Rozdarta sosna
Rano przed ósmą Judym zdążał piechotą na dworzec kolejowy. Był to jeden z pierwszych dni września. Jeszcze słońce pieściło się z ziemią i posępne, czarne domy obłóczyły na się szaty jego świetliste.
Poprzedniego dnia Judym otrzymał kartkę od Joasi z zawiadomieniem o jej przyjeździe. Razem z babką i panną Wandą dążyła do Drezna, gdzie miały się spotkać z Karbowskimi. Babka chciała spędzić dwa dni w Częstochowie. Ona, panna Joasia, jeden dzień miała poświęcić na odwiedzenie kuzynki mieszkającej w pewnej miejscowości Zagłębia. Donosiła, że wysiadłszy na dworcu, pragnie zobaczyć twarz kuzynki, że chciałaby spędzić ten cały dzień „kochany” na zwiedzaniu fabryk i rzeczy godnych widzenia.
Podkreśliła także grubymi liniami sentencję, gdzie wyrażona była decyzja nieodwiedzania nikogo. Judym czytając te wyrazy doświadczał wrażenia, że litery krwią spływają i kurczą się z bólu... Szedł na dworzec myśląc właściwie tylko o tym, co zawierało się w tym życzeniu. Świst lokomotyw na stacji ściskał mu serce.
— Ach, gdyby to nie dziś, gdyby tylko nie dziś... Żeby się to chociaż już było zdarzyło... — szeptały jego blade wargi.
Na dworcu spotkał już kilka osób, które go uchyleniem kapelusza witały. To jeszcze bardziej odbierało mu pewność siebie.
W dali rozległ się sygnał zwiastujący pociąg i wkrótce, jak barwne dzwona węża, długie ciało zaczęło się przeginać w zwrotnicach. W jednym z okien doktor zobaczył Joasię. Była ubrana w skromny kapelusik podróżny. Miała szarą suknię. Gdy szła ze schodków wagonu cudna jak uśmiech szczęśliwy, jakoś dziwnie urocza, rozpiękniona, Judym doświadczał śmiertelnych dreszczów. Zdawało mu się, że u jej stóp, u jej nóg najdroższych umrze z boleści...
Przez chwilę nie mogli przyjść do słowa. Nawet uściśnienie rąk wydało im się czymś dziwnym, a wzajemna obecność i możność rozmowy bez świadków, gdy szli ulicą poza obrębem dworca, zdumiewającą niespodzianką. Judym czuł na prawej dłoni rozkosz dotknięcia śliskiej, delikatnej, ogrzanej rękawiczki. Jak drogi skarb, nieznacznie przycisnął tę rękę swą do piersi, niby dla wyprostosowania klapy surduta, i powierzył ten uścisk sercu, w którym wiła się zamknięta żmija. Szli szeroką ulicą, po bruku uwalanym w błocie, mówiąc o rzeczach obojętnych. Panna Joasia zmuszona była dbać o swą suknię.
Kiedy niekiedy podnosiła oczy pełne blasku i wówczas odrobina żalu za tak sztywne przyjęcie ukazywała się na jej czystej twarzy.
Judym dostrzegł i to także.
— Będzie pan łaskaw pokazać mi fabryki tutejsze? — spytała z odrobiną zalotności.
— Z wielką chęcią... Właśnie idziemy...
Gdy nie protestował przeciwko tytułowi „pan” i gdy natychmiast zgodził się na to zwiedzanie fabryk, lekka mgła bladości przebiegła po jej twarzy.
Weszli w podwórze fabryczne.
Otoczyła ich puszcza machin i warsztatów.
Tu hale otwarte, w których wiły się złote węże drutu, gdzie indziej zionęły ogniem jamy pieców martenowskich, dalej jęczały młoty parowe bijące w belki białej stali.
Kupy węgla, szmelcu, stosy szyn, „gęsi” — zagradzały im drogę. Judym miał już wyrobione pozwolenie zwiedzenia wszystkich robót, a nawet delegowanego specjalistę technika, który miał go, wraz z „kuzynką”, oprowadzić. Technik nawinął się wkrótce, bardziej zapewne usposobiony do oprowadzania „kuzynki”, choćby też w towarzystwie lekarza, niż do ślęczenia nad jakimś rysunkiem w kantorze.
Poszli tedy we troje. Technik był człowiekiem młodym o wykwintnych manierach. Powierzchowność „kuzynki” sprawiała mu widoczną dystrakcję125 w układaniu zdań, objaśniających procent żelaza w rudzie miejscowej i rozmaitych gatunkach sprowadzanej. Weszli po schodach na wielki piec.
Widzieli kaskadę ochładzającą mur rozpalony, trąbę, która prowadzi do jego wnętrza upalne powietrze i która zdaje się oddychać jak aorta.
Joasia nie mogła się dosyć napatrzeć cienkiej smudze szlaki tryskającej jak krew z górnego otworu. Właśnie przy nich przebito piec i ognista rzeka wylała się na ziemię. Cudne iskry strzelały z tego złotego strumienia. Fale jego posłusznie płynęły do łożysk swoich, które im długimi drągami otwierali czarni ludzie w siatkach na twarzy. Łuna stała jeszcze nad tą sadzawką ognistą, gdy ją opuścić musieli dążąc gdzie indziej.
Wprowadzono ich do sali maszyn pompujących gorący wicher. Olbrzymie koła o kilkunastu metrach średnicy, do połowy zanurzone w ziemię, toczyły się w swych miejscach bez szelestu, w jakimś milczeniu i chwale. W cylindrach, błyszczących jak lustra, coś nieustannie cmokało, jakby wielka gęba niechlujnego potwora chłeptała napój. Z innego miejsca wyrywał się dźwięk nie istniejący.
Był to krótki, urwany śmiech szatana. Serce Joasi było strwożone. Czuła, że ten głos do niej się stosuje, że radosne marzenia o szczęściu, jej cichą miłość zobaczył. Spojrzała na Judyma szukając w jego oczach zaprzeczenia, ale ta twarz droga była martwa...
Obejrzeli piece martenowskie, które wytwarzają stal odlewaną w kubłach na belki. Te „kolby” wędrują stamtąd do walcowni, gdzie znowu w czeluść pieca wrzucone zostaną i do białości się rozpalą.
W wielkich halach wyłożonych żelaznymi płytami wszystkie wrota stały otworem.
Przeciągi rwały wzdłuż i w poprzek, ochładzając czoła, plecy i ręce, które pali białe żelazo. Nie istnieją tam płuca chore, nie ma nerwów. Kto chory, ten umiera.
Jak ognista kula, pędzi na ręcznym wózku przez halę biała belka. Nie widać ludzi, którzy ją dźwigają. Pada na ruszt, który się z posadzki wydobywa. Jest on jak plecy o kilkunastu metrach długości, wyginające się zupełnie wzorem kręgosłupa i niby z kręgów złożone z kół wydłużonych.
Czterej olbrzymi czarni ludzie z jednej i czterej z drugiej strony walców, w siatkach na twarzy, dzierżąc w ręku długie obcęgi, ujmują belkę w swą władzę. Pchną ją mocno między szeroko rozdziawione walce dolne. Jak bryła masła stal się między nie wślizguje. Po tamtej stronie czeka na nią ruszt, który się z ziemi wysunął. Czyny ludzi są płynne, rytmiczne, prawie jak taniec.
Gdy biała płyta zgnieciona i wygięta, niby podpłomyk, zjawia się przed nimi, ujmą ją wraz długimi rękoma swymi i popchną między cylindry górne.
Wypływa po drugiej stronie dwa razy cieńsza, gdzie czterej na nią czatują. Przystąpią pewnymi ruchy, jak machiny z żelaza, raz — dwa — trzy — cztery.
Wyciągną długie ręce zbrojne w żelazo, uderzą ją i odepchną.
Zanurzą w wodzie szczypce rozpalone.
Pochwycą inne i jak żołnierze czekają.
Wstęga białej blachy coraz dłuższa, coraz dłuższa, niby pływająca smuga ognia, ukazuje się to w górze, to na dole, to tu, to tam. Pływa w powietrzu... Zdaje się uciekać z pośpiechem, jak gad bajeczny ścigany przez złośliwe dzieci. Chowa się w szczeliny i męczy.
Ruszty szczękają i drżą. To się dźwigną do wysokości poziomu szczeliny między górnymi walcami, to się do najniższej zsuwają.
Wysoko w milczeniu stoi nieruchomy człowiek obracający korbę, która ściska walce.
Tuż obok latają po ziemi węże stalowe.
Biały ucinek sztaby płonącej, wprowadzony w ciasny otwór, wybiega co chwila w przestrzeń, zmierzając do coraz węższych kryjówek. Tam stoją młodzi ludzie z krótkimi szczypcami, którzy chwytają pysk węża, gdy się wysuwa, i niosą go swobodnie na salę. Dopiero gdy ogon stukać zacznie po ziemi, kierują go do innej szczeliny. Drut pędzi z szaloną szybkością. Ogon, ginąc w otworze, trzepie się na prawo i lewo jak żywy...
Ogłuszający huk...
Belka stalowa spada na kowadło.
Nieruchomy młot parowy zlatuje na nią jak piorun, razem prostym niby uderzenie pięści. Zgnieciona kolba przybiera formę płaskiego kręgu. Wtedy w środek jego stawiają przyrząd, który ma wybić otwór, doskonale okrągły. Młot spada raz za razem ze wściekłą siłą. Dzwoni potężnym jękiem, który odbija się w halach, w powietrzu, w ziemi... Z hukiem rozlega się lwi ryk żelaza... Stęka w nim gniew kopalni zwyciężonej przez silne ramię człowiecze. Krąg z wybitym otworem jest kołem lokomotywy. Jako kupa żółtej gliny z głębin wydobytej, ma teraz wzdłuż i w poprzek ziemi, do najdalszych zakątków, nosić szczęście i rozpacz, przemoc i braterstwo, cnoty i zbrodnie.
Nim stanie na szynach, walczy z ujarzmicielem. Wyżera mu oczy, a twarz zalewa potem; płomieniami, którym je poddał, napełnia jego płuca i serce, na ostre przeciągi wystawione. Szarpie mu nerwy w tej samej minucie, gdy młot parowy szarpie i rozbija jego cząsteczki...
Zdjęte z kowadła umieszczono na zakrzywionych widłach i w bok wysunięto. Przyszło doń dwu ludzi: jeden z ostrym młotkiem w rodzaju ciupagi tatrzańskiej, drugi z młotem na długim toporzysku. Ostrze siekierki przystawiono do wystającego brzegu koła i młot spadać zaczął na jej obuch. Ani jeden cios nie chybił. Słychać było suchy szczęk żelaza o żelazo... Joasia doznała wrażenia, że to jest śpiew. Po wielkim huku organów w jakiejś katedrze daje się słyszeć śpiew, śpiew z tłumu, bojaźliwy, strwożony... Stygnące koło poszło dalej w swą drogę.
Judym nachylił się do swej towarzyszki i zapytał:
— Czy widzi pani dobrze pracę tych ludzi?
— Widzę... — rzekła głosem zdumionym.
— Tak, tak... niech się pani dobrze im przyjrzy.
Nie mówili nic więcej ani w halach, ani na ogromnych dziedzińcach zawalonych istnymi górami miału, gruzów, piasku. Wiatr porywał i nosił z miejsca na miejsce pyły i dziwne jakieś rdze lotne.
Gdy pożegnali uprzejmego mentora, minęli wrota fabryki i gdy jej mury daleko zostały, szli za miasto. Było już blisko południe.
Domy obok drogi i jej kanałów zarażonych zjadliwymi wyciekami fabryk były coraz mniejsze, coraz bardziej nędzne. Na końcu miasta wzdłuż drogi ciągnęły się budy, resztki chałup wiejskich, imitujące domy miastowe. Grunt tam był bagnisty. Dookoła stały zamokłe pastwiska, na których czarnym dnie ropiała zohydzona woda. Nieco wyżej ciągnęły się glinianki napełnione wodą deszczową.
Gdzieniegdzie sterczała jeszcze sosna po wyciętym lesie. Judym wchodził z Joasią na podwórza domostw śmierdzących, otwierał drzwi nieproszony i oczami wskazywał jej ludzi. Były tam dzieci robotników z cynkowni. Wynaturzone okazy gatunku ludzkiego, przedwcześni starcy z obliczami trupów i wzrokiem, który woła o pomstę do nieba. Spoglądały na nich babska paskudne i złe, twarze chorych, którzy może sądzili, że to śmierć nareszcie drzwi uchyliła...
Szli tak od domu do domu...
Zanim stamtąd zdołali się wydostać, Judym spytał nie podnosząc oczu:
— Gdzie zamieszkamy?
Długo nie odpowiadała. Oczy jej tylko jaśniały.
— Czy tu? — szeptał rysując coś na piasku.
— Gdzie zechcesz...
— Ale czy chciałabyś tutaj?
— Tak.
— Dlaczego tutaj?
— Chciałabym pomagać ci w pracy.
— Mnie... w pracy...
— Myślisz teraz: — „Co mnie i tobie niewiasto...”.
Judym spojrzał na nią straszliwymi oczami i rzekł cichym, sennym głosem:
— Skądże ty te wyrazy...
— Założymy szpital, jak w Cisach. Och, mój Boże! Będzie to coś zupełnie innego. Ja będę twoją felczerką126...
— Dobrze... Ale czy potrafisz dom prowadzić?... Dom?
— Ho! ho! Nie traciłam czasu na darmo. Wstawałam co dzień, w ciągu całego czasu, rano i szłam do gospodyni uczyć się gotować, prać, prasować, smażyć...
— Konfitury...
— Ale jakie! Żeby mój pan wiedział, jakie...
— Czy tak?
— A właśnie, że tak. Ułożyłam już wszystko, od a do z, jak to będzie w naszym domu.
— W domu...
— W naszym własnym domu... Nie myśl, że chcę dużego mieszkania albo mebli. Och, wcale! Brzydzę się meblami, politurą, lakierem. Firanki, dywany, jakież to wszystko brzydkie! Poczekaj, ja ci powiem...
— Joasiu...
— Poczekaj... Będziemy wszystko albo prawie wszystko, co inni obracają na zbytek, oddawali dla dobra tych ludzi. Ty nie wiesz, ile szczęścia... Z tej resztki, którą dasz swej żonie, z tej najostatniejszej, zobaczysz, co ona zrobi.
— Cóż ona zrobi?
— Ani się obejrzysz, kiedy nasze mieszkanie pełne będzie sprzętów prostych jak u najuboższych ludzi, ale za to pięknych jak u nikogo. My tu stworzymy źródło poczucia piękna, nowego piękna, sztuki jeszcze nie znanej, która obok nas śpi jak zaczarowana królewna. Będą to stołki sosnowe, ławy, stoły. Będą je okrywały proste kilimy127...
— Tak, tak...
— Chodnik do sieni, utkany w chłopskim warsztacie ze skrawków niepotrzebnej materii, jest tak samo miły jak perski dywan. Ściany wyłożone drzewem świerkowym są cudnie piękne...
— Masz rację!... — rzekł Judym patrząc w jej twarz pełną szczęścia szeroko rozwartymi oczyma — to jest tak, niewątpliwie. Tak i ja myślałem. Człowiek tak samo przywiązuje się, musi się przywiązać do prostego kilimka jak do gobelinu, do zydla jak do otomany, do światłodruku wystrzyżonego z czasopisma jak do cennego obrazu.
— Wszystko to pokochamy, to będzie nasze, w krwawym trudzie zdobyte, bez krzywdy niczyjej. Gdzież tam! Za każdą rzeczą będą szły przyjazne spojrzenia tych, co z miłością dla ciebie będą próg nasz opuszczali. Wszystkich ludzi, których ty uzdrowisz, dobry lekarzu... Dobry lekarzu...
Boski szept uwielbienia płynął z jej ust.
— Istotnie, jak ty wiesz wszystko, jak ty wszystko widzisz dokładnie! Wszystko to pokocham, bo będzie pochodziło od ciebie, z rąk twoich czystych. Te przedmioty staną się częścią mojej osoby, tak jak ręka, noga, może jak sama głowa, jak samo serce. I gdyby przyszło to wszystko porzucić, odtrącić jednym zamachem...
— Gdy przyjdzie gość albo pacjent, sam się zadziwi, że ludzie żyją szczęśliwie, a tak inaczej. Proste, czyste sprzęty, polne kwiaty w glinianym wazonie... Po cóż nam zimny blask wyrobów fabrycznych? Po co stroje, powozy? Nigdy nie czułam większej rozkoszy, jak kiedy ojciec mój zabierał mię na wózek bez resorów i wiózł do lasu po drodze pełnej wystających korzeni drzew, przeciętej wyrwami. Żaden resor nie potrafił uginać się tak doskonale jak dębowa „literka”128 wystrugana przez cieślę. Ach, ja już tak dawno straciłam gniazdo rodzinne! Prawie nigdy go nie miałam. W piątej klasie byłam zaledwie, gdy mię ojciec odumarł129! Mamy prawie nie pamiętam... Każda istota ma swe ognisko, swój dach. Mały skowronek — i ten... Gdy pomyślę, że teraz moje życie tułacze ma się już skończyć...
— A cóż się stanie z tymi chałupami, cośmy je widzieli przed chwilą? — zapytał Judym głosem pełnym jakiegoś jąkania się i zgrzytu.
Stanęła na drodze i ze zdumieniem czekała. Patrzył na nią — to prawda, ale jej nie widział. Oczy jego były jakby zezowate i zbielałe.
— Cóż zrobimy z nimi? — pytał się stojąc na tym samym miejscu.
— Z kim?
— Z nimi! Z tymi z budów!
— Nie rozumiem...
— Ja muszę rozwalić te śmierdzące nory. Nie będę patrzał, jak żyją i umierają ci od cynku. Polne kwiaty w doniczce, to tak... To dobrze... Ale czy można?
Wzięła go za rękę, gdyż pewne przeczucie wolno jak zimna stal wpychało się w jej serce. Wyrwał rękę i mówił szorstkim, obrażającym głosem, patrząc przed siebie:
— Muszę ci wszystko powiedzieć, chociaż to dla mnie gorsze od śmierci. Doprawdy, doprawdy wolałbym umrzeć, jak Korzecki...
— Korzecki?
— Gdybym to mógł słowem nazwać! Ja tak cię kocham! Nigdy nie myślałem, że może się z człowiekiem stać coś takiego... Twoje uśmiechy, które odsłaniają serce, jakby zdejmowały z niego zasłonę. Twoje czarne, puszyste włosy... Budzę się w nocy i, już nie śpiąc, widzę cię, czuję cię na sercu moim. Minie długa, święta chwila i dopiero wiem, że nie ma nikogo... A odkąd tu przybyłem i zacząłem patrzeć, coś we mnie rozdmuchuje ogień. Pali się we mnie! Nie wiem, co to płonie, nie wiem, co trawi ten pożar...
— Mój Boże...
— Widzisz, dziecko...
— Mój Boże, jaką ty masz twarz!...
— Widzisz... Ja jestem z motłochu, z ostatniej hołoty. Ty nie możesz mieć wyobrażenia, jaki jest motłoch. Nie możesz nawet objąć tego dalekim przeczuciem, co leży w jego sercu. Jesteś z innej kasty... Kto sam z tego pochodzi, kto przeżył wszystko, wie wszystko... Tu ludzie w trzydziestym roku życia umierają, bo już są starcami. Dzieci ich — to idioci.
— Ale cóż to ma do nas?
— Przecie to ja jestem za to wszystko odpowiedzialny! Ja jestem!
— Ty... odpowiedzialny?
— Tak! Jestem odpowiedzialny przed moim duchem, który we mnie woła: „nie pozwalam!” Jeżeli tego nie zrobię ja, lekarz, to któż to uczyni? Tego nikt...
— Tylko ty jeden?
— Otrzymałem wszystko, co potrzeba... Muszę to oddać, com wziął. Ten dług przeklęty... Nie mogę mieć ani ojca, ani matki, ani żony, ani jednej rzeczy, którą bym przycisnął do serca z miłością, dopóki z oblicza ziemi nie znikną te podłe zmory. Muszę wyrzec się szczęścia. Muszę być sam jeden. Żeby obok mnie nikt nie był, nikt mię nie trzymał!
Joasia stanęła w miejscu. Powieki jej były spuszczone, twarz martwa. Nozdrza chwytały powietrze. Z ust padło krótkie słowo:
— Ja cię nie wstrzymam...
Były to wyrazy ciche i oblane krwią wstydu. Zdawało się, że z żył, gdy to mówiła, krew rozpalona wytryśnie.
Judym odrzekł:
— Ty mię nie wstrzymasz, ale ja sam nie będę mógł odejść. Zakiełkuje we mnie przyschłe nasienie dorobkiewicza. Ja siebie znam. A zresztą... nie ma już co mówić...
Wzdrygnęła się, jakby ją to słowo w tył pchnęło. Szli obok siebie w milczeniu, daleko, daleko...
Ciągnęły obok nich furmanki z rudą galmanu130, przeróżne bryki, powozy... Szło dużo ludzi... Nie widzieli tego wszystkiego. Gościniec zaprowadził ich do lasu. Tam usiedli pod drzewem.
Joasia uczuła, że ramię Judyma wsparło się o jej ramię, widziała jego głowę zwieszoną na piersi. Nie była w stanie poruszyć ręką. Siedziała, jakby w twardy sen pogrążona, kiedy wypijamy morza boleści, nie mając siły wydać jednego westchnienia.
W pewnej chwili Judym usłyszał jej płacz samotny, jedyny, płacz przed obliczem Boga.
Nie dźwignął głowy.
O jakiejś godzinie usłyszał jej głos cichy, z głębi łez:
— Szczęść ci Boże.
Nie mógł odpowiedzieć sam za siebie, ale jakiś głos obcy, tak jakby Dajmonion, o którym pisał przed śmiercią Korzecki, wymówił z głębi jego serca:
— Daj Panie Boże.
Joasia wstała.
Przez chwilę widział spod bezwładnych, ciężkich, obwisłych powiek jej twarz bolesną. Była jak maska pośmiertna z gipsu.
Za chwilę stracił ją z oczu.
Odeszła szosą w stronę miasta, w stronę dworca kolei...
Siedział tam długo. Kiedy znowu rzucił oczyma na drogę, nie było już widać nikogo. Wiatr tylko porywał z niej kurz wapienny, miotał go w górę jak plewy. Kurz wapienny, naśmiewający się...
Judym uciekł.
Szedł brzegiem lasu, później środkiem pastwisk błotnistych. Gdzieś błądził. Nad wieczorem ujrzał przed sobą w polu szkielet zabudowań kopalni.
Straszna nienawiść do tego widoku i wyniosła wzgarda, jak pysk w kły uzbrojony, otwarła się w jego piersiach. Szedł dalej.
Stanął nad brzegiem szerokiej wody, płytko rozlanej. W niskich, nędznych, zżółkłych trawach kisł ten czarny zalew śmierci, który nad otchłanią kopalni chwieje się lichymi falami. Ciemna woda zdawała się marzyć, zdawała się czekać, kiedy runie w głębinę wydrążoną kiedy napełni puste lochy, kuszące próżnie, które ją ciągną, ssą, wzywają.
Judym ją poznał. To ona! Widział ją w nocy. Tej nocy... Szukał na falach świetlistego znaku, długiej ruchomej wskazówki, która przeszywa jak doborowa stal damasceńska. I uczuł w sobie ostrze.
Daleko, daleko za lasami łkał świst pociągu, niby słowo tajemnicze zawierające sens życia.
Tuż obok stóp Judyma było szerokie, suche zawalisko, otwór w postaci leja zwróconego wierzchołkiem na dół. W głębi ziemi pod nim były niegdyś galerie kopalni. Warstwy skał piaskowca i łupku gliniastego, wskutek „wyrabowania”131 budynku podtrzymującego piętro, zarwały się od własnego ciężaru i spadając, odłamami swymi napełniły puste przestrzenie pokładów węgla. Gleba zewnętrzna zsunęła się w przepaść wraz z murawą, krzewami i utworzyła dół głębokości dwudziestu metrów.
W miejscu rozdarcia widać było pręgi piachu siwe i jasnożółte. Naokół stały karłowate, nędzne sosny.
Jedna z nich rosła na samym brzegu zawaliska. Oberwana ziemia ściągnęła w głębinę prawy jej korzeń, a lewy został na twardym gruncie. Tak ją dzieje kopalni rozdarły na dwoje. Pień jej stał jedną połową swoją w górze, a drugą szedł wraz z zawaliskiem, niby istota ludzka, którą na pal wbito. Tamten, z bryłami ziemi w dół ściągnięty, prężył się jak członki na torturach. Wszczepione w glebę pazury górne trzymały się z całej siły.
Judym zsunął się w zawalisko, żeby go nikt nie widział. Rzucił się na wznak. Pod sobą w głębi ziemi słyszał od czasu do czasu huk wystrzałów dynamitu i prochu. W górze widział obłoki sunące po niebie lazurowym.
Obłoki jasne, święte, zaczerwienione obłoki...
Tuż nad jego głową stała sosna rozdarta.
Widział z głębi swojego dołu jej pień rozszarpany, który ociekał krwawymi kroplami żywicy. Patrzał w to rozdarcie długo, bez przerwy.
Widział każde włókno, każde ścięgno kory rozerwane i cierpiące. Słyszał dokoła siebie płacz samotny, jedyny, płacz przed obliczem Boga.
Nie wiedział tylko, kto płacze..?
Czy Joasia? — Czy grobowe lochy kopalni płaczą?
Czy sosna rozdarta?
Zakopane. Jesień 1899 r.
KONIEC
Przypisy:
1. lary i piernaty — żartobliwie przekręcony zwrot łac.: lary i penaty, co w wierzeniach starożytnych Rzymian oznaczało: opiekuńcze bóstwa domowe. [przypis redakcyjny]
2. somatyzm (z łac. soma: ciało) — cielesność. [przypis redakcyjny]
3. reunion (z fr.: réunion) — zebranie towarzyskie. [przypis redakcyjny]
4. ćwiertować — dziś popr.: ćwiartować. [przypis edytorski]
5. utensylia (z łac. utensilia) — rzeczy użyteczne; narzędzia, sprzęt, przybory. [przypis edytorski]
6. par force (fr.) — siłą. [przypis redakcyjny]
7. in folio (łac.) — dosł. w formacie arkusza; największy format, w jakim drukuje się książki. [przypis redakcyjny]
8. templum (łac.) — świątynia, przybytek. [przypis redakcyjny]
9. Makiawel — Niccolo Machiavelli (1469–1527), włoski historyk i pisarz polityczny. W swym dziele Książę, dokonując na podstawie panujących stosunków analizy mechanizmu rządzenia, stwierdzał, że polityk nie cofa się przed użyciem podstępu i przemocy dla osiągnięcia zamierzonych przez siebie celów. W opisanej przez Machiavellego praktyce działania doszukiwano się powszechnie dyrektywy postępowania dla władcy. [przypis redakcyjny]
10. ekstyrpować (z łac.: extirpare) — wycinać. [przypis edytorski]
11. horribile dictu (łac.) — strach powiedzieć. [przypis edytorski]
12. macerować się — o jakimś surowcu: podlegać procesowi długotrwałego moczenia w celu zmiękczenia lub wydzielenia określonego składnika. [przypis edytorski]
13. via (łac.) — droga; tu: przez. [przypis redakcyjny]
14. summa summarum (łac.) — wszystko razem (biorąc pod uwagę), ostatecznie. [przypis redakcyjny]
15. bębny (daw., pot.) — tu: dzieci. [przypis edytorski]
16. siurpryza (z fr. surprise) — niespodzianka. [przypis redakcyjny]
17. pontyfikalnie — uroczyście. [przypis redakcyjny]
18. futur — tu w znaczeniu: kolega, kompan. [przypis redakcyjny]
19. ex officio (łac.) — z urzędu. [przypis redakcyjny]
20. przekonywująco — dziś popr.: przekonująco a. przekonywająco. [przypis edytorski]
21. ekspensować — daw. zużywać, wydawać (pieniądze). [przypis edytorski]
22. dura lex, sed lex (łac.) — twarde prawo, lecz prawo. [przypis redakcyjny]
23. kontrolerowie — dziś końcówka -owie w M lm przysługuje nazwom osób szacownych (profesorowie, senatorowie), w pozostałych zaś wypadkach stosuje się końcówkę -rzy (dyrektorzy, kontrolerzy). [przypis edytorski]
24. z umysłu — umyślnie, z rozmysłem. [przypis edytorski]
25. ab ovo (łac.) — od początku, dosł.: od jajka; jajko stanowiło pierwszą potrawę na ucztach staroż. Rzymian. [przypis redakcyjny]
26. puginał — krótka broń sieczna pochodzenia wschodniego, używana do końca XVI w. [przypis edytorski]
27. Znacie tę bajeczkę — więc posłuchajcie... — aluzja do „powiedzonka” z komedii Aleksandra Fredry Pan Jowialski. [przypis redakcyjny]
28. bad (z niem.: Bad) — miejscowość kąpielowa, uzdrowisko. [przypis redakcyjny]
29. Ta łza, co z oczu twoich spływa... — początkowe słowa wiersza Adama Asnyka. Sens ukrytej w tytule aluzji wyjaśniają dalsze słowa pierwszej zwrotki, która brzmi: „Ta łza, co z oczu twoich spływa, / Jak ogień pali moją duszę; / I wciąż mnie dręczy myśl straszliwa, / Że cię w nieszczęściu rzucić muszę...”. [przypis redakcyjny]
30. telefonowy — dziś popr.: telefoniczny. [przypis edytorski]
31. kościół świętokrzyski — kościół Świętego Krzyża w Warszawie przy ul. Krakowskie Przedmieście, należący do największych kościołów w stolicy. [przypis redakcyjny]
32. czarniawa — tu: chmura burzowa. [przypis redakcyjny]
33. plant — tu: wyrównany teren wydzielony na tor kolejowy. [przypis edytorski]
34. w stronę Sosnowca — w okresie zaborów na trasie kolei warszawsko-wiedeńskiej Sosnowiec był stacją graniczną w Królestwie Polskim. [przypis redakcyjny]
35. pleciaki — zapewne chodzi o plecione (np. z wikliny) płoty. [przypis edytorski]
36. mikrotom — aparat do krajania bardzo cienkich skrawków tkanek roślinnych czy zwierzęcych, które bada się pod mikroskopem. [przypis redakcyjny]
37. bakcyl — daw. bakteria, zarazek. [przypis edytorski]
38. wolant — powóz czterokołowy na resorach, bez budy, używany w Polsce w XIX–XX w [przypis edytorski]
39. most (z niem.: Most) — sok ze świeżo wyciśniętych winogron. [przypis redakcyjny]
40. przez granice niemieckie — Z Królestwa Polskiego jechało się do Szwajcarii przez Śląsk, należący wówczas do Rzeszy Niemieckiej, i kraje ówczesnej monarchii austro-węgierskiej (Czechy oraz Austrię właściwą). [przypis redakcyjny]
41. materialny — tu: jedwabny. [przypis redakcyjny]
42. Wasser, Brot, zwei, drei (niem.) — woda, chleb, dwa, trzy. [przypis redakcyjny]
43. Zarazem was poznał — daw. konstrukcja z przestawną końcówką czasownika; inaczej: zaraz was poznałem. [przypis edytorski]
44. festownie (z niem. fest: mocno, porządnie) — tu: jak najlepiej. [przypis redakcyjny]
45. Westbahn (niem.) — Dworzec Zachodni. [przypis redakcyjny]
46. kościół świętojański — katedra św. Jana na Starym Mieście w Warszawie. [przypis redakcyjny]
47. memento (łac., dosł.: pamiętaj) — tu użyte żartobliwie dla określenia napiwku. [przypis redakcyjny]
48. obadwa (daw. forma) — dziś popr.: obydwa. [przypis edytorski]
49. bety (pot. pogard.) — pościel, zwłaszcza wymięta i brudna. [przypis edytorski]
50. Ine stache (...) Loh (dialekt niem.-szwajc.) — wbij, owiń nitkę, wyciągnij i spuść. [przypis redakcyjny]
51. U se! (dialekt niem.-szwajc.) — precz! [przypis redakcyjny]
52. biurger (z niem.: Bürger) — obywatel, mieszczanin. [przypis redakcyjny]
53. Hajb (dialekt niem.-szwajc.) — określenie pogardliwe, odpowiadające polskiemu: chamidło. [przypis redakcyjny]
54. wirydarz (starop.) — ogród ozdobny. [przypis redakcyjny]
55. pyrrusowe zwycięstwo — zwycięstwo okupione zbyt wielkimi stratami, równające się klęsce. Określenie pochodzi od imienia króla Epiru Pyrrusa (319–272 p.n.e.), który w wojnie z Rzymianami (280 i 279 p.n.e.) w dwóch wygranych bitwach poniósł tak poważne straty, że miał wówczas zawołać: „Jeszcze jedno takie zwycięstwo, a jesteśmy zgubieni!”. [przypis redakcyjny]
56. totumfacki (daw.) — osoba zaufana, bez sprzeciwu wypełniająca czyjeś wszelkie zlecenia. [przypis edytorski]
57. nec sutor ultra crepidam (łac.) — przysłowie odpowiadające polskiemu: pilnuj, szewcze, kopyta. [przypis redakcyjny]
58. admonicja (daw.) — upomnienie, przygana. [przypis edytorski]
59. zgonina — plewa. [przypis redakcyjny]
60. pud — dawna rosyjska jednostka wagowa, równa 16,38 kg (40 funtów). [przypis edytorski]
61. zmachlajdezowany — nieprzytomny jak po przepiciu (przymiotnik utworzony od nazwiska właściciela znanych w Warszawie pod koniec XIX w. zakładów browarniczych, Machlejda). [przypis redakcyjny]
62. voilà! (fr.) — wykrzyknik w rodzaju: otóż to!; masz tobie! itp. [przypis redakcyjny]
63. Zagłębie — mowa o Zagłębiu Dąbrowskim, ośrodku przemysłu górniczego i hutniczego. [przypis redakcyjny]
64. quasi-uśmiech — niby-uśmiech. [przypis redakcyjny]
65. odziemek — tu: pień pozostały w ziemi po ścięciu drzewa. [przypis redakcyjny]
66. regestr (daw.) — rejestr. [przypis edytorski]
67. vox humana (łac.) — dosł. głos ludzki; jest to nazwa jednego z 74 rejestrów słynnych organów w katedrze we Fryburgu w Szwajcarii. [przypis redakcyjny]
68. Asperges me hysopo et mundabor; lavabis me et super nivem dealbabor (łac.) — słowa z 51 psalmu Dawida: „Pokropisz mnie hyzopem, a będę oczyszczony, obmyjesz mnie, a ponad śnieg bielszym się stanę”. Zgodnie z trydenckim (przedsoborowym) rytem katolickiej mszy antyfonę rozpoczynającą się od tych słów śpiewano w czasie aspersji, tj. pokropienia wiernych wodą święconą, które poprzedzało sumę (mszę odprawianą w niedziele lub dni świąteczne). [przypis edytorski]
69. je m’en vais (fr.) — odchodzę. [przypis redakcyjny]
70. lokucja — powiedzenie. [przypis redakcyjny]
71. André, Salomon August (1854–1897) — szwedzki badacz terenów podbiegunowych i zapalony aeronauta. Zginął wraz z dwoma towarzyszami podczas nieudanej wyprawy balonem na biegun północny. [przypis edytorski]
72. pavor nocturnus (łac.) — strach nocny, chorobliwa obawa ciemności. [przypis redakcyjny]
73. salony wiosenne — mowa o corocznych wystawach prac współczesnych malarzy francuskich i obcych organizowanych w Paryżu. [przypis redakcyjny]
74. Co mnie i tobie, niewiasto? — słowa, które według Ewangelii św. Jana z Nowego Testamentu wypowiedział Jezus do swojej matki podczas uczty weselnej w Kanie Galilejskiej, kiedy gospodarzom zabrakło wina (por. J 2,4; w tłum. Biblii Tysiąclecia: „Jezus Jej odpowiedział: »Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja«”). [przypis redakcyjny]
75. śleper (z niem.: Schlepper) — robotnik w kopalni podwożący węgiel lub rudę pod windę. [przypis redakcyjny]
76. Glikauf (z niem.: Glück auf) — życzenie szczęścia i powodzenia w pracy, odpowiednik polskiego: Szczęść Boże! [przypis redakcyjny]
77. expedite (łac.) — doskonale. [przypis redakcyjny]
78. kwadrować — odpowiadać, pasować. [przypis redakcyjny]
79. fedrunek — uzyskana kopalina. [przypis edytorski]
80. kapa — opierająca się na stemplach belka podtrzymująca sufit w chodniku; także: czapka górnicza. [przypis redakcyjny]
81. bergleder — skórzany pas górniczy. [przypis redakcyjny]
82. żygadło — zapalnik. [przypis redakcyjny]
83. calizna — inaczej: filar; pokład kopalny między chodnikami. [przypis edytorski]
84. śtreka (z niem.: Streck) — odcinek. [przypis redakcyjny]
85. pismo klinowe — pismo, którego znaki miały kształt klinów; było używane w starożytności w krajach Bliskiego Wschodu (Babilonia, Persja). [przypis redakcyjny]
86. sigillaria, odontopterydy, lepidodendrony — bardzo dawne gatunki olbrzymich roślin, z których powstały pokłady węgla kamiennego. [przypis redakcyjny]
87. skarbnik — wg legend górniczych: duch strzegący kopalni. [przypis redakcyjny]
88. de nihilo (łac.) — o niczym. [przypis redakcyjny]
89. empire — styl w sztuce i architekturze, powstały we Francji za panowania Napoleona I. [przypis redakcyjny]
90. Uhde, Fritz (1848–1911) — niem. malarz religijny. [przypis redakcyjny]
91. Rops, Felicjan (1833–1898) — znany malarz i sztycharz belgijski. [przypis redakcyjny]
92. Cenacolo Vinciano (wł.) — mowa o Ostatniej wieczerzy Leonarda da Vinci (1452–1519); słynny ten fresk (malowidło ścienne) znajduje się w klasztorze mediolańskim di s. Maria delie Grazie. [przypis redakcyjny]
93. Menelik (1844–1913) — cesarz Abisynii od r. 1889; gdy Włosi usiłowali Abisynii narzucić w r. 1896 swój protektorat, Menelik przeciwstawił się temu zbrojnie i pokonał armię włoską w bitwie pod Aduą (1 III 1896). [przypis redakcyjny]
94. signore pittore, quanto (...) cadro? (wł.) — panie malarzu, ile (kosztuje) ten obraz? [przypis redakcyjny]
95. mille lire (wł.) — tysiąc lirów. [przypis redakcyjny]
96. signore pittore (wł.) — panie malarzu. [przypis edytorski]
97. molto (wł.) — dużo. [przypis redakcyjny]
98. Ruskin, John (1819–1900) — ang. publicysta, krytyk i teoretyk sztuki. [przypis redakcyjny]
99. Maeterlinck, Maurycy (1861–1949) — pisarz belg.; jego twórczość dramatyczna wywarła duży wpływ na literaturę europejską przełomu XIX i XX wieku. [przypis redakcyjny]
100. Grieg, Edward (1845–1907) — wybitny kompozytor norweski; w swojej twórczości czerpał motywy z pieśni ludowych. [przypis redakcyjny]
101. Leopardi, Jakub (1798–1837) — wybitny poeta wł.; załamany klęską ruchu narodowowyzwoleńczego, trawiony nieuleczalną chorobą, stał się poetą zwątpienia i rozpaczy. [przypis redakcyjny]
102. hedoné (gr.) — rozkosz. [przypis redakcyjny]
103. doktor, co zdjął pierwszy kajdany z nóg i rąk obłąkanych — mowa o fr. lekarzu psychiatrze Filipie Pinel (1745–1826), który wszczął kampanię przeciwko nieludzkiemu traktowaniu obłąkanych. [przypis redakcyjny]
104. no restrain (ang.) — nie więzić, nie ograniczać. [przypis redakcyjny]
105. metoda kształcenia dorosłych Benedyktów Winnickich — w poemacie Przygody JP Benedykta Winnickiego Wincenty Pol z uznaniem pisze o batożeniu Benedykta już jako dorosłego człowieka; zgodnie z dawnym obyczajem Winnicki, jako szlachcic, otrzymuje chłostę na kobiercu. [przypis redakcyjny]
106. pro memoria (łac.) — dla zapamiętania, na pamiątkę. [przypis redakcyjny]
107. cheder — początkowa religijna szkoła żydowska. [przypis redakcyjny]
108. ,,Przez ofiarę ducha...” — zdanie wygłoszone przez Mickiewicza podczas prelekcji w College de France w Paryżu dnia 7 II 1844 r. [przypis redakcyjny]
109. de facto (łac.) — w istocie, w rzeczywistości. [przypis redakcyjny]
110. Arkadia — kraina w staroż. Grecji (na Peloponezie), gdzie głównym zajęciem ludności było pasterstwo; w późniejszych wiekach przedstawiana przez poetów jako kraina szczęśliwości. [przypis redakcyjny]
111. „Po tym [wszyscy] poznają, żeście uczniami moimi, jeśli się wzajem miłować będziecie” — wg Ewangelii w Nowym Testamencie słowa te wyrzekł Jezus do swych apostołów podczas ostatniej wieczerzy (por. np. J 13, 35). [przypis redakcyjny]
112. de lana caprina (łac.) — (spór) o kozią wełnę, czyli o rzecz błahą. [przypis redakcyjny]
113. „pielgrzym, co się w drodze trudzi (...)” — słowa z Hymnu o zachodzie słońca Słowackiego. [przypis redakcyjny]
114. Charlottenburg — w owym czasie oddzielne miasto pod Berlinem, obecnie jedna z jego dzielnic. [przypis redakcyjny]
115. eskulap (daw.) — lekarz. [przypis edytorski]
116. egzageracja — przesada. [przypis redakcyjny]
117. ryfuś — prostak, cham. [przypis redakcyjny]
118. bursz — student; w XIX w. student uniwersytetu niemieckiego, należący do korporacji studenckiej. [przypis edytorski]
119. Żem prawie nie znał (...) przy blaskach gromu — cytat z Hymnu o zachodzie słońca (inc. Smutno mi, Boże!) Juliusza Słowackiego. [przypis redakcyjny]
120. Dajmonion (gr.) — wg gr. filozofa Sokratesa (469–399 p.n.e.) głos wewnętrzny pochodzenia boskiego, powstrzymujący człowieka przed niewłaściwymi czynami. [przypis redakcyjny]
121. Asperges me hysopo... (łac.) — słowa z 51 Psalmu Dawida: „Pokropisz mnie hyzopem, a będę oczyszczony, obmyjesz mnie, a ponad śnieg bielszym się stanę”. [przypis edytorski]
122. folwark donacyjny — w Królestwie Polskim majątki skonfiskowane Polakom rząd carski przekazywał w darze „zasłużonym” urzędnikom i wyższym oficerom (nowi właściciele majątki te najczęściej puszczali w dzierżawę). [przypis redakcyjny]
123. sapowaty — błotnisty, bagnisty. [przypis redakcyjny]
124. Platonowa „Apologia Sokratesa” (właśc. Obrona Sokratesa) — uczeń Sokratesa, Plato (427–347 p.n.e.) twórca szkoły idealistycznej w filozofii, odtworzył w tym dziele słynną obronę Sokratesa przed sądem ateńskim, który skazał go na śmierć za rzekome nieuznawanie oficjalnej religii i demoralizację młodzieży. [przypis redakcyjny]
125. dystrakcja — roztargnienie. [przypis redakcyjny]
126. felczer — osoba uprawniona do wykonywania prostych zabiegów medycznych. [przypis edytorski]
127. kilim — dwustronny dywan do dekoracji ścian i podłóg. [przypis edytorski]
128. literka — tu: drabinka u wozu. [przypis redakcyjny]
129. odumrzeć kogoś — umrzeć, pozostawiając kogoś bliskiego. [przypis edytorski]
130. galman — ruda cynkowa. [przypis redakcyjny]
131. wyrabować — wybrać, wydobyć (materiał kopalny). [przypis redakcyjny]