Zepsute wesele
I jak tu Noe Celnik ma się nie cieszyć, kiedy Pan Bóg w swojej łaskawości sprawił, że oto wydaje za mąż najmłodszą córkę. Za kogo?
A co to za różnica, czy za Borucha, czy za Zurecha, za Pajtla, czy za Frajtla? Wydaje i koniec.
Zapewne myślicie, że Noe to taki ojciec, który pozbywa się córki, bo uważa ją za garb na plecach, że chce się od niej po prostu uwolnić. Jeśli tak myślicie, to jesteście w błędzie.
Drugiego takiego ojca, jak Noe, na całym świecie nie znajdziecie. Całe swoje życie poświęcił dzieciom. Pracował, harował i wypruwał z siebie żyły. Dniem w upale i skwarze, nocą na mrozie. Często wędrował w deszczu i błocie. Nieraz leżał pod wozem. Zdarzyło się, że kiedyś wpadł do przerębli. Przeziębił sobie płuca i do końca życia nie pozbył się już jakiegoś dziwnego kaszlu. Zapewne spytacie, jak człowiek może doprowadzić się do takiego stanu. Spróbujcie, proszę was, utrzymać żonę i dzieci ze sklepiku z galanterią w Kasrylewce.
Kiedy dzieci były jeszcze całkiem maleńkie, Noe musiał sam się nimi zajmować. Kąpał je, przewijał i pielęgnował.
Wiem, że zaraz nasunie się wam pytanie: a gdzie była matka? Otóż żona Noego, Zełda, zawsze była zajęta. Prowadziła interesy. Przeważnie z dziedzicami. W ten sposób Noe przebywał w mieście, a Zełda w okolicy.
Dlaczego ona prowadziła interesy, a nie on? Bo znała ona język polski. Umiała rozmawiać z dziedzicami. Wiedziała, jak sprzedać towar na wsi i na prowincji. Z miastem Zełda nie umiała handlować. Nie mogła patrzeć na kasrylewskich klientów. „Za mądrzy są” — mówiła. Dziedzice to całkiem co innego. Zupełnie inni ludzie. Kiedy ona zaklina się: „jak Boga kocham”, to dziedzic jej ufa. Natomiast kasrylewski Żyd, jeśli przysięgłaby mu na wszystkie świętości, a nawet gdyby zapadła się pod ziemię, nie uwierzy jej. Ten „antysemita”, ten „wróg Syjonu” powie ci z szyderczym uśmiechem na ustach:
— A po co od razu przysięgać? Ja i bez przysięgi pani wierzę...
W posagu dla swojej najmłodszej córki Noe daje siedemdziesiąt pięć rubli. Jeśli zaś chodzi o ścisłość, to Noe obiecał dać sto pięćdziesiąt. Siedemdziesiąt pięć przy zaręczynach i siedemdziesiąt pięć później, to znaczy wtedy, kiedy nastąpią lepsze czasy.
Lepsze czasy jednak nie nastąpiły, choć wypatrywała ich Kasrylewka od wielu już lat. I co? I nic.
Czy w ogóle kiedyś nadejdą? Może! Czym czekanie na lepsze czasy jest gorsze od oczekiwania na Mesjasza? Czy Żydzi przestali czekać na Mesjasza?
Krótko mówiąc, możecie być pewni, że z powodu posagu małżeństwo się nie rozejdzie. Jest to bowiem wewnętrzna i jakby rodzinna sprawa. Ojcowie młodych znają się i nawet lubią. Matki też się znają i też się lubią, a młodzi również doskonale się znają i nawzajem kochają...
O mało co nie wyrwałem się zbędnym słowem. Jeśli obiecacie mi, że zachowacie to w tajemnicy, to wam coś opowiem.
Nim jeszcze wpadło do głowy reb314 Szolemowi-Szachnie swatać to małżeństwo, młodzi od dawna się już znali. Pisywali nawet codziennie do siebie liściki, z których wynikało, że postanowili się pobrać.
On uczył w chederze315, a ona pomagała w sklepie. Pewnego razu, na początku miesiąca, w drodze do bet hamidraszu316 przechodził obok sklepu. Nagle zobaczył stojącą w jego drzwiach dziewczynę, ubraną w sycową317 sukienkę, z białym szalikiem na szyi. Sukienkę sama sobie właśnie uszyła, a szalik zrobiła na drutach. Stoi tak na progu i pięknymi czarnymi oczkami patrzy jakby prosto na niego, i się przy tym uśmiecha.
On jest przekonany, że patrzy właśnie na niego. I słońce zaczyna go ogrzewać, a ciepły wiaterek zaczyna go głaskać po plecach i z ust wyrywa mu się szept: „Frejdl — piękna kobieta”.
I nic już z modlitwy. Przed oczyma wciąż ma Frejdl. Przy alleluja318 i min hamecar319 znowu przypomina sobie córkę Noego. Widzi niemal jej piękne, czarne oczy. Zaczyna więc energiczniej kiwać się i głośniej niż zwykle powtarzać werset min hamecar (w nieszczęściu). Boi się, że jeszcze go zapomni. W drodze powrotnej z bet hamidraszu uważnie rozgląda się, a nuż znowu zobaczy Frejdl. Przychodzi do chederu, otwiera Gemarę320, zagląda do Tosefot321 i znowu widzi Frejdl. W nocy, we śnie — znowu Frejdl. Wszędzie tylko Frejdl.
Swat, reb Szolem-Szachne, wpada tymczasem na prosty pomysł. Przychodzi do sklepu i proponuje Noemu, aby wydał swoją najmłodszą córkę za mąż za Dawida, syna Borucha-Benejona. Wyjmuje przy tym pudełko z tabaką i wylicza wszystkie nadzwyczajne zalety swego kandydata do ręki Frejdl. Ta, rzecz oczywista, usunęła się na bok, aby nie zauważono, jak się zarumieniła.
Na białej szyi miała Frejdl wisiorek. Na tym wisiorku był węzełek, w którym przechowywała liścik napisany pięknym kaligraficznym, zdobionym w esy-floresy pismem. Zawierał on następujące słowa:
„Najdroższa i najukochańsza moja duszo! Przyjaciółko i ozdobo mojej głowy! Rozkoszy moja i życie moje! Frejdl! Obyś mi była zdrowa! Gdyby nasza rzeka zawierała sam tylko atrament, a las same tylko gołe pniaki, a cały świat zbudowany był tylko z papieru i gdybym na tym papierze pisał do Ciebie w dzień i w nocy, to bym i tak nie zdołał wyrazić choćby jednej dziesięciotysięcznej części tego, co moje serce czuje do Ciebie. A stało się to od pierwszej chwili, kiedy ujrzałem Twoją jasną twarz, która ładniejsza jest od słońca i kiedy usłyszałem Twój głos, który słodszy jest od najsłodszego wina!”
I dalej w tym duchu.
Nasza para czekała tylko na chwilę, kiedy reb Szolem-Szachne wpadnie na pomysł, aby ją wyswatać. A kiedy doszło to już do skutku, narzeczony posłał swojej lubej dwa złote kolczyki za piętnaście rubli. Narzeczona zaś uszyła dla swojego oblubieńca woreczek na tefilin322 z czystego aksamitu. Wyhaftowała na nim srebrną tarczę Dawida i dwa lwy z koroną. Było to istne cacko, godne najwyższego podziwu. I nie było szczęśliwszej od nich pary na świecie. Zarówno on, jak i ona, po cichu i z niecierpliwością liczyli tygodnie, godziny i minuty dzielące ich od weselnego baldachimu. Ślub wyznaczony został na Szabat Nachmu323. No i wreszcie wybiła godzina ich szczęścia. Kto nie widział, w dniu ślubu córki Frejdl, sklepikarki Zełdy, biegającej w zawiązanej z tyłu głowy we dwa szpice chustce, wołającej ochrypłym głosem: „Gdzie się, na moje nieszczęście, podziewa Noe?”, ten niczego piękniejszego nie widział. Ten nie jest w stanie wyobrazić sobie, jak wygląda prawdziwy rozgardiasz.
— Narzeczeni poszczą — krzyczała piskliwym głosem — a jego diabeł poniósł. Gdzie się podziewasz Noe? Gwałtu! Rety! Ja tego nie przeżyję!
Krewni ze strony narzeczonego przychodzą jej w sukurs.
— Gdzie jest ojciec narzeczonej? Już najwyższy czas stanąć pod baldachimem. Gdzie jest mechutan324?
A nasz Noe siedzi sobie tymczasem w kąciku razem z przyjacielem, reb Mojsze-Josiem, zięciem rabina. Zaszył się tam i wylewa przed nim żale z powodu zepsutego, jak twierdzi, wesela.
Wszystkie, bez uroku, córki wydał w sposób należyty. Na każde ich wesele sprowadzał z samego Kijowa klezmerów325. A teraz, kiedy wydaje najmłodszą, klezmerów nie ma. Odfajkowane wesele. Zepsute wesele.
Mojsze-Josie, zięć rabina, głaszcze się po bródce. Śmiejącymi się oczami patrzy na głupiego mechutana i powiada:
— Przecież masz klezmerów na miejscu. Czy tutejsi klezmerzy nie potrafią grać?
— Też mi klezmerzy! — replikuje Noe. — Wesele bez kijowskich klezmerów!
Gdyby Noe zawczasu wiedział, że kijowscy klezmerzy nie będą mogli przybyć, odłożyłby wesele na drugą połowę miesiąca Elul326.
Ceremonia ślubna się odbyła, a Noego znowu gdzieś poniosło. I znowu krewni narzeczonego zaczynają wołać:
— Gdzie jest mechutan? Dawać mechutana! Gdzie jest mechutan?
Zełda wreszcie odnajduje go i nie szczędzi mu wyrzutów:
— Ładnie wydajesz córkę za mąż. Oj biada mi!
— Bez kijowskich klezmerów — powiada Noe — to dla mnie nie jest wesele!
— Bój się Boga, Noe! Co ty pleciesz? — Zełda nie posiada się ze złości.
— Czy kasrylewscy klezmerzy to nie Żydzi! Czy kasrylewscy klezmerzy nie mają dzieci? Nie potrzebują jeść? Tfu! Wstydziłbyś się! Wstyd i hańba. Reb Jehoszua-Heszl, zagraj coś wesołego!
I klezmer, reb Jehoszua-Heszl, starszy już nieco Żyd w watowanej kapocie, z grubymi pejsami327 na bokach twarzy, w przydługim, wyrzuconym na zewnątrz podkoszulku tałesowym328, uderza smyczkiem po skrzypcach, mruga okiem do swojej orkiestry i kasrylewscy klezmerzy pokazują, że i oni nie w ciemię bici. Żywo i z temperamentem grają jakiś wesoły kawałek. Struny niemal pękają. Nisko zawodzi bas. Dmuchają w trąbki, gwiżdżą na fletach i uderzają w talerze. Goście weselni klaszczą w dłonie. Wnet tworzą coraz większe i większe koło. Rodzice młodych biorą się za ręce i idą w tan. Wesoły tan.
Dreyfus w Kasrylewce
Nie wiem, czy gdziekolwiek na świecie sprawa Dreyfusa329 wywołała taki szum, jak w Kasrylewce. Powiadają, że w Paryżu też się zakotłowało. Pisały o tym gazety. Strzelali do siebie generałowie, a chuligani biegali po ulicach i wyczyniali różne rzeczy. Jedni krzyczeli: Vive330 Dreyfus! Drudzy wołali: Vive Esterhazy! A Żydów, jak zwykle, mieszano z błotem. Tylu jednak zmartwień i cierpień, i poniżeń, jakich doznali i przeżyli Żydzi w Kasrylewce, paryżanie do samego nadejścia Mesjasza nie przeżyją.
O to, w jaki sposób i skąd Kasrylewka dowiedziała się o sprawie Dreyfusa, nie pytajcie. A skąd dowiedziała się o wojnie Anglików z Burami? A skąd kasrylewianie wiedzą o tym, co się dzieje w Chinach? Co wspólnego ma Kasrylewka z Chinami? Może wiedzę zawdzięcza swemu „rozległemu handlowi” ze światem? Herbatę Kasrylewka otrzymuje od Wysockiego z Moskwy. Ubrań z letniego, żółtego materiału, zwanego tsze-sziu-tsza, kasrylewianie nie noszą. Nie są one na ich kieszeń. Dzięki Bogu, że mogą sobie pozwolić na noszenie latem peleryn z żaglowego materiału. W przeciwnym wypadku paradowaliby, za przeproszeniem, w samych kalesonach i sycowych331 podkoszulkach tałesowych332. A jeśli lato dopisze, to i w tym stroju porządnie będą się pocili.
Nadal jednak pozostaje pytanie, od kogo Kasrylewka dowiedziała się o sprawie Dreyfusa? Odpowiadam: od Zajdla. Otóż Zajdel, syn reb333 Szai, to jedyny Żyd w mieście, który abonuje gazetę „Hacefira”334. Od niego to dowiadują się Żydzi o wydarzeniach zachodzących na całym świecie. On opowiada, a oni komentują. On czyta to, co tam jest napisane, a oni wyciągają wnioski. Najczęściej odwrotne. Oni bowiem lepiej rozumieją to, o czym piszą w gazecie.
I oto pewnego dnia przychodzi Zajdel do bożnicy i opowiada historię o tym, że w Paryżu odbył się właśnie sąd nad niejakim kapitanem Dreyfusem, który miał rzekomo wydać Niemcom jakieś ważne dokumenty państwowe. Ludzie słuchają, a słowa Zajdla jednym uchem do nich wpadają, a drugim wylatują. I ni z tego, ni z owego rozlega się głos:
— Czego to dla zarobku Żyd nie zrobi?
Na to ktoś dorzuca:
— A dobrze mu tak! Niech się Żyd nie pcha za wysoko! Niech się nie wtrąca w sprawy cesarzy!
Potem jednak, kiedy Zajdel przyszedł z nową wieścią, że cała ta sprawa okazała się zwykłym oszczerstwem, że zesłany na galery żydowski kapitan jest Bogu ducha winny, że padł ofiarą intrygi kilku generałów, Kasrylewka wykazała nieco większe zainteresowanie. Od tej chwili Dreyfus był już „swój”. Stał się kasrylewianinem. Gdzie dwóch się spotkało, tam on był trzecim.
— Słyszałeś?
— Słyszałem.
— Zesłany na zawsze!
— Na wieczne osiedlenie!
— I to za nic!
— Niecne oszczerstwo.
A kiedy w jakiś czas potem Zajdel zakomunikował im, że zanosi się na nową rozprawę sądową, że znaleźli się porządni ludzie, którzy podjęli się udowodnić całemu światu, że cała ta heca to jedna wielka pomyłka, Kasrylewka rozkołysała się na zupełnie inną modłę. Po pierwsze Dreyfus to przecież „nasz człowiek”. Po drugie, jak to jest możliwe, żeby tam w Paryżu mogła zaistnieć taka wstrętna sprawa? Fe! Jakoś nieładnie. Jakoś nie do twarzy z tym „francuzikom”. No i rozpętała się dyskusja. Ludzie zaczęli się zakładać. Jedni mówili, że nowa rozprawa dojdzie do skutku, drudzy byli odmiennego zdania. Po wyroku — twierdzili ci ostatni — klamka zapadła i nie ma odwołania.
A jak dalej potoczyła się sprawa? Ludzie przestali czekać, aż Zajdel wygramoli się ze swojego mieszkania i pofatyguje do bożnicy, aby im zanieść nowe wieści o kapitanie Dreyfusie. Sami zaczęli przychodzić do niego do domu. Potem wyczerpała się ich cierpliwość i razem z nim zaczęli udawać się na pocztę, aby odebrać gazetę i tam na miejscu ją przeczytać, przeanalizować, podyskutować i nawet się wykłócić. Oczywiście, że gadania przy tym było co niemiara. Pan poczmistrz często nie omieszkał dawać im do zrozumienia — i to w sposób niezbyt delikatny — że jego urząd to, nie przymierzając, nie żydowska bożnica.
— Tu, parchaci Żydzi, żadna żydowska bożnica. Tu nie kahał335, szacher macher336!
Żydzi puszczali jego słowa mimo uszu. Słuchali go tak, jak Haman słucha grzechotu kołatek i grzechotek337. On ich łajał i gromił, a oni czytali sobie spokojnie „Hacefirę” i rozprawiali o Dreyfusie. Nie tylko zresztą o samym Dreyfusie mówiono w Kasrylewce. Za każdym razem dochodziła jakaś nowa osoba z tej sprawy. Najpierw był Esterhazy, potem Piequart, później ktoś zauważył, że pozostali generałowie noszą nazwiska kończące się na literę „i”. Wtedy jakiś Żyd zapytał:
— Dobrze, a co zrobisz z Boudeferem?
— No wiesz, ten przecież źle skończył.
— Oby tak wszyscy skończyli!
Dwie osoby stały się przedmiotem miłości wszystkich mieszkańców Kasrylewki. Były nimi Emil Zola338 i Lambori. Za Emila Zolę każdy gotów był poświęcić swoje życie. Z miłością wymawiano jego imię. Gdyby się zjawił w Kasrylewce, całe miasto wyszłoby mu na spotkanie. Wszyscy nosiliby go na rękach.
— A co pan powie o jego liścikach?
— Istne perły, diamenty, brylanty!
Lamboriego również cenili wysoko. Ludzie zachwycali się jego mowami, tak świetnymi, że tylko palce lizać. Przejmowali się nimi w Kasrylewce dogłębnie. Co prawda, nikt z kasrylewian ich nie słyszał, ale kierując się prostym rozumem, doszli do przekonania, że ten człowiek powinien dobrze przemawiać.
Nie wiem, czy najbliższa rodzina Dreyfusa w Paryżu wyczekiwała z takim utęsknieniem jego powrotu do domu, jak mieszkańcy Kasrylewki. Można śmiało powiedzieć, że byli z nim razem na statku powracającym z wyspy, że niemal fizycznie czuli, jak kołysze się on na morzu. Oto za chwilę rozszaleje się burza. Już wznoszą się fale, zaczynając miotać statkiem, który jak łupina to wznosi się, to gwałtownie opada w dół. I zaczynają się po cichu modlić: „Boże, władco świata, spraw, aby choć cały i zdrowy dotarł do miejsca, w którym ma się odbyć wznowiona rozprawa sądowa. Otwórz oczy sędziom. Oświeć ich umysły, aby mogli odnaleźć prawdziwego winnego, aby cały świat mógł zobaczyć, jak wygląda nasza sprawiedliwość. Amen”.
Dzień, w którym nadeszła wiadomość, że Dreyfus szczęśliwie dotarł do domu, stał się w Kasrylewce prawdziwym świętem. Gdyby się ludzie nie krępowali, toby zamknęli wszystkie swoje sklepy w Kasrylewce.
— Słyszeliście?
— Dzięki Bogu!
— Ciekaw jestem, jak wyglądało jego spotkanie z żoną?
— A ja bym chciał widzieć, jak zachowały się jego dzieci na wieść, że tato wrócił.
Kobiety przysłuchujące się tej rozmowie schowały twarze w fartuszkach, niby dla wytarcia nosa. Nie chciały, aby zauważono, że płaczą. I nie bacząc na wielką biedę, każdy kasrylewianin odjąłby sobie od ust ostatni kęs chleba, aby tylko pojechać do tego Paryża i na własne oczy, choćby tylko z daleka, popatrzeć na to wszystko.
A kiedy sąd w Paryżu wznowił obrady, w Kasrylewce zawrzało tak, że tylko „Boże, zmiłuj się!”. Rozrywano gazety. O mało nie rozszarpano na kawałki samego Zajdla. Nikt nie myślał o jedzeniu, nie spał w nocy. Aby do rana dożyć. Aby do jutra. Aby do pojutrza. I tak przez wszystkie dni.
I nagle w mieście powstał prawdziwy popłoch. Szum, wrzask i ogólne zamieszanie. Koniec świata! Stało się to w dniu, kiedy do Kasrylewki dotarła wieść o postrzeleniu adwokata Dreyfusa — Lamboriego. Wszyscy byli wstrząśnięci.
— Dlaczego? Co za bandytyzm! I za co? Za nic! Gorzej niż w Sodomie!
Strzał wymierzony w adwokata Dreyfusa wzburzył umysły mieszkańców Kasrylewki. Kula wystrzelona z paryskiego rewolweru ugodziła w ich serca. To do nich strzelał zamachowiec.
— Boże, władco świata — szeptali w błagalnej modlitwie — spraw, a Ty jeśli chcesz, to potrafisz, aby adwokat został przy życiu.
I Bóg sprawił cud, i adwokat został przy życiu.
A kiedy nadszedł ostatni dzień procesu, Kasrylewkę ogarnęła gorączka. Ludzie miotali się jak w febrze. Chętnie zapadliby w całodobowy sen, aby obudziwszy się z rana móc się dowiedzieć, że za pomocą Boga Dreyfus został już wypuszczony na wolność! A tu, jak na złość, nikt nie mógł zmrużyć oka. Przewracali się z boku na bok na swoich posłaniach. Toczyli nieustające boje z kasrylewskimi pluskwami i niecierpliwie wypatrywali brzasku dnia.
A kiedy się rozwidniło, natychmiast pospieszyli na pocztę. Ta jednak była jeszcze zamknięta. Wiodąca do niej brama też. Powoli rósł tłum wokół poczty. Wkrótce cała ulica wypełniona była po brzegi. Żydzi nie stali w miejscu. Chodzili tam i z powrotem. Ziewali, podkręcali pejsy339 i po cichu śpiewali: Alleluja340!
Kiedy stróż Jarema otworzył bramę, wszyscy ruszyli hurmem. Jarema wściekł się i nie omieszkał dać im do zrozumienia, że on jest tu gospodarzem. Otworzył gębę i obsypując ich gradem obelżywych słów, przepędził. Znalazłszy się znowu za bramą, postanowili czekać na przybycie Zajdla. Kiedy ten wreszcie przyszedł, odebrał swoją gazetę i przeczytał im najświeższą wiadomość o wymierzonym w Paryżu „pięknym wyroku” na Dreyfusa, powstał taki lament i taki krzyk, że o mało nie pękły niebiosa. Krzyk ten nie był wymierzony ani w sędziów, którzy wydali zły wyrok, ani w generałów, którzy złożyli fałszywe przysięgi, ani we „francuzików”, którzy tak nieładnie się zachowali, ale w Zajdla. Jednym głosem krzyczeli:
— Nie może tak być! Nie może być takiego wyroku na świecie! Przecież Niebo i Ziemia przysięgły, że Prawda, jak oliwa, musi zawsze wypłynąć na wierzch. Co nam tu będziesz opowiadał bajeczki!
— Osły — odpowiada im biedny Zajdel i podsunąwszy im pod nos gazetę niemal krzyczy: — Zobaczcie, co tu jest napisane!
— Gazeta, chabeta — krzyczą kasrylewianie. — Jeśli nawet staniesz tak, że jedną nogą sięgniesz nieba, a drugą ziemi, to i tak ci nie uwierzymy. Tak nie może być. Nijak nie może być!
I co? Kto miał rację?