywożących ananasy i orzechy kokosowe na sprzedaż za suchary. Chłopcy ci oświadczyli, że chcą koniecznie wstąpić do służby u mnie, udałem się więc do osady Krootown, gdzie mieszkał ich ojciec i przeszedłszy mnóstwo bambusowych chatek, odszukałem takowego, by pozyskać jego zezwolenie dla malców i umówić się o ich zapłatę.

— A długo mają tam pozostać synowie moi? — zapytał olbrzymi Murzyn, gdym mu rzekł, po co przyszedłem.

— Dwanaście miesięcy — odparłem, dodając, że dam mu to na piśmie, jeżeli zechce.

Tymczasem jednakże nadeszła matka, nieszpetna jeszcze Murzynka i stanowczo nie dozwoliła na wyjazd chłopców.

— Ha! Wtedy ucieknę z białym — dodał jeden z malców.

Na te słowa barczysty ojciec schwycił nieposłusznego za ramię, powalił go na ziemię i podnosząc kawał drzewa, byłby uderzył chłopaka, gdybym go nie był powstrzymał.

— A cóż im będziesz płacił? — zawołał stary Murzyn, rzucając kłodę i zwracając się do mnie. — Dasz im razem dolara na miesiąc?

— Zgoda — odparłem — tę płacę mogą pobierać, a zadatku, czyli awansu mogę ci zostawić cztery dolary (8 rs.).

Ta ostatnia propozycja zaraz usunęła trudności i za pół godziny Gimdu i Nuba, czyli Luis byli zainstalowani na pokładzie „Łucji Małgorzaty” do usług przy stole.

Następnego dnia, 5 marca, ze wschodem słońca zaszeleściły łańcuchy kotwic okrętowych, za chwil kilka „Łucja” rozwinęła żagle i powoli malownicze zarysy przylądka Mesurado i dachy Monrowii znikły nam z oczu.

Płynęliśmy wzdłuż liberyjskich brzegów przed prowincjami Bassa i Sinoe do przylądka Palmas, gdzie spodziewałem się zastać listy z Europy. Przy tych właśnie brzegach zatrzymują się zwykle parowce i okręty rekrutujące Krumanów, w Bassa, Sinoe, Setra Kroo, Nana Kroo, Grand Sess, Beribe i w licznych innych. Niezmiernie żyzna i urodzajna jest prowincja Bassa276. Krajowcy hodują tu tytoń, ryż, kawę i trzcinę cukrową obok zwykłych plantacji jamsu, koki i bananów. Lasy zaś dostarczają znaczną ilość kauczuku, który powoli zaczyna być ważną gałęzią handlu afrykańskiego.

Ósmego około południa powstał ruch na okręcie — zabito i złowiono rekina. Majtkowie wzięli się niezwłocznie do rozpłatania potwora, członkowie ekspedycji do preparowania różnych jego części. Lecz poznaliśmy już scenę połowu rekina, nie zatrzymujmy się więc, lecz płyńmy dalej. Bryza (wiatr panujący około brzegów lądowych) tak jest słaba, że posuwamy się z wolna naprzód, gdyż wypłynęliśmy od dawna poza obręb pasatów. Wreszcie dziewiątego wieczorem zbliżamy się do Palmowego Przylądka. Pilot-Murzyn, którego wzięliśmy po drodze, gdyż sam podpłynął ku nam na swej wątłej pirodze około osady Sestres, zgodził się za dwie nitki (6 łokci) materii, 4 główki tytoniu i butelkę wódki, wskazuje nam miejsce do zarzucenia kotwicy, lecz przybycie nasze do Cap Palmas nie było tak spokojne, jak przybycie do Monrowii.

Niebo, które już przed wieczorem pokryło się gęstymi chmurami, przeszył nagle piorun, morze się zakołysało, rzucając okrętem na wszystkie strony i wkrótce rozpoczął się dziki koncert w przyrodzie — ryczenie wichru, huki grzmotów i łoskot fal, przerywane rzucaniem się „Łucji”, której załoga przez całą tę kilkugodzinną walkę żywiołów musiała być na pokładzie, mimo zmęczenia z żeglugi, grunt albowiem w Cap Palmas nie jest zbyt dogodny dla okrętów i nieraz jedna kotwica nie wytrzyma. Z tego też powodu statki rozbiły się już na wodach Palmowego Przylądka.

Gdy następnego rana słońce oświeciło pogodne niebo, zauważyliśmy, iż staliśmy zbyt daleko od miasta. Podniesiono więc kotwicę i przybliżyliśmy się do lądu, ponieważ trzeba było tu nabrać świeżych zapasów wody. Następnie spuszczono szalupy i udaliśmy się do miasta.

Cape Palmas, stolica południowa Rzeczypospolitej Liberyjskiej, do gubernatora której miałem listy od kanclerza Gibsona, przyjęła nas z równą gościnnością jak Monrowia.

Jest to miasto niewielkie, przeważnie z domów drewnianych budowane, leżące niedaleko od rzeki Cavalla, wrzynającej się głęboko w ląd. Trzy europejskie faktorie: holenderska, niemiecka i francuska razem z jedną liberyjską, pp. Gill et Comp., dostarczają mieszkańcom potrzebnych towarów europejskich rynków.

Poznawszy się z konsulem francuskim, p. Verdier, posiadającym plantację kawy o kilka mil od miasta, zostaliśmy przez niego zaproszeni spędzić tam zbliżającą się niedzielę. Droga z miasta do wiejskiej rezydencji p. Verdier była bardzo przyjemna. Nad ranem przysłano nam dwukołowe bryczki, zaprzęgnięta każda wołem, i ruszyliśmy przez wycięte już lasy, na których miejscu dziś ciągną się plantacje. I pod tym względem Cape Palmas stoi wyżej od Monrowii, gdyż tam lasy i gąszcze podchodzą jeszcze pod samo miasto, a dla braku dróg nie ma tam dotychczas komunikacji kołowej.

Plantacje p. Verdier okazały się jako rozległe i dobrze pielęgnowane pola kawowe i dzień upłynął szybko. Przyjemną też zawarliśmy tu znajomość z młodym, wykształconym Francuzem, p. Bretignére, powracającym z Europy, gdzie odpoczywał po małej handlowej eksploracji krajów Assini277 i Grand Bassam. Obecnie zaś czekał na odpowiedni parowiec, by znów udać się do Assini, gdzie brat naszego p. Verdier posiada faktorię, a nieco dalej, w głębi kraju, zakłada olbrzymią nową plantację kawy. Po całodziennej rozmowie z młodym Francuzem poznałem w nim przyjemnego towarzysza podróży, a zaproszony przez niego zwiedzić Assini, zaproponowałem mu nie czekać na parowiec, lecz wyruszyć z nami na „Łucji”. Plany powzięte bez długich przygotowań zwykle udają się najlepiej. Prosiłem więc gościa, by stawił się jutro w Cape Palmas i doniósł mi o swej decyzji.

Tymczasem niebo się zachmurzyło — zbierało się na niepogodę i pożegnawszy gościnny dom Francuza, by jeszcze przed deszczem powrócić do miasta, ruszyliśmy ku brzegowi, napędzając nasze woły, jak tylko było można, przez plantacje. Deszcz jednakże nie czekał, aż będziemy pod dachem, i w połowie drogi zmoczyła nas nagła tropikalna ulewa. Na szczęście znajdował się blisko dom gubernatora, a że znana nam była uprzejmość jego, podążyliśmy więc ku niemu, szukając schronienia.

Zauważywszy nas, uprzejmy gospodarz niezwłocznie ukazał się we drzwiach i zaprosił do domu. Siedliśmy na przewiewnej werandzie, bez której żaden dom w tych stronach budowany nie bywa. Często otacza ona kilka stron domu, co najmniej zaś ciągnie się takowa wzdłuż przedniego i tylnego frontonu. Tu, na werandzie, przepędza mieszkaniec stron tropikalnych część dnia wolną od zajęć i postawiwszy na niej kilka wygodnych fotelów maderskich, przywożonych przez parowce z Funchalu na cały brzeg afrykański, oddycha on tu swobodniej niż w dusznych pokojach podczas skwarnych miesięcy pory suchej.

Wkrótce zresztą deszcz ustał i ruszyliśmy dalej do miasta.

Po drodze spotkaliśmy grupę krajowców zajętych tańcami i rozsadzających uszy nasze nadmiernym „tam-tam”. Sądząc, iż uczynią nam przyjemność, uderzyli afrykańscy artyści za naszym zbliżeniem się ze szczególną siłą w swe drewniane instrumenty. Wątpię wprawdzie, czy ktokolwiek z nas gustował w tych utworach, lecz co kraj, to obyczaj: trzeba było wyrazić swe zadowolenie, rzucić im kilka miedziaków i pójść dalej, gdyż odesłaliśmy nasze powoziki z wołami, przybywszy do gubernatora, i korzystając z odświeżonego po deszczu powietrza, szliśmy pieszo.

Krajowcy tej prowincji Rzeczypospolitej Liberyjskiej składają się głównie ze szczepu Grebo. Są oni surowych obyczajów i nieco rubaszni w obejściu, co zaś do sposobu życia, obrządków i mowy nie różnią się od ogólnych cech Krumanów.

Zauważyliśmy kilku z nich, których cywilizacja wyparła z dziewiczych lasów i posunęła na „kolorowych dżentelmenów”, najczęściej jednak nie na ludzi pracy, lecz na „misjonarzy” jakiejkolwiek sekty, gdyż to wygodne i łatwe zajęcie. Tak np. siedzieliśmy na obiedzie danym przez byłego mera278 miasta Cape Palmas na cześć ekspedycji razem przy stole z pewnym naczelnikiem plemienia Grebo, który już nie przedstawiał się bynajmniej jako nagi syn lasów i chat bambusowych. Był on po europejsku ubrany i miał pewne wykształcenie, był nawet „abonentem pisma angielskiego”, jak mi zauważył z pewnym zadowoleniem, choć jeszcze nosił przez czoło wypaloną kresę, znak plemienny, którym go napiętnowali po urodzeniu jego rodzice z gąszczu.

Cape Palmas dawało nam zresztą liczne dowody swej gościnności, ciągłe zaś obcowanie z Liberyjczykami dozwoliło wytworzyć sobie pewne pojęcie o rzeczywistym stanie tego kraju, który skreśliliśmy w rozdziałach XII i XIII. Gdy już mieliśmy odpływać, czarne damy zapragnęły nawet pobalować z gośćmi. Lecz musieliśmy podziękować za dobre chęci; czas schodzi, trzeba płynąć dalej — podążajmy więc znów na pokład „Łucji”.

Zanim jednakże ruszymy w drogę i opuścimy ostatecznie brzegi czarnej rzeczypospolitej, musimy jeszcze uczynić kilka uwag tu, jako w miejscu najlepiej ku temu się nadającym.

Zastanawiając się nad tym, jak ostatecznie zapatrywać się na dotychczasowe postępy cywilizacji między czarną ludnością tego lądu — zapytanie, które nasuwa się niejako samo przez się jako streszczenie obserwacji czynionych wśród społeczeństwa Liberii — przychodzi podróżnik do rezultatów niekorzystnych dotychczas dla rasy czarnej, lecz znajduje zarazem część przyczyn takowych w nas białych.

Dotychczasowo przeciętny przedstawiciel rasy czarnej (będący nawet już dość dawno pod wpływem europejskiej lub amerykańskiej cywilizacji) nie czuje rzeczywistej potrzeby i znaczenia komfortu, jaki wymaga tryb życia naszego, nie ma on albowiem poza sobą takiej przeszłości, która mogłaby była wytworzyć w nim stopniowe o nim pojęcie i odczuwanie potrzeb i wyników takowego.

Ta okoliczność rozwija dwa najwybitniejsze rysy „czarnego obywatela” — lenistwo i niedbałość, z przeciwdziałających zaś czynników znajdujemy rzadko kiedy inne nad próżność, chęć błyszczenia i przenoszenia się nad innych. Pierwsze z tych czynników trzymają go uporczywie w szeregach umysłowego i społecznego proletariatu, pozbawiają go siły i energii, siły charakteru i szerszych poglądów, w końcu możności wyrobienia sobie programu dla swej działalności — ostatnie popychają go wprawdzie czasem do jakiegokolwiek zajęcia (częściej zaś wprost do różnych nadużyć przedsięwziętych w celach zysku) skierowanego do możliwości posiadania środków do błyszczenia, środków przeznaczonych nie tylko dla własnego dobrobytu, ile dla pokazania go innym; rodzą one jednakże w nim nieprzeparty pociąg do naśladowania form Europy i czynią z niego nie cywilizowanego w rzeczywistości obywatela, lecz najczęściej tylko karykaturę.

Ten, kto poznaje po raz pierwszy „cywilizowanych czarnych”, znanych na brzegach Zachodniej Afryki pod nazwą coloured gentleman, daje się zwykłe łatwo wprowadzać w błąd i nabiera wyobrażenia zbyt wysokiego o wartości rzeczywistej tych „kolorowych dżentelmenów”. Po dłuższej obserwacji i bliższym ich poznaniu sympatia ta stygnie znacznie i patrzy się na każdego z nich z uzasadnionym sceptycyzmem.

Naturalnie napotkaliśmy i napotka podróżnik zawsze przyjemne wyjątki — postaramy się też w następnych rozdziałach zawsze takowe przedstawiać. W tym miejscu jednakże zastanawiamy się nad przeciętnym „cywilizowanym czarnym obywatelem” i nie mogę inaczej powiedzieć, poznawszy następnie bardzo wielu z nich i obcowawszy z niektórymi przez całe miesiące (mieszkając niejednokrotnie i żyjąc z nimi), że napotykając „kolorowego dżentelmena” można spodziewać się w nim wszelkich niedobrych skłonności, które mogą go lada chwila posunąć do nadużyć i występków, gdy zdarzy się ku temu sposobność, rzadko zaś coś rzeczywiście i stale dobrego.

Każda prawie z tych jednostek jest materialna do najwyższego stopnia, dla służby swej jest bezwzględna i częstokroć niezmiernie okrutna, żywiąc ją zawsze w sposób jak najlichszy, prawie niemożliwy do zachowania zdrowia, by na wszystkim zyskać dla siebie najtańszym kosztem. Dla pieniędzy albowiem poświęca się tu prawie wszelkie inne uczucia, które w ogóle leniwo i rzadko kiełkują w tych naturach.

Poznałem później na Fernando Poo „kolorową lady”, która kijem zabiła młodą dziewczynę, będącą potajemnie jej niewolnicą i niemogącą lub niechcącą tyle pracować, ile jej pani wymagała. Ta sama „obywatelka”, wyłudziwszy korzystny bardzo testament na bogatym jej mężu, który wkrótce zachorował, nie dozwoliła, by sprowadzono lekarza mimo jego próśb i nalegań — dopóki nie przeniósł się na tamten świat. Do jakiego stopnia zaś dochodzi demoralizacja kobiet, o tym trudno byłoby pisać. Pod względem okrucieństwa i demoralizacji można tu spostrzec niekiedy dziwne, potworne zaiste przykłady! Niedawno wyszły w Anglii drukiem akta sądowe przedstawiające proces kryminalny wytoczony czarnym misjonarzom jednej z przeróżnych sekt angielskich o oburzające nadużycia i pastwienie się nad młodymi Murzynkami w miejscowości Quinteha nad Nigrem. Akta te odsłaniają po prostu horrenda279!

Mimo woli nasuwa się teraz pytanie: dlaczego dały dotychczasowe próby cywilizacyjne w zachodniej Afryce tak smutne rezultaty?

Zdaje się, że Europejczycy są w wielkiej części sami temu winni, a mianowicie pewne poglądy fałszywej filantropii pochodzącej z Exeter Hall280 w Londynie, która wyrządziła więcej szkody postępowi afrykańskiej rasy niż ktokolwiek nieznający tych stosunków przypuści, włączając samych owych filantropów.

Zamiast zapatrywać się na czarnych mieszkańców afrykańskiego lądu jak na wielkie dzieci, rozwojem których z tego stanowiska jedynie kierować wypada, głoszono im ustawicznie, że mają równe z Europejczykami prawo i że na równi z nimi traktowani być powinni. Kto by powiedział dziecku, że ma równe z dorosłymi prawa i że na równi z nim jest uważany, ten zapewne usłyszałby od malca przede wszystkim uwagę, że w takim razie do szkoły chodzić nie potrzebuje i że powinien to i owo posiadać, obowiązków wypadających mu jednakże z tej roli nie znałby wcale. Otrzymalibyśmy naturalnie karykaturę, w której wkrótce rozwinęłyby się wszystkie złe jej skłonności. Zupełnie tak postępowano zwykle dotychczas z dziecięcą czarną rasą! Nie czekając, dopóki wieki wyrobią ją stopniowo i podniosą, zepsuta, przesadzona filantropia tysiące tych jednostek zaraz na wstępie zepsuła przez nagłe wysuwanie ich do śmiesznych częstokroć ról i aspiracji.

Wykonawcami tych idei byli misjonarze licznych sekt angielskich, którzy, nawiasem mówiąc, są jedną z najnieznośniejszych plag Afryki. Gdyby ci czcigodni panowie o twarzy wiecznie uśmiechniętej byli pozostali w Anglii, którą prawdopodobnie opuścili dlatego, że nie umieli zająć się tam pożytecznie, byliby zapewne oddali ważną przysługę Afryce, w której gdzie tylko się pojawili, tam rozwinęli lenistwo i stworzyli owe jednostki spaczone, o których mówiliśmy wyżej281.

Liberyjczycy — cokolwiek o nich mówią — należą jednak do lepszych przedstawicieli takowych: są oni leniwi, niedbali, mają naturalnie zwykłą chęć błyszczenia, lecz nie mają owego otwartego pociągu do nadużyć, jaki stał się główną cechą innych reprezentantów tej kategorii czarnych.

Dopiero w angielskiej kolonii Sierra Leone i w Lagos rażą typy podobne szczególnie przybysza. Nadano albowiem tamtejszym obywatelom takie prawa i swobody, że dziś dla białego pobyt pomiędzy Sierraleończykami (którzy wyrobili sobie zresztą na całym brzegu najgorszą reputację pod każdym względem) staje się po prostu nieznośny. Między innymi np. zdarzają się tam jednostki zarabiające sobie w następujący sposób od czasu do czasu pieniądze: czarny dżentelmen w tużurku i krawacie naumyślnie zaczepia Europejczyka i niecierpliwi go dopóty swą arogancją, dopóki ten ostatni nie chwyci za laskę lub parasol. Tego zaś tylko czekał czarny elegant — niezwłocznie udaje się na skargę za uderzenie jedno lub kilka i otrzymuje za każde pewną sumę, na zapłacenie której Europejczyk zostaje skazany. Co do sposobów wyzyskiwania ludzi, cywilizacja dała Sierraleończykom i licznym innym „kolorowym dżentelmenom” rzeczywiście najróżniejsze pomysły282.

W końcu jako rezultat tych spostrzeżeń muszę twierdzić z niejednym innym znającym te stosunki i — wbrew wszystkim pięknym frazesom, jakimi przepełnione są zwykle raporty angielskich misjonarzy — że daleko więcej jest warta i bezwarunkowo więcej nadziei wzbudza własna cywilizacja państw centralnego Sudanu, jak np. Sokoto, Bornu, Bagirmi i inne, niż ta, którą dano owym społeczeństwom czarnym paradującym w europejskich tużurkach i krawatach.

Tamte podnoszą stopniowo to, co swoje, dążąc do rozwoju — te naśladują tylko formy cudzych instytucji i zwyczajów. Tamte zadziwiają przybysza do pewnego stopnia swym samoistnym postępem cywilizacji, mającym prawo żądać pobłażliwości — te mimo woli niejako pobudzają go do śmiechu i pewnego lekceważenia.

Oto mniej więcej wrażenie, jakiego doznaje podróżnik, patrząc na dotychczasowe rezultaty rozwoju osiągnięte wśród czarnych mieszkańców tych brzegów.