Rozdział dwudziesty ósmy
Porwani wypadkami nie mieliśmy czasu naszkicować komicznej rasy dworaków, od których roi się w Parmie, a którzy robili pocieszne komentarze na temat wspomnianych wypadków. W kraju tym szlachetka, liczący trzy do czterech tysięcy renty, staje się godny figurować w czarnych pończochach przy wstawaniu księcia, przede wszystkim przez to, że nie czytał Woltera ani Rousseau: nietrudny warunek. Trzeba umieć mówić z rozczuleniem o katarze monarchy lub o ostatniej skrzyni minerałów, jaką Otrzymał z Saksonii. Jeżeliś do tego nie opuścił ani razu w roku mszy świętej, jeżeliś mógł zaliczać do grona swych bliskich przyjaciół paru opasłych mnichów, książę raczył się do ciebie odezwać raz do roku, na dwa tygodnie przed lub dwa tygodnie po pierwszym stycznia, co dawało ci mir w parafii, poborca zaś nie śmiał zanadto cię przyciskać, jeżeliś się spóźnił z rocznym podatkiem stu franków, jakim obłożył był twój folwarczek.
Pan Gonzo był to szlachetka tego pokroju, wielce urodzony: oprócz rodowitego mająteczku miał, dzięki wpływom margrabiego Crescenzi, wspaniałą posadę przynoszącą tysiąc sto pięćdziesiąt franków rocznie. Człowiek ten mógł jeść obiad u siebie, ale miał jedną namiętność: był szczęśliwy jedynie wówczas, gdy się znajdował w salonie jakiegoś personata, który mu powiadał od czasu do czasu: „Cicho siedź, Gonzo, jesteś głupiec.” Był to sąd wielce niesprawiedliwy, gdyż Gonzo miał prawie zawsze więcej oleju w głowie niż ów personat. Rozprawiało wszystkim dość przyjemnie; co więcej, gotów był na jedno skinienie pana domu odmienić swój pogląd. Szczerze mówiąc, mimo że ćwiek w interesach, nie miał w głowie ani śladu myśli i kiedy książę nie był zakatarzony, Gonzo był niekiedy w wielkim kłopocie, wchodząc do salonu.
Reputację Gonza w Parmie ustalił wspaniały pierożek, zdobny czarnym piórem, nieco wystrzępionym, który kładł nawet do fraka; ale trzeba było widzieć sposób, w jaki nosił to pióro na głowie czy w ręce: w tym był talent i powaga. Wywiadywal się z prawdziwą troską o zdrowie pieska margrabiny i gdyby ogień wybuchł w pałacu Crescenzi, byłby naraził życie, aby ocalić jeden z tych pięknych foteli krytych złocistym brokatem, który od tylu lat czepiał się jego czarnych jedwabnych spodni, kiedy przypadkiem ośmielił się usiąść na chwilę.
Siedem czy osiem osób tego pokroju przybywało co wieczór o siódmej godzinie do salonu margrabiny Crescenzi. Ledwie usiedli, lokaj wspaniale ubrany w żonkilową liberię ze srebrnymi galonami oraz w czerwoną kamizelkę, która dopełniała przepychu, przychodził zabrać kapelusze i laski nieboraków. Tuż za nim kroczył pokojowiec, przynosząc nieskończenie małą filiżankę kawy na srebrnej filigranowej podstawce; co pół godziny zaś marszałek dworu, przy szpadzie i we wspaniałym francuskim fraku, obnosił lody.
W pół godziny po tych wyświechtanych dworaczkach przychodziło kilku oficerów mówiących bardzo głośno i bardzo wojskowo, dyskutujących zazwyczaj liczbę i rodzaj guzików, jakie powinien mieć mundur żołnierza, aby dowodzący generał mógł odnosić zwycięstwa. Nie byłoby roztropnie zacytować w tym salonie francuski dziennik, choćby nawet nowina okazała się najprzyjemniejsza, na przykład rozstrzelanie pięćdziesięciu liberałów w Hiszpanii, nowinkarz i tak ściągnąłby na siebie odium, że czyta dziennik francuski. Arcydziełem zręczności było dla tych ludzi uzyskać co dziesięć lat podwyżkę pensji o sto pięćdziesiąt franków. W ten sposób książę dzieli ze szlachtą przyjemność władania nad chłopstwem i mieszczaństwem.
Główną figurą salonu Crescenzi był bezspornie kawaler Foscarini, bardzo zacny człowiek; siadywał też po trosze w więzieniu pod każdym rządem. Był członkiem słynnej izby poselskiej, która w Mediolanie odrzuciła prawo oblatów91 przedłożone przez Napoleona, rys bardzo rzadki w historii. Kawaler Foscarini, przez lat dwadzieścia przyjaciel matki margrabiego, zachował wpływ w tym domu. Zawsze miał jakąś opowiastkę na podorędziu, ale nic nie uchodziło jego przenikliwości; toteż młoda margrabina, która czuła się winna w głębi serca, drżała przed nim.
Ponieważ Gonzo żywił szczerą tkliwość dla wszelkiego magnata, który mu mówił grubiaństwa i który mu wyciskał łzy z oczu parę razy na rok, manią jego było oddawać mu drobne usługi; gdyby go nie paraliżowało ubóstwo, byłoby mu się to udawało czasem, ile że nie był pozbawiony sprytu, a zwłaszcza czelności.
Gonzo, taki, jak go znamy, nie miał wielkiego nabożeństwa do margrabiny Crescenzi, ponieważ ani razu nie odezwała się doń niegrzecznie; lecz, bądź co bądź, była to żona słynnego margrabiego Crescenzi, szambelana księżnej-matki, który parę razy na miesiąc mówił doń: „Cicho siedź, Gonzo, jesteś głupiec”.
Gonzo zauważył, że każda wzmianka o Anetce Marini wyprowadza margrabinę na moment z zadumy i obojętności, w jakich tonęła zwykle aż do jedenastej; wówczas przyrządzała herbatę i podawała ją każdemu z obecnych, wołając po nazwisku. Po czym, w chwili gdy miała się udać do siebie, odnajdywała jak gdyby cień wesołości: moment ten wybierano, aby jej powtarzać satyryczne sonety.
Sonety takie umieją pisać we Włoszech doskonale: jest to jedyny rodzaj literatury, który ma tam nieco życia: prawda, iż nie podlega cenzurze. Dworacy casa Crescenzi oznajmiali zawsze sonet tymi słowy: „Czy pani margrabina pozwoli łaskawie wygłosić bardzo lichy sonet?” Kiedy zaś sonet ubawił zgromadzenie i kiedy go powtórzono parę razy. któryś z oficerów nieodzownie wołał: „Minister policji powinien by się tym zająć, aby autor podobnych bezeceństw zadyndał na szubienicy.” Mieszczaństwo, przeciwnie, przyjmuje te sonety z najszczerszym zachwytem, a pisarczyki sprzedają ich kopie.
Z zainteresowania okazanego przez margrabinę Gonzo wyobraził sobie, że zbyt chwalono przed nią urodę małej Marini, która poza tym miała milion posagu, i że margrabina jest o nią zazdrosna. Ponieważ ze swoim wiecznym uśmiechem i bezmierną wzgardą dla wszystkiego, co nie jest szlachtą, Gonzo wciskał się wszędzie, zaraz nazajutrz przybył do salonu margrabiny w kapeluszu z piórem nałożonym w tryumfalny sposób, jak mu się to zdarzało raz lub dwa razy w roku, kiedy książę powiedział doń: „Bądź zdrów, Gonzo”.
Skłoniwszy się z szacunkiem margrabinie, Gonzo nie usiadł jak zazwyczaj na fotelu, który mu podano. Stanął w środku i wykrzyknął prosto z mostu:
— Widziałem portret monsignora del Dongo.
Klelia była tak zaskoczona, że musiała się oprzeć o fotel: próbowała stawiać czoło burzy, ale niebawem opuściła salon.
— Trzeba przyznać, mój dobry Gonzo, że jesteś bardzo niezręczny! krzyknął nań z góry pewien oficer, dojadający czwarte lody. — Jak możesz nie wiedzieć, że koadiutor, który był jednym z najdzielniejszych dowódców armii Napoleona, wypłatał niegdyś haniebnego figla ojcu margrabiny, wymykając się z cytadeli — której dowództwo miał generał Conti — tak jakby sobie wyszedł ze Steccata (główny kościół w Parmie).
— Nie wiem w istocie wielu rzeczy, drogi kapitanie; jestem biedny głupiec, który wciąż strzela bąki.
Ta odpowiedź w smaku czysto włoskim rozśmieszyła towarzystwo kosztem świetnego oficera. Margrabina wróciła niebawem; uzbroiła się w odwagę, nie wolną od nadziei, że ona także będzie mogła podziwiać portret Fabrycego, który tak chwalono. Wspomniała z zapałem o Hayezie, który go wykonał. Bezwiednie słała urocze uśmiechy w stronę Gonza, który złośliwie spoglądał na oficera. Ponieważ inni dworacy oddawali się tej samej przyjemności, oficer uciekł ślubując śmiertelną nienawiść Gonzowi; ten tryumfował, wieczorem zaś, kiedy się żegnał z panią domu, otrzymał zaproszenie na jutrzejszy obiad.
— Nowa historia! — wykrzyknął Gonzo po obiedzie, kiedy służba wyszła — co się dzieje: nasz koadiutor zakochał się w małej Marini!...
Można osądzić wzruszenie Klelii, kiedy usłyszała tę osobliwą wiadomość. Sam margrabia był przejęty.
— Ależ, Gonzo, przyjacielu, strzeliłeś bąka jak zwykle! Powinien byś mówić oględniej o osobie, która miała zaszczyt jedenaście razy grać w wista z Jego Wysokością!
— Otóż, panie margrabio — odparł Gonzo z gruboskórnością właściwą ludziom tego rodzaju — mogę panu przysiąc, że chciałby zagrać i z małą Marini. Ale wystarczy, że te szczegóły nie znajdują łaski w pańskich oczach; już przestały istnieć dla mnie, który przede wszystkim nie chcę urazić mego najukochańszego margrabiego.
Po obiedzie margrabia udawał się zawsze na drzemkę. Tego dnia nie poszedł do siebie; ale Gonzo raczej dałby sobie uciąć język, niżby dodał bodaj słówko o Anetce; co chwila zaczynał jakieś opowiadanie mające budzić nadzieję, że wróci do spraw sercowych ładnej mieszczaneczki. Gonzo posiadał ten iście włoski zmysł polegający na tym, aby odwlekać z rozkoszą upragnione słowo. Biedny margrabia, umierający z ciekawości, musiał zrobić pierwszy krok: oświadczył Gonzowi, że kiedy ma przyjemność jeść obiad w jego towarzystwie, ma dubeltowy apetyt. Gonzo nie zrozumiał, zaczął opisywać wspaniałą galerię obrazów margrabiny Balbi, kochanki nieboszczyka księcia; kilka razy wspominał o Hayezie, cedząc słowa bardzo powoli z największym podziwem. Margrabia powiadał sobie: „No, nareszcie dojdzie do portretu zamówionego przez Anetę Marini!” Ale Gonzowi ani się śniło. Wybiła piąta, co podrażniło margrabiego, który zwykł był o wpół do szóstej, po drzemce, siadać do powozu i jechać na Corso.
— Widzisz, co ty wyprawiasz przez swoje bzdurstwa! — rzekł brutalnie do Gonza — przez ciebie przybędę na Corso po księżnej-matce, której jestem szambelanem i która może ma dla mnie jakieś zlecenia. No! śpiesz się! Powiedz mi w kilku słowach, jeśli możesz, co to są te rzekome amory pana koadiutora?
Ale Gonzo chciał zachować to opowiadanie dla margrabiny, która go zaprosiła na obiad; odklepał tedy w kilku słowach żądaną historyjkę, a margrabia, na wpół uśpiony, pobiegł się zdrzemnąć. Z biedną margrabiną Gonzo wziął się inaczej do rzeczy. Została ona tak młoda i naiwna wśród swoich splendorów, iż sądziła, że trzeba jej naprawić grubiaństwo margrabiego. Gonzo, zachwycony tym sukcesem, odzyskał całą wymowę i z prawdziwą rozkoszą, a nie tylko z obowiązku, zapuścił się w szczegóły bez końca.
Aneta Marini płaciła do cekina za miejsce, które jej zatrzymywano w kościele; przybywała zawsze z dwiema ciotkami i z dawnym kasjerem ojca. Miejsca te, które kazała strzec od poprzedniego dnia, były zazwyczaj na wprost ambony, nieco od strony wielkiego ołtarza, bo spostrzegła, że koadiutor często obraca się ku ołtarzowi. Otóż publiczność zauważyła, że wymowne oczy młodego kaznodziei nierzadko zatrzymują się z upodobaniem na młodej i ponętnej herytierze92; i musiało go to nieco pochłaniać, gdyż skoro tylko utkwił w nią oczy, kazanie stawało się uczone, obfitowało w cytaty, nie było już w nim porywu serca. Damy, których zainteresowanie natychmiast gasło, zaczynały wówczas spoglądać na Anetę i obmawiać ją.
Klelia kazała sobie trzy razy powtarzać wszystkie te szczegóły. Za trzecim razem zadumała się głęboko; obliczała, że to już czternaście miesięcy, jak nie widziała Fabrycego. „Czy to byłoby co złego — powiadała sobie — zajść na godzinę do kościoła, nie aby widzieć Fabrycego, ale aby usłyszeć słynnego kaznodzieję... Zresztą przysiądę gdzieś z dala od ambony i spojrzę na Fabrycego jedynie raz, wchodząc, i drugi raz z końcem kazania... Nie — powiadała sobie Klelia — ja nie Fabrycego chcę zobaczyć, ja chcę usłyszeć zdumiewającego kaznodzieję!” Wśród tych myśli margrabina miała wszakże wyrzuty: postępowanie jej było tak piękne od czternastu miesięcy! Wreszcie powiedziała sobie dla uspokojenia: „Jeżeli pierwsza kobieta, która przyjdzie tu dziś wieczór, była posłuchać monsignora del Dongo, pójdę i ja; jeśli nie była, poniecham”.
Raz powziąwszy to postanowienie, margrabina rzekła ku wielkiej radości Gonza:
— Niech się pan postara dowiedzieć, którego dnia koadiutor będzie kazał i w jakim kościele. Dziś wieczór, nim pan wyjdzie, będę może miała zlecenie dla pana.
Zaledwie Gonzo udał się na Corso, Klelia wybiegła do ogrodu. Nie przyszło jej na myśl, że od sześciu miesięcy nie postała tam jej noga. Była ożywiona, podniecona, miała rumieńce. Wieczorem przy każdym nudziarzu, który wchodził do salonu, serce jej biło ze wzruszenia. Wreszcie oznajmiono Gonza, który od pierwszego rzutu oka zrozumiał, że przez tydzień będzie człowiekiem potrzebnym; margrabina jest zazdrosna o małą Marini. „Na honor, to byłaby dobra komedia — powiadał sobie — w której margrabina grałaby heroinę, Aneta subretkę, a monsignore kochanka! Na honor! dwa franki za bilet, to by nie było za drogo.” Nie posiadał się z radości, cały wieczór nie dał nikomu przyjść do słowa, opowiadał najpieprzniejsze anegdoty (np. o sławnej aktorce i o margrabi de Pequigny, którą usłyszał w wilię od przejezdnego Francuza). Margrabina znowuż nie mogła usiedzieć w miejscu; przechadzała się po sali, przeszła do galerii, gdzie margrabia skupił same obrazy kosztujące wyżej dwudziestu tysięcy franków. Obrazy te miały owego wieczora taką wymowę, że serce margrabiny omdlewało ze wzruszenia. Wreszcie usłyszała, że drzwi otwierają się na oścież, pobiegła do salonu: była to margrabina Raversi! Ale przy zwykłych ceremoniach powitalnych Klelia czuła, że głos jej zamiera. Musiała dwa razy powtórzyć pytanie:
— Co pani sądzi o naszym głośnym kaznodziei? — gdyż pani Raversi nie dosłyszała zrazu.
— Ot, sprytny karierowicz, godny bratanek sławnej hrabiny Mosca; ale ostatnim razem kiedy kazał — o, właśnie u wizytek, naprzeciwko ciebie — był tak wspaniały, że odłożywszy na bok wszelkie niechęci, uważam go za najwymowniejszego człowieka, jakiego kiedy słyszałam.
— Była pani na jego kazaniu? — spytała Klelia, drżąc ze szczęścia.
— Jakże! — odparła margrabina, śmiejąc się — nie słyszałaś, co mówiłam? Nie opuściłabym żadnego za nic w świecie. Powiadają, że on jest chory na piersi i że niebawem skończą się te kazania.
Ledwie margrabina wyszła, Klelia zawołała Gonza do galerii.
— Jestem prawie zdecydowana — rzekła — posłuchać lego wysławianego kaznodziei. Kiedyż kazanie?
— W najbliższy poniedziałek, to znaczy za trzy dni; można by pomyśleć, że odgadł zamiar Waszej Ekscelencji, bo będzie kazał u wizytek.
Klelia nie wyjaśniła jeszcze wszystkiego, ale nie mogła wydobyć głosu; przeszła się kilka razy po galerii, nie dodając słowa. Gonzo powiadał sobie: „To zemsta tak ją trawi. Jak można mieć tę bezczelność, aby umykać z więzienia, zwłaszcza kiedy się ma zaszczyt być pod strażą bohatera takiego jak generał Fabio Conti!”
— Zresztą trzeba się śpieszyć — dodał z delikatną ironią — jest chory na piersi. Słyszałem, jak doktor Rambo mówił, że nie przetrzyma ani roku; Bóg karze go za to, że złamał Jego prawo, uciekając zdradziecko z cytadeli.
Margrabina siadła na kanapie i dała znak Gonzowi, by uczynił to samo. Po chwili wręczyła mu sakiewkę, w której przygotowała parę cekinów.
— Niech mi pan każe zatrzymać cztery miejsca.
— Czy będzie wolno biednemu Gonzo wśliznąć się za Waszą Ekscelencją?
— Oczywiście, niech pan każe zatrzymać pięć miejsc... Nie zależy mi bynajmniej — dodała — aby być blisko kazalnicy, ale chciałabym widzieć pannę Marini, powiadają, że taka ładna.
Margrabina była półżywa przez te trzy dni, które ją dzieliły od słynnego poniedziałku, dnia kazania. Gonzo, dla którego to był olbrzymi honor pokazać się publicznie w orszaku tak wielkiej damy, wystroił się w swój francuski frak i przypasał szablę; nie dość na tym, kazał, korzystając z sąsiedztwa pałacu, zanieść do kościoła wspaniały złocony fotel dla margrabiny, co się wydało mieszczanom szczytem nieprzyzwoitości. Można sobie wyobrazić, co się działo z biedną margrabiną, kiedy ujrzała ten fotel, i to na wprost ambony. Klelia była tak zmieszana, wtulona ze spuszczonymi oczami w kącik olbrzymiego fotela, że nie miała nawet odwagi spojrzeć na małą Marini, mimo że Gonzo pokazywał ją palcem, z arogancją, której Klelia nie umiała powściągnąć. Wszystko, co nie było szlachtą, było bezwarunkowo niczym w oczach dworaka.
Fabrycy ukazał się na kazalnicy; był tak chudy, tak blady, tak strawiony, że oczy Klelii natychmiast wypełniły się łzami. Rzekł kilka słów, po czym zatrzymał się, jak gdyby nagle zabrakło mu głosu; próżno silił się zaczynać kilka zdań, odwrócił się i wziął karteczkę.
— Moi bracia — rzekł — dusza nieszczęśliwa i bardzo godna waszej litości prosi was moim głosem, abyście się modlili za koniec jej utrapień, które ustaną aż z życiem.
Fabrycy odczytał dalszy ciąg kartki bardzo wolno, ale akcent był taki, że nim modlitwa doszła do połowy, wszyscy płakali, nawet Gonzo. „Przynajmniej nikt mnie nie zauważy” — powiadała sobie margrabina, zalewając się łzami.
Kiedy Fabrycy czytał tę kartkę, zarysował mu się w duszy obraz nieszczęśliwego, dla którego błagał o modły. Niebawem myśli zaczęły mu się cisnąć tłumnie. Zwracając się niby do publiczności, mówił jedynie do margrabiny. Zakończył nieco wcześniej niż zwykle, gdyż mimo że się powściągał, łzy dławiły mu głos. Znawcom wydawało się to kazanie dziwne, ale co do wymowy równe co najmniej owemu słynnemu kazaniu przy światłach. Co się tyczy Klelii, zaledwie wysłuchała pierwszych słów modlitwy Fabrycego, wyrzucała sobie jak zbrodnię, że mogła przeżyć czternaście miesięcy, nie widząc go. Wróciwszy do domu położyła się, aby myśleć o Fabrycym swobodnie; nazajutrz zaś, dość wcześnie, Fabrycy otrzymał następujący bilecik:
Liczy się na pański honor; znajdź czterech bravi, których dyskrecji byłbyś pewny, i jutro, w chwili gdy północ wybije na Steccata, bądź koło drzwiczek noszących numer 19, przy ulicy Świętego Pawła. Pomnij, że mogą cię napaść, nie przychodź sam.
Poznając niebiańskie pismo Fabrycy padł na kolana i zalał się łzami. „Wreszcie — wykrzyknął — po czternastu miesiącach i ośmiu dniach! Bywajcie zdrowe, kazania!”
Zbyt długo byłoby opisywać szaleństwo, którego pastwą były tego dnia serca Fabrycego i Klelii. Wskazane drzwiczki były to po prostu drzwi do oranżerii pałacu Crescenzich; dziesięć razy w ciągu dnia Fabrycy znalazł sposób, aby je obejrzeć. Wziął broń i sam, nieco przed północą, szybko przechodził koło tych drzwi, kiedy ku swej niewysłowionej radości usłyszał dobrze znany głos, mówiący cicho:
— Wejdź tu, miły mego serca.
Fabrycy wszedł ostrożnie i znalazł się istotnie w oranżerii, ale pod oknem zakratowanym i pomieszczonym na trzy lub cztery stopy nad ziemią. Ciemność była głęboka. Fabrycy usłyszał w oknie jakiś szmer i macał kratę ręką, kiedy uczuł, jak jakaś dłoń ujmuje poprzez kraty jego rękę i niesie ją do warg, które złożyły na niej pocałunek.
— To ja — rzekł drogi głos — przybyłam tu, aby ci powiedzieć, że cię kocham, i spytać, czy zechcesz mi być posłuszny.
Można się domyślić odpowiedzi, radości, zdumienia Fabrycego; po pierwszych uniesieniach Klelia rzekła:
— Uczyniłam, jak wiesz, ślub Madonnie, że cię nigdy nie zobaczę; dlatego przyjmuję dę w głębokiej ciemności. Chcę, byś wiedział, że gdybyś mnie kiedy zmusił do oglądania cię w biały dzień, wszystko byłoby skończone między nami. Ale przede wszystkim, nie chcę tych kazań w obecności Anety Marini, a także, abyś nie myślał, że to ja byłam tak głupia, aby kazać zanieść fotel do domu bożego.
— Drogi aniele, nie będę już kazał przed nikim; czyniłem to jedynie w nadziei ujrzenia któregoś dnia ciebie.
— Nie mów tak, pamiętaj, że mnie nie wolno widzieć cię.
Tu prosimy o przeskoczenie, bez jednego słowa, lat trzech.
W epoce gdy zaczyna się na nowo nasze opowiadanie, od dawna już hrabia Mosca wrócił do Parmy jako pierwszy minister, potężniejszy niż kiedykolwiek.
Po tych trzech latach niebiańskiego szczęścia, duszę Fabrycego owładnął kaprys tęsknoty, który wszystko odmienił. Margrabina miała uroczego dwuletniego synka Sandrino, który stanowił radość matki, był zawsze przy niej lub na kolanach margrabiego Crescenzi; Fabrycy, przeciwnie, nie widywał go prawie nigdy. Otóż nie chciał, aby dzieciak nauczył się kochać innego ojca; powziął zamiar porwania go, nim jego wspomnienia się utrwalą.
W ciągu długich godzin, kiedy margrabina nie mogła widzieć swego kochanka, obecność Sandrina była jej pociechą; trzeba nam bowiem wyznać coś, co się wyda dziwne na północ od Alp; mianowicie, iż mimo swych błędów, została wierna ślubowi; przyrzekła Madonnie — czytelnik przypomina sobie może — nigdy nie widzieć Fabrycego; tak brzmiały ściśle jej słowa: jakoż przyjmowała go tylko w nocy i zawsze bez światła.
Ale za to co wieczór bywał u swej przyjaciółki; a co graniczy z cudem, wśród dworu trawionego ciekawośdą i nudą postępowanie Fabrycego było tak przezorne, że nigdy ta amicizia, jak mówi się w Lombardii, nie zbudziła niczyich podejrzeń. Miłość ta była zbyt żywa, aby się mogła obejść bez sprzeczek; Klelia była bardzo zazdrosna; ale prawie zawsze sprzeczki miały inną przyczynę: Fabrycy skorzystał z jakiejś uroczystości, aby się znaleźć w pobliżu margrabiny i patrzeć na nią; wówczas Klelia chwytała się jakiegoś pozoru, aby wyjść szybko, i na długi czas skazywała kochanka na wygnanie.
Dziwiono się na dworze w Parmie, że kobieta tak wyróżniająca się urodą i inteligencją nie ma żadnej miłostki; budziła uczucia, które natchnęły wiele szaleństw, i często Fabrycy również bywał zazdrosny.
Zacny arcybiskup Landriani umarł od dawna; pobożność, surowość obyczajów, wymowa Fabrycego sprawiły, że rychło zapomniano o jego poprzedniku. Umarł również starszy brat Fabrycego i wszystkie dobra rodzinne przypadły jemu. Począwszy od tej epoki rozdzielał co rok wikariuszom i proboszczom swojej diecezji owych sto i coś tysięcy franków, które mu przynosiło arcybiskupstwo w Parmie.
Trudno było wymarzyć życie bardziej otoczone szacunkiem, bardziej czcigodne i pożyteczne niż to, które stworzył sobie Fabrycy, kiedy naraz wszystko zamącił ów nieszczęsny kaprys miłości.
— W myśl owego ślubu, który szanuję, a który jest wszakże nieszczęściem mego życia, skoro nie chcesz mnie widywać we dnie — powiedział raz do Klelii — muszę żyć ciągle sam, bez żadnej rozrywki poza pracą, a jeszcze i pracy mi zbywa. Wśród smutnych i długich godzin, jakie pędzę, nasunęła mi się myśl, która mnie dręczy i którą zwalczam na próżno od pół roku: syn mój nie będzie mnie kochał, nie słyszy nigdy mego imienia. Wychowany w miłym zbytku pałacu Crescenzi, zaledwie mnie zna. W rzadkich chwilach kiedy go widuję, myślę o jego matce; przypomina mi jej niebiańską piękność, na którą nie wolno mi patrzeć. Fizjonomia moja musi się wydawać bardzo poważna, co dla dziecka znaczy smutna!
— Mów — spytała margrabina — dokąd zmierza ta mowa, która mnie przeraża?
— Do odzyskania mego syna; chcę, aby mieszkał ze mną; chcę go widywać co dzień; chcę, aby się przyzwyczaił mnie kochać swobodnie. Skoro wyjątkowa fatalność żąda, abym był pozbawiony tego szczęścia, którym cieszy się tyle tkliwych dusz, i abym nie mógł pędzić życia z przedmiotem mego ukochania, chcę bodaj mieć przy sobie istotę, która by cię przypominała memu sercu, która by cię zastępowała poniekąd. Sprawy i ludzie ciążą mi w mojej przymusowej samotności; wiesz, że ambicja była zawsze dla mnie słowem bez treści, od chwili gdy miałem szczęście być wpisany na listę więźniów ręką Barbone’a; wszystko, co nie jest życiem duszy, wydaje mi się śmieszne w owej melancholii, jaka mnie gniecie z dala od ciebie.
Można zrozumieć ból, jakim cierpienie kochanka napełniło dusze biednej Klelii; smutek jej był tym głębszy, iż czuła, że Fabrycy miał słuszność. Ogarnęła ją wątpliwość, czy nie powinna się pokusić o zerwanie ślubu. Wówczas przyjmowałaby Fabrycego w dzień, jak każdą inną osobę z towarzystwa; reputacja jego cnoty była zbyt ustalona, aby ktoś widział w tym coś złego. Powiadała sobie, iż przy pomocy znacznej sumy mogłaby uzyskać zwolnienie ze ślubu; ale czuła takie, że ten na wskroś świecki układ nie zaspokoiłby jej sumienia i że niebo skarałoby ją może za tę nową zbrodnię.
Z drugiej strony, gdyby się zgodziła ulec tak naturalnemu pragnieniu Fabrycego, gdyby chciała nie unieszczęśliwić tkliwej duszy, którą znała tak dobrze i której spokój mąciły jej dziwaczne śluby, jakimż cudem porwać jedynego syna jednego z największych magnatów Włoch, tak aby nie odkryto tej zdrady? Margrabia Crescenzi wydałby olbrzymie sumy, sam stanąłby na czele poszukiwań; prędzej lub później porwanie wyszłoby na wierzch. Był tylko jeden sposób, aby uchronić się przed tym niebezpieczeństwem i wysłać dziecko gdzieś daleko, do Edynburga lub do Paryża; ale na to czułość matczyna nie mogła się zdobyć. Drugi sposób, podawany przez Fabrycego, w istocie najrozsądniejszy, miał w sobie coś złowróżbnego i niemal jeszcze okropniejszego w oczach tej zrozpaczonej matki. — Trzeba — powiadał Fabrycy — udać chorobę; dziecko miałoby się coraz gorzej, wreszcie zmarłoby podczas nieobecności margrabiego Crescenzi.
Odraza do tej myśli, dochodząca u Klelii do istnej grozy, spowodowała zerwanie, które wszelako nie mogło trwać.
Klelia twierdziła, że nie trzeba kusić Boga; że ten ukochany syn jest owocem zbrodni i że, jeśli się jeszcze podrażni gniew boży, Bóg go niechybnie powoła do siebie. Fabrycy znowuż mówił o swoim smutnym losie. — Stan, jaki wyznaczył mi traf — powiadał do Klelii — oraz miłość moja skazują mnie na wieczną samotność; nie mogę, jak większość moich kolegów, zażywać słodyczy tkliwego stosunku, skoro nie chcesz mnie widzieć inaczej niż po ciemku, co sprowadza, rzec można, do kilku chwil część życia, którą mogę pędzić z tobą.
Wylali wiele łez. Klelia zachorowała, ale zanadto kochała Fabrycego, aby się wciąż uchylać od straszliwego poświęcenia, którego żądał. Na pozór Sandrino zachorował; margrabia wezwał najsławniejszych lekarzy, a Klelia znalazła się w straszliwym kłopocie, którego nie przewidziała: trzeba było nie pozwolić ubóstwianemu dziecku brać przepisanych lekarstw, a to była nie lada sprawa.
Dziecko, pozostając w łóżku dłużej, niż wymagało jego zdrowie, zachorowało naprawdę. Jak powiedzieć lekarzowi przyczynę choroby? Szarpana sprzecznymi uczuciami, Klelia była bliska szaleństwa. Czy zgodzić się na pozorne wyzdrowienie i zmarnować wysiłek długiej i ciężkiej komedii? Fabrycy znowuż nie mógł ani sobie przebaczyć gwałtu, jaki zadał sercu ukochanej, ani wyrzec się zamiaru. Znalazł sposób, aby odwiedzać co noc chore dziecko, co sprawiło nowe powikłania. Margrabina przychodziła pielęgnować syna, niekiedy Fabrycy widział ją przy blasku świec, co zdawało się choremu sercu Klelii okropnym grzechem, wróżącym śmierć Sandrina. Próżno najsłynniejsi kazuiści, których radzono się w przedmiocie ślubów, w razie gdyby ich dopełnienie było wyraźnie szkodliwe, odpowiadali, że nie można uważać za zbrodnię złamania ślubu, o ile osoba związana przyrzeczeniem wobec Boga uchyla się od niego nie dla czczej rozkoszy zmysłów, ale aby nie sprawiać oczywistej szkody. Margrabina była mimo to w rozpaczy: Fabrycy widział, że jego szalony pomysł sprowadzi śmierć Klelii i jego syna.
Uciekł się do swego serdecznego przyjaciela, hrabiego Mosca; ten, mimo iż stary minister, wzruszył się tą historią miłosną, której większej części nie znał.
— Postaram ci się o nieobecność margrabiego co najmniej na pięć czy sześć dni: kiedy sobie życzysz?
Za jakiś czas Fabrycy oznajmił hrabiemu, że wszystko jest przygotowane.
W dwa dni później, kiedy margrabia wracał konno z majątku swego w okolicach Mantui, jakieś zbiry, wynajęte widocznie dla prywatnej zemsty, porwały go, nie czyniąc mu żadnej krzywdy i wsadziły go do barki. Barka płynęła trzy dni w dół Padu, odbywając tę samą drogę, którą Fabrycy odbył kiedyś po słynnej sprawie z Gilettim. Czwartego dnia bandyci złożyli margrabiego na samotnej wysepce wśród Padu, okradłszy go doszczętnie, tak że mu nie zostawili ani pieniędzy, ani żadnego wartościowego przedmiotu. Minęły całe dwa dni, nim margrabia zdołał wrócić do swego pałacu w Parmie; zastał pałac obity kirem i cały dom w rozpaczy.
Porwanie to, bardzo zręcznie wykonane, miało opłakany skutek: Sandrino pomieszczony w pięknym i wielkim domu, gdzie margrabina odwiedzała go prawie co dzień, umarł po kilku miesiącach. Klelia wyobraziła sobie, że ją dosięgła słuszna kara za to, że złamała ślub dany Madonnie; widziała tak często Fabrycego przy świetle, a nawet dwa razy w biały dzień, i to z takim upojeniem, podczas choroby Sandrina! Ledwie kilka miesięcy przeżyła ubóstwianego syna, ale miała to szczęście, że zmarła w ramionach kochanka.
Fabrycy był zbyt zakochany i zbyt wierzący, aby szukać ucieczki w samobójstwie; spodziewał się ujrzeć Klelię na tamtym świecie, ale patrzał na rzeczy dość jasno, aby czuć, że ma wiele do odpokutowania.
Wkrótce po śmierci Klelii podpisał szereg aktów, którymi zapewnił po tysiąc franków pensji każdemu ze służby i zachował takąż pensję dla siebie samego; dobra swoje, wartości około stu tysięcy funtów renty, darował hrabinie Mosca; takąż sumę margrabinie del Dongo, swojej matce; to zaś, co zostało z ojcowskiego majątku, swojej siostrze nieszczególnie wydanej za mąż. Nazajutrz wniósłszy, gdzie należało, dymisję z arcybiskupstwa i z wszystkich godności, jakimi go obsypała łaska Ernesta V i przyjaźń pierwszego ministra, schronił się do Pustelni parmeńskiej w lasach ciągnących się nad Padem, o dwie mile od Sacca.
Hrabina Mosca pochwaliła w swoim czasie to, że mąż jej wrócił do ministerium, ale sama nigdy nie odwiedziła dziedzin Ernesta V. Żyła wystawnie w Vignano, o ćwierć mili od Casal-Maggiore, na lewym brzegu Padu, zatem już w Austrii. We wspaniałym pałacu w Vignano, który hrabia kazał jej zbudować, przyjmowała co czwartek cały wielki świat parmeński, a codziennie licznych przyjaciół. Nie minął ani jeden dzień bez bytności Fabrycego w Vignano. Słowem hrabina miała wszystkie pozory szczęścia, ale bardzo niewiele przeżyła Fabrycego, którego ubóstwiała, a który spędził tylko rok w swojej pustelni.
Więzienia parmeńskie były próżne, hrabia bezmiernie bogaty, Ernest V ubóstwiany przez poddanych, którzy porównywali jego rządy z rządami wielkich książąt Toskanii.
To the happy few93.
Przypisy:
1. zambajon, zabaglione a. zabaione (z wł.) — poncz [słodki napój lub deser z alkoholu, soków owocowych i in.; Red. WL]. [przypis tłumacza]
2. puntiglio (wł.) — punkt honoru. [przypis redakcyjny]
3. Jego Cesarska i Królewska Mość — mowa o Franciszku II [Habsburgu] (1768–1835), ostatnim cesarzu rzymsko-niemieckim [od 1804 r. cesarzu Austrii (jako Franciszek I)]. [przypis redakcyjny]
4. W średnich wiekach republikańscy Lombardowie byli dzielni jak Francuzi i osiągnęli tyle, że cesarze niemieccy zrównali z ziemią ich miasto — w 1162 r. Fryderyk Barbarossa zburzył po długim oblężeniu Mediolan. [przypis redakcyjny]
5. służka (daw.) — tu: służący, kawaler pozostający na usługi damy. [przypis edytorski]
6. Filip II (1527–1598) — syn cesarza rzymsko-niemieckiego Karola V, król Hiszpanii, Neapolu i Sycylii, książę Mediolanu; zasłynął ze swej reakcyjnej polityki i okrutnych autodafe. [przypis redakcyjny]
7. arcyksiążę — Ferdynand Austriacki (1754–1806), syn Marii Teresy, gubernator Lombardii. [przypis redakcyjny]
8. Antoine-Jean Gros (1771–1835) — fr. malarz historyczny, autor licznych obrazów sławiących epopeję napoleońską oraz portretów m.in. ks. J. Poniatowskiego i J. Ursyna Niemcewicza; późniejszy malarz oficjalny cesarstwa i Restauracji, który jako oficer armii włoskiej poznał Napoleona i uzyskał jego protekcję dzięki obrazowi Bonaparte na moście pod Arcole. [przypis redakcyjny]
9. forysic a. foryś (daw., z niem. Vorreiter: jadący na przedzie) — ordynans; konny żołnierz służący oficerowi. [przypis edytorski]
10. ulitowano się ich — dziś popr.: ulitowano się nad nimi. [przypis edytorski]
11. Hiszpanie zawładnęli Mediolanem — faktycznie nastąpiło to w 1535 r. [przypis redakcyjny]
12. marchesino (wł.) — wym.: markezino. Zwyczajem tego kraju, zapożyczonym z Niemiec, tytuł ten dostają wszyscy synowie markiza; contino: wszyscy synowie hrabiego; contessina: wszystkie córki hrabiego, itd. [przypis autorski]
13. Cattaro, dziś Kotor — miasto w dzisiejszej Czarnogórze, w Dalmacji, do którego w 1801 r. deportowano 38 patriotów włoskich. [przypis redakcyjny]
14. Eugeniusz de Beauharnais (1781–1824) — pasierb Napoleona, osadzony przez niego na tronie Włoch (1805–1814). [przypis redakcyjny]
15. Wówczas gdy Wesper zacienia nam oczy — Fragment Elegii XVII Ronsarda; Wesper — planeta Wenus, czyli „gwiazda wieczorna”. [przypis tłumacza]
16. Królestwo Lombardzko-Weneckie — Królestwo Lombardzko-Weneckie powstało na mocy postanowień kongresu wiedeńskiego w 1815 r. [przypis redakcyjny]
17. Republika Cisalpińska — państwo utworzone przez Bonapartego w 1797 r. we Włoszech, ze stolicą w Mediolanie. [przypis redakcyjny]
18. Ujrzałem obraz Italii podnoszącej się z błota, w którym grążą ją Niemcy — Bohater mówi te słowa w uniesieniu; przekłada na prozę kilka wierszy sławnego Montiego [Vincento Monti (1754–1828) — włoski poeta, dramaturg i tłumacz; Red. WL]. [przypis autorski]
19. markietanka — kobieta wędrująca za wojskiem, zajmująca się drobnym handlem z żołnierzami, praniem, a niekiedy również świadcząca usługi seksualne. [przypis edytorski]
20. Ledwie znalazłszy się na wózku, bohater nasz, wyczerpany do cna, zasnął głęboko — Para u. P. y E. 15 x 38. [Para usted Paquita y Eugenia, 15 decembre 1838: autor dedykuje ten rozdział Paquicie i Eugenii de Montijo. Eugenia de Montijo (1826–1920) została później żoną fr. cesarza Napoleona III; Red. WL]. [przypis autorski]
21. Fénelon (1651–1715) — fr. dostojnik kościelny, teolog i pisarz, pochowany w Cambrai jako jego arcybiskup. [przypis edytorski]
22. spieszony — pozbawiony konia. [przypis edytorski]
23. dolman (daw., z tur.) — kurtka, płaszcz. [przypis edytorski]
24. w Szwajcarii będą ci deptać po piętach druhy Świętej Małgorzaty — Pan Pellico nadal tej nazwie europejski rozgłos: jest to miano ulicy w Mediolanie, gdzie znajduje się gmach policji i więzienia [Silvio Pellico (1789–1854) — wł. pisarz i poeta, karbonariusz, za działalność spiskową więziony m.in. w twierdzy Szpilberg na Morawach; autor książki Moje więzienia; Red.]. [przypis autorski]
25. postanowił uniemożliwić rewolucję, taką jak owa w 1740 roku — mowa tu o powstaniu ludowym w Genui w 1746 r. [które zmusiło Austriaków do opuszczenia zajętego przez nich miasta (wojna o sukcesję austriacką); Red.]. [przypis redakcyjny]
26. Silvio Pellico (1789–1854) — wł. pisarz i poeta, karbonariusz, za działalność spiskową więziony m.in. w twierdzy Szpilberg na Morawach; autor książki Moje więzienia. [przypis edytorski]
27. Alexandre Andryane (1797–1863) — fr. karbonariusz, za swą działalność więziony w Szpilbergu, autor Pamiętników więźnia stanu. [przypis redakcyjny]
28. Pierre du Terrail de Bayard — legendarny rycerz fr., zginął podczas wyprawy Franciszka I na Mediolan (1524). [przypis redakcyjny]
29. seccatore (wł.) — człowiek natarczywy, nachalny. [przypis redakcyjny]
30. Wybrał sobie na spowiednika młodego intryganta, który chciał zostać biskupem (jak spowiednik ze Szpilbergu) — por. ciekawe Pamiętniki pana Andryane’a, zajmujące jak opowieść, a które pozostaną jak Tacyt. [przypis autorski]
31. „Constitutionner” — francuski dziennik liberalno-burżuazyjny ukazujący się od 1815 r. [przypis redakcyjny]
32. o projektach komitetu paryskiego — mowa o Komitecie Ocalenia Publicznego, powstałym z inicjatywy Konwencji 1793 r. do walki z kontrrewolucją, kierowanym przez jakobinów. [przypis redakcyjny]
33. Kasander — w komedii włoskiej typ naiwnego, odrażającego starca. [przypis redakcyjny]
34. virago — megiera. [przypis redakcyjny]
35. Wieża Farnese — w rzeczywistości nie istniała w Parmie. [przypis tłumacza]
36. w fioletowych pończochach — we Włoszech młody człowiek posiadający protekcję albo wysoką naukę zostaje monsignorem lub prałatem, co nie oznacza biskupa, wówczas nosi fioletowe pończochy. Aby zostać monsignorem, nie trzeba składać ślubu, można zdjąć fioletowe pończochy i ożenić się. [przypis autorski]
37. ona redagowałaby „Monitora”, jak niegdyś San Felice w Neapolu! — Autor pomylił tu dwie osoby. Markiza Luisa San-Felice (1768–1800), podejrzana o wydanie spisku rojalistycznego za czasów republiki, została ścięta w Neapolu po powrocie reakcji. „Monitora” republiki neapolitańskiej redagowała Eleonora Pimentel (1768–1799), którą po wycofaniu się wojsk francuskich powieszono. [przypis redakcyjny]
38. Poliekt w operze, własc. Polieuktos — męczennik chrześcijański z III w., bohater opery Donizettiego pod tym tytułem, opartej na temacie tragedii Corneille’a. [przypis tłumacza]
39. nie jesteśmy we Francji, gdzie wszystko kończy się piosenką lub rokiem więzienia — „Muszę napisać słówko do komendanta”, tak brzmi zakończenie Wesela Figara Beaumarchais’go. [przypis redakcyjny]
40. Galeas, własc. Galeazzo Maria Sforza (1444–1476) — książę Mediolanu. [przypis tłumacza]
41. Przez wyskok wyobraźni Napoleon wydał się w ręce oględnego Johna Bulla — tu: Anglii; John Bull to postać uosabiająca narodowe cechy Anglików. [przypis redakcyjny]
42. Pius VII był (...) zdolny do (...) napisania swego słynnego pasterskiego listu obywatela kardynała Chiaramonti na rzecz Republiki Cisalpińskiej — Pius VII (1740–1823) jako kardynał Chiaramonti i biskup Imoli w 1796 r. uznał włączenie swojej diecezji do Republiki Cisalpińskiej i wydał list pasterski, w którym stwierdził, że religia chrześcijańska może współistnieć z każdą formą rządów. [przypis redakcyjny]
43. vetturino (wł.) — woźnica. [przypis redakcyjny]
44. spensjonowanie (daw.) — przeniesienie na emeryturę. [przypis edytorski]
45. vicolo (wł.) — zaułek. [przypis redakcyjny]
46. porco (wł.) — wieprz. [przypis edytorski]
47. nazwał go ostentacyjne Buonapartem — wrogowie Napoleona używali włoskiej formy nazwiska, chcąc podkreślić jego niefrancuskie pochodzenie. [przypis redakcyjny]
48. co Cyrce zrobiła niegdyś z towarzyszy Ulissesa — Ulisses wracający spod Troi zabłądził na wyspę Ea, gdzie czarodziejka Cyrce zamieniła jego towarzyszy w wieprze. [przypis tłumacza]
49. prepotenza (wł.) — arogancja, stosowanie przemocy, nadużywanie władzy. [przypis edytorski]
50. Ja nie mam bękartów w rodzinie — Piotr Ludwik, pierwszy z rodu Farnese, tak głośny swymi cnotami, był, jak wiadomo, naturalnym synem świątobliwego papieża Pawia III. [przypis autorski]
51. bravi (wł.: śmiałkowie) — najemna ochrona. [przypis redakcyjny]
52. podesta — zwierzchnik policji i sądownictwa w daw. wł. miastach. [przypis edytorski]
53. intelligenti pauca — mądremu niewiele (słów trzeba). [przypis tłumacza]
54. profos — żandarm. [przypis redakcyjny]
55. Guido Reni (1575–1642) — wł. malarz religijny. [przypis redakcyjny]
56. turma (daw.) — więzienie. [przypis edytorski]
57. corpus delicti (łac.) — dowód zbrodni. [przypis edytorski]
58. Figaro — sprytny służący hrabiego Almavivy w komediach Beaumarchais’go Cyrulik sewilski i Wesele Figara. [przypis redakcyjny]
59. Armida — urocza bohaterka Jerozolimy wyzwolonej Tassa. [przypis redakcyjny]
60. motu proprio — tu: postanowienie, dekret. [przypis tłumacza]
61. acquetta — trucizna z arszenikiem używana w XVII w. [przypis redakcyjny]
62. Luigi Vanvitelli (1700–1773) — architekt włoski, m. in. budowniczy bazyliki Świętego Piotra w Rzymie. [przypis redakcyjny]
63. pewnego następcy tronu, który, bardzo w tym różny od Hipolita, syna Tezejowego, nie odtrącił względów młodej macochy — autor nawiązuje do tragedii Racine’a Fedra. [przypis redakcyjny]
64. płaskorzeźbę przedstawiającą Aleksandra Farnese, słynnego wodza, jak zmusza Henryka IV, aby odstąpił spod Paryża — Alessandro Farnese, wódz włoski w służbie Filipa II, w 1590 r. przyszedł z odsieczą obleganemu przez Henryka IV Paryżowi. [przypis redakcyjny]
65. Charlotte Corday (1768–1793) — rewolucjonistka francuska, żyrondystka, zabójczyni Marata, jednego z przywódców jakobinów, została zgilotynowana. [przypis redakcyjny]
66. spensjonować (daw.) — wysłać na emeryturę. [przypis edytorski]
67. dawny alfabet zwany monaca — używany przez zakonników. [przypis redakcyjny]
68. Pelagio Palagi (1775–1860) — włoski malarz, rzeźbiarz i architekt. [przypis redakcyjny]
69. in petto — w sercu. [przypis redakcyjny]
70. W ten sposób mali despoci sprowadzają do zera znaczenie opinii — Tr. J. F. M. 31 [Zapis ten może mieć dwojakie znaczenie: Trieste, janvier, février, mars 1831 (Triest, styczeń, luty, marzec 1831 r.) albo Troubles, janvier, février, mars 1831 (Rozruchy w Modenie, styczeń, luty, marzec 1831 r.); Red.]. [przypis autorski]
71. Krescencjusz, Crescentius (X w.) — trybun rzymski, wielki patriota i antyklerykał. [przypis redakcyjny]
72. jak go przyjmują na Polach Elizejskich: Franciszek Sforza, Wawrzyniec Wspaniały, król Robert, trybun Kola Rienzi — Francesco Sforza (1401–1466), kondotier włoski; Robert Andegaweński (ok. 1278–1343), król Neapolu, mecenas poetów; Cola di Rienzi (1313–1354), trybun ludowy, dążył do wskrzeszenia republiki rzymskiej. [przypis tłumacza]
73. grynszpan — związek chemiczny miedzi z kwasem octowym, sól powstająca na skutek korozji miedzi. [przypis edytorski]
74. magot — tu: figurynka przedstawiająca siedzącego grubasa; moda na nie pochodziła z zainteresowania częstymi w sztuce chińskiej posążkami Śmiejącego się Buddy, bóstwa Zadowolenia. [przypis edytorski]
75. Lelio — postać z komedii włoskiej, typ zakochanego. [przypis redakcyjny]
76. OGRODNIK I JEGO PAN — Przekład Władysława Noskowskiego. [przypis tłumacza]
77. Maria Medycejska (1573–1642) — żona Henryka IV, królowa Francji. [przypis redakcyjny]
78. Anais de Rancou Bazin (1797–1850) — historyk francuski. [przypis redakcyjny]
79. Armand du Plessis Richelieu (1585–1642) — książę, kardynał francuski, pierwszy minister Ludwika XIII. Przyczynił się do wygnania z kraju intrygującej przeciw niemu Marii Medycejskiej. [przypis redakcyjny]
80. zechciałby się zabawić w Richelieugo i kazałby ją synowi wygnać — Maria Medycejska, której kardynał Richelieu zawdzięczał swoje wyniesienie, intrygowała później przeciwko wszechwładnemu ministrowi, lecz pokonana musiała opuścić Francję i zmarła na wygnaniu. [przypis tłumacza]
81. kauzyperda (daw. pogard., z łac. causa: sprawa i perdere: tracić, przegrywać) — lichy prawnik. [przypis edytorski]
82. kartuz — mnich katolicki z zakonu o surowej regule; pustelnik. [przypis edytorski]
83. Jean-Baptiste Duvoisin (1744–1813) — fr. dostojnik kościelny, autor m.in. Szkiców o tolerancji, cieszył się zaufaniem Napoleona I. [przypis edytorski]
84. Słynna pani P... — Pasta, właśc. Guiditta Negri (1718–1865), śpiewaczka włoska. [przypis redakcyjny]
85. minoryta — franciszkanin. [przypis edytorski]
86. Giovanni Baptista Pergolesi (1710–1736) — kompozytor włoski. [przypis redakcyjny]
87. spensjonować (daw.) — wysłać na emeryturę. [przypis edytorski]
88. napisać czuły list do mego przyjaciela Rassiego i oznajmić mu, iż mam wszelkie powody żywić nadzieję, że niebawem zasługi jego będą należycie ocenione. — P. y E. in Olo [tj. Paquita i Eugenia (de Montijo) w (miejscowości) Oloron; Red.]. [przypis autorski]
89. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dandin — zdanie to powtarza postać tytułowa komedii Moliera, mieszczanin ożeniony ze szlachcianką i znoszący z tego powodu upokorzenia. [przypis redakcyjny]
90. aggrottato (wł.) — gniewne. [przypis redakcyjny]
91. prawo oblatów — zapisywanie edyktów i ustaw w zbiorze praw. [przypis redakcyjny]
92. herytiera (z fr.) — dziedziczka fortuny. [przypis edytorski]
93. To the happy few (ang.) — dla garstki szczęśliwych (którzy zrozumieją i docenią tę powieść). [przypis tłumacza]