Rozdział XXVI

Powrót do okrętu. — Wypłynięcie z Fernando Poo. — Ostateczne przybycie do zatoki Ambas. — Tomczek i Janikowski rozbijają namiot na wyspie Mondoleh. — Rzeka Kameruńska. — Pierwsza febra. — Oddanie okrętu. — Śmierć dra Retzera.

Powrót z zatoki Ambas do okrętu, tj. do Fernando Poo, nie był tak fortunny jak podróż do zatoki.

Wypłynąwszy przed północą, by korzystać z wiejącego podczas nocy zwykle wiatru od lądu, spotkaliśmy się nad ranem 24 kwietnia z tornadem. Na szczęście p. Thomson, który był zdziwiony odbytą przeprawą na drobnej „Warszawiance”, nalegał w Victorii, byśmy nie próbowali podobnej przeprawy po raz drugi, ofiarując nam dla powrotu do Fernando Poo wielki swój surfbot390, któryśmy też przyjęli. To oraz okoliczność, że tornado zaskoczył nas już blisko brzegów Fernando Poo, gdzieśmy się mogli schronić do jednej z zatoczek wyspy, ocaliło nas na ten raz i stanęliśmy szczęśliwie u bortu „Łucji-Małgorzaty”.

Postanowiłem nie bawić teraz dłużej w porcie Santy Isabeli, niż wymagała konieczność. Zakupiwszy więc materiał budowlany: belki, deski, płyty cynkowe, którymi w tych stronach pokrywają zwykle zewnętrzne ściany i dachy domów, oraz nieco narzędzi i świeżego prowiantu, podnieśliśmy kotwicę i wypłynęli ostatecznie do zatoki Ambas, by rozpocząć budowę stacji na wyspie Mondoleh.

Stanęliśmy w zatoce 28 kwietnia po południu. Lawirowaliśmy jeszcze na morzu, gdy przybiła do okrętu łódź należąca do jednej z faktorii kameruńskich. Agent takowej przybył niebawem na pokład i przedstawiwszy się jako reprezentant domu handlowego C. Woerman z Hamburga na Rzece Kameruńskiej391, zaofiarował nam wszelką swą pomoc, zapraszając, byśmy zawinęli do Kamerunu, tj. na rzekę, i zaznaczając, że w razie gdyby „Łucja” już mi dłużej potrzebna nie była, pragnąłby ją wynająć dla swej faktorii. Przyrzekłem wziąć propozycję jego pod uwagę i dać mu dnia następnego stanowczą odpowiedź, rozpatrzywszy ściślej różne punkty takowej. Tymczasem zaś stanęliśmy na kotwicy w kanale dzielącym wyspę Mondoleh od wschodniego przylądka zatoki i udali się następnie do Victorii, gdzie właśnie poznany kupiec już nas oczekiwał z obiadem, jak na te strony bardzo wystawnym.

Następnego dnia, 29 kwietnia, Akema, kacyk wyspy Mondoleh, wraz z braćmi swymi: Eboko i Ekaka, przybyli z powitaniem na pokład „Łucji-Małgorzaty”, przynosząc w podarku koźlę, dwie kury i trzy pęki bananów. Posadziłem ich przy głównym maszcie, ofiarowując im również kilka przedmiotów europejskich i wymieniwszy wzajemne zapytania o stanie zdrowia, przystąpiłem do umowy z nimi co do wycięcia lasu przy północnej przystani wyspy Mondoleh, tak by można niezwłocznie rozpocząć budowę stacji. By przyspieszyć pracę krajowców, obiecano im, że podarki umówione z Akemą dn. 24, głównie zaś znajdujący się pomiędzy nimi dżyn, otrzymają wtedy, gdy wymagana praca wycięcia i oczyszczenia gruntu pod dom będzie dokonana.

Ukończywszy ten „palawer”392, kacykowie pożegnali się, wypiwszy kilka szklanek niezbędnego w takich razach rumu i obiecując, że wraz z ludźmi swymi wezmą się niezwłocznie do dzieła.

Zastanowiwszy się tymczasem nad propozycją hamburskiego agenta, postanowiłem ją przyjąć, tym bardziej że ofiarowywał równocześnie magazyny swej faktorii na pomieszczenie naszego ładunku: rekwizytów i pak, dopóki dom na wyspie Mondoleh nie będzie wykończony. Zacząłem więc zaraz wyładowanie materiałów budowlanych i potrzebnych innych przedmiotów na przystani stacji, gdzie K. Tomczek i L. Janikowski rozbili namiot, by prowadzić roboty. Z „Łucją” zaś i resztą załogi wyruszyłem tego samego dnia na Rzekę Kameruńską.

Obym nigdy nie był przyjmował nieszczęsnej tej propozycji chytrego i zwodniczego berlińczyka!

Rzeka Kameruńska, na której faktoria hamburska powitała nas wystrzałem armatnim, nie przedstawia tego pięknego widoku, jakim witają podróżnika zatoka Ambas i Góry Kameruńskie. Niskie jej brzegi tworzą przy niezmiernie szerokim ujściu bagna mangrowiowe, ciągnące się po prawej stronie rzeki, nawet w zwężonym już wyższym korycie, prawie do samego miasta Hikory. Przeciwległy zaś brzeg przedstawia tu wysokie, stromo ku rzece spadające wzgórze, na którym leżą główne miasta: miasto króla Bella, czyli Belltown, miasto króla Akwy, czyli Akwatown, Didotown oraz kilka mniejszych. Wszystkie te miasta tworzą długi rząd osad, nazywających się razem Kamerunem (Cameroons Anglików). Przed tymi miastami ciągnie się na rzece rząd czarnych pływających faktorii, hulków. Są to stare okręty, z których zdjęto takielaż393 i które postawiono na głuchych kotwicach, pokrywszy je palmowymi dachami. Brzegi uważano dotąd za niezdrowe; znajdowała się na nich wtedy tylko jedna faktoria, a mianowicie ta, z którą mieliśmy do czynienia — hamburska; inne zaś firmy miały na lądzie tylko swe magazyny.

Przez cały dzień snują się po rzece pirogi, zwożące olej i ziarna palmowe do faktorii i hulków. Krajowcy sprawiają przy tym hałas czysto piekielny, Murzyn albowiem przy wszystkim, co czyni, lubi hałas i wrzawę, a Kameruńczycy, czyli plemię Dualla, są zażartymi handlarzami. Wieczorem dopiero handel ustaje. Nie zawsze jednakże następuje wtedy cisza i spokój, wtedy albowiem tak czarni w swych chatach, jak i biali w swych faktoriach, głównie zaś reprezentanci „wielkiego Vaterlandu394” pokrzepiają się po trudach i skwarze dnia elaboratami395 liverpoolskich i hamburskich destylarni.

Kraje kameruńskie, również jak ich wnętrze, będą stanowiły główną treść drugiej części podróży. Teraz, zaledwie przybywszy, nie mieliśmy czasu dokładnie się rozpatrzyć w kraju pomiędzy jego mieszkańcami i zwyczajami.

Po kilku dniach „Łucja” była wyładowana, co pod palącymi promieniami słońca nie było zbyt łatwą pracą. Zmuszony odbywać ciągłe kursy łodziami między okrętem a magazynami faktorii, dokąd zwoziłem paki, dostałem febry, pozbawiającej mnie kilkakrotnie przytomności, a męczącej przez całe dnie. Jest to dług, jaki każdy Europejczyk oddać musi po przybyciu nieznanemu lądowi, z przyczyny zmienionego zupełnie trybu życia i warunków klimatycznych, w jakich się znajduje. W żegludze, zmieniając ciągle miejsce pobytu i powietrze, podróżnik bywa daleko mniej narażony na febry afrykańskie, którym podlega przede wszystkim, przebywając stale na jednym miejscu.

Przy tym Rzeka Kameruńska nie jest zdrowa — dowodem tego są faktorie, które, jak wspominałem, odbywały dotychczas swe interesy na owych hulkach, czyli w mieszkaniach i magazynach pływających.

Wyczekiwałem też z niecierpliwością chwili ukończenia interesów na Rzece Kameruńskiej i powrotu do zatoki Ambas, do budujących nasz dom na wyspie Mondoleh: Tomczeka i Janikowskiego.

Wreszcie dn. 7 maja spisałem kontrakt z agentem faktorii, załogę zwieziono z okrętu dla odesłania jej do Europy, a żwawa „Łucja”, dowiózłszy nas do celu podróży, otrzymała załogę nową, krumańską, wyznaczoną już przez faktorię; syrena Warszawy przestała powiewać nad jej masztami.

Trudno rozstać się marynarzowi z okrętem, który wiózł go wiernie przez dalekie morza, pokazawszy mu niejeden kraj nowy i nauczywszy niejednego. Wiele burz moralnych i fizycznych przeszedłem na niej od czasu, gdy po raz pierwszy stanąłem na jej pokładzie w Hawrze — wiele, bardzo wiele! A jednak gdy mieliśmy się rozstać z poczciwymi tymi deskami, żal mnie ogarnął! Lecz konieczność wymagała tego, a ona jest surowym panem — musieliśmy się pożegnać i pożegnaliśmy się, a to pożegnanie miało za dni kilkanaście zaledwie stać się jej pieśnią łabędzią.

Wkrótce potem udałem się nazad do zatoki Ambas, pozostawiając paki ekspedycji w faktorii do chwili ukończenia robót na wyspie Mondoleh.

Drogę z Rzeki Kameruńskiej do Victorii odbywa się zwykle łodzią przez creeki dzielące jej ujście od przylądka Bimbii i rzeki Mungo; tylko niewielką część podróży odbywa łódź na otwartym morzu, a mianowicie od Bimbii do zatoki Ambas.

Ponieważ poznałem w Kamerunie dwóch podróżników badających również te strony: dra Passavant, Szwajcara, i jego towarzysza, doktora Retzera, którzy wybierali się właśnie do zatoki Ambas, by stamtąd udać się w Góry Kameruńskie, popłynąłem więc z nimi w ich krajowym czółnie, zabrawszy tylko kilka skrzynek, zawierających instrumenty i część umówionych darów dla kacyka Akemy. Mieliśmy w projekcie odbywanie równoczesnych obserwacji meteorologicznych na dole w zatoce, podczas ich pobytu i obserwacji w górach.

Droga przez creeki jest długa i jednostajna i choć wielka piroga dra Passavant posuwała się szybko, a wypłynęliśmy z Kamerunu wcześnie rano, chyliło się jednakże słońce już dobrze ku zachodowi, gdyśmy wypływali z mangrowiowych gąszczów i stanęli przed faktorią w Bimbii.

Następnego dnia, 17 maja, przygotowywaliśmy się rano do dalszej drogi i już miałem siadać do pirogi, gdy ujrzałem nagle żagiel zbliżający się od strony zatoki Ambas. Był to Tomczek, przybywający z wyspy Mondoleh do faktorii znajdującej się w Bimbii po jakiś sprawunek, którego nie mógł załatwić w Victorii. Zostałem więc jeszcze z nim w Bimbii, by wrócić do zatoki razem, w jego łodzi. Dr Passavant zaś wraz z towarzyszami i wspólnym bagażem puścili się na swym czółnie dalej w drogę.

Tomczek zaczął mi opowiadać, jak postąpiły roboty na wyspie; agent faktorii zatrzymał nas na śniadanie. Tak minęły niespełna dwie godziny i odbywaliśmy właśnie małą sjestę na łóżkach polowych faktorii, gdy ujrzałem nagle wbiegających Krumanów, należących do załogi dra Passavant, a o których mniemałem, że już są w Victorii. Byli oberwani, zziębnięci i wystraszeni.

— Co się stało? Gdzie biali? — zawołałem, przypominając sobie równocześnie, że wkrótce po odpłynięciu czółna Passavanta zerwała się niepogoda.

— O, Massa396! — wrzasnęli Krumani w swym żargonie. — Wielkie nieszczęście! Jeden z białych już nie żyje.

Zerwaliśmy się na równe nogi jak piorunem rażeni.

— Jak to! Co takiego, mów! — posypało się ze wszech stron.

— O, Massa! — jęknął najstarszy z czarnych. — Woda była silna, canoe397 zalała. Potem ono tonęło, biali ludzie długo pływali, a silna woda ich odpychała od brzegu; potem jeden znikł, utonął, a reszta dostała się do brzegu. Są tam jeszcze i posłali nas tu, byśmy o tym powiedzieli, bo nie wiedzą, jak wrócić.

— Kto utonął? — zapytał się Tomczek.

— Ten biały, co to był chory na febrę, z brodą — odparli.

Domyśliliśmy się, że to dr Retzer, który rzeczywiście był bardzo osłabiony przez liczne febry.

Nie czekając, siedliśmy do naszej szalupy, biorąc z sobą dwóch Krumanów, by wskazali nam miejsce, gdzie schronili się rozbitki — i mimo ulewnego deszczu, który niebawem spadł, popłynęliśmy.

Między przylądkiem Bimbia a zatoką Ambas wcina się w ląd wąska, długa zatoka, zwana zwykle przez Anglików: Man-of-War Bay (zatoka wojennego okrętu). W połowie drogi do owej Man-of-War Bay, u stóp stromej skalistej ściany, wśród rozciosanych skał, dostrzegliśmy wreszcie ocalonych.

Skierowałem łódź ku nim, lecz buruny biły tu tak silnie, że dwa razy rzuciły nas w przeciwległą stronę, grożąc i nam rozbiciem, podczas trzeciej próby zaś nadchodzące grzebienie barry zalewać zaczęły „Warszawiankę”. Zawołałem więc, że popłynę szybko do Victorii po wielki surfbot p. Thomsona. Szum bałwanów jednakże i szelest ulewy zagłuszały głosy nasze, musiałem więc zmusić Krumana, by wskoczył do morza i popłynął do rozbitków z wiadomością, co się też szczęśliwie udało. Ruszyliśmy zaraz dalej do zatoki Ambas, gdzieśmy wkrótce przybyli.

W Victorii dano nam niezwłocznie łódź ratunkową, zaopatrzoną w latarnię i buj398, gdyż dzień chylił się już ku końcowi. Łódź poszła pod dowództwem pilota, lecz długie godziny minęły w niepewnym oczekiwaniu, nim powróciła. Nareszcie około jedenastej w nocy usłyszeliśmy głosy powracających. Dra Retzera jednakże nie było już między nimi — spoczywał w tej chwili na koralowych rafach tropikalnego oceanu.