Sprawa piąta
Poranek w listopadzie. Śniada, nad wilgotnymi łąkami modra mgła. Słońce lśni kędyś za wzgórzami, za lasami. Chłód. Zapach liści uwiędłych. Żółte listowie klonów i topól szczelnie, uroczo okryło ziemię. Na zimnej murawie uporczywa rosa odpycha oczy. Nieruchomy, stary park zdaje się tulić w głuchość zakątków, zasłanych mgłą, dawne pogrzebione wspomnienia. Nawija się ciągle przed oczy częstotliwy połysk liści oblatujących ze srebrzystej topoli. Te spływające zwłoki liści żegna cichy szum bezlistnych szczytów, co wśród nieba się poczyna, a w sercu kończy. Serce, ściśnięte od nieugiętych szponów żalu, tuli się samo w sobie i błąka we mgle wspomnień. Czarowic i Krystyna zeszli ze wzgórza i idą długo w milczeniu odludną drogą w parku, ponad basenem leniwej wody, na którą spadła opona złotych liści. Krystyna ma na sobie uroczy swój strój: jasnozieloną suknię, pluszowy krótki paltocik, czarny kapelusz ze strusim piórem. Każdy połysk jej lakierowanego bucika szelestny jest niezapomnianie wśród złotych liści. Aksamitne jej oczy błądzą po głębinach drzew i mgieł. Policzki pokryły się od chłodu puszystym różem, usta spąsowiały. Czarujące zdrowie, jak zapach, wonieje z jej postaci. Na ustach osiadł chłodny i okrutny uśmieszek, podobny do rosy, która nie opuszcza murawy. Oczy jej ani razu nie spojrzały w stronę Czarowica. Usta cedzą kiedy niekiedy słowa oziębłe. Jak uschnięty liść poniewiera się na ziemi jego upadłe serce. Wiatr je popycha tam i sam. Oczy wytężają się tylko po to, żeby nieujęta mgła łez zasłaniała ich pole widzenia. Nic nie widać...
KRYSTYNA
Proszę mówić...
CZAROWIC
Wszystkie przyczyny mojego smutku są mądre, a wszystkie racje mojego wesela byłyby niedorzeczne.
KRYSTYNA
Niech to pana pocieszy, że wszelkie uczucia są niedorzeczne. Uczucia psują porządek rzeczy, a poeci i w ogóle ludzie podlegli uczuciom niweczą nieustannie logikę. Powinno się z tym wszystkim walczyć szponami i zębami.
CZAROWIC
Dlaczegóż pani dostarczyła mi tak niezrównanych piłek do przecięcia krat w oknie więzienia, skoro pani zamierzała oddać rękę mojemu bratu? Dlaczego?
KRYSTYNA
Dlatego, że brat pański jest bardzo bogaty i będzie coraz bogatszy.
CZAROWIC
Więc dla pani byłoby korzystniej, gdybym był zawisł na szubienicy. Mój brat byłby odziedziczył po mnie całą schedę. Jest nas tylko dwu na świecie. Wypuszczony przez panią na wolność będę znowu psuł porządek rzeczy i niweczył logikę — ponieważ, niestety, jestem poetą.
KRYSTYNA
A tak — „niestety”. Że uczucia są zawsze niedorzeczne, najlepszy dowód może dla pana stanowić ta okoliczność, że ja, w charakterze panny z towarzystwa i narzeczonej pańskiego brata, kochałam się do szaleństwa w Abelu Pollet, bandycie, którego ściął kat Deibler za pomocą gilotyny. Takie uczucie jest chyba doskonałą niedorzecznością w sferze uczuć młodej i niewinnej panienki z towarzystwa. No, a ja kochałam się w tym zbójcy, nosiłam jego fotografię na sercu, ponieważ był ciągniony na gilotynę przez pięciu ludzi, ponieważ patrzał na otaczających bliźnich, na cnotliwych synów ojczyzny, którzy przyszli nasycić swą doskonałość widokiem jego strasznych boleści...
CZAROWIC
Jakże żałuję, że przepiłowałem kraty i uciekłem z więzienia! Gdybym był zawisł, może by pani była pokochała mnie tak, jak tego Abela Pollet.
KRYSTYNA
Czy powiedziałby pan to ostatnie przypuszczenie w obecności brata?
CZAROWIC
Powiem je w obecności brata, ale z pewnym dodatkiem. Dodam jeszcze, że wymagać będę natychmiast wypłaty połowy mojej sukcesji po rodzicach.
KRYSTYNA
I cóż jeszcze powie pan bratu?
CZAROWIC
Powiem mu, że tę moją część wydam na cele rewolucji do ostatniego szeląga.
KRYSTYNA
A czy to będzie ładnie, poetycznie tak zubożyć brata?
CZAROWIC
I panią.
KRYSTYNA
A i mnie w każdym razie.
CZAROWIC
Jak to — „w każdym razie”?
KRYSTYNA
Oczywiście. Gdybym, powodowana przez wyrachowanie, zdradziła teraz brata pańskiego i zechciała z wrodzoną mi przekornością dowieść panu, że wszystkie racje pańskiego smutku są niedorzeczne...
CZAROWIC
Co pani mówi? Po co takie rzeczy mówić?
KRYSTYNA
A kiedy ja należę do szeregu tych kobiet nowoczesnych, do gruntu zepsutych, niemal zwyrodniałych moralnie, które mówią tylko prawdę.
CZAROWIC
Cóż pani mówiła mojemu bratu?
KRYSTYNA
Chciałby mi pan dowieść, że nie zawsze mówię prawdę. Nie dowiedzie pan tego. Nie mówiłam bratu pańskiemu, że go kocham. Pamięta pan naszą dawną rozmowę w alejach? Postanowiłam sprzedać się... Brat pański był tak wspaniałomyślny, że chciał, zamiast nabycia, pojąć mię ślubnie za małżonkę, osadzić w dobrach swych na czele wszystkich pachtów142 i krescencyj143, uczynić ze mnie obywatelkę, kolatorkę144 parafii, matronę, przechowującą stare cnoty i tradycję rodu Czarowiców. A pan to wszystko znowu popsuł.
CZAROWIC
Jakimże się to sposobem stać mogło? Jakże to ja, siedząc w więzieniu, skompromitowany nie tylko w oczach policji moskiewskiej, ale również w oczach całego, dobrze myślącego ogółu, mogłem wpłynąć na rozumowanie pani, tak mocno zbudowane na fundamentach logiki?
KRYSTYNA
Powiedzieć panu?
CZAROWIC
Powiedz, Krystyno!
KRYSTYNA
Dobrze, powiem. Tylko bez wszelkich egzageracji, bez uniesień i bez spoufalonych wykrzykników w rodzaju tego — „Krystyno”! Otóż... Spodobało mi się to wszystko, co pana spotkało. Nie to wcale, co pan robił, lecz pański los. Spodobało mi się to, że na przekór im wszystkim, wbrew wszystkim kolatorom, publicystom, wszelkim zuchom, drabom i żulikom literackim... Nazywali pana zdrajcą, bandytą, brodiagą145, deklamatorem patetycznym... Sami nikczemni, intryganci, karierowicze — znienawidzili pana za to, żeś nie szedł z nimi. Aquellos Polvos...
CZAROWIC
Miłości moja!
KRYSTYNA
Sprawiało mi niewymowną rozkosz zaciskać zęby i przysięgać panu cześć do grobu. Zacisnęłam zęby, schowałam szpony i lubiłam całymi godzinami wsłuchiwać się w ich głosy, patrzeć na morze głów szelmowskich, kiwających nad panem z politowaniem, z oburzeniem, z urągowiskiem. Polubiłam na śmierć tę pańską śpiczastą czapkę...
CZAROWIC
Uwielbiona!
Oboje zbliżają się do ławki przydrożnej. Ławka ta stoi nad basenem wodnym, w pobliżu małej śluzy. Przez drewniane stawidło spada fartuch wodny, gędźba półgłośna, wciąż jeden głos wydająca. Krystyna i Czarowic usiedli. Krystyna, pół odwrócona swoim obyczajem, patrzy w przestrzeń.
KRYSTYNA
Teraz niech mi pan opowiada jeszcze powiastki o sobie, przygody i szczegóły...
CZAROWIC
Myślałem, że pani mi powie...
KRYSTYNA
Nic nie powiem. Musi pan jeszcze uciekać stąd w świat. Niech pan ucieka!
CZAROWIC
A co dalej?
KRYSTYNA
Nie wiem, co dalej.
CZAROWIC
Daj mi słowo nadziei!
KRYSTYNA
Och, nawet tej „nadziei” pan mi nie oszczędził! Zupełnie jak w powieści dla moralnych rodzin, której zadanie polega na „wlewaniu otuchy, tudzież siły krzepiącej”...
CZAROWIC
Więc co?
KRYSTYNA
Nic. Gdy pan pojedzie, zniknie mi z oczu...
CZAROWIC
To co?
KRYSTYNA
Muszę zobaczyć, czy pana stać na to, żeby pan mógł być moim głębokim, duchowym przeżyciem — czy pan może zawładnąć wszechwładnie moimi farbami. Czy będę zmuszona przez pana... nadal malować czucia i ruchy tajemnicze duszy, czy będę zmuszona przetwarzać pana w moją sztukę? Zdarzało się malować pejzaż przedwieczorny, a to był nokturn o panu, kwiaty... a to był bukiet dla pana... Zobaczę, czy w panu jest taka moc nadprzyrodzona, żeby pan mógł popchnąć rękę do najwyższego, do wymarzonego od lat dzieła mojego życia...
Twarz jej pokryła się ciemnym rumieńcem i powoli, na krótką chwilę zwróciła się w stronę Czarowica. Uśmiech boskiego początku i piękności nieśmiało wykwitł na wargach, łaska spłynęła w spojrzeniu.
CZAROWIC
Krystyno!
KRYSTYNA
Cóż pan powie bratu?
CZAROWIC
Powiem mu okropną prawdę.
KRYSTYNA
Okropną prawdę... Cóż to jest owa okropna prawda?
CZAROWIC
Powiem mu, że pani zrywa z nim dla mnie i przeze mnie.
KRYSTYNA
Okropną prawdą będzie wyjawienie, że żywy towar jest nie do nabycia. Towar ogłosił swą niepodległość — czyż kto kiedy słyszał tak straszliwą pogłoskę na okręgu świata?
CZAROWIC
Cóż pani ze sobą pocznie? Za mną nie można iść. Na tej ścieżce, którędy ja pójdę, dla dwu osób miejsca nie ma.
KRYSTYNA
nachyla się ku niemu
Toteż ja nie pragnę chadzać we dwoje. Proszę zapamiętać tę okropną prawdę, że ja chcę iść ścieżką, na której dla drugiego człowieka miejsca nie ma.
CZAROWIC
Może gdzieś, na cyplu góry te ścieżki się spotykają.
KRYSTYNA
Och, metafora! Może się zresztą schodzą na owym cyplu góry...
CZAROWIC
Jakże dosięgnąć tego miejsca bez obciętych kuponów, bez sleepingów, automobilu, służby, kufrów?... Na szczyt dochodzi się w łachmanach z pokrwawionymi rękami i nogami, z sercem na poły pękniętym.
KRYSTYNA
Nie pójdzie pan moją ścieżką, więc się pan nie dowie, jak się tamtędy wchodzi na szczyt góry.
CZAROWIC
Ale czy duszę kobiecą zdołasz donieść tam nieskalaną?
KRYSTYNA
To znaczy: czy dziewictwo moje, panieństwo ciała nie zostanie kędyś, w połowie wysokości?
Nadchodzi Benedykt, starszy brat Czarowica.
BENEDYKT
Takeście się państwo dobrze ukryli, że ledwie was mogłem znaleźć.
CZAROWIC
Może byłoby lepiej, gdybyś nas był nie znalazł wcale.
BENEDYKT
Doprawdy? do Krystyny — Mama pani zaczęła się na serio niepokoić i poleciła mi szukać w parku.
KRYSTYNA
Mama zawsze miewa złe przeczucia. W tym wypadku złe jej przeczucie sprawdziło się.
BENEDYKT
Byłbym zrozpaczony, gdyby cokolwiek złego stało się pani w tym parku!
KRYSTYNA
Brat pański mię skrzywdził.
BENEDYKT
Czy podobna? Janek?!
KRYSTYNA
Niesłusznym podejrzeniem skrzywdził mię tutaj...
BENEDYKT
Cóż on mógł przypuścić, co pomyśleć o pani, o wonnej róży, która na wiosnę zakwitnąć ma w tym ogrodzie?
KRYSTYNA
Ach, jak pan to kunsztownie wycyzelował! Pan Jan posądzał mię tutaj o brak logiki, o łatwowierność, o naiwność, o nieobywatelskość i skłonność do poezji.
BENEDYKT
Jakże on to wyraził? Jako sędzia, muszę mieć przytoczony dosłownie ścisły tekst jego przewinienia w słowie.
JAN
Musi mię pani zadenuncjować — to darmo. Ja jestem do tego przyzwyczajony...
Bendykt
Jaś... Mogłeś oszczędzić nam tego słowa!...
JAN
Nie znam się, Benie, na oszczędności. Jestem rozrzutny i marnotrawny.
KRYSTYNA
Marnotrawny brat!... Utracił wszystko, zmarnował mienie, przyszedł półnagi. Zabito na jego cześć cielca utuczonego, przyjęto go z miłością bratnią, z ojcowskim przebaczeniem... — a oto, jakże postąpił?
JAN
Przed chwilą żegnałem się przecie z tymi drzewami, które dziad legionista sadził, pod którymi młodzieńcem marzył ojciec...
BENEDYKT
Żegnałeś się? Czy wyjeżdżasz?
JAN
Wyjeżdżam, Benku.
BENEDYKT
Czy nie możesz powiedzieć mi, dokąd jedziesz?
JAN
Wyjeżdżam bardzo daleko.
BENEDYKT
niespokojnie
Przecież mógłbyś powiedzieć mi, jak bratu!...
JAN
patrzy na szczyty drzew, na oblatujące liście srebrnej topoli
„Na północ pójdę czyli na południe,
Wszędzie po drodze kupię za grosz chleba
I znajdę studnię”.
BENEDYKT
któremu łzy płyną z oczu
Niepoprawny w okrucieństwie, wieczny, głuchy, bezpłodny marzycielu! Uspokój się, porzuć te przeklęte złudzenia! Krystyno, powiedz mu ty, bo ja słów już nie mam. Mnie on nie zrozumie i nie zechce wysłuchać. Może ty zdołasz...
KRYSTYNA
Złego pan wybrał we mnie pośrednika.
BENEDYKT
do Jana
Myślisz, że nie rozumiem twojej duszy, że nie odczuwam tego, co ci piersi rozpiera. Wystarczy ci, gdy powiesz sobie o mnie w myśli: narodowy demokrata — realista — ugodowiec czy inaczej, według waszej recepty wyzwisk. Sądzisz, że człowiek, który orze, sieje, żnie, który liczy snopki, ażeby mu ich nie skradziono, mierzy korcem zboże, hoduje konie, krowy, owce i świnie — nie ma prawa do krążenia marzeniami w tym kraju, gdzie ty przebywasz.
JAN
Ja tak nie sądzę.
BENEDYKT
Nie chciałbym się zająknąć od słowa, jakie by ci sprawić mogło przykrość. Ale pragnę dotrzeć do prawdy, która by nas pojednała. Jasiu, kocham cię dziś głębiej niż kiedykolwiek.
JAN
Wiem o tym i głęboko ufam ci, Benku!
BENEDYKT
A więc chciej mnie zrozumieć.
JAN
O ile jestem w stanie, rozumiem cię. Ale ja muszę wszystko, co mówię, mówić — i wszystko, co czynię, czynić na poziomie prawdomównej i niepodległej duszy polskiej. Inaczej nie mogę.
BENEDYKT
To, co wziąłem po ojcu dla nas obydwu, zliczyłem, oceniłem, zbadałem i powiększyłem niemal w dwójnasób. Pozwalam sobie mówić o tym przy pannie Krystynie — i przepraszam ją za tę rozmowę. Słyszysz mię, Jasiu? Zwyżka majątku powstała na mojej i na twojej części, więc dzielę ją pół na pół. Pracuję od świtu do nocy i chełpię się tym, żem jeden z pierwszych gospodarzy w kraju. Czy sądzisz, że pożeram to, co zarabiam? Nie! Niech no poprawią się czasy, będziemy krzątać się około oświaty ludu i polepszenia jego bytu. Cenią mię chłopi, uczą się ode mnie nowoczesnej gospodarki. Ufają mi. Cała okolica jest ze mną. Nie z tobą, Janku, który o nich tysiąc wypowiedziałeś przemówień, lecz ze mną...
JAN
Wiem o tym. Czemuż chłop we mnie zaufać może? Słowu, które wiatr porywa i niesie? Dola moja jest taka: ja orzę, bronuję, sieję, żnę, wiążę, młócę, pocę się i ziębnę, dźwigam ciężary i upadam, a ludzie na mnie patrzą i nie widzą nic a nic. Przeciwnie, ciskają na mnie ze wstrętem swoim nawozem i błotem, po którym depcą ich nogi przez całe życie.
BENEDYKT
Zostań z nami! Będziesz rządził swą schedą. Weźmiesz folwark, który tylko wybierzesz. Będziesz robił eksperymenty, jakie tylko zechcesz. Zechcesz podwyższać parobkom płace do najwyższej granicy — stać nas na to do diabła! — Czarowiców! Zechcesz zakładać instytucje — póki tylko starczy twej części... Swojej ci nie oddam, gdyż mam swe wyrobione zdanie, ukochane idee, cele, drogi, wyobrażenia, którym służę ze wszej duszy. Muszę mieć warsztat do pracy.
z pokorą
Zresztą ta moja część należy już do Krystyny...
Krystyna z uśmiechem rysuje parasolką znaki na drodze.
JAN
Ułatwiłeś mi zadanie. Właśnie w tej materii chciałem się z tobą rozmówić, Benie.
BENEDYKT
Chwałaż Bogu! A mówże, chłopcze...
JAN
Krótko powiem. Moją część — tylko ojcowską, bez zysków, któreś dorobił, spłać mi gotówką.
BENEDYKT
posępnie
Zaraz chcesz tego?
JAN
Zaraz.
BENEDYKT
Nie mam gotówki. Wszystek nasz majątek leży w ziemi, w stodołach, stertach, kopcach, maszynach, inwentarzu, gorzelni.
JAN
Łatwo pożyczysz.
BENEDYKT
Taką sumę, pół majątku?
JAN
To cię przecie nie może zrujnować. Zaciągniesz pożyczki w towarzystwie, w bankach. Będziesz z wolna wypłacał i po niewielu latach staniesz się panem całości.
BENEDYKT
Łudzisz się, że to tak łatwo. A cóż ty zrobisz ze swoją częścią? Na co ci tyle pieniędzy?
JAN
Rzucę je w ogień.
BENEDYKT
W tę „rewolucję”?
JAN
Tak.
BENEDYKT
z rozpaczą
Ach, Boże!
JAN
w zadumie
Widzisz sam, Benku, że niełatwo przyszłoby mi czynić ze swoją częścią to, co bym uważał za konieczne, w razie gdybym tu pozostał.
BENEDYKT
ze spokojem
Zrujnujesz mię... Ale cóż począć? Gdy zaciągnę tyle długów, nie będę mógł, oczywiście, pracować na całym z taką forsą i w taki sposób, jak obecnie. Wszystko by trzeba zmienić od początku do końca. Więc — część majątku trzeba sprzedać. Sprzedać! Sprzedać!
JAN
Dasz sobie radę na mniejszym.
BENEDYKT
To zdanie zawsze od ciebie słyszałem, jeszcze w szkołach. W istocie — ja dam sobie radę! Gdybym się miał na śmierć zapracować, dam sobie radę. To mój honor, żebym nie uronił ani skiby tego, co mi w ręce dał ojciec.
JAN
A ja to wszystko, co mi ojciec zostawił, roztrwonię.
BENEDYKT
Przejdź się po folwarkach, gorzelni, warsztatach, posłuchaj zgiełku i turkotu roboty. Czyż ci nie będzie żal? Zobacz, ilu my ludziom dajemy w ręce skiby chleba, ilu dach nad głową, opał i odzież. My nie jesteśmy wyzyskiwaczami; ja płacę dobrze, chcę się opiekować starością pracownika, jego chorobą i kalectwem.
JAN
To dobrze, Benie, stokroć cię bardziej za to kocham. Ty jesteś człowiek osiadły, człowiek rozumny, człowiek skończony. Należysz do niezmiernego rzędu tych, którzy powolnymi pracami rozwijają siły narodu, kształtują codzienny, życiodajny czyn, którzy uwielbiają długie życie, tworzą bogactwa i zdobywają je dla pięknych kobiet, żeby wśród powodzenia i spokoju zażywać owoców swojej i cudzej pracy. Należysz do tych, którzy tworzą materialną kulturę narodu, istniejącą siłę jego trwania. Ja, bracie, jestem przechodzień, który wciąż musi iść z miejsca na miejsce, musi iść tam, dokąd go popycha natchnienie.
BENEDYKT
Natchnienie! Pókiż będziesz wierzył w moc napuszonych słów, w piękne konstrukcje pięknych myśli, które jednak nie zawierają w sobie żadnej treści? Kiedyż nareszcie spostrzeżesz oczywiste prawa współżycia ludzkiego, które, jak natura, niezłomnie panują nad nami? Te prawa urabiają wolę naszą! Wyobraziłeś sobie jakichś ludzi, jakieś stosunki i jakieś obyczaje, których wcale na tej ziemi nie ma. Przypatrz się ludziom i miejscom!
JAN
Cesarz Japończyków dobrowolnie zrzekł się roli syna słońca i co najmniej połowy swych praw. Czy przed dokonaniem tego czynu nie poczytywaliby ludzie takich praw i stosunków, jakie nastały, za utopię? Ów czyn japońskiego cesarza wydał niesłychane owoce. Wszyscy Japończycy, uzyskawszy od mikada znaczną część jego praw, zrzekali się na rzecz dziesięciu tysięcy lat ojczyzny części swych przywilejów i praw. W ten sposób, w ciągu kilkudziesięciu lat powstał naród, który zadziwił, olśnił, oślepił stary świat. Każdy Japończyk, nie tylko samuraj, lecz wieśniak i robotnik, zrzeka się życia i wszystkiego dobra, kiedy idzie o dobro najwyższe. Widzieliśmy wszyscy setki tysięcy przykładów tej ofiarności. Dość wspomnieć bitwę pod Mukdenem146, nieśmiertelny rozkaz generała Hayashi — shne! — umrzyjcie! i nieśmiertelne wykonanie rozkazu. Naród polski stoi na drugim końcu tej drabiny ofiarności. Jest to naród najmniej ofiarny na świecie — i to od czasów bardzo dawnych. Mamy nadzwyczajnie bogatą magnaterię, która ściska w zaciśniętym od skąpstwa kułaku miliony, a naród żyje ofiarnością garsteczki inteligentnych biedaków. Toteż naród polski trwa w najbardziej poniżającej godność człowieka niewoli. Dzieje wszystkich instytucji potwierdzają prawdę tego, co mówię.
BENEDYKT
Dużo was jest krytyków narodu, nauczycieli, kaznodziejów, mistrzów, wołających wniebogłosy, jakim być powinien ten naród tak nieszczęśliwy...
JAN
Posłuchaj! Kiedy muzeum Kensington chce kupić jakikolwiek drogi przedmiot do swoich zbiorów, dość jest zarządowi wystawić w witrynie przedmiot, a obok niego księgę do subskrypcji narodowej. Przypomnij sobie teraz nasze szkolnictwo, Macierz, nędzę naszych muzeów i brak urządzeń, które są wszędzie na ziemi. Czy myślałeś kiedy w życiu o Kaszubach, o rybakach, którzy siedzą nad morzem, siedzą od wieków, i dzięki którym my moglibyśmy sięgnąć do morza, stworzyć handel morski, mieć nawet statki handlowe... Nieprawdaż — jakie to śmieszne? My czekamy na chwilę, kiedy tych naszych Kaszubów Niemiec „w obcy naród przemieni” do ostatniego człowieka. Wówczas nawymyślamy w swych piśmidłach Niemcowi, który nie hołduje naszym ideałom... Dźwignęły się już z poniżenia narodki: Serbowie, Chorwaci, Słoweńcy. A my, dwadzieścia milionów, jesteśmy martwą masą, jałową gliną. Ja, bracie, idę za natchnieniem. We mnie ojczyzna moja płonie. Cóż ja pocznę? Chcę budować rzecz nową, a budować wszystko na ofiarności, która taki owoc wydała w Japonii...
BENEDYKT
Doskonale! Pokażże mi teraz, co ty sam robisz pod wpływem swego natchnienia. Niech w słońcu obejrzy świat twoje prace i rezultat sił twego ducha. Gdzieś był, kiedyśmy tu siali, orali, żęli, marzli i prażyli się na upale, razem z ludem pracując na polu i przy warsztacie, razem myśląc, modląc się w kościele zbudowanym przez przodków i trwale wierząc w lepszą przyszłość? Lud patrzy na moje ręce, na moją robotę i sprawę. Zwołaj ich, skąd chcesz, i zapytaj się, czy Czarowic to nie uczciwy Polak, uczciwy pan i prawy człowiek? Kiedyśmy tutaj zakładali koła Macierzy, trzeba ci było widzieć, jak stanęli przy mnie, z jaką ufnością nieśli ostatni grosz. A kiedy tu raz zajechali po mnie kozacy i aresztowali mię, na dwa zresztą dni, o to, że prowadziłem szkółkę bez pozwolenia, we dwudziestu wsiach zagotowało się jak w kotle.
JAN
Stokroć cię bardziej za to kocham!
BENEDYKT
A ty gdzieś wtedy był, coś wypracował? Przez pamięć ojca! Nie chciałbym usłyszeć, żeś brał udział w tym, co robili współwyznawcy twoich wierzeń. Ileż to krwi wylano za lada podejrzeniem, ile wylano niewinnej! A hasło? „Za mniejsze winy karaliśmy śmiercią” — „lepiej zgładzić dwu niewinnych niż puścić jednego szpiega” — a wreszcie: „winien czy nie winien — kulą w łeb, skoro padło podejrzenie”. Z takiego zatracenia prawdy, z tej otchłani rozbestwienia mogłoż wyrosnąć zdrowie nowego życia? Jeszcze nie zaczęli być rządem nowym, a już wdrożyli wszystkie zbrodnie i nadużycia rządów starych! Powiedz mi, gdzie jest rezultat całej twojej roboty? Gdzieś za granicą na uniwersytecie deklamowałeś w gronie współwyznawców, a później siedziałeś w więzieniu.
JAN
zimno
Gorzej, bracie! Gdyś ty wyprodukowywał zboże i pieniądze, to ja wtedy do upadłego tańcowałem.
BENEDYKT
Jak to — tańcowałeś?
JAN
Lepiej nie pytać. Bity po twarzy, nie stanąłem do pojedynku. Sromotnie uciekłem.
BENEDYKT
Co ty opowiadasz?
JAN
śmieje się
Konik polny i mrówka... Gdy mi teraz, mrówko pracowita, oddasz moją schedę, stanę do pojedynku!
BENEDYKT
ponuro
Dobrze, oddam... Wszystko oddam... Tylko pomyśl...
JAN
Ja to już wszystko nieźle przemyślałem. Miałem czas.
KRYSTYNA
cicho ze złowieszczą kokieterią, zwrócona do Jana
Któż to pana uderzył?
JAN
Tłum rodaków.
BENEDYKT
Nie rozumiem. O czym mówisz?
JAN
Nie staraj się tego rozumieć. Już nie zrozumiesz, Benie.
KRYSTYNA
do Benedykta
W istocie, niech pan nie stara się tego rozumieć. Jest w tym, co powiedział brat pański, coś bardzo nieprzyzwoitego, niemiłego. To mogłoby panu zaszkodzić. Pojmuje pan, co ja mówię?
BENEDYKT
Właśnie, że nie pojmuję — i to mię drażni.
KRYSTYNA
Jest pan niedomyślny... Na ogół — jest pan niedomyślny. W każdym razie sumę żądaną musi pan wypłacić bratu. Taki wydaję wyrok. Sam pan żądał mej interwencji.
BENEDYKT
Miałem nadzieję, że pani właśnie przyjdzie mi z pomocą w uratowaniu brata. Pani tymczasem przyczynia się do jego zguby.
JAN
Nigdy nieszczęście nie chodzi samo. Drugą złą wieść muszę ci zwiastować...
BENEDYKT
z lękiem
Co takiego?!
KRYSTYNA
Pan Jan chce pana uprzedzić, że skazuje się pan na samotność, na zimne i puste życie.
BENEDYKT
Ja się skazuję? Dlaczego?
KRYSTYNA
Ponieważ ja jestem zbyt wymagająca, zbyt wyrachowana. Pan już dziś dla mnie, przez ten podział, stał się za ubogi. Muszę szukać ludzi bogatszych. Muszę pójść dokądś daleko...
BENEDYKT
z pasją
Znowu ta mowa przeklęta!
KRYSTYNA
Znowu ta mowa. Zresztą, wcześniej czy później i tak bym pana zdradziła. Co gorsza, już dziś zdradziłam pana, zdradziłam haniebnie...
Benedykt mierzy przez chwilę obydwoje przeszywającym wzrokiem, a później zrozpaczony odchodzi. Słychać szelest liści pod jego błędnymi stopami i krótkie, urwane, głuche jego szlochy.
JAN
Och!... Jesteś okrutna, Krystyno. Jesteś czarująco piękna w tej chwili. Jesteś czarująco piękna. Kocham cię!
KRYSTYNA
Kocham cię — to znaczy: chcę tobą władać. Trzeba, żeby miłość stała się wyższa od uczuć nas obojga razem złączonych.
JAN
Jakże to osiągnąć?
KRYSTYNA
Przez rozstanie się. Gdy mnie utracisz i gdy ja cię utracę, poznamy, czym jest nasza miłość. Będziemy daleko czuwać, jak ptaki, które instynkt tajemniczy, przedwieczny wygania z północy na południe, a nieśmiertelna tęsknota popycha do powrotu.
JAN
Nie chcesz być szczęśliwa?
KRYSTYNA
Ileż to razy zadał to pytanie młodzieniec dzieweczce i ileż razy otrzymał twierdzącą odpowiedź! Spojrzyj na te pary we dwa lata po dniach ich „szczęścia”... Czy wiedzą cokolwiek o szczęściu, które dziś nasze serca rozpiera? przez zaciśnięte zęby Chcę cię kochać, chcę cię uwielbiać tak jak dziś — wiecznie, wiecznie!
JAN
Inny cię człowiek obejmie ramionami.
KRYSTYNA
Nie! Nikt nie pocałuje moich ust nigdy, prócz ciebie.
Jan nachyla się. Patrzy w jej oczy. Całuje rubinowe jej usta, spąsowiałe policzki, czarne oczy, cudowne od ekstazy.
JAN
Cóż mówiłaś o Nizzy?...
KRYSTYNA
Nie chcę, żeby ktokolwiek mną rządził...
JAN
Chodź ze mną. Wyjedziemy na kraj świata. Uciekniemy na wyspy Wyśnione.
KRYSTYNA
Nie — ja będę na jednym krańcu świata, ty na drugim. Będziemy czasami zdążać ku sobie przez morza, półwyspy, łańcuchy gór, rzeki, jeziora, płaszczyzny, poprzez wielkie obce miasta i długie, cudze wsie, uciekające w dal poza oknami wagonu. Będziemy tęsknić do siebie i modlić się nawzajem do swych wyniosłych dusz w miejscach odległych. Jakże czarodziejska poezja będzie w tym nieskończonym rozdarciu!
z miłością, w szepcie zachwytu
Przygotuj się dobrze i mocno do swych katuszy, więzień, zesłań, katorg, walk nocnych, ucieczek — potężny lwie! Ja będę z dala czyhała. Będę chodziła po twych tropach królewskich, węsząc krople świętej krwi, spadłe na ziemię z twych ran. Gdy będziesz biegł w polach samotny, ścigany, z nozdrzami chwytającymi ostatnim wysiłkiem powietrze — nasłuchuj! Mój okrzyk będzie w pobliżu. Moje oczy będą widziały. Ja nie zawiodę.
Usta się zwarły z ustami. Szum wody spadającej z drewnianego na rzeczce stawidła, zdało się, pochwycił dalszy szereg wyrazów i zawarł treść w głosie swym jednostajnym, natchnionym, wiecznym. Szelest liści, które przelotny wiatr pogania i porusza, wchłonął w siebie szept rozkoszy i krótki jęk szczęścia.