Dłuższa wiztyta

Pan Srebrnicki zaprosił do siebie Adolfa Zakliczko. Nie widzieli się od kilku lat i tak się jakoś złożyło, że nie wypadało go nie zaprosić.

Pan Zakliczko przyszedł punktualnie o pierwszej. Był ubrany w ciemne ubranie i sprawiał bardzo przyzwoite wrażenie. Gospodarza zdziwiło jedynie, że wytworny gość zostawił w przedpokoju jakąś nieforemną i monstrualnie wielką paczkę.

— Co u państwa słychać? — rozpoczął inteligentnie rozmowę, po czym zaczął narzekać na „czasy” i tak w miłym nastroju słów, pluskających się w pustce, upłynęło dwadzieścia minut. Potem jeszcze dwadzieścia. Gospodarze porozumieli się spojrzeniami. Minęło dalsze dwadzieścia minut. Pani domu zaczęła dawać mężowi rozpaczliwe znaki. O tej porze jadali zwykle obiad. Toteż państwo przestali podtrzymywać rozmowę. Podarła się jak na wietrze. Teraz z usypiającego salonu dolatywał jedynie monolog pana Zakliczki. Następne dwadzieścia minut przeszło do przeszłości.

— Może pan zostanie u nas na obiedzie?

Został. Nie chciał krępować, ale tak miło się rozmawiało.

Obiad minął pośród grobowego milczenia.

Przy kawie gość ożywił się nagle. Zażądał papierosów i rozpoczął swoje monologi:

— Bo proszę państwa... — i nikt już dalej nie słuchał.

Minęło dalsze dwadzieścia minut. Pan Srebrnicki, nudną rozmową przykuty do stołu jak do galery, zrozumiał, że obecność gościa przedłuży się w nieskończoność. Wstał więc od stołu i zdecydował się powiedzieć:

— My z żoną zwykle sypiamy po obiedzie. Zechce więc pan wybaczyć...

— Ale naturalnie — przerwał Zakliczko — spodziewałem się tego i nie chcąc stanowić przeszkody w zwykłym trybie życia państwa, przyniosłem z sobą piżamę. Jest w przedpokoju.

Pan Srebrnicki osłupiał. Miły gość tymczasem wybiegł do przedpokoju:

— W salonie jest świetna kanapka, niech państwo sobie nie przeszkadzają. Prześpię się na niej z rozkoszą...

Państwo Srebrniccy udali się do sypialnego pokoju. Po kilku godzinach spotkali się z gościem w stołowym. Był wypoczęty i jadł podwieczorek.

— Jak państwo spali? U nas na wsi mawiało się: „Po obiedzie prześpij chwilkę, po kolacji przejdź się milkę”...

— Drogi panie, właśnie rozmawialiśmy z żoną, że pan prawdopodobnie nudzi się u nas. Sądziliśmy, że dobrze byłoby, gdybyśmy razem poszli do kina. Szczególnie, że już jesteśmy umówieni ze znajomymi...

— Właściwie to nie mam ochoty, chętnie poczekam na państwa w waszym domu. Tu jest bardzo przyjemnie.

Państwo Srebrniccy raz jeszcze spojrzeli po sobie znacząco. Nie było innej rady. Poszli. Uciekli. Kiedy zamykali drzwi frontowe, można było usłyszeć oddalony okrzyk pani domu:

— A... to!

Jaka była radość owych męczenników gościnności, gdy po powrocie do domu nie zastali pana Zakliczki. To szczęście wydało im się tak wielkie, że podejrzewali jakieś ukryte nieszczęście. I słusznie. Po dokładnej lustracji mieszkania okazało się, że razem z Zakliczką zginęła złota broszka z brylancikiem.

Sąd grodzki skazał Adolfa Zakliczkę na sześć miesięcy więzienia.

Przyjaciel z kawiarni

Znajomość kawiarniana. Pan Stefan Rańcza siadywał zawsze przy pierwszym stoliku pod oknem. Pił pół czarnej i czytał pisma. Kelnerzy uważali, że jest autorytetem w sprawach politycznych.

Naprzeciwko pana Stefana Rańczy, to znaczy przy drugim stoliku pod oknem, od wielu lat siadywał brodaty szachista. Zamawiał herbatę bez cytryny oraz szachy i grywał sam z sobą jedną partię. Wynik był przeważnie nierozstrzygnięty.

Obaj panowie znali się doskonale z widzenia, toteż nic dziwnego, że po kilku latach przemówili do siebie, poznali się i odtąd zawsze wychodzili razem z kawiarni. Pan Rańcza przyzwyczaił się czytać pisma tak długo, aż towarzysz przy sąsiednim stoliku ukończy swoją codzienną partyjkę szachów.

Pewnego dnia na spacerze sędziwy szachista w dziwny sposób odezwał się do pana Rańczy.

— Zakochałem się — powiada — na stare lata, niby na koklusz zapadłem.

— No i co? — spytał pan Rańcza, który przed trzydziestu laty miewał podobne przeżycia...

— Niestety, nic. Nawet mieszkania nie mam.

— Mieszkanie mogę panu pożyczyć. Sam posiedzę w kawiarni.

Tak też się stało. Jednak na próżno nasz gościnny staruszek oczekiwał owego dnia w kawiarni na powrót zakochanego szachisty. Nie przyszedł. Widocznie jest jeszcze w domu. Trudno. Zakochany.

Kiedy zamknięto kawiarnię, staruszek długo jeszcze błądził po mieście, pochodził bowiem sprzed wojny, szanował uczucia bliźnich. Nie chciał przeszkadzać zakochanym. Wreszcie nad ranem zdecydował się powrócić do domu i zwrócić uwagę szachiście, że już właśnie przebywa u niego dwadzieścia godzin.

Jakież było zdziwienie dobrego pana Rańczy, kiedy zauważył otwarte drzwi wejściowe. („Ach! Ci zakochani zawsze są roztargnieni”).

Kiedy zaś wszedł do przedpokoju, ogarnęło go przerażenie. Całe mieszkanie splądrowano niemiłosiernie. Co cenniejsze rzeczy zniknęły bez śladu. Bardzo lamentował pan Rańcza, lecz nic mu nie pomogło.

Nazajutrz udał się, jak zwykle, do kawiarni. Pisma nie zdołały pochłonąć jego uwagi. Spoglądał stale na drzwi. Zakochany szachista jednak nie przybył. Nazajutrz powtórzył to samo. Widocznie zmienił kawiarnię.

Dopiero po trzech tygodniach pan Rańcza, przechodząc ulicą Marszałkowską, zauważył swego przyjaciela w maleńkiej kawiarence. Siedział przy oknie i grał sam z sobą w szachy, a przy sąsiednim stoliku staruszek o głupim wyrazie twarzy trwał zanurzony w ciekawej lekturze.

Pan Rańcza oddał zakochanego szachistę w ręce policji. Ptaszek nazywa się Aleksander Łom. Sąd grodzki skazał go na rok więzienia.