Fale zdenerwowania

Istnieją fale dotąd nieodkryte. Fale zdenerwowania. Czekają na genialnego wynalazcę, który wyjawi je światu. Jedno jest pewne: zdenerwowanie narasta. Tak: narasta! Służę przykładem.

W miły, letni dzień siadamy sobie przy telefonie. Książka telefoniczna — lektura, którą gorąco polecam melancholikom — dostarczy nam odpowiedniego materiału. Wyszukamy w niej i wypiszemy sobie na karteczce wszystkie numery telefonów, znajdujących się w jednej kamienicy, na przykład przy ulicy Koszykowej 70.

Po dokonaniu swej czynności przygotowawczej zdejmujemy słuchawkę z widełek i łączymy się kolejno z wszystkimi numerami, zadając jednakowo uprzejmym i miłym głosem jedno i to samo pytanie:

— Czy zastałem pana Kopytkiewicza?

Przy pierwszych kilku rozmowach otrzymamy grzeczną odpowiedź, że „tu żaden pan Kopytkiewicz nie mieszka”. Ale w całej kamienicy zaczynają już drgać niewidzialne fale. Przy następnych telefonach zamiast odpowiedzi otrzymamy szereg szybkich pytań: „A z jakim numerem pan chce mówić? Dlaczego pan nieuważnie się łączy?” — oraz rzucą nam radę, żebyśmy nauczyli się telefonować.

Jeśli w takim domu jest wiele mieszkań z telefonami, pod koniec tego doświadczenia ze słuchawki poleje się na nas nieprzerwany strumień obelg.

— Wypchaj się pan. Myli się wariat. Stuknij się słuchawką w czoło, a potem szukaj Kopytkiewicza.

Nie należy jednak robić podobnych doświadczeń w nocy ani wczesnym rankiem. Wtedy bowiem obraz narastania zdenerwowania staje się zbyt jaskrawy.

Nic więc dziwnego, że pan inżynier Z. zbudzony o drugiej w nocy uporczywie dzwoniącym telefonem, kiedy zdecydował się wreszcie podejść do aparatu, nie był nastrojony do pomyłek i uprzejmych wyjaśnień.

— Czy zastałem Miecia Kopytkiewicza? — spytał uprzejmy głosik w słuchawce.

— Bydlę! Pomyłki w nocy wyprawia! Powieś się pan razem z Kopytkiewiczem. — Tu pan inżynier Z. mógł rzucić słuchawkę, ale skamieniał.

Odpowiedziano obelgą na obelgi. Obaj panowie zaczęli się licytować w bombardowaniu wyzwiskami. Doszło do tego, że inżynier Z. przeprosił rozmówcę na chwileczkę, przysunął sobie fotel, usiadł (bo już dłużej nie mógł stać) i kłótnia zamieniła się w długotrwałą wojnę. Po godzinie obaj panowie wyczerpani duchowo i fizycznie już ochrypłym szeptem wymienili swoje adresy i nazwiska i nazajutrz podali się wzajemnie do sądu.