Straszny złodziej
Nie wiedziałem, jak postąpić z owym moim znajomym. Nie wiadomo nawet, gdzie go poznałem. Jedno tylko między nami powtarzało się niezmiennie. Kiedykolwiek mnie spotykał, podchodził i witał się z oznakami wielkiej uprzejmości.
— Co słychać u pana?
Teraz, nie czekając na odpowiedź, zwykł rzucać drugie pytanie:
— W którą stronę mistrz idzie?
— W tamtą — pokazywałem, sądząc, że mu nie będzie odpowiadać, ponieważ właśnie stamtąd nadszedł.
— A ja w przeciwną.
— To bardzo szkoda.
— Niech pan się nie martwi. Mam nieco czasu i odprowadzę pana.
Chcąc nie chcąc, musiałem iść w lekkomyślnie wskazanym kierunku, przeklinając z cicha. Przecież wystarczy dać facetowi w mordę, a na pewno da mi spokój na najbliższe kilka tygodni.
— Co pan pisze teraz?
— Takie tam różne...
— Często bywa pan w teatrze? Ja bowiem przekładam kino nad wszystko. Czasem robię wyjątek dla cyrku.
— To ciekawe. — Ocieram pot z czoła.
Skręcam w czwartą ulicę, nie wiem, dokąd dążę. Idziemy jak przyjaciele.
Wreszcie wchodzę do jakiejś bramy, szczęśliwie pożegnawszy natręta, długo czekam na schodach, wychodzę z powrotem z niedowierzaniem. Czasem mam szczęście i nie napataczam się na niego na najbliższej ulicy.
Nazajutrz spotykam go znowu:
— Co słychać u pana? Wczoraj tak miło się rozmawiało. W którą stronę pan idzie?
— A ja do tego domu naprzeciwko — odrzucam bez zająknięcia.
— Na długo?
— Nie. W każdym razie jednak zabawię z pół godziny.
— Zaczekam na pana.
Zrezygnowany udaję się do owej bramy, choć nie mieszka w niej żadna z moich palących spraw. Wchodzę na schody i czekam z tą świadomością, że po wyjściu natknę się na ugrzecznionego natręta. Minuty snują się wolno. Po upiornym kwadransie wychodzę siwiuteńki i złamany.
— No, pośpieszył się pan. Trwało zaledwie chwilę. Teraz sobie pogadamy.
— Niestety, muszę zajść jeszcze do tego domu — pokazuję na najbliższą kamienicę.
— Czy do Pitulińskich? Oni tu mieszkają.
— Tak — mówię na odczepnego — do Pitulińskich. Ale posiedzę u nich z godzinę.
— Nie będę czekał — mówi z entuzjazmem (z trudem powstrzymuję się od westchnienia ulgi). — Nie będę czekał, bo to moi świetni znajomi. Wstąpimy razem.
Ogarnia mnie przerażenie. Przecież ich wcale nie znam. Co to będzie? Wyrzucą! Kompromitacja.
Jesteśmy tuż koło bramy. Z opresji ratuje mnie przechodzący policjant.
— Niech pan aresztuje tego pana — wołam doń, wskazując na mego towarzysza. — Ten pan mnie okrada. Systematycznie. Codziennie.
— Zabiera panu pieniądze?
— Nie. Zabiera mi czas.