Rozdział XXXVIII

Ale skoro raz Sztuka komiczna znalazła się na moim stole, rozważałem poważnie tę wielką kwestię: czy mam zostać kompozytorem oper jak Grétry, czy autorem komedyj?

Zaledwie że znałem nuty (pan Mention odpędził mnie jako niegodziwego skrzypiciela), ale powiadałem sobie: „Nuty są tylko sztuką zapisywania myśli, grunt to je mieć”. A sądziłem, że je mam. Co zabawne, to że wierzę w to jeszcze dziś i często martwię się, że nie wyjechałem z Paryża, aby być lokajem Paisiella w Neapolu.

Nie mam żadnego zamiłowania do muzyki czysto instrumentalnej; nawet muzyka Kaplicy Sykstyńskiej i chór w katedrze Św. Piotra nie sprawiały mi żadnej przyjemności (potwierdziłem ten sąd w dniu... stycznia 1836, w dniu katedry Św. Piotra).

Jedynie melodia wokalna wydaje mi się tworem geniuszu. Głupiec darmo by się nadymał nauką, nie zdoła, zdaje mi się, stworzyć pięknego śpiewu, na przykład: Se amor si gode in pace (pierwszy akt i może pierwsza scena z Matrimonio segreto).

Kiedy genialny człowiek zada sobie ten trud, aby studiować melodię, osiąga piękną instrumentację kwartetu z Bianca e Faliero (Rossini) albo duet z Armidy, tenże.

W pięknej epoce mojej pasji do muzyki, w Mediolanie, od 1814 do 1821, kiedy rano w dzień nowej opery szedłem nabyć libretto w La Scali, czytając, nie mogłem się powstrzymać od układania całej muzyki, śpiewania aryj i duetów. I — śmiemż wyznać? — czasami, wieczorem, moja melodia wydawała mi się szlachetniejsza i tkliwsza niż melodia maestra.

Ponieważ nie miałem i nie mam absolutnie żadnej wiedzy, żadnego sposobu utrwalenia melodii na kawałku papieru, aby ją móc poprawić bez obawy zgubienia pierwotnej kantyleny, było to tak jak pierwsza idea książki, która mi przychodzi do głowy. Jest sto razy bardziej zrozumiała po opracowaniu jej.

Ale ostatecznie ten pierwszy rzut to rzecz, której nie znajdzie się nigdy w książkach miernych pisarzy. Ich najsilniejsze zdania wydają mi się jak groty Priama: „sine ictu105”.

Ułożyłem na przykład, zdaje mi się, uroczą melodię (i słyszałem jej akompaniament) do tych wierszy La Fontaine’a (krytykowanych przez pana Nodier jako nie dość nabożne, co prawda koło 1820, za B[urbonó]w):

Umrzyk smutnie tam się toczy,

Gdzie na wieczny sen zostanie.

Proboszcz raźny i ochoczy.

Spieszy odbyć to chowanie106.

To może jedyna melodia, którą stworzyłem do słów francuskich. Mam wstręt do wymawiania niemego e: gi-teu, vi-teu. Zdaje mi się, że Francuzi mają najwybitniejszy antytalent do muzyki, tak jak Włoch ma zdumiewający antytalent do tańca.

Czasami, plotąc umyślnie głupstwa sam ze sobą, aby się rozśmieszyć, aby dostarczyć żartu stronie przeciwnej (którą, często czuję doskonale w sobie), powiadam: w jakiż sposób miałbym talent do muzyki à la Cimarosa będąc Francuzem?

Odpowiadam: przez matkę, do której jestem podobny, mam może krew włoską. Ów Gagnoni, który się schronił do Awinionu, zamordowawszy człowieka we Włoszech, ożenił się tam może z córką jakiego Włocha w służbie wicelegata.

Mój dziadek i ciotka Elżbieta mieli typ wybitnie włoski, nos orli etc.

A teraz, kiedy pięć lat ustawicznego pobytu w Rzymie dało mi lepiej wniknąć w znajomość fizycznej budowy Rzymian, widzę, że dziadek miał postawę, głowę, nos ściśle rzymskie.

Co więcej, mój wuj, Roman Gagnon, miał głowę najoczywiściej prawie rzymską, z wyjątkiem cery, którą miał bardzo piękną.

Nigdy nie spotkałem pięknej melodii skomponowanej przez Francuza; najpiękniejsze nie wznoszą się ponad gruby charakter pieśni popularnej, to znaczy takiej, która musi się spodobać wszystkim; taką jest:

Allons, enfants de la patrie...

kapitana Rougeta de Lisle, pieśń skomponowana w ciągu jednej nocy w Strasburgu.

Ta pieśń wydaje mi się o wiele wyższa od wszystkiego, co spłodziła kiedykolwiek głowa francuska, ale w swoim rodzaju nieodzownie niższa od Mozarta

Là ci darem la mano,

Là mi dirai di si...

Wyznaję, że doskonale piękne wydają mi się jedynie melodie tych dwóch autorów: Cimarosy i Mozarta, i raczej bym się dał powiesić, niżbym zdołał powiedzieć szczerze, którego z nich wolę.

Kiedy mój zły los dał mi poznać dwa nudne salony, zawsze ten, z którego właśnie wychodzę, wydaje mi się uciążliwszy.

Kiedy słyszę Mozarta albo Cimarosę, zawsze ten, którego słyszałem na ostatku, wydaje mi się nieco milszy od drugiego.

Paisiello wydaje mi się cienkuszem dość przyjemnym, który można nawet pić z przyjemnością, w chwilach gdy wino wydaje się za mocne.

To samo powiem o kilku ariach paru kompozytorów niższych od Paisiella, na przykład: Senza sposo non mi lasciate, signor govematore (nie przypominam sobie słów) z Cantatrici villane Fioravantiego.

Zła strona tego cienkusza, to że po chwili wydaje się mdły. Można tego pić tylko jeden kieliszek.

Prawie wszyscy autorzy, kiedy piszą o rasach ludzi, są zaprzedani [religii]. Bardzo mała liczba ludzi uczciwych miesza fakty dowiedzione z przypuszczeniami. Gdy jakaś nauka się zaczyna, wówczas człowiek nienależący do niej może się odważyć o niej mówić.

Mówię tedy, że próżno żądałoby się od psa myśliwskiego inteligencji pudla lub też od pudla tego, aby poznał, że zając przeszedł tędy przed sześciu godzinami.

Mogą istnieć wyjątki indywidualne, ale ogólna prawda jest, że pudel i pies myśliwski mają każdy swój talent.

Prawdopodobnie tak samo jest z rasami ludzi.

Co jest pewne, zaobserwowane przeze mnie i przez Constantina, to że widzieliśmy całe towarzystwo rzymskie (120, Batacia, widziałem to chyba w 1834), które się zajmuje wyłącznie muzyką i które śpiewa bardzo dobrze finały z Semiramidy Rossiniego i w ogóle najtrudniejszą muzykę, jak walcuje cały wieczór przy muzyce do kontredansa, i to granej nie w takt. Rzymianin, a nawet Włoch w ogólności, ma wybitny antytalent do tańca.

Zacząłem umyślnie od końca, aby nie oburzyć Francuzów z roku 1880, kiedy wyczytają tutaj, że nic nie równało się antytalentowi ich przodków z 1830 do sądzenia muzyki wokalnej lub wykonywania jej.

Francuzi stali się uczeni w tym rodzaju od 1820, ale zawsze w gruncie barbarzyńcy: za dowód niech starczy powodzenie Roberta Diabła Meyerbeera.

Francuz jest mniej nieczuły na muzykę niemiecką, z wyjątkiem Mozarta.

To, co Francuzi smakują w Mozarcie, to nie straszliwą nowość melodii, którą Leporello zaprasza posąg komandora na wieczerzę, ale raczej akompaniament. Zresztą wmówiono temu stworzeniu, próżnemu przede wszystkim i ponad wszystko, że ten duet lub tercet jest cudowny.

Kawałek skały bogaty żelazem, spostrzeżony na powierzchni, pozwala wnosić, że kopiąc studnie i głębokie korytarze osiągnie się zadowalającą ilość metalu; a może nie znajdzie się nic.

Taki byłem, co się tyczy muzyki, w 1799. Przypadek sprawił, że starałem się notować dźwięki mojej duszy za pomocą drukowanych stronic. Lenistwo i brak sposobności do nauczenia się fizycznej, głupiej strony muzyki (umieć grać na fortepianie, notować swoje pomysły) wiele przyczyniły się do tego postanowienia, które byłoby zgoła inne, gdybym był znalazł wuja albo kochankę lubiących muzykę. Co się tyczy namiętności, zachowała się całkowicie.

Zrobiłbym dziesięć mil po błocie — rzecz, której nie cierpię najbardziej w świecie — aby być na udanym przedstawieniu Don Juana. Kiedy ktoś wymawia po włosku imię Don Juan, natychmiast budzi się we mnie tkliwe wspomnienie muzyki.

Mam tylko jedną wątpliwość, ale niezbyt zrozumiałą: czy muzyka podoba mi się jako znak, jako wspomnienie szczęśliwej młodości, czy sama przez się?

Jestem za tym ostatnim. Don Juan oczarował mnie, zanim słyszałem Bonoldiego wykrzykującego (w La Scali w Mediolanie) przez swoje okienko:

Falle passar avanti,

Di che ci fanno onor?

Ale to delikatny temat, wrócę do niego, kiedy się zapuszczę w dyskusję o sztuce w czasie mego pobytu w Mediolanie — tak namiętnego i, mogę powiedzieć w sumie, kwiatu mego życia — od 1814 do 1821.

Czy aria Tra quattro muri śpiewana przez panią Festa podoba mi się jako znak czy przez swą istotną wartość?

Per te ogni mese un pajo z Pretendenti delusi nie czaruje mnie jako znak?

Tak, godzę się na znak co do tych dwóch, toteż nie zachwalałem ich nigdy jako arcydzieł. Ale nie wierzę zgoła w znak dla Matrimonio segreto słyszanego sześćdziesiąt albo sto razy w „Odeonie” z panią Barilli; czy to było w 1803, czy w 1810?

To pewna, żadne opera d’inchiostro, żaden utwór literacki nie sprawia mi przyjemności równie żywej jak Don Juan.

Czternasty arkusz nowego wydania de Brosses’a, czytany świeżo w styczniu 1836, zbliżał się wszakże do tego bardzo.

Wielkim dowodem mojej pasji do muzyki jest to, że opera komiczna Feydeau irytuje mnie.

Mając do rozporządzenia lożę mojej kuzynki, pani de Longueville, nie mogłem wytrzymać więcej niż pół przedstawienia. Bywam w tym teatrze raz na dwa albo na trzy lata, zmożony ciekawością, i wychodzę w połowie drugiego aktu, jak ten wicehrabia, który „obrażony wychodził z drugiego aktu107”, i potem mam humor popsuty na cały wieczór.

Opera (francuska) irytowała mnie jeszcze bardziej do 1830, a zupełnie mi się nie podobała w 1833 z Nourritem i panią Damoreau.

Rozpisałem się, bo zawsze się jest złym sędzią własnych gustów lub namiętności, zwłaszcza kiedy te gusty są w dobrym tonie. Nie ma młodego fircyka w Faoubourg Sain-Germain (jak pan de Blancmesnil na przykład), który by nie twierdził, że szaleje za muzyką. Ja nienawidzę wszystkiego, co jest romancą francuską. Słuchając Panserona wpadam w szał, zaczynam nienawidzić tego, co kocham namiętnie.

Dobra muzyka każe mi marzyć z rozkoszą o tym, co wypełnia moje serce w danej chwili. Stąd rozkoszne momenty, jakie przeżyłem w La Scali od 1814 do 1821.