Rozdział V

Spostrzegłem się w r. 1832 — w ogóle moja filozofia jest z tego dnia, w którym piszę, byłem bardzo od niej odległy w 1821 — widzę tedy, że ja byłem czymś pośrednim między energicznym grubiaństwem generała Grosse, hrabiego Regnault de Saint-Jean-d’Angély oraz nieco lilipucią gracją hrabiego de Ségur, pana Petit, gospodarza Hotelu Brukselskiego, etc.

Jedynie co do nikczemności byłem obcy ostatecznościom, o które się pomawiam. Z braku zręczności, z braku zmysłu handlowego, jak mi to powiadał à propos moich książek i Akademii pan D. z „Debat” (pan Delécluze), przepuściłem kilka sposobności zrobienia wielkiej kariery politycznej, finansowej albo literackiej. Przypadkowo wszystko to kolejno pukało do moich drzwi. Marzenie — tkliwe w 1821, a później filozoficzne i melancholiczne (poza wszelką próżnością, ściśle takie jak pana Jakuba w As You Like It93) — stało się dla mnie taką rozkoszą, że kiedy przyjaciel spotkał mnie na ulicy, byłbym dał paola94 za to, aby się nie odzywał do mnie. Sam widok kogoś znajomego drażni mnie. Kiedy widzę z daleka takiego człowieka i kiedy trzeba myśleć o tym, aby mu się ukłonić, drażni mnie to na pięćdziesiąt kroków z góry. Szalenie lubię za to spotkać przyjaciół wieczorem w towarzystwie, w sobotę u pana Cuvier, w niedzielę u pana de Tracy, we wtorek u pani Ancelot, we środę u barona Gerard etc., etc.

Ktoś obdarzony odrobiną taktu widzi łatwo, że mnie męczy, zaczepiając mnie na ulicy. „Oto człowiek, który mnie lekceważy” — powiada sobie jego próżność i nie ma racji.

Stąd moje szczęście, kiedy się przechadzam dumnie po obcym mieście (Lancaster, Torre del Greco etc.), dokąd przybyłem przed godziną i gdzie jestem pewny, że mnie nikt nie zna. Od kilku lat zaczyna mi brakować tego szczęścia. Gdyby nie morska choroba, puściłbym się z przyjemnością do Ameryki. Czy uwierzycie? Nosiłbym z przyjemnością maskę, zmieniłbym z rozkoszą nazwisko. Tysiąc i jedna nocy, które uwielbiam, wypełniają więcej niż ćwierć mojej głowy. Często myślę o pierścieniu Angeliki; największą moją przyjemnością byłoby zmienić się w długiego blondasa Niemca i przechadzać się tak po Paryżu.

Widzę, przeglądając te kartki, że byłem przy panu de Tracy. Ten starzec tak kształtny, zawsze czarno ubrany, w swoim obszernym zielonym surducie, stojący przed kominkiem to na jednej, to na drugiej nodze, miał sposób mówienia, który był przeciwieństwem jego pism. Spostrzeżenia subtelne, wytworne; brzydził się jaskrawszym słowem jak klątwą, a pisze jak jaki wójt gminny. Energiczna prostota, którą, jak się zdaje, miałem w owym czasie, nie bardzo musiała mu się podobać. Nosiłem olbrzymie czarne faworyty95, za które pani Doligny wstydziła się mnie w rok później. Ta głowa włoskiego rzeźnika nie zdawała się zbytnio odpowiadać ekspułkownikowi Ludwika XVI.

Pan de Tracy, syn wdowy, urodził się około 1765 z 300 000 franków renty. Pałac jego był przy ulicy de Tracy, koło ulicy Saint-Martin.

Stał się mimowolnym spekulantem, jak wielu ludzi bogatych z r. 1780. Pan de Tracy zbudował swoją ulicę i stracił na niej 200 000 albo 300 000 franków, i tak dalej. Przypuszczam, że dziś ten człowiek (tak uroczy, kiedy około 1790 był kochankiem pani de Praslin), ten głęboki logik, zmienił swoje 300 000 franków renty na niespełna 30 000.

Matka jego, kobieta rzadkiego rozsądku, była w łaskach na dworze; toteż mając dwadzieścia dwa lata syn był pułkownikiem, i to pułkownikiem pułku, gdzie między kapitanami zastał pana de Tracy, swego kuzyna, widocznie równie szerokiego umysłu jak on, skoro nigdy nie przyszło mu do głowy oburzać się, że ta dwudziestodwuletnia laleczka ma dowodzić pułkiem, w którym on służy.

Ta laleczka, która — jak mi mówiła później pani de Tracy — miała tak cudowne ruchy, posiadała mimo to podkład rozsądku. Ta matka, rzadka kobieta, dowiedziawszy się, że istnieje w Strasburgu filozof (a zważcie, że to było może w r. 1780: nie filozof jak Wolter, Diderot, Raynal), dowiedziawszy się, powiadam, że jest w Strasburgu filozof, który analizuje myśli człowieka, obrazy lub znaki wszystkiego, co człowiek widzi i czuje, zrozumiała, że gdyby jej syn posiadł umiejętność poruszania tymi obrazami, dałoby mu to zapas oleju w głowie.

Wyobraźcie sobie, co za minę musiał mieć w 1785 bardzo przystojny młody człowiek, doskonale urodzony, bywający u dworu, z 300 000 franków renty!

Margrabina de Tracy umieściła syna w artylerii, co przez dwa lata z rzędu trzymało go w Strasburgu. Jeśli kiedy będę tamtędy przejeżdżał, spytam, co to był za sławny filozof, Niemiec96, w tym mieście około 1780.

W dwa lata później, zdaje mi się, pan de Tracy był w Rethel ze swoim pułkiem, który, zdaje się, był pułkiem dragonów, rzecz do sprawdzenia w „Almanachu Królewskim” owego czasu.

Cytryny...

Pan de Tracy nie mówił mi nigdy o tych cytrynach. Usłyszałem tę historię od innego mizantropa97, niejakiego pana Jacquemont, eksmnicha i, co więcej, bardzo zacnego człowieka. Pan de Tracy opowiedział mi za to mnóstwo anegdotek o armii francuskiej, którą dowodził pan de La Fayette98.

Jego podpułkownik chciał uprowadzić swój pułk i wyemigrować razem z nim...

Urlop i pojedynek...

Wysoka postać, a na szczycie tego rosłego ciała twarz niewzruszona, zimna, nieznacząca jak stary portret rodzinny, głowa okryta garbiącą się i źle zrobioną peruką z krótkimi włosami — ten człowiek ubrany w jakieś szare, źle skrojone ubranie, kulejący nieco i wspierający się na lasce, w salonie pani de Tracy, która go nazywała, z czarującym akcentem, „drogi panie”, to był generał La Fayette w 1821 i takim go nam pokazał Gaskończyk Scheffer w swoim bardzo podobnym portrecie.

To „drogi panie” pani de Tracy i powiedziane tym tonem doprowadzało, zdaje mi się, do rozpaczy pana de Tracy. To nie znaczy, aby pan de La Fayette cieszył się niedozwolonymi łaskami jego żony albo aby pan de Tracy troszczył się w swoim wieku o tego rodzaju nieszczęścia. Chodziło po prostu o to, że szczere i nigdy nieudane ani nieprzesadzone uwielbienie pani de Tracy dla pana de La Fayette czyniło tegoż zbyt oczywiście pierwszą figurą salonu.

Mimo całej mojej naiwności w 1821 (zawsze żyłem w złudzeniach entuzjazmu i namiętności) odgadłem to sam jeden.

Zrozumiałem także bez niczyjej wskazówki, że pan de La Fayette to jest po prostu bohater z Plutarcha99. Żył z dnia na dzień, bez zbytniego nakładu inteligencji, spełniając jak Epaminondas100 wielki czyn, który się nastręczył. Na razie mimo swego wieku (urodzony w 1757 jak jego towarzysz gry w piłkę Karol X) jedynie zajęty miętoszeniem spódniczek jakiejś ładnej służącej (vulgo101 obmacywaniem tejże), i to często, i nie żenując się zbytnio.

Oczekując wielkich czynów, które nie nadarzają się co dzień, oraz sposobności obmacywania młodych kobiet, która nastręcza się tylko po północy przy wyjściu, pan de La Fayette ucieleśniał bez zbytniej elegancji komunał gwardii narodowej. Ten rząd jest dobry, i tylko ten, który zapewnia obywatelowi bezpieczeństwo na gościńcu, równość przed sędzią i sędziego dostatecznie światłego, rzetelną monetę, znośne drogi, należytą opiekę za granicą. W tym pojęciu rzecz nie jest zbyt skomplikowana.

Trzeba przyznać, że daleko jest od takiego człowieka do pana de Ségur, mistrza ceremonii: toteż Francja, a zwłaszcza Paryż, poniosą hańbę u potomności, że nie poznały się na wielkim człowieku.

Co do mnie, przyzwyczajonego do Napoleona i do lorda Byrona102 — dodam jeszcze: lorda Brougham103, Montiego, Canovy104, Rossiniego105 — odgadłem natychmiast wielkość pana de La Fayette i wytrwałem przy tym. Widziałem go w Dniach Lipcowych w podziurawionej koszuli; przyjmował każdego intryganta, każdego głupca, każdego, kto umiał się nadymać. Mnie przyjął gorzej, uczcił moim kosztem jakiegoś tępego sekretarza, pana Levasseur. Tak samo nie przyszło mi na myśl gniewać się o to albo mniej go uwielbiać, jak mi nie przychodzi na myśl bluźnić przeciw słońcu, kiedy się okryje chmurą.

Pan de La Fayette, licząc sobie siedemdziesiąt pięć lat, ma tę samą wadę, co ja: pali się do młodej Portugalki, osiemnastolatki, która zjawia się w salonie pani de Tracy jako przyjaciółka jego wnuczek, panien La Fayette, de Lasteyrie, de Mauborurg. Myśli tylko o niej, wyobraża sobie — jak i o każdej innej młodej kobiecie — że ta Portugalka patrzy na niego łaskawie. A co zabawne, stary czasami ma rację! Jego europejska sława, wykwint jego słowa, mimo pozornej prostoty, oczy, które ożywiają się, skoro znajdą się w pobliżu ładnej piersi, wszystko składa się na to, aby mu dać wesoło przebyć ostatnie lata, ku wielkiemu zgorszeniu kobiet trzydziestopięcioletnich, margrabiny de Marmier (Choiseul), pani de Perey i innych, które bywają w tym salonie. Wszystko to nie pojmuje, aby można być miłym inaczej niż za pomocą kwiatków à la Ségur lub błyskotliwych uwag Beniamina Constant106.

Pan de La Fayette jest nadzwyczaj uprzejmy, a nawet serdeczny dla wszystkich, ale grzeczny jak król. Powiedziałem to raz pani de Tracy, która się pogniewała, o tyle, o ile wcielony wdzięk może się pogniewać; ale zrozumiała może od tego dnia, że energiczna prostota moich odezwań się to nie była tępota jakiegoś Dunoyer107, na przykład. Był to dzielny liberał, dziś arcymoralny prefekt w Moulins, człowiek najlepszych intencji, najbardziej może heroiczny i najgłupszy z liberalnych pisarzy. Możecie mi wierzyć, mnie, który jestem z ich stronnictwa, to wiele powiedziane! Cielęcy podziw pana Dunoyer, redaktora „Censeur”, oraz paru innych tego samego kalibru, otaczał bez ustanku fotel generała, który, skoro tylko mógł, ku ich wielkiemu zgorszeniu zostawiał ich tam, aby podziwiać z bardzo bliska i z płomiennymi oczami ładne ramiona jakiej młodej kobiety, która właśnie weszła. Ci biedni cnotliwi ludzie (wszyscy zaprzedani jak... ministrowi Périer108 w 1832) zostawali z pociesznymi minami, a ja kpiłem sobie z nich, co gorszyło moją nową przyjaciółkę. Ale wyraźne było, że ona ma słabość do mnie. „Jest w nim jakaś iskra” — mówiła raz do pewnej damy, z owych dam stworzonych do podziwiania lilipucich słówek à la Ségur, gdy ta skarżyła się na szczerą i surową prostotę, z jaką mówiłem, że wszyscy ci ultraliberałowie są bardzo czcigodni dla swej nieskazitelnej cnoty, ale poza tym niezdolni zrozumieć, że dwa a dwa jest cztery. Ciężkość, powolność, cnota, przestraszające się najmniejszej prawdy powiedzianej Amerykanom, jakiegoś Dunoyer, jakiegoś X, jakiegoś Y to jest doprawdy coś przechodzącego wszelką wiarę, tak samo jak brak wszelkich pojęć wykraczających poza przeciętność u jakiegoś Ludwika Vitet109, Mortimera Ternaux110, nowej generacji, która odmłodziła salon państwa de Tracy około 1828. Wśród tego wszystkiego pan de La Fayette był i jest z pewnością jeszcze „głową stronnictwa”.

Musiał nabrać tego przyzwyczajenia w 1789. Główna rzecz to nie narazić się nikomu i pamiętać wszystkie nazwiska, w czym jest cudowny. Ciągła pamięć o interesach głowy stronnictwa tępi u pana de La Fayette wszelkie idee literackie, do których zresztą uważam go za dość niezdolnego. Dzięki tej właśnie organizacji nie czuł, jak sądzę, całej ciężkości, całej nudy pisaniny pana Dunoyer et consortes111.

Zapomniałem odmalować ten salon, Sir Walter Scott112 i jego naśladowcy zaczęliby od tego, ale ja nienawidzę rzeczywistych opisów. Nuda takich opisów nie pozwala mi pisać powieści.

Wejście prowadzi do podłużnego salonu, w głębi którego znajdują się wielkie drzwi, zawsze otwarte na oścież. Wchodzi się do kwadratowego salonu, dość dużego, z piękną lampą w kształcie żyrandola oraz okropnym małym zegarem na kominku. Po prawej od wejścia ładna niebieska kanapa, na której siedzi piętnaście dziewczątek od dwunastu do osiemnastu lat oraz ich pretendenci: Karol de Rémusat113, dowcipny, a jeszcze bardziej afektowany114, kopia sławnego aktora Fleury115; Franciszek de Corcelles, który zachował całą republikańską szczerość i szorstkość. Prawdopodobnie sprzedał się w 1831; w 1820 wydał już broszurę, która miała nieszczęście zyskać pochwałę adwokata Dupin (notoryczny hultaj, znany mi jako taki już od 1827). W 1821 pp. de Rémusat i de Corcelles byli tam bardzo dobrze widziani, później zaś ożenili się z wnuczkami pana de La Fayette. Obok figurował zimny Gaskończyk, pan Scheffer116, malarz. Jest to, o ile mi się zdaje, najbezczelniejszy łgarz i najplugawsza fizjonomia117, jaką znam. Zapewniano mnie w owym czasie, że on się zalecał do niebiańskiej Wirginii, najstarszej z wnuczek pana de La Fayette, która później wyszła za najstarszego syna pana Augustyna Périer, najbardziej nadętego i uroczystego z moich krajanów118. Panna Wirginia była, zdaje mi się, faworytką pani de Tracy.

Obok wytwornego pana de Rémusat widniały dwie jezuickie twarze ze spojrzeniem fałszywym i kosym119. Byli to bracia, mieli przywilej rozmawiania godzinami całymi z hrabią de Tracy. Uwielbiałem ich z całą żywością mego wieku (w 1821 miałem ledwie dwadzieścia jeden lat co do naiwności serca). Skoro ich rychło przejrzałem, entuzjazm mój dla pana de Tracy ucierpiał od tego znacznie.

Starszy z tych braci wydał sentymentalną historię zdobycia Anglii przez Wilhelma. To pan Thierry z Akademii Napisów120. Miał tę zasługę, że przywrócił prawdziwą ortografię Chlodwigom, Childerykom i innym cieniom naszej dawnej historii. Wydał tom mniej sentymentalny o organizacji gmin we Francji w roku 1200. Studencka choroba pozbawiła go wzroku. Brat jego, większy jezuita (sercem i postępowaniem), mimo że ultraliberał jak tamten, został prefektem Vesoul w 1830 i prawdopodobnie sprzedał się za swoją płacę, jak jego pryncypał121, pan Guizot.

Zupełny kontrast z tymi dwoma braćmi jezuitami, z ciężkim Dunoyer i wypiżmowanym Rémusat, tworzył młody Wiktor Jacquemont122, który później podróżował po Indiach. Wiktor był wówczas bardzo chudy, ma prawie sześć stóp123 wzrostu. W owej epoce nie miał ani cienia logiki, co za tym idzie, był mizantropem. Pod pozorem, że był bardzo inteligentny, Jacquemont nie chciał sobie zadawać trudu rozumowania. Ten prawdziwy Francuz uważał dosłownie próbę rozumowania jako impertynencję124. Podróż była w istocie jedyną drogą, jaką próżność zostawiała prawdzie. Zresztą może się mylę. Wiktor wydaje mi się człowiekiem bardzo niepospolitym, tak jak znawca (darujcie mi to określenie) widzi pięknego konia w czteromiesięcznym źrebaku, w którego nogach krew jeszcze nie dość żywo krąży. Został moim przyjacielem i dziś rano (1832) dostałem list, który pisze do mnie z Kaszmiru w Indiach.

Serce jego miało tylko jedną wadę: niską i małą zazdrość wobec Napoleona. Ta zazdrość była zresztą jedyną namiętnością, jaką dostrzegłem u hrabiego de Tracy. Z niewysłowioną przyjemnością stary metafizyk i wielki Wiktor opowiadali anegdotę o polowaniu na króliki wyprawionym przez pana de Talleyrand125 dla Napoleona, wówczas od sześciu tygodni pierwszego konsula, a już przybierającego tony Ludwika XIV126.

Wiktor miał tę wadę, że bardzo kochał panią Lavenelle, żonę szpicla127, który ma 40 000 franków renty i który miał za zadanie zdawać sprawę w Tuileriach z czynów i słów generała La Fayette. Komiczne jest, że generał, Beniamin Constant128 i pan Bignon brali tego pana de Lavenelle za powiernika wszystkich swoich liberalnych poglądów. Łatwo zgadnąć, że ten szpieg, terrorysta w 1793, wciąż tylko gadał o ruszeniu na zamek po to, aby wymordować wszystkich Burbonów. Żona jego była tak rozwiązła, tak rozmiłowana w mężczyźnie w znaczeniu fizycznym, że do reszty zbrzydziła mi dwuznaczne rozmówki po francusku. Uwielbiam ten rodzaj po włosku; ale od pierwszej młodości, gdy byłem podporucznikiem w szóstym pułku dragonów, brzydził mnie w ustach pani Henriet, żony kapitana. Ta pani Lavenelle jest sucha jak pergamin, bez cienia inteligencji, a zwłaszcza bez serca, bez możliwości doznania innych wzruszeń, jak tylko przez piękne uda kompanii grenadierów, defilujących w ogrodach tuileryjskich129 w białych kaszmirowych130 spodniach.

Inna była pani Baraguey d’Hilliers, którą wkrótce poznałem u pani Beugnot. Inne były w Mediolanie panie Ruga i Aresi. Słowem, mam wstręt do swobodnych rozmów francuskich. Kombinacja dowcipu z sercem rani mi duszę tak, jak korek krajany nożem rani mi uszy.

Duchowy opis tego salonu jest może przydługi, już tylko dwie albo trzy fizjonomie131.

Urocza Luiza Letort, córka generała Letort z dragonów gwardii, którego blisko znałem w Wiedniu w 1809. Panna Luiza, później tak piękna, do dziś mająca tak mało afektacji132, a tyle prawdziwej wyższości, urodziła się w wilię133 czy nazajutrz po Waterloo. Matka jej, urocza Sara Newton, zaślubiła Wiktora de Tracy, syna para Francji, wówczas majora piechoty.

Nazywaliśmy go „sztabą żelaza”. To określa jego charakter. Dzielny, wielekroć ranny w Hiszpanii za Napoleona, miał to nieszczęście, że we wszystkim widział tylko zło.

Tydzień temu (czerwiec 1832) król Ludwik Filip134 rozwiązał pułk artylerii gwardii narodowej, której Wiktor de Tracy był pułkownikiem. Jako poseł przemawia często i ma to nieszczęście, że jest na trybunie za grzeczny. Rzekłby kto, że nie śmie mówić wręcz. Był, tak jak jego ojciec, śmiesznie zazdrosny o Napoleona. Obecnie, kiedy bohater jest już na dobre umarły, zaniechał tego trochę, ale bohater żył jeszcze, kiedy ja stawiałem pierwsze kroki w salonie przy ulicy d’Anjou. Widziałem radość, spowodowaną jego śmiercią. Spojrzenia mówiły: „Mówiliśmy przecież, łyk135, który został królem, nie może dobrze skończyć”.

Żyłem dziesięć lat w tym salonie, przyjmowany grzecznie, ceniony, ale z każdym dniem mniej związany, wyjąwszy moich przyjaciół. To jedna z wad mego charakteru. Ta wada sprawia, że nie mam żalu do ludzi o niepowodzenia mojej kariery. Skoro raz się z tym pogodziłem, mimo tego, co generał Duroc powiedział parę razy o moich talentach wojskowych, czuję się dobrze w roli podrzędnej. Cudownie zwłaszcza, kiedy jestem o dwieście mil od mego przełożonego, jak dziś.

Mam tedy nadzieję, że jeżeli nuda nie odstraszy od tej książki, nie znajdzie w niej nikt urazy do ludzi. Zyskuje się ich łaski jedynie za pomocą pewnej przynęty. Kiedy raczę się nią posłużyć, złowię jedno uznanie albo dwa, ale niebawem męczy mnie trzymanie wędki. Bądź co bądź w roku 1814, w chwili, gdy Napoleon posłał mnie do siódmej dywizji, hrabina Daru, żona ministra, rzekła do mnie:

— Gdyby nie ta przeklęta inwazja, byłbyś pan prefektem w jakim wielkim mieście.

Mam powód mniemać, że chodziło o Tuluzę.

Zapomniałem o jednej szczególnej kobiecie. Nie starałem się jej pozyskać, zrobiłem sobie w niej wroga. Pani de Montcertin, wysoka, dobrze zbudowana, bardzo nieśmiała, leniwa, zupełnie zdana na łaskę nałogów, miała dwóch kochanków: jednego na miasto, drugiego na wieś, jeden równie nieprzyjemny jak drugi. Układ ten trwał, nie wiem ile lat. Zdaje mi się, że to malarz Scheffer był kochankiem na wieś, kochankiem miejskim był pułkownik, dziś generał Carbonel, który zrobił się lejbgwardzistą136 generała La Fayette.

Jednego dnia siostrzenice pani de Montcertin pytały ją, co to jest miłość. Odpowiedziała:

— To brzydka, paskudna rzecz, o którą posądza się czasem pokojówki i kiedy się im tego dowiedzie, wypędza się je.

Byłbym powinien umizgać się137 do pani de Montcertin. To nie było niebezpieczne — nigdy nie byłoby mi się powiodło, bo ona poprzestawała na swoich dwóch samcach i straszliwie się bała zajść w ciążę. Ale ja na nią patrzyłem jak na rzecz, a nie jak na żywą istotę. Zemściła się, powtarzając kilka razy na tydzień, że ja jestem człowiek lekkomyślny, prawie wariat. Przyrządzała herbatę i faktem jest, że często przez cały wieczór odzywałem się do niej jedynie w chwili, gdy mi podawała herbatę.

Ilość osób, które trzeba było zagadywać, wchodząc do tego salonu, zniechęcała mnie zupełnie.

Oprócz piętnastu czy dwudziestu wnuczek pana de La Fayette lub ich przyjaciółek — prawie wszystko blondynki o ślicznej cerze i pospolitych twarzach (prawda, że wracałem z Włoch!), które siedziały w szyku bojowym na niebieskiej kanapie — trzeba było przywitać: hrabinę de Tracy, sześćdziesiąt trzy lat; hrabiego de Tracy, sześćdziesiąt lat; generała La Fayette i jego syna, Jerzego Washingtona La Fayette (prawdziwy obywatel Stanów Zjednoczonych Ameryki, zupełnie wolny od wszelkiej szlachetczyzny).

Pani de Tracy, moja przyjaciółka, miała syna Wiktora de Tracy, urodzonego około 1785 (pani Sara de Tracy — jego żona, młoda i świetna, wzór delikatnej piękności angielskiej, trochę za chuda), i dwie córki, Jerzową de La Fayette i panią de Laubespin. Trzeba było też pokłonić się wielkiemu panu de Laubespin138, autorowi — do spółki z mnichem, którego żywi — Memoriału. Zawsze obecny, mówi osiem albo dziesięć słów na wieczór.

Długo brałem panią Jerzową de La Fayette za zakonnicę, którą pani de Tracy wzięła do siebie przez miłosierdzie. Przy tym wyglądzie ma swoje zdecydowane opinie, tak surowe, jak gdyby była jansenistką139. Miała co najmniej cztery albo pięć córek. Pani de Maubourg, córka pana de La Fayette, miała ich pięć czy sześć. Trzeba mi było dziesięć lat, aby odróżnić od siebie wszystkie te jasne buzie, mówiące rzeczy idealnie przyzwoite, ale śmiertelnie nudne dla mnie, nawykłego do wymownych oczu i zdecydowanych charakterów pięknych Mediolanek, a dawniej jeszcze do cudownej prostoty poczciwych Niemek. (Byłem intendentem140 w Żaganiu na Śląsku i w Brunszwiku).

Pan de Tracy był niegdyś bliskim przyjacielem słynnego Cabanisa141, ojca materializmu, którego książka Związki spraw fizycznych i duchowych była moją biblią w szesnastym roku życia. Pani Cabanis i jej córka, wysoka na sześć stóp, a mimo to bardzo miła, pojawiały się w tym salonie. Pan de Tracy zaprowadził mnie do niej na ulicę des Vielles-Tuileries — po diabła! Wypędziło mnie stamtąd gorąco. W owym czasie miałem nerwy wydelikacone zupełnie po włosku. Zamknięty pokój, a w nim dziesięć osób wystarczało, aby mnie przyprawić o chorobę, niemal mdlałem. Wyobraźcie sobie, czym był pokój szczelnie zamknięty z piekielnym ogniem.

Nie dosyć kładłem nacisku na tę wadę fizyczną; ogień wypędził mnie od pani Cabanis, pan de Tracy nigdy mi tego nie przebaczył. Byłbym mógł pomówić o tym z hrabiną de Tracy, ale w owym czasie byłem przeraźliwie niezręczny, a i dziś także trochę.

Panna Cabanis mimo swoich sześciu stóp chciała wyjść za mąż; wyszła za małego dansera142 z peruczką starannie uczesaną, pana Dupaty, niby to rzeźbiarza, autora Ludwika XIII, z place Royale, konno na czymś podobnym do muła.

Ów muł jest to arabski koń, którego często widywałem u pana Dupaty. Ten biedny koń męczył się w kącie pracowni. Pan Dupaty przyjmował mnie bardzo serdecznie jako piszącego o Włoszech i autora historii malarstwa. Trudno było być przyzwoitszym i bardziej wyzutym z wszelkiego ciepła, porywu, zapału niż ten zacny człowiek. Ostatnie rzemiosło dla tych paryżan, tak dbałych o siebie, tak czyściutkich, tak przyzwoitych — to rzeźba.

Ów Dupaty, tak grzeczny, był przy tym bardzo odważny — powinien był zostać w wojsku.

Poznałem u pani Cabanis porządnego człowieka, ale strasznego mieszczucha, bardzo ciasnego i drobiazgowego w całej swojej domowej polityce. Jedynym celem pana Thurot143, profesora greczyzny, było zostać członkiem Akademii Napisów. Przez potworny kontrast człowiek ten, który nosa nie obtarł, aby nie pomyśleć przy tym o skaptowaniu144 jakiejś próżności zdolnej wpłynąć o tysiąc mil na jego nominację, był ultraliberalny! To nas zbliżyło zrazu, ale niebawem jego żona, mieszczka, do której nigdy nie odzywałem się inaczej niż z musu, uznała, że jestem nieostrożny.

Jednego dnia pan de Tracy i pan Thurot spytali mnie o moje przekonania polityczne. Zraziłem obu swoją odpowiedzią:

— Gdybym był przy władzy, ogłosiłbym na nowo listę emigrantów i oświadczył, że Napoleon, skreślając ich, uzurpował sobie władzę, której nie miał. Trzy czwarte wymarło, resztę wygnałbym gdzieś w Pireneje i do paru sąsiednich departamentów. Kazałbym otoczyć tych kilka departamentów wojskiem, które dla ostentacji145 biwakowałoby przez sześć miesięcy w roku. Każdego emigranta, który by wychylił nos, zastrzelić bez litości.

Dobra ich, zwrócone przez Napoleona, kazałbym sprzedać kawałkami nie większymi od dwóch morgów146. Emigranci pobieraliby pensje po 1000, 2000 czy 3000 franków rocznie. Mogliby wybrać sobie miejsce pobytu za granicą. Ale gdyby włóczyli się po świecie, aby intrygować — koniec z pensją.

Twarze pp. Thurot i de Tracy wydłużyły się podczas tego wykładu, wydałem się okrutnikiem tym małym duszyczkom wydelikaconym paryską grzecznością. Pewną obecną tam młodą kobietę zachwyciły moje idee, a zwłaszcza zupełna nieopatrzność, z jaką się odsłaniałem — wydałem się jej Huronem147 (powiastka Woltera).

Życzliwość tej kobiety pocieszyła mnie po wielu niepowodzeniach. Nigdy nie byłem całkowicie jej kochankiem. Była nadzwyczaj zalotna, bardzo zajęta strojem, wciąż rozmawiająca z przystojnymi mężczyznami, żyjąca blisko z najświetniejszą kompanią z lóż Opera Buffa.

Zmieniam trochę rysy, aby jej nie poznano. Gdybym miał ten rozum, aby jej dać do zrozumienia, że ją kocham, byłaby prawdopodobnie bardzo rada148. Faktem jest, że nie kochałem jej na tyle, aby zapomnieć, że nie jestem piękny. Ona zapomniała o tym. Kiedy raz wyjeżdżałem z Paryża, powiedziała mi u siebie w salonie: „Mam panu słówko do powiedzenia”, i w korytarzu wiodącym do przedpokoju, gdzie na szczęście nie było nikogo, pocałowała mnie w usta, co jej oddałem z zapałem. Wyjechałem nazajutrz i wszystko skończyło się na tym.

Ale nim przyszło do tego, „uradziliśmy” z sobą kilka lat, jak mówią w Szampanii. Opowiadała mi wiernie na moją prośbę wszystko, co mówiono o mnie złego.

Robiła to w uroczy sposób, zdawało się, że ani nie zgadza się, ani nie przeczy. Mieć takiego ministra policji to najmilsza rzecz w miłostkach paryskich, poza tym tak nudnych.

Nie ma nikt pojęcia o okropnościach, jakich się człowiek dowiaduje. Jednego dnia powiedziała mi:

— Pan ***, szpieg, powiedział u pana de Tracy: „Oho, pan Beyle ma nowe ubranie, znać, że Pasta149 miała benefis”.

Bzdurstwo to przyjęto z uznaniem — pan de Tracy nie przebaczył mi publicznego (mimo że niewinnego) stosunku z tą słynną aktorką.

Zabawne jest, że Celina, która mi powtarzała odezwanie szpiega, była może sama zazdrosna o moje przesiadywanie u Pasty.

O którejkolwiek porze skończył się mój wieczór gdzie indziej, szedłem do pani Pasta (ulica Richelieu, naprzeciwko Biblioteki, Hôtel des Lillois, nr 63). Mieszkałem o sto kroków, pod numerem 47. Znudzony mruczeniem odźwiernego, bardzo niezadowolonego, że musi otwierać często o trzeciej rano, zamieszkałem w końcu w tym samym hotelu, co Pasta. Dwa tygodnie potem akcje moje spadły o 70% w salonie pani de Tracy. Popełniłem wielki błąd, że się nie poradziłem swojej przyjaciółki, pani de Tracy. Postępowanie moje w owej epoce było szeregiem kaprysów. Gdybym nawet był margrabią, pułkownikiem i miał 40 000 franków renty, i tak byłbym się zgubił w końcu.

Kochałem namiętnie nie muzykę, ale wyłącznie muzykę Cimarosy150 i Mozarta151. Salon Pasty był miejscem spotkania wszystkich mediolańczyków, którzy przyjeżdżali do Paryża. Przez nich czasami przypadkiem słyszałem imię Metyldy.

Metylda w Mediolanie dowiedziała się, że ja przesiaduję u aktorki. Ta myśl wyleczyła ją może do reszty.

Byłem zupełnie ślepy na wszystko. Przez całe lato grałem w faraona152 do rana u Pasty, milczący, szczęśliwy, że słyszę dialekt mediolański, i oddychający wszystkimi zmysłami ideą Metyldy. Szedłem do mego uroczego pokoju na trzecim piętrze i poprawiałem ze łzami w oczach korekty Miłości. To jest książka pisana ołówkiem w Mediolanie w chwilach uspokojenia. Pracować nad nią w Paryżu sprawiało mi ból, nie mogłem nigdy zdobyć się na to, aby ją uporządkować.

Literaci mówią: „W innych krajach mogą ludzie mieć pomysły, ale napisać książkę — umieją tylko we Francji”. Tak, jeśli jedynym celem książki jest wyłożyć jakąś myśl; nie, jeśli się pragnie równocześnie budzić uczucie, dać jakiś jego odcień.

Prawidła153 francuskie dobre są jedynie dla dzieł historycznych, na przykład Historia regencji pana Lemontey154, której styl prawdziwie akademicki podziwiałem dziś rano. Przedmowa pana Lemontey (skąpca, którego często widywałem u hrabiego Beugnot) może uchodzić za wzór tego akademickiego stylu.

Spodobałbym się prawie na pewno głupcom, gdybym zadał sobie trud przyrządzenia w ten sposób paru kawałków niniejszej gadaniny. Ale może pisząc to tak, jak list, po trzydzieści stronic na seans, nieświadomie, oddam podobieństwo.

Otóż, przede wszystkim, ja chcę mówić prawdę. Co to byłby za cud w tym wieku komedii, w społeczeństwie, którego trzy czwarte aktorów to szarlatany równie bezwstydne jak pan Magendie albo hrabia Regnault de Saint-Jean-d’Angély, albo baron Gerard!

Jedną z cech epoki rewolucji (1789–1832) jest to, że nie ma wielkiego sukcesu bez nijakiego bezwstydu, a nawet zdecydowanego szarlatanizmu. Jeden La Fayette jest powyżej szarlatanizmu, którego nie trzeba mieszać z uprzejmością, bronią konieczną u głowy stronnictwa.

Poznałem u pani Cabanis człowieka, który z pewnością nie jest szarlatanem: pan Fauriel155 (dawny kochanek pani Condorcet). Jest to, obok pana Mérimée156 i mnie, jedyny znany mi przykład „nieszarlatanizmu” wśród ludzi pióra.

Toteż pan Fauriel nie ma żadnej reputacji. Jednego dnia księgarz Bossange ofiarował mi pięćdziesiąt egzemplarzy jednej z jego książek, jeśli zechcę nie tylko napisać piękny reklamowy artykuł, ale jeszcze umieścić go w pewnym dzienniku, gdzie wówczas (na dwa tygodnie) byłem w łaskach. Oburzyłem się i obiecałem napisać artykuł za jeden egzemplarz. Niebawem wstręt do nadskakiwania tym plugawym lokajom położył koniec moim stosunkom z dziennikarzami i mam sobie do wyrzucenia, że nie napisałem tego artykułu.

Ale to się działo w 1826 albo 1827. Wróćmy do 1821. Pan Fauriel, traktowany pogardliwie przez panią Condorcet, po jej śmierci (była to kobieta tylko do przyjemności fizycznej) chodził często do małej jędzy, trochę garbatej, panny Clarke.

Była to Angielka, inteligentna, nie można zaprzeczyć, ale inteligencja jej była taka jak rogi giemzy157: sucha, twarda i kręta. Pan Fauriel, który w owym czasie wysoko mnie cenił, zaprowadził mnie rychło do panny Clarke. Zastałem mego przyjaciela, który tam był wyrocznią, Augustyna Thierry158, autora historii podboju Wilhelma. Uderzyły mnie wspaniałe rysy pani Belloc (żony malarza), zdumiewająco podobnej do lorda Byrona159, którego wówczas uwielbiałem. Pewien sprytny człowiek, który mnie brał za Makiawela160, dlatego że wracałem z Włoch, powiedział mi:

— Czy pan nie rozumie, że pan straci na próżno czas z panią Belloc? Ona się kocha z panną Montgolfier (mały okropny potworek z pięknymi oczami).

Byłem oszołomiony i swoim makiawelizmem, i swoją rzekomą miłością do pani Belloc, i jeszcze bardziej amorami tej damy. Może coś w tym było.

Po roku czy dwóch panna Clarke zrobiła mi jakąś głupią scenę, wskutek czego przestałem u niej bywać, a pan Fauriel, co mi bardzo przykro, wziął jej stronę.

Fauriel i Wiktor Jacquemont przerastają o wiele głów wszystkich moich znajomych z tych pierwszych miesięcy po powrocie do Paryża. Hrabina de Tracy była co najmniej na tej samej wysokości. W gruncie dziwiłem albo gorszyłem wszystkich znajomych. Byłem potworem albo bogiem. Jeszcze dziś całe towarzystwo panny Clarke wierzy niezłomnie, że ja jestem potwór, zwłaszcza potwór niemoralności. Czytelnik wie, co o tym sądzić: byłem tylko raz u dziewcząt, a przypominacie sobie może moje sukcesy przy niebiańsko pięknej Aleksandrynie.

Oto moje życie w owej epoce.

Wstawszy o dziesiątej, znajdowałem się wpół do jedenastej w Kawiarni Roueńskiej, gdzie spotykałem barona de Lussinge i kuzyna mego Colomb, człowieka nieskazitelnego, sprawiedliwego, rozsądnego, mego przyjaciela od dzieciństwa. Nieszczęście w tym, że ci dwaj ludzie nie rozumieli absolutnie nic z teorii serca ludzkiego ani też z ilustrowania tego serca literaturą i muzyką. Rozprawy bez końca na te tematy, konsekwencje wyciągane z każdej noweli i dobrze umotywowanej anegdoty stanowią konwersację absolutnie najbardziej dla mnie interesującą. Mérimée161, którego tak cenię, również, jak się okazało, nie smakował w rozmowie tego rodzaju.

Mój przyjaciel z dzieciństwa, zacny Crozet (naczelny inżynier departamentu Izery), celuje w tym rodzaju. Ale żona jego wydarła mi go od wielu lat, zazdrosna o naszą przyjaźń. Cóż za szkoda! Co to byłby za niepospolity człowiek ten Crozet, gdyby mieszkał w Paryżu. Małżeństwo, a zwłaszcza prowincja, zadziwiająco postarzają człowieka: myśl staje się leniwa, funkcje mózgu, przez to, że rzadkie, stają się uciążliwe, a w końcu niemożliwe.

Spożywszy ze smakiem filiżankę wybornej kawy i dwa rogaliki, odprowadzałem Lussinge’a do jego biura. Szliśmy Tuileriami i wybrzeżem, zatrzymując się przed każdą wystawą ze sztychami162. Kiedy się rozstałem z Lussinge’em, zaczynał się dla mnie okropny moment dnia. Szedłem w owe straszliwe upały szukać cienia i trochę chłodu pod wielkimi kasztanami w Tuileriach. „Skoro nie mogę zapomnieć, czy nie lepiej byłoby zabić się?” — powiadałem sobie. Wszystko mi ciążyło. Miałem jeszcze w 1821 resztki owej miłości do malarstwa włoskiego, która mi kazała pisać na ten temat w 1816 i 1817. Szedłem do muzeum za biletem, o który wystarał mi się Lussinge. Widok tych arcydzieł przypominał mi tylko tym żywiej Brera i Metyldę. Kiedy spotkałem francuski odpowiednik tego imienia w jakiejś książce, mieniłem się na twarzy.

Mam bardzo mało wspomnień z owych dni, wszystkie były podobne do siebie. Wszystko, co ludziom podoba się w Paryżu, budziło we mnie wstręt. Mimo że sam liberał, miałem liberałów za straszliwych dudków163. Słowem, widzę, że ze wszystkiego, co widywałem wówczas, zachowałem smutne i upokarzające wspomnienie.

Gruby Ludwik XVIII164 — ze swymi wołowymi oczami, wleczony wolno przez sześć tłustych koni — którego spotykałem bez ustanku, budził we mnie szczególny wstręt.

Kupiłem kilka sztuk Szekspira w wydaniu angielskim, po 30 su165 sztuka. Czytałem je w Tuileriach i często rzucałem książkę, aby myśleć o Metyldzie. Wnętrze mego samotnego pokoju było dla mnie okropne.

Wreszcie nadchodziła piąta, pędziłem do table d’hôte166 Hotelu Brukselskiego. Tam odnajdywałem Lussinge’a, ponurego, zmęczonego, znudzonego; dzielnego Barot, eleganckiego Poitevin, kilku oryginałów hotelowych, rodzaj, który ociera się o rycerza przemysłu z jednej strony, a o pokątnego konspiratora z drugiej. Przy tym stole spotkałem pana Alpy, niegdyś adiutanta generała Michaud, który przynosił buty generałowi. Zdumiony ujrzałem go tam jako pułkownika i zięcia pana Kentzingera, głupiego, bogatego ministeriała167 i mera168 Strasburga. Nie odzywałem się ani do pułkownika, ani do jego teścia. Uderzył mnie pewien człowiek chudy, dość wysoki, żółty i gadatliwy. Było trochę świętego ognia Jana Jakuba Rousseau169 w jego frazesach na cześć Burbonów, które obecnym wydawały się płaskie i śmieszne. Ten człowiek — antypody wdzięku — miał wygląd austriackiego oficera, później stał się sławny: to pan Vourvoisier, minister sprawiedliwości. Lussinge znał go z Bensançon.

Po obiedzie kawa była jeszcze dla mnie dobrym momentem, wręcz przeciwnie do przechadzki po bulwarze Gand, bardzo modnym wówczas i pełnym kurzu. To miejsce, rendez-vous170 podrzędnych elegantów, oficerów gwardii, dziewcząt i rywalizujących z nimi eleganckich mieszczanek — to była dla mnie męka.

Tam spotykałem mego przyjaciela dzieciństwa, hrabiego de Barral, miłego i kochanego chłopca, wnuka słynnego skąpca, który sam zaczynał w trzydziestym roku życia zdradzać oznaki tej smutnej choroby.

Margrabia de Barral, jego dziadek...

W 1810, zdaje mi się, kiedy de Barral przegrał w karty wszystko, co miał, pożyczyłem mu trochę pieniędzy i zmusiłem go, aby jechał do Neapolu. Ojciec jego, bardzo przyzwoity człowiek, dawał mu rocznie 6000 franków.

Po kilku latach Barral, wróciwszy z Neapolu, zastał mnie żyjącego z uroczą aktorką, która co wieczór, między jedenastą a dwunastą, kładła się do mego łóżka. Ja wracałem o pierwszej, robiliśmy sobie kolacyjkę, ot, zimna kuropatwa i szampańskie. Stosunek ten trwał dwa czy trzy lata. Panna B[éreyter] miała przyjaciółkę, córkę słynnego Rose, kupca skórzanych spodni. Molé, słynny aktor, uwiódł trzy siostry, urocze dziewczyny. Jedna z nich jest dziś margrabiną de D. Aneta, przechodząc z rąk do rąk, żyła w końcu z jakimś podrzędnym giełdziarzem. Tak ją zachwalałem Barralowi, że się w niej rozkochał. Namówiłem ładną Anetę, aby rzuciła swego paskudnego spekulanta. Barral nie miał dosłownie pięciu franków drugiego dnia w miesiącu. Pierwszego, wróciwszy od swego bankiera z 500 frankami, szedł wykupić zegarek, który był w zastawie, i przegrać 400 franków, które mu zostawały. Zadałem sobie trochę trudu, wyprawiłem dwa obiady dla obu stron wojujących, u Véry’ego w Tuileriach, i w końcu nakłoniłem Anetę, aby została intendentem hrabiego i żyła z nim rozsądnie z 500 franków ojcowskich. Dziś (1832) jest już dziesięć lat, jak to stadło trwa. Na nieszczęście Barral został bogatym, ma co najmniej 20 000 franków renty, i z bogactwem przyszło nań potworne skąpstwo.

W r. 1817 byłem bardzo zakochany w Anecie przez dwa tygodnie, po czym zraziły mnie jej ciasne i paryskie pojęcia. To jest dla mnie najpewniejsze lekarstwo na miłość. Wieczorem w kurzu bulwaru Gand spotykałem tego przyjaciela dzieciństwa i poczciwą Anetę. Nie wiedziałem, o czym z nimi mówić. Ginąłem z nudów i smutku, dziewczęta nie bawiły mnie. Wreszcie koło wpół do jedenastej szedłem do pani Pasta na faraona. Na swoje utrapienie przybywałem pierwszy i byłem skazany na kuchenną na wskroś konwersację Racheli, matki Giuditty. Ale mówiła po mediolańsku. Czasami zastawałem jakiegoś głuptasa, świeżo przybyłego z Mediolanu, którego zaprosiła na obiad. Pytałem nieśmiało tych dudków o wszystkie ładne kobiety w Mediolanie. Raczej bym zginął, niż bym wymienił Metyldę, ale czasem sami z siebie mówili mi o niej. Te wieczory stanowiły epokę w moim życiu. Wreszcie zaczynał się faraon. Tam, pogrążony w głębokiej zadumie, przegrywałem lub wygrywałem 30 franków w ciągu czterech godzin.

Tak dalece zatraciłem wszelką troskę o swój honor, że kiedy przegrałem więcej, niż miałem w kieszeni, powiadałem do wygrywającego: „Chce pan, abym wstąpił do siebie?”. Odpowiadał: „Non, si figuri!171. I płaciłem aż nazajutrz. Głupstwo to, często powtarzane, stworzyło mi reputację biedaka. Spostrzegłem to później po współczuciu, jakim mnie obdarzał zacny Pasta, mąż Judyty, kiedy widział, że przegrałem 30 albo 35 franków. Ale nawet zorientowawszy się, nie zmieniłem postępowania.