Rozdział dwudziesty

Jednej nocy, około pierwszej z rana, Fabrycy, leżąc na oknie, wystawił głowę przez otwór w żaluzji i patrzył na gwiazdy oraz na bezkresny horyzont, którym napawa się oko ze szczytu wieży. Oczy jego, błądzące po okolicy dolnego Padu i Ferrary, zauważyły przypadkiem bardzo małe, ale dość żywe światełko biegnące jak gdyby z wysokiej wieży. „Tego światła nie widać z równiny — zauważył Fabrycy — gruby mur nie pozwala go dojrzeć; to musi być jakiś sygnał na odległość.” Naraz zauważył, że to światło pokazuje się i znika w bliskich odstępach. To jakaś dziewczyna rozmawia ze swoim kochankiem z sąsiedniej wsi. Policzył dziewięć kolejnych błysków. „To I — pomyślał — I jest dziewiątą literą alfabetu. Po chwili znowu czternaście błysków. To N; później, znowu po pauzie, jeden: to A; to znaczy razem: Ina.”

Jakież były jego radość i zdumienie, kiedy te światła, wciąż przerywane pauzami, stworzyły następujące słowa:

INA PENSA A TE!

Oczywiście: Gina myśli o tobie!

Odpowiedział natychmiast błyskami lampy w uczynionym przez siebie otworze:

FABRYCY CIĘ KOCHA!

Korespondencja trwała do rana. Była to sto siedemdziesiąta trzecia noc jego niewoli; powiedziano mu, że od czterech miesięcy znaki te powtarzają się co noc. Ale każdy mógł je dojrzeć i zrozumieć; spróbowano tedy tej nocy umówić skróty: trzy szybkie błyski oznaczały Ginę; cztery księcia; dwa hrabiego Mosca; dwa szybkie błyski, a po nich dwa wolne znaczyły: „ucieczka”. Przyjęto na przyszłość dawny alfabet zwany monaca67, który, iżby go nie odgadli niepowołani — zmienia porządek liter i daje im dowolne liczby: A na przykład numer 10; B numer 3; to znaczy, że trzy kolejne migania lampy znaczą B, dziesięć kolejnych migań A itd. Chwila ciemności rozdziela słowa. Umówiono się na dzień następny na pierwszą po północy i nazajutrz księżna przybyła do tej wieży o ćwierć mili od miasta. Oczy jej napełniły się łzami na widok sygnałów Fabrycego, którego śmierć tak często opłakiwała. Powiedziała mu sama za pomocą migania lampy: „Kocham cię, odwagi, zdrowia, nadziei. Ćwicz swoje siły w celi, trzeba ci będzie całej mocy ramion.” — „Nie widziałam go — powiadała sobie księżna — od czasu koncertu Fausty, gdy zjawił się w drzwiach mojego salonu, przebrany za strzelca. Kto byłby wówczas przypuszczał, jaki los nas czeka!

Księżna kazała dawać znaki zwiastujące Fabrycemu, że niebawem będzie uwolniony dzięki dobroci monarchy (znaki mógłby ktoś przejąć); następnie zaczęła mu mówić czułości, nie mogła się od niego oderwać. Jedynie perswazje Lodovica, który — dla swych usług oddanych Fabrycemu — stał się jej prawą ręką, zdołały ją nakłonić, już blisko świtu, do poniechania sygnałów, mogących ściągnąć uwagę jakiegoś nieżyczliwego oka. Ta kilkakrotna zapowiedź oswobodzenia pogrążyła Fabrycego w głębokim smutku. Zauważywszy to nazajutrz, Klelia popełniła tę nierozwagę, że spytała o przyczynę.

— Grozi mi to, że będę musiał mocno zmartwić księżnę.

— I czegóż może żądać księżna, czego by jej pan odmówił? — wykrzyknęła Klelia zdjęta najżywszą ciekawością.

— Chce, abym opuścił więzienie — odparł — a na to nie zgodzę się nigdy.

Klelia nie zdołała odpowiedzieć; spojrzała nań i zalała się łzami. Gdyby mógł z nią mówić z bliska, może by w tej chwili uzyskał wyznanie uczuć, których niepewność pogrążała go nieraz w głębokim smutku; czuł, że życie bez miłości Klelii byłoby pasmem goryczy i tęsknoty. Miał uczucie, że nie warto żyć po to, aby odnaleźć te same uciechy, które miały dlań urok, dopóki nie znał miłości. Mimo że samobójstwo nie jest jeszcze w modzie we Włoszech, myślał o nim jako o ucieczce, gdyby los rozdzielił go z Klelią.

Nazajutrz otrzymał od niej długi list.

Trzeba, drogi przyjacielu, abyś wiedział prawdę; nieraz, od czasu jak jesteś tutaj, sądzono w Parmie, że nadeszła twoja ostatnia godzina. Prawda, te skazano cię jedynie na dwanaście lat twierdzy, ale niestety, niepodobna wątpić, że wszechpotężna nienawiść dybie na twoje losy. Dwadzieścia razy drżałam, aby trucizna nie przecięła twoich dni — użyj wszelkich możliwych środków, aby się stąd wydostać. — Widzisz, że dla ciebie depcę najświętsze obowiązki! Osądź groźbę niebezpieczeństwa z tego, co ważę ci się powiedzieć, a co jest tak niewłaściwe w moich ustach. Jeżeli trzeba koniecznie, jeżeli nie ma innej nadziei, uciekaj. Każda chwila, którą spędzisz w tej twierdzy, może grozić twemu życiu; pomyśl, że jest na dworze stronnictwo, którego nie powstrzymała nigdy perspektywa zbrodni. Czyż nie widzisz, że wszystkie zakusy tego stronnictwa odwraca nieporównana zręczność hrabiego Mosca? Otóż odkryto niezawodny sposób wygnania go z Parmy, mianowicie rozpacz księżnej, a czyż nie są aż nadto pewni, że wtrąci ją w rozpacz śmierć młodego więźnia? To jedno słowo, na które nie ma odpowiedzi, zdoła ci oświetlić położenie. Mówisz, że masz dla mnie przyjaźń; pomyśl tedy, że niezwyciężone przeszkody bronią, aby to uczucie mogło kiedy utrwalić się między nami. Spotkaliśmy się w młodości, podaliśmy sobie pomocną dłoń w krytycznym momencie; los pomieścił mnie w tym strasznym miejscu, iżbym mogła złagodzić twą niedolę, ale czyniłabym sobie wiekuiste wyrzuty, gdyby złudzenia, których nic nie uprawnia — i nie uprawni nigdy — kazały ci poniechać jakiegokolwiek sposobu ocalenia swego życia. Straciłam spokój duszy przez okrutną nierozwagę, jaką popełniłam, wymieniając z tobą znaki sympatii. Jeśli nasze dziecinne igraszki z alfabetem wiodą cię do złudzeń, tak mało uzasadnionych, a tak zgubnych, na próżno na swoje usprawiedliwienie przypomniałabym sobie zamach Barbona. W ten sposób wtrąciłabym cię w niebezpieczeństwo o wiele straszniejsze, o wiele pewniejsze, sądząc, że cię uratuję od chwilowej katastrofy; a nierozwaga moja byłaby nie do wybaczenia, jeśli wzbudziła w tobie uczucia zdolne cię skłonić do oporu wobec rad księżnej. Widzisz, do czego mnie zmuszasz, trzeba mi wciąż powtarzać: uciekaj, każę ci...

List był bardzo długi; niektóre ustępy, jak np. owo „każę ci”, któreśmy właśnie przepisali, przejmowały Fabrycego dreszczem rozkosznej nadziei; zdało mu się, że o ile wyrażenia są nader ostrożne, o tyle charakter uczuć jest wcale tkliwy. To znów chwilami ponosił koszta swego zupełnego niedoświadczenia w tego rodzaju wojnie; widział w liście jedynie prostą sympatię lub najzwyklejsze współczucie.

Zresztą to, czego się dowiedział, nie zmieniło ani na chwilę jego zamiarów; przypuściwszy nawet, że niebezpieczeństwa, jakie mu Klelia odmalowała, są bardzo realne, czy chwilowe niebezpieczeństwo jest zbyt drogim okupem za szczęście widywania jej co dzień? Jakież czekało go życie, gdyby się na nowo schronił w Bolonii lub Florencji, uciekłszy bowiem z cytadeli, nie mógł mieć nadziei, aby mu pozwolono żyć w Parmie. A nawet gdyby książę się tak zmienił, żeby go wypuścił na wolność (rzecz mało prawdopodobna, wobec tego, że on, Fabrycy, stał się dla potężnego stronnictwa środkiem obalenia hrabiego Mosca), cóż za życie pędziłby w Parmie, rozdzielony z Klelią nienawiścią dwóch stronnictw? Raz lub dwa razy na miesiąc przypadek sprowadziłby ich może do jednego salonu; ale nawet wówczas jakaż mogłaby być między nimi rozmowa? Jak odnaleźć tę serdeczną poufałość, którą obecnie każdego dnia cieszył się po kilka godzin? Czym była rozmowa w salonie w porównaniu z ich alfabetem? „Więc gdyby nawet przyszło okupić pewnym niebezpieczeństwem to rozkoszne życie i tę jedyną możliwość szczęścia, cóż w tym złego? I czyż to samo nie jest szczęściem móc jej dać w ten sposób dowód miłości?”

Fabrycy ujrzał w liście Klelii jedynie sposobność poproszenia jej o schadzkę; był to jedyny i stały cel wszystkich jego pragnień. Mówił z nią raz, i to tylko chwilę, w dniu przyjęcia do więzienia; od tego czasu upłynęłoprzeszło dwieście dni.

Nastręczał się łatwy sposób widzenia z Klelią; poczciwy don Cezar przyzwalał Fabrycemu pół godziny przechadzki na terasie wieży Farnese co czwartek w dzień; ale w inne dnie przechadzka ta, którą mogli zauważyć mieszkańcy Parmy i okolic, co by poważnie naraziło gubernatora, odbywała się dopiero z zapadnięciem nocy. Na terasę prowadziły jedynie schodki dzwonnicy, należącej do owej kaplicy tak posępnie przybranej czarnym i białym marmurem, którą czytelnik przypomina sobie może. Grillo prowadził Fabrycego do tej kaplicy i otwierał mu drzwi na schodki; obowiązkiem jego było iść za nim, że jednak wieczory zaczynały być chłodne, dozorca puszczał go samego, zamykał go na klucz w dzwonnicy łączącej się z terasą i wracał grzać się do izby. I ot, któregoś wieczora, czyż Klelia w towarzystwie panny służącej nie mogłaby się znaleźć w kaplicy z czarnego marmuru?

Cały długi list, jakim Fabrycy odpowiedział na pismo Klelii, obliczony był na to, aby uzyskać tę schadzkę. Poza tym zwierzał się jej otwarcie, jak gdyby chodziło o kogo innego, z racji, które go skłaniają do pozostania w cytadeli.

Naraziłbym się co dzień tysiąc razy na śmierć, aby mieć szczęście rozmowy z panią za pomocą naszego alfabetu, który obecnie idzie nam tak gładko, a pani chce, abym popełnił to głupstwo i skazywał się na wygnanie w Parmie lub może w Bolonii albo we Florencji. Żądasz, abym dobrowolnie oddalał się od ciebie. Wiedz, że to jest dla mnie niepodobieństwem: próżno dawałbym słowo, nie mógłbym go dotrzymać.

Rezultatem tej prośby o schadzkę było zniknięcie Klelii, które trwało całe pięć dni; przez pięć dni zachodziła do ptaszkarni jedynie w godzinach, w których wiedziała, że Fabrycy nie może korzystać z okienka. Fabrycy był w rozpaczy; wywnioskował z tej nieobecności, że mimo pewnych spojrzeń, które rozkołysały w nim szalone nadzieje, nigdy nie budził w Klelii innych uczuć poza prostą przyjaźnią. „W takim razie — powiadał sobie — co mi zależy na życiu? Niech mi je książę odbierze, zrobi mi łaskę; jeszcze jeden powód, aby nie opuszczać twierdzy.” Z uczuciem głębokiej niechęci odpowiadał co noc na sygnały świetlne. Księżna myślała, że zupełnie oszalał, kiedy w biuletynie, który Lodovico przynosił jej co rano, wyczytała te dziwne słowa: „Nie chcę uciekać; chcę umrzeć tutaj.”

Przez tych pięć dni, tak okrutnych dla Fabrycego, Klelia była jeszcze nieszczęśliwsza; powzięła tę myśl tak dręczącą dla szlachetnej duszy: „Obowiązkiem moim jest umknąć do klasztoru z dala od cytadeli; kiedy i Fabrycy będzie wiedział, że mnie tu już nie ma, a każę mu to powiedzieć przez Grilla i innych dozorców, wówczas zdecyduje się na ucieczkę. Ale klasztor to znaczy wyrzec się na zawsze widoku Fabrycego; a wyrzec się jego widoku, gdy daje tak oczywiste dowody, że uczucia wiążące go niegdyś z księżną już nie istnieją! Jakiż bardziej wzruszający dowód miłości może dać młody człowiek: po siedmiu miesiącach więzienia, które poważnie naraziły jego zdrowie, wzdraga się odzyskać wolność. Człowiek płochy, jakim przedstawiały Fabrycego ploteczki dworskie, poświęciłby dwadzieścia kochanek, aby wyjść o dzień wcześniej z cytadeli, a czegóż by nie uczynił, aby wyjść z więzienia, gdzie każdy dzień mógł położyć koniec jego życiu?”

Klelii zbrakło odwagi; popełniła ten straszny błąd, że nie schroniła się do klasztoru, co dałoby jej zarazem swobodę zerwania z margrabią. Raz popełniwszy ten błąd, jak mogła się oprzeć młodemu człowiekowi tak miłemu, naturalnemu, tkliwemu, który narażał życie na straszne niebezpieczeństwa, aby uzyskać proste szczęście ujrzenia jej w oknie. Po piędu dniach okrutnej walki, przerywanej chwilami wzgardy dla samej siebie, Klelia zdecydowała się odpowiedzieć na list, w którym Fabrycy błagał o schadzkę w kaplicy z czarnego marmuru. Prawda, że odmówiła, i to dość surowo; ale od tej chwili straciła spokój; wciąż wyobrażała sobie Fabrycego ginącego od trucizny; raz po raz wpadała do ptaszkarni; czuła namiętną potrzebę upewnienia się własnymi oczami, że Fabrycy żyje.

„Jeśli jest jeszcze w fortecy — powiadała sobie — jeśli grożą mu wszystkie okropności, jakie stronnictwo Raversi być może knuje przeciw niemu dla pozbycia się hrabiego Mosca, to jedynie dlatego, że nie miałam odwagi schronić się do klasztoru. Jakiż miałby pozór, aby tu zostać jeszcze, gdyby zyskał pewność, że ja znikłam stąd na zawsze?”

Ta dziewczyna nieśmiała i dumna doszła do tego, że naraziła się na możliwość odmowy ze strony dozorcy Grilla; co więcej, wystawiła się na wszystkie komentarze, jakimi człowiek ten mógł opatrzyć jej osobliwe zachowanie. Poniżyła się do tego stopnia, że go wezwała i głosem, który drżeniem swym zdradzał jej tajemnicę, zwierzyła mu, że Fabrycy niedługo odzyska wolność, że księżna Sanseverina żywo krząta się koło tej sprawy, że często zachodzi potrzeba szybkiego porozumienia się z więźniem i że, słowem, prosi jego, Grilla, aby pozwolił Fabrycemu wykonać otwór w żaluzji zasłaniającej jego okno, iżby mu mogła udzielić wiadomości otrzymywanych kilka razy dziennie od pani Sanseverina.

Grillo uśmiechnął się i zapewnił ją o swym szacunku i posłuszeństwie. Klelia była mu niesłychanie wdzięczna, że nie powiedział nic więcej; było oczywiste, że doskonale wiedział o tym, co działo się od kilku miesięcy.

Ledwie dozorca wyszedł, Klelia dała sygnał umówiony z Fabrycym od ważnego wypadku; wyznała mu wszystko, co uczyniła.

— Chcesz zginąć od trucizny — dodała — otóż mam nadzieję zdobyć się niebawem na to, aby opuścić ojca i schronić się gdzieś w klasztorze. Oto, co panu będę zawdzięczała; wówczas, mam nadzieję, nie będzie się pan opierał planom, które mogą cię stąd wydobyć. Dopóki pan tu jest, przeżywam chwile okropne, szalone; w życiu nie sprawiłam niczyjego nieszczęścia, a mam uczucie, iż ja jestem przyczyną, że pan umrze. Gdyby nawet chodziło o nieznajomego, ta myśl wystarczyłaby, aby mnie doprowadzić do rozpaczy; a cóż dopiero, kiedy sobie wyobrażę, że przyjaciel, którego nierozwaga sprawia mi wiele przykrości, ale którego, ostatecznie, widuję od tak dawna co dzień, wije się w tej chwili w śmiertelnych męczarniach. Niekiedy czuję potrzebę spytania pana samego, czy pan żyje!

Aby się zbyć tej strasznej boleści, poniżyłam się do błagania o łaskę sługi, który mógł mi jej odmówić i który może jeszcze mnie zdradzić. Zresztą byłoby to może szczęście dla mnie, gdyby mnie oskarżył przed ojcem; natychmiast znalazłabym się w klasztorze, nie byłabym mimowolną wspólniczką pańskiego szaleństwa. Ale niech mi pan wierzy, to nie może trwać; musisz się poddać rozkazom księżnej. Czy jesteś zadowolony, okrutny przyjacielu? To ja, ja błagam cię o to, bym mogła zdradzić ojca. Zawołaj Grilla i daj mu pieniądze.

Fabrycy był tak rozkochany, najprostsze życzenie Klelii przyprawiało go o taki lęk, że nawet to niezwykłe wyznanie nie dało mu pewności, że ona go kocha. Zawołał Grilla, któremu wynagrodził hojnie minione usługi, na przyszłość zaś powiedział mu, że za każdy dzień, w którym mu pozwoli używać okienka w żaluzji, otrzyma cekina. Grillo przyjął te warunki z wielkim zadowoleniem.

— Będę z panem mówił z ręką na sercu, Ekscelencjo; czy pogodzi się pan z koniecznością zimnego obiadu? Jest bardzo prosty sposób uniknięcia trucizny. Ale proszę pana o ścisłą dyskrecję; dozorca powinien wszystko wiedzieć, a niczego się nie domyślać. Zamiast jednego postaram się panu o kilka psów; nim pan co spożyje, da im pan skosztować. Co się tyczy wina, oddam panu swoje; będzie pan pił tylko z butelek, które ja napocznę. Ale jeśli Wasza Ekscelencja chce mnie zgubić na zawsze, wystarczy, aby pan zwierzył te szczegóły panience. Kobieta jest zawsze kobietą; jeżeli jutro się poróżni z panem, pojutrze, aby się zemścić, opowie wszystko ojcu, dla którego największą radością byłoby mieć za co powiesić dozorcę. Po Barbone to może najniegodziwszy człowiek w całej cytadeli; obyty jest z trucizną, może pan być pewny, i nie darowałby mi tego pomysłu z pieskami.

Którejś nocy powtórzyła się serenada. Teraz Grillo odpowiadał na wszelkie pytania Fabrycego; przyrzekł sobie wszelako być ostrożnym i nie zdradzić panny Klelii, która wedle niego, mając zaślubić margrabiego Crescenzi, najbogatszego człowieka w Parmie, bawiła się mimo to w miłostki — o ile mury pozwalały — z przystojnym monsignorkiem. Ale, odpowiadając na pytania Fabrycego co do serenady, dodał nieopatrznie:

— Mówią, że niedługo ma się z nią ożenić.

Można sobie wyobrazić wrażenie, jakie te proste słowa wywarły na Fabrycym. W nocy odpowiedział na sygnały jedynie po to, aby oznajmić, że jest chory. Nazajutrz o dziesiątej, kiedy Klelia zjawiła się w ptaszkarni, spytał ją ceremonialnym tonem, bardzo nowym między nimi, czemu nie powiedziała mu po prostu, że kocha margrabiego i że ma niebawem za niego wyjść.

— Dlatego, że to nieprawda — odparła Klelia podrażniona.

Trzeba dodać, że reszta odpowiedzi była mniej jasna; Fabrycy podkreślił to i skorzystał ze sposobności, aby znów prosić o schadzkę. Klelia, która wiedziała, że szczerość jej spotyka się z niewiarą, zgodziła się prawie natychmiast, zwracając wszakże uwagę Fabrycego, że gubi ją na zawsze w oczach Grilla.

Wieczorem, kiedy było zupełnie ciemno, zjawiła się w towarzystwie panny służącej w kaplicy z czarnego marmuru. Zatrzymała się w środku, obok wiecznej lampki; pokojówka i Grillo cofnęli się ku drzwiom.

Klelia, cała drżąca, przygotowała piękne przemówienie. Postanowiła sobie nie uczynić żadnego kompromitującego wyznania. Ale logika namiętności nie zna paktów; żądza dowiedzenia się prawdy nie pozwala jej zachować czczych względów, tak jak bezgraniczne oddanie niweczy obawę obrażenia ukochanej osoby. Fabrycy olśniony był pięknością Klelii; od ośmiu miesięcy widział z bliska jedynie dozorcę. Ale nazwisko margrabiego Crescenzi zbudziło w nim całą wściekłość, która wzmogła się, skoro spostrzegł, że Klelia odpowiadała wymijająco; sama Klelia zrozumiała, że pomnaża podejrzenia miast je rozproszyć. Uczucie to było dla niej zbyt okrutne.

— Czy bardzo będzie się pan czuł szczęśliwy — odparła jak gdyby z gniewem i ze łzami w oczach — jeśli mi każesz zdeptać wszystko, co jestem winna samej sobie? Do trzeciego września zeszłego roku czułam jedynie odrazę do mężczyzn, którzy starali mi się nadskakiwać. Żywiłam bezgraniczną, zapewne przesadną wzgardę dla typu dworaka; wszystko, co było szczęśliwe na tym dworze, mierziło mnie. Podbił mnie natomiast urok więźnia, którego dnia trzeciego września przyprowadzono do tej cytadeli. Przechodziłam, zrazu nie zdając sobie z tego sprawy, wszystkie męki zazdrości. Powaby zachwycającej kobiety, którą dobrze znałam, były niby pchnięcia sztyletu dla mego serca, ponieważ sądziłam i sądzę jeszcze po trosze, że ten więzień ją kocha. Niebawem natarczywość margrabiego Crescenzi, który ubiegał się o moją rękę, wzrosła; margrabia jest bardzo bogaty, a my nie mamy żadnego majątku. Odtrąciłam z lekkim sercem jego zaloty, kiedy ojciec wymówił straszliwe słowo „klasztor”; zrozumiałam, że jeśli opuszczę cytadelę, nie będę już mogła czuwać nad życiem jeńca, którego los mi był drogi. Arcydziełem mej przemyślności było to, że aż do tej chwili jeniec ów nie miał pojęcia o niebezpieczeństwie grożącym jego życiu. Przyrzekłam sobie nie zdradzić ani ojca, ani swojej tajemnicy; ale ta kobieta energiczna, genialna, o potężnej woli, która roztacza opiekę nad więźniem, ofiarowała, jak sądzę, młodemu więźniowi sposoby ucieczki; odepchnął je, chcąc mnie zarazem przekonać, że jeśli wzdraga się opuścić cytadelę, to aby się nie oddalić ode mnie. Wówczas popełniłam wielki błąd; walczyłam pięć dni, powinnam była natychmiast schronić się do klasztoru i opuścić twierdzę; był to równocześnie prosty sposób zerwania z margrabią. Nie miałam siły opuścić cytadeli i dziś jestem zgubioną dziewczyną; oddałam serce człowiekowi płochemu — wiem, jak żył w Neapolu. Czemuż mam przypuszczać, że się zmienił? Zamknięty w surowym więzieniu, zaczął się zalecać do jedynej kobiety, którą widział i która rozpraszała jego nudę, ot, rozmowa z nią była połączona z trudnościami, zabawa ta przybrała pozór namiętności. Ponieważ więzień ten zdobył sobie rozgłos przez swą odwagę, wyobraża sobie, iż dowiedzie, że miłość jego jest czymś więcej niż przelotnym kaprysem, narażając się na dość wielkie niebezpieczeństwa, aby widywać nadal osobę, którą rzekomo kocha. Ale z chwilą gdy znajdzie się w dużym mieście, otoczony na nowo pokusami, stanie się tym, czym zawsze był: światowcem goniącym za rozrywką, za miłostkami; a jego biedna towarzyszka więzienia dokończy dni w klasztorze, zapomniana przez tego zmiennika i ze śmiertelną zgryzotą, że mu otworzyła swe serce.

Orędzie to, z którego podajemy jedynie główne fakty, wywołało, jak można się domyślić, sprzeciwy Fabrycego. Był zakochany bez pamięci, toteż przekonany, że nikogo nie kochał przed ujrzeniem Klelii i że losem jego było żyć jedynie dla niej.

Czytelnik wyobraża sobie z pewnością piękne rzeczy, które jej rozpowiadał; wreszcie pokojówka ostrzegła panią, że wybiło wpół do dwunastej i że generał może wrócić lada chwila. Rozstanie było bolesne.

— Widzę pana być może ostatni raz — rzekła Klelia do więźnia — zamach, który jest w oczywistym interesie kliki Raversi, może panu dostarczyć okrutnego sposobu dowiedzenia mi, że nie jest pan zmiennikiem.

Klelia opuściła Fabrycego, dławiąc się od łez i umierając ze wstydu, że nie może ich ukryć przed pokojówką ani zwłaszcza przed dozorcą. Druga rozmowa była możliwa aż wtedy, kiedy generał oznajmi, że wybiera się na wieczór do miasta; że zaś od czasu więzienia Fabrycego i ciekawości, jaką budziło ono na dworze, uważał za bezpieczniejsze prawie ciągle udawać atak podagry, wyprawy jego do miasta, regulowane zasadami wytrawnej polityki, decydowały się często dopiero w chwili wsiadania do powozu.

Od tego wieczora w marmurowej kaplicy życie Fabrycego było jednym upojeniem. Wielkie przeszkody, to prawda, stały jeszcze na drodze do szczęścia, ale wreszcie miał tę niespodziewaną radość, że posiada miłość boskiej istoty, która pochłaniała wszystkie jego myśli.

Trzeciego dnia po tym widzeniu sygnały świetlne skończyły się bardzo wcześnie, mniej więcej około północy; w chwili gdy się skończyły, omal nie roztrzaskała Fabrycemu głowy wielka ołowiana kula, która przeleciawszy ponad górnym skrzydłem żaluzji przedarła papierowe szyby i wpadła do pokoju.

Ta wielka kula nie była ani w przybliżeniu tak ciężka, jakby to wróżyły jej rozmiary. Fabrycy otworzył ją z łatwością i znalazł list od księżnej. Za pośrednictwem arcybiskupa, koło którego chodziła troskliwie, udało się jej pozyskać żołnierza z cytadeli. Człowiek ten, zręczny strzelec z procy, oszukiwał czujność szyldwachów rozstawionych koło pałacu gubernatora lub też wchodził z nimi w porozumienie.

Trzeba ci się wymknąć po linach; drżę cała, dając ci tę straszliwą radę, waham się przeszło od dwóch miesięcy wymówić to słowo; ale widoki na przyszłość stają się z każdym dniem ciemniejsze, można się spodziewać najgorszych rzeczy. Proszę cię, daj natychmiast znać lampą, że cię doszedł ten niebezpieczny list; zasygnalizuj P B i G według alfabetu alfa monaca, to znaczy; cztery, dwanaście i dwa; nie odetchnę, póki nie zobaczę sygnału. Jestem na wieży, odpowiem ci N i O, siedem i pięć. Otrzymawszy odpowiedź nie dawaj już sygnału i zajmij się jedynie moim listem.

Fabrycy usłuchał czym prędzej, dał umówione znaki, na które natychmiast otrzymał zapowiedziany sygnał, po czym czytał dalej.

Można się spodziewać najgorszych rzeczy; oświadczyli mi to trzej ludzie, do których mam największe zaufanie.

Kazałam im wprzódy zaprzysiąc na Ewangelię, że mi powiedzą prawdę, choćby nawet najokrutniejszą. Pierwszy z tych ludzi zagroził chirurgowi donosicielowi w Ferrarze, że się nań rzuci z otwartym nożem w ręce; drugi powiedział ci po twoim powrocie z Belgirate, że byłoby może przezorniej strzelić w łeb stajennemu, który szedł z lasu śpiewając i prowadził angielskiego konika: trzeciego nie znasz — to bandyta, mój przyjaciel, gotowy na wszystko, odważny jak ty; dlatego zwłaszcza prosiłam go, aby mi powiedział, co powinieneś robić. Każdy z osobna orzekł — nie wiedząc, że radzę się i dwóch innych — że lepiej narazić się na skręcenie karku niż spędzić jeszcze jedenaście lat i cztery miesiące w ciągłej obawie wielce prawdopodobnej trucizny.

Trzeba ci się przez miesiąc ćwiczyć w celi we wchodzeniu i schodzeniu po sznurze. Potem, w dzień świąteczny, w którym załoga otrzyma dodatkową porcję wina, puścisz się na wielkie dzieło. Dostaniesz trzy liny z jedwabiu i z konopi grubości łabędziego pióra; pierwsza na osiemdziesiąt stóp, aby się spuścić trzydzieści pięć stóp z okna do pomarańczowych drzewek; druga na trzysta stóp — i tu jest trudność z przyczyny ciężaru — aby przebyć sto osiemdziesiąt stóp po ścianie wielkiej wieży; trzecia, na trzydzieści stóp, posłuży do przebycia wału. Spędzam dnie całe na studiowaniu muru od strony wschodniej, to znaczy od Ferrary; wyłom uczyniony przez trzęsienie ziemi wypełniono szkarpą, która tworzy równię pochyłą. Mój bandyta upewnia mnie, że podjąłby się zejść tamtędy bez zbytnich trudności, jedynie kosztem paru zadraśnięć, zsuwając się po pochyłości tej szkarpy. Pionowo wynosi to dwadzieścia osiem stóp do samego dołu — ta strona jest najmniej strzeżona.

Jednakże, razem wziąwszy, ów bandyta, który trzy razy uciekał z więzienia i którego byś pokochał, gdybyś go znał, chociaż on nie cierpi ludzi twojej kasty; mój bandyta, powiadam, lekki i zwinny jak ty, sądzi, że lepiej byłoby spuścić się od strony zachodniej, na wprost pałacyku, zajmowanego niegdyś przez Faustę, dobrze ci znanego. Ku tej stronie skłania go wzgląd, że mur, mimo iż lekko pochyły, jest prawie cały porośnięty krzem; są tam ździebełka drzewa, grubości małego palca, które mogą podrapać, jeśli się nie uważa, ale których można wybornie się chwytać. Dziś rano oglądałam tę stronę przez doskonałą lunetę: najlepsze miejsce jest tuż pod nowym kamieniem, który wstawiono w balustradę przed paru laty. Poniżej tego kamienia znajdziesz nagą przestrzeń długą na dwadzieścia stóp; trzeba się tam posuwać bardzo wolno (czujesz, jak moje serce drży, gdy ci daję te straszliwe wskazówki, ale wszak odwaga polega na tym, aby wybrać mniejsze zło, choćby nawet i ono było straszne); po tej nagiej przestrzeni znajdziesz osiemdziesiąt lub dziewięćdziesiąt stóp gęstego krza, gdzie latają ptaki, potem trzydzieści stóp trawy i ziela. Następnie, bliżej ziemi, dwadzieścia stóp krzów i wreszcie dwadzieścia pięć lub trzydzieści stóp świeżo pobielonych.

Co by mnie skłaniało ku tej stronie, to, iż tam, wprost pod nowym kamieniem w balustradzie, znajduje się drewniana chałupa, którą żołnierz wybudował w swoim ogródku, a którą przydzielony do twierdzy kapitan inżynierii koniecznie chce mu kazać zburzyć; jest siedemnaście stóp wysoka, pokryta słomą, dachem zaś przytyka do muru cytadeli. Ten dach mnie nęci; w razie — okropna rzecz! — jakiego nieszczęścia, złagodziłby twój upadek. Raz się tam znalazłszy, jesteś w obrębie szańców, które są dość niedbale strzeżone; gdyby cię ktoś chciał zatrzymać, wal z pistoletu i broń się kilka minut.

Twój przyjaciel z Ferrary i drugi tęgi chwat, ten, którego nazywam bandytą, będą mieli drabinki i nie zawahają się wdrapać na szaniec dość niski, aby ci przyjść z pomocą.

Szaniec ma tylko dwadzieścia trzy stopy wysokości i jest bardzo pochyły. Będę czekała pod murem z garścią uzbrojonych ludzi.

Mam nadzieję przesłać ci jeszcze kilka listów tą samą drogą. Będę powtarzała wciąż te same rzeczy innymi słowami, aby się dobrze porozumieć. Zgadujesz, z jakim sercem donoszę ci, że człowiek z kulą w łeb stajennemu, który, ostatecznie, jest najzacniejszym człowiekiem i który umiera ze zgryzoty, myśli, że się z tego wywiniesz kosztem złamanej ręki. Bandyta, który ma więcej doświadczenia w takich wyprawach, sądzi, że jeżeli zechcesz się spuszczać bardzo wolno, nie gorączkując się, wolność będzie cię kosztowała jedynie parę zadraśnięć. Główna trudność to wystarać się o liny; o tym też myślę całe dwa tygodnie, przez które ta idea wypełnia wszystkie moje chwile.

Nie odpowiadam ci na to szaleństwo, jedyną niedorzeczność, jaką powiedziałeś w życiu: „Nie chcę uciekać.” Człowiek z kulą w łeb stajennemu wykrzyknął, żeś oszalał z nudów. Nie ukrywam ci, że obawiamy się bardzo bliskiego niebezpieczeństwa, które przyśpieszy może dzień twojej ucieczki. Gdy będzie trzeba oznajmić ci to niebezpieczeństwo, lampa powie ci kilka razy z rzędu: „Ogień w zamku”.

Na co odpowiesz: „Czy moje książki spłonęły?”

List zawierał jeszcze kilka stronic szczegółów; pisany był mikroskopijnym pismem na cieniutkim papierze.

„Wszystko to jest bardzo piękne i bardzo dobrze obmyślone — powiadał sobie Fabrycy — winien jestem wiekuistą wdzięczność hrabiemu i księżnej; pomyślą może, że się boję, ale nie ucieknę. Czy kto kiedy uciekał z miejsca, gdzie zażywa największego szczęścia, aby się skazywać na okropne wygnanie, gdzie mu będzie zbywało wszystkiego, nawet powietrza? Cóż ja bym robił po miesiącu we Florencji? Przebrałbym się, aby krążyć koło bram tej cytadeli i łowić jedno spojrzenie.”

Nazajutrz Fabrycy miał chwilę przestrachu; stał w oknie, koło jedenastej, spoglądając na wspaniały krajobraz i czekając szczęsnej chwili, w której będzie mógł ujrzeć Klelię, kiedy Grillo wpadł bez tchu do pokoju:

— Prędko, prędko, Ekscelencjo, niech się pan rzuci na łóżko i udaje chorego; trzej sędziowie idą tutaj! Będą pana przesłuchiwali; niech się pan dobrze namyśli, nim pan coś powie; przychodzą, aby pana zamotać.

To mówiąc, Grillo czym prędzej zamknął okienko w żaluzji, pchnął Fabrycego na łóżko i narzucił nań parę płaszczy.

— Niech pan powie, że pan bardzo cierpi, i niech pan mało mówi; zwłaszcza każ pan sobie powtarzać pytania, aby zyskać na czasie.

Weszli trzej sędziowie. „Trzej galernicy — powiadał sobie Fabrycy widząc te plugawe fizjonomie — a nie trzej sędziowie.” Mieli długie, czarne suknie; skłonili się poważnie i zajęli bez słowa krzesła znajdujące się w celi.

— Panie Fabrycy del Dongo — rzekł najstarszy — strapieni jesteśmy przykrym poselstwem, którego mamy dopełnić. Przyszliśmy, aby oznajmić zgon Jego Ekscelencji margrabiego del Dongo, pańskiego ojca, wielkiego ochmistrza królestwa lombardzko-weneckiego, kawalera wielkiej wstęgi etc., etc.

Fabrycy zalał się łzami; sędzia ciągnął:

— Margrabina del Dongo, pańska matka, przesyła panu tę wiadomość umyślnym listem; że jednak fakt ten opatrzyła niewłaściwym komentarzem, trybunał orzekł na podstawie wczorajszego zarządzenia, iż listu tego udzieli się panu jedynie w wyjątkach, i te właśnie wyjątki odczyta panu szanowny pisarz, imć Bona.

Po ukończeniu czytania sędzia zbliżył się do leżącego wciąż Fabrycego i dał mu przejrzeć w matczynym liście ustępy, których odpis odczytano. Fabrycy dostrzegł słowa: „niesprawiedliwe uwięzienie, okrutna kara za niespełnioną zbrodnię”, i zrozumiał, co spowodowało te odwiedziny. Zresztą, przepełniony wzgardą dla sędziów bez sumienia, rzekł tylko tyle:

— Jestem chory, panowie, śmiertelnie osłabiony; darujcie mi, że nie mogę wstać.

Po wyjściu sędziów Fabrycy długo jeszcze płakał, po czym rzekł: „Byłżebym obłudnikiem? Zdawało mi się, że go nie kocham.”

Tego dnia i następnych dni Klelia była bardzo smutna; wołała Fabrycego kilka razy, ale ledwie miała siłę rzec mu kilka słów. Rano, piątego dnia po pierwszym widzeniu, powiedziała mu, że wieczorem przyjdzie do kaplicy z marmuru.

— Mogę panu powiedzieć tylko kilka słów — rzekła, wchodząc. Drżała tak, że musiała się wesprzeć na pannie służącej. Następnie, wyprawiwszy ją z kaplicy, rzekła: — Da mi pan słowo honoru — dodała ledwie dosłyszalnym głosem — da mi pan słowo honoru, że będzie pan posłuszny księżnej i że pan spróbuje uciec w dniu, w którym ona panu każe, i w sposób, który panu zaleci; lub też jutro rano udaję się do klasztoru i przysięgam, że w życiu nie odezwę się do pana.

Fabrycy milczał.

— Niech pan przyrzeknie — rzekła Klelia ze łzami w oczach, jakby nieprzytomna — lub rozmawiamy z sobą ostatni raz. Życie, do jakiego mnie pan zmusza, jest straszne: jest pan tu z mojej przyczyny, a każdy dzień może się stać ostatnim dniem pańskiego istnienia. — To mówiąc, Klelia osłabła tak, że musiała się oprzeć o ogromny fotel, pomieszczony niegdyś pośrodku kaplicy na intencję dostojnego więźnia; była bliska omdlenia.

— Co mam przyrzec? — spytał Fabrycy, przybity.

— Wie pan dobrze.

— Przysięgam tedy rzucić się świadomie w okropne nieszczęście i skazać się na życie z dala od najdroższej mi istoty.

— Niech pan przyrzeka rzeczy konkretne.

— Przysięgam być posłuszny księżnej i uciec w dniu, w którym ona zechce i jak zechce. I cóż się ze mną stanie z dala od pani?

— Niech pan przysięgnie, że pan ucieknie, co bądź by się mogło zdarzyć.

— Jak to! Gotowa jest pani zaślubić margrabiego Crescenzi, skoro mnie tu już nie będzie?

— O Boże! cóż pan ma za pojęcie o mnie?... Ale niech pan przysięgnie lub dusza moja nie będzie miała chwili spokoju.

— Więc dobrze, przysięgam, że ucieknę stąd w dniu, w którym pani Sanseverina rozkaże, co bądź by się mogło zdarzyć do tej pory.

Uzyskawszy tę przysięgę, Klelia uczuła się tak słaba, iż podziękowawszy Fabrycemu, musiała się oddalić.

— Wszystko było gotowe do mej ucieczki jutro rano — rzekła — w razie gdyby się pan upierał zostać. Widziałabym pana w tej chwili ostatni raz w życiu, ślubowałam to Madonnie. Teraz, skoro tylko będę mogła wyjść z pokoju, pójdę zbadać ów straszliwy mur pod nowym kamieniem w balustradzie.

Nazajutrz była tak blada, że widok jej sprawiał Fabrycemu żywą przykrość. Rzekła mu z okna ptaszkarni:

— Nie róbmy sobie złudzeń, drogi przyjacielu; uczucie nasze jest grzeszne i nie wątpię, że przyniesie nam nieszczęście. Odkryją cię, gdy będziesz próbował uciekać, będziesz zgubiony na zawsze, jeśli nie gorzej; bądź co bądź, trzeba uczynić zadość rozsądkowi ludzkiemu, który nam każe ważyć się na wszystko. Aby się spuścić z wielkiej wieży, trzeba mocnego sznura na przeszło dwieście stóp. Mimo starań, jakie rozwinęłam od czasu, jak znam projekt księżnej, zdołałam zgromadzić zaledwie jakich pięćdziesiąt stóp. Na rozkaz gubernatora wszystkie liny, jakie znajdowały się w fortecy, są palone, a co wieczór zdejmuje się sznury ze studzien, tak słabe zresztą, że często pękają pod tym niewielkim ciężarem. Ale niech pan prosi Boga, aby mi przebaczył — zdradzam ojca i pracuję, wyrodna córka, nad tym, aby mu sprawić śmiertelną zgryzotę. Módl się do Boga za mnie i jeżeli ocalisz życie, złóż ślub, że obrócisz wszystkie chwile ku Jego chwale.

Oto myśl, jaka mi przyszła: za tydzień opuszczę cytadelę, aby być na weselu jednej z sióstr margrabiego Crescenzi. Wrócę wieczorem, jak każe przyzwoitość, ale zrobię wszystko, aby wrócić bardzo późno; może Barbone nie będzie śmiał rewidować mnie bardzo ściśle. Na tym ślubie siostry margrabiego będą obecne największe damy, z pewnością i pani Sanseverina. Na imię Boga! postaraj się, aby jedna z tych pań wręczyła mi paczkę sznurów, zwiniętych, niezbyt grubych i sprowadzonych do najmniejszych rozmiarów. Choćbym się miała tysiąc razy narazić na śmierć, użyję nawet najniebezpieczniejszych środków, aby przemycić ten sznur do cytadeli, z podeptaniem, niestety, wszystkich obowiązków. Jeśli ojciec mój dowie się o tym, nie ujrzę już pana nigdy; ale jakikolwiek los mnie czeka, będę szczęśliwa w granicach siostrzanej przyjaźni, o ile zdołam się przyczynić do twego ocalenia.

Tegoż wieczora przy pomocy sygnałów Fabrycy powiadomił księżnę o jedynej sposobności przemycenia do cytadeli znacznej ilości sznura. Ale błagał ją o tajemnicę, nawet, co wydało się dziwne, wobec hrabiego. „Oszalał — pomyślała księżna — więzienie go odmieniło, bierze rzeczy tragicznie.” Nazajutrz ołowiana kula, wystrzelona przez procarza, przyniosła więźniowi wiadomość o największym niebezpieczeństwie; osoba podejmując się przemycić sznury ratuje mu — powiadano w liście — dosłownie życie. Fabrycy przekazał natychmiast tę wiadomość Klelii. Ta ołowiana kula przyniosła też Fabrycemu dokładny rysunek zachodniego muru, po którym miał się spuścić z wielkiej wieży w miejscu między dwiema basztami; z tego miejsca później łatwo było umknąć, ile że szaniec miał, jak wspomnieliśmy, tylko dwadzieścia trzy stopy wysokości i strzeżono go niezbyt czujnie. Na odwrotnej stronie planu wypisany był maczkiem wspaniały sonet — jakaś szlachetna dusza zagrzewała Fabrycego, aby uciekał, by nie dał sobie kazić duszy i niszczyć ciała jedenastoma latami niewoli, które miał jeszcze znosić.

Tu musimy przerwać na chwilę historię tego śmiałego przedsięwzięcia; potrzebny jest szczegół, który częściowo tłumaczy, jak księżna zdobyła się na to, aby doradzać Fabrycemu tę niebezpieczną ucieczkę.

Jak wszystkie stronnictwa, które nie są przy władzy, stronnictwo Raversi nie było bardzo zgodne. Kawaler Riscara nienawidził poborcy Rassiego, obwiniając go, że przez niego przegrał ważny proces, w którym, nawiasem mówiąc, Riscara nie miał słuszności. Za sprawą Riscary książę otrzymał anonimową wiadomość, iż wyrok na Fabrycego przesłano oficjalnie gubernatorowi cytadeli. Margrabina Raversi, przemądra główka stronnictwa, bardzo wzięła za złe ten fałszywy krok i ostrzegła swego przyjaciela, generalnego poborcę, uważając za bardzo proste, że chciał coś wycisnąć z ministra, dopóki Mosca był przy władzy. Rassi stawił się nieustraszenie w pałacu, myśląc, że się wykpi ze sprawy ceną paru kopnięć nogą; książę nie mógł się obejść bez zdatnego prawnika, a Rassi kazał wygnać, jako liberałów, pewnego sędziego i adwokata, jedynych ludzi w kraju, którzy mogliby zająć jego miejsce.

Książę, nieprzytomny z wściekłości, obrzucił go obelgami i ruszył ku niemu, chcąc go bić.

— Ha, trudno, to przeoczenie sekretarza — odparł Rassi z najzimniejszą krwią — litera prawa nakazuje tę formalność, która powinna była być dopełniona nazajutrz po przyjęciu pana del Dongo do cytadeli. Gorliwy sekretarz myślał, że zapomniano o tym, i dał mi widocznie do podpisu akt jako rzecz czysto formalną.

— I ty myślisz, że wmówisz we mnie tak niezdarne kłamstwo? — wykrzyknął książę wściekły. — Powiedz raczej, żeś się sprzedał temu ladaco Mosca i że ci za to dał order. Ale, do kroćset, nie skończy się na paru kuksańcach; oddam cię pod sąd, wypędzę cię haniebnie.

— Niech Wasza Wysokość odda mnie pod sąd — odparł Rassi z flegmą (wiedział, że to jest niezawodny sposób uspokojenia księcia) — prawo jest za mną, a Wasza Wysokość nie ma drugiego Rassiego, aby je obejść. Nie da mi książę dymisji, ponieważ przychodzą na księcia chwile srogości; wówczas łaknie książę krwi, ale równocześnie chciałby zachować szacunek uczciwych Włochów; ten szacunek jest warunkiem sine qua non dla ambicji Waszej Wysokości. Słowem, weźmie mnie książę z powrotem przy pierwszym okrucieństwie, którego charakter księcia będzie się domagał, ja zaś, jak zawsze, postaram się o bardzo legalny wyrok, wydany przez wystraszonych i dość przyzwoitych sędziów, który to wyroczek uczyni zadość namiętnościom Waszej Wysokości. Niech mi książę znajdzie w całym państwie człowieka równie pożytecznego jak ja!

To rzekłszy, Rassi uciekł; wykpił się ceną jednego kułaka i paru kopnięć. Opuściwszy pałac udał się do swego majątku w Riva; lękał się nieco jakiegoś pchnięcia sztyletu w pierwszej chwili gniewu, ale nie wątpił, że nim miną dwa tygodnie, kurier wezwie go do stolicy. Czas spędzony na wsi zużył na zorganizowanie pewnego sposobu porozumiewania się z hrabią Mosca, był szalenie zakochany w tytule barona, rozumiał zaś, iż książę zbyt wysoko szanuje tę ongi wzniosłą rzecz, szlachectwo, aby mu je nadać kiedykolwiek; podczas gdy hrabia, bardzo dumny ze swego urodzenia, cenił jedynie szlachectwo dające się wywieść dokumentami sprzed 1400 roku.

Generalny poborca nie omylił się w przewidywaniach: ledwie tydzień spędził w swoim majątku, kiedy przyjaciel księcia, który zajechał tam przypadkiem, poradził mu, aby wrócił do Parmy bez zwłoki. Książę przyjął go, śmiejąc się, po czym przybrał minę bardzo poważną i kazał mu przysiąc na Ewangelię, że zachowa w tajemnicy to, co mu książę powie. Rassi przysiągł z wielką powagą, książę zaś z okiem płonącym nienawiścią wykrzyknął, że nie będzie się czuł panem u siebie, póki Fabrycy del Dongo będzie żywy.

— Nie mogę — dodał — ani wypędzić księżnej, ani znieść jej obecności; oczy jej urągają mi i nie dają mi żyć.

Pozwoliwszy się księciu wygadać, Rassi, udając najżywsze zakłopotanie, zawołał w końcu:

— Wola Waszej Dostojności jest rozkazem, bez wątpienia, ale rzecz jest piekielnie trudna: nie ma sposobu skazać del Donga na śmierć za zabójstwo jakiegoś Gilettiego; to już była nie lada sztuka wycisnąć z tego dwanaście lat twierdzy. Co więcej, podejrzewam księżnę, że wyszukała trzech chłopków, którzy pracowali przy wykopaliskach w Sanguigna i którzy nie siedzieli w rowie w chwili, gdy ten Giletti napadł Fabrycego.

— I gdzież są ci świadkowie? — rzekł książę, wściekły.

— Ukryci w Piemoncie, jak sądzę. Trzeba by sprzysiężenia na życie Waszej Dostojności...

— Ten środek ma swoje niebezpieczeństwa — rzeki książę — nasuwa myśli...

— A jednak — rzeki Rassi z udaną naiwnością — to cały mój urzędowy arsenał.

— Zostaje trucizna...

— Ale kto ją poda? Czy ten dudek Conti?

— Hm, wedle tego, co mówią, nie byłaby mu to pierwszyzna.

— Trzeba by go rozjuszyć — odparł Rassi — zresztą wówczas gdy się załatwiał z kapitanem, nie miał trzydziestu lat, był zakochany i o wiele mniejszy tchórz niż dzisiaj. Bez wątpienia wszystko powinno ustąpić racji stanu; ale tak na poczekaniu i na pierwszy rzut widzę dla wykonania rozkazów monarchy jedynie niejakiego Barbone, pisarza więziennego, którego imć del Dongo obalił na ziemię, dając mu policzek w chwili załatwiania formalności przyjęcia.

Skoro raz książę się rozgadał, rozmowa potoczyła się gładko; zakończył ją, udzielając generalnemu poborcy miesiąca zwłoki; Rassi żądał dwóch. Nazajutrz otrzymał tysiąc cekinów gratyfikacji. Trzy dni namyślał się; czwartego wrócił do rozumowania, które mu się zdawało oczywiste: „Jeden Mosca będzie miał serce dotrzymać mi słowa, ponieważ robiąc mnie baronem, daje mi coś, czego nie szanuje; secundo, ostrzegając go, unikam prawdopodobnie zbrodni, za którą jestem mniej więcej z góry zapłacony; tertio, mszczę się za pierwsze upokorzenia, których doznał kawaler Rassi.”

Następnej nocy powtórzył hrabiemu Mosca rozmowę z księciem.

Hrabia nadskakiwał po kryjomu księżnej; prawda, że odwiedzał ją ledwie raz albo dwa razy na miesiąc, ale prawie co tydzień, gdy znalazł sposobność mówienia o Fabrycym, księżna w towarzystwie Chekiny przychodziła późnym wieczorem spędzić kilka chwil w ogrodzie hrabiego. Umiała oszukać nawet oddanego woźnicę, który myślał, że pani jego bawi z wizytą w sąsiednim domu. Można się domyślić, że hrabia, otrzymawszy straszliwe zwierzenie Rassiego, przesłał natychmiast księżnej umówiony sygnał. Mimo że było po północy, poprosiła go przez Chekinę, aby przybył natychmiast. Hrabia, uszczęśliwiony jak kochanek tym pozorem schadzki, wahał się wszakże wszystko powiedzieć księżnej; lękał się, aby nie oszalała z rozpaczy.

Przygotowawszy półsłówkami złowrogą wiadomość, powiedział jej w końcu wszystko — nie był zdolny dochować sekretu, gdy ona nalegała. Od dziewięciu miesięcy nieszczęście przepalało tę duszę z płomienia, zahartowało ją: toteż księżna nie wybuchnęła płaczem ani skargami.

Nazajutrz wieczór kazała dać Fabrycemu sygnał wielkiego niebezpieczeństwa: „Ogień w zamku!”

Odpowiedział natychmiast: „Czy moje książki spłonęły?”

Tej samej nocy zdołała mu szczęśliwie przesłać list w ołowianej kuli. Było to w tydzień po weselu siostry margrabiego Crescenzi, gdzie księżna popełniła straszliwą nieopatrzność, z której zdamy sprawę w swoim miejscu.