54. Nie kradnij!

Sakiewka z drobniakami. Kradzież i żal. Jak pozbyć się sakiewki

Wśród bywalców zajazdu Rabinowicza był stały gość. Litwak, kupiec zbożowy z Pińska, nazwiskiem Wolfson. Ów Wolfson zatrzymywał się w zajeździe na całe miesiące. Miał swój pokój, zwany przez wszystkich pokojem Wolfsona, nawet wtedy gdy kupiec przebywał w Pińsku. I samowar miał oddzielny: samowarek Wolfsona. A był u Rabinowicza traktowany jak swój człowiek. Jadł to, co wszyscy, a gdy macocha miała zły humor, to obrywał na równi z domownikami. Tak jak swój. W domu nosił krótki chałacik. Zdarzało się, że chodził po zajeździe nawet bez chałata i namiętnie zaciągał się cygarem. Palił grube cygara i lubił gadać. Trzymał cygaro w ustach, ręce w kieszeniach i gadał. Gadał i gadał. Potop słów. Pokój był otwarty. Samowarek na stole, szuflada stołu zamknięta. Kluczyk tkwi w zameczku. Jeden obrót kluczykiem i stanie otworem.

Do czego służy szuflada, wszyscy wiedzą. Są tam listy, książki, rachunki, pieniądze i portfel. Duży, gruby portfel wypchany asygnatami. Kto wie, ile tam jest! Oprócz portfela — skórzana sakiewka. Stara, wytarta, ale pełna drobnych monet. Miedzianych i srebrnych. Sporo tego. Daj Bóg, aby Szolem posiadał choćby połowę tego. Wystarczyłoby mu na kupno najlepszych na świecie skrzypiec.

Nieraz Wolfson otwierał tę szufladę w obecności różnych ludzi. Niechcący i Szolem zerknął na gruby, wypchany asygnacjami portfel, a przede wszystkim na skórzaną sakiewkę w drobniakami. Zapragnął wtedy, aby Wolfson zgubił kiedyś tę sakiewkę, a on, Szolem, ją znalazł. Byłaby podwójna satysfakcja. Haszowes awejda203 to jeden z wielkich zbożnych uczynków. Jednak posiadanie takiej sakiewki z forsą to jeszcze większy zbożny uczynek... Sęk w tym, że litwak nie miał zamiaru jej zgubić. Rozgrzesza się więc Szolem przed sobą i postanawia, że jeśli Wolfson, powiedzmy, da mu swoje spodnie do wyczyszczenia i zapomni wyjąć z nich sakiewkę, to guzik mu ją odda. Mogła przecież wypaść z kieszeni podczas czyszczenia. Czy to jego wina? Ale Wolfson też nie jest głupi. Za każdym razem, kiedy daje dzieciom ubranie do czyszczenia, opróżnia wszystkie kieszenie. Litwak pozostaje litwakiem! Szolema ponosi gniew. Zastanawia się i dochodzi do wniosku, że skoro tak jest, że skoro nie ma mowy ani o zgubie, ani o roztargnieniu Wolfsona, to należy samemu zajrzeć do sakiewki i zorientować się przynajmniej, ile tam jest drobniaków.

Przeto w tym celu, bez najmniejszego, broń Boże, zamiaru popełnienia kradzieży, ot po prostu z samej ciekawości, Szolem dostaje się pewnego dnia do pokoju Wolfsona. Przez chwilę kręci się w miejscu, niby sprząta ze stołu. Litwak w tym czasie jest na sali ogólnej zajazdu. Pali grube cygaro i nadaje. Z tego krzątania się po izbie na razie nic nie wychodzi. Dotykając pęku kluczyków Szolem ma wrażenie, że zimny metal wydaje jakiś niesamowity wrzask, który dochodzi aż do nieba. Ciarki przebiegają mu po ciele. Nogi zaczynają drżeć. W tył zwrot i Szolem wychodzi z pustymi rękami.

Pierwsza próba nie udała się. Czekał na następną. Jednocześnie robił sobie wyrzuty, iż jest złodziejem: „Jesteś złodziejem, Szolemie! Miałeś niedobre myśli. Już jesteś złodziejem! Złodziejem! Złodziejem!”.

Drugą próbę podjął już wkrótce. Wolfson nie lubił samotnie siedzieć w swoim pokoju. W sali ogólnej zajazdu było sporo gości. Wolał przebywać tam. Palił cygara i gadał. Gadał jak zwykle. I znowu Szolem wpadł do pokoju Wolfsona. Tym razem już nie po to, aby tylko zerknąć, ale po to, aby skorzystać z okazji. I tak przecież jest już złodziejem.

Pochylił się całym ciałem nad stołem. Jakby chciał coś wziąć z przeciwnego krańca. Lewą ręką uchwycił zimny kluczyk. Obrót w prawo i zamek otworzył się. Rozległ się cichy dźwięk, a potem cisza. Szolem zagląda do środka i dreszcz go przechodzi. Najpierw zauważył gruby portfel. Otwarty. Wypchany mnóstwem banknotów. Czerwone dziesięciorublówki, niebieskie pięciorublówki, zielone i żółte trzyrublówki. Kto wie, ile tego? Jeden czerwony banknocik i byłby uratowany. Kto to spostrzeże? Bierz więc, głuptasie! Wyciągnij! Nie! Nie jest w stanie! Ręce mu drżą. Zęby szczękają i w piersiach brak tchu. Zerka więc na skórzaną sakiewkę. Jest pełna! Chce ją wziąć, ale prawa ręka odmawia posłuszeństwa. Otworzyć sakiewkę i wyjąć z niej kilka srebrnych monet? Za dużo jednak zachodu. Wziąć sakiewkę i wsunąć ją do kieszeni? Zaraz się spostrzegą. Tymczasem czas upływa. Zdaje się, że każda chwila to rok. Nagle rozlega się szelest. Aha, na pewno litwak człapie w swoich wytartych pantoflach... Obrót kluczykiem z powrotem w lewo i Szolem odchodzi z pustymi rękami. Sądzi, że kogoś napotka, ale gdzie tam! Ani słychu, ani dychu! Nie ma nikogo! Wrócić do pokoju? Za późno! Trzeba było przedtem! Taka okazja! Idiota z ciebie, Szolemie! Równocześnie idiota i złodziej!

Trzecia próba, dokonana w jakiś czas później, poszła już gładko. Bez ceregieli i bez wahań. Od razu przystąpił do stołu. Otworzył zamek, wsunął rękę do szuflady i cap za sakiewkę. Szybkim ruchem włożył ją do kieszeni, po czym spokojnie zamknął szufladę. Wziął swoje książki i poszedł do szkoły. Nie spieszył się. Przeciwnie, szedł powoli. Nawet sennie. Zdawało się, że zachował zimną krew. Ale to tylko pozory. Już na ulicy poczuł, że sakiewka pali go. Nie powinien jej trzymać przy sobie. Za żadne skarby. Przynajmniej na razie. I zamiast iść prosto do szkoły, Szolem wpada do stodoły, gdzie trzymają drewno na opał. Pełno tu porąbanego drewna. Nachyla się i chowa sakiewkę w najciemniejszym kącie, między sągiem szczap a ścianą stodoły. Zapamiętał sobie to miejsce i marsz do szkoły.

Jeśli zdarzy się wam napotkać kogoś z płonącą twarzą, z gorejącymi oczami, nad podziw schludnie ubranego, gotowego za was skoczyć w ogień i wodę, ale trochę roztargnionego, pogrążonego w zadumie, to wiedzcie, że macie do czynienia z osobnikiem, który posiadł tajemnicę znaną tylko jemu i Bogu. Tak właśnie wyglądał owego dnia bohater niniejszej autobiografii. Czuł się winny grzechu. Gdy rozmawiał z ludźmi, w jego oczach czaił się grzech. Zdawało mu się, że wszyscy znają jego tajemnicę. Wiedzą, że ma jakiś święty, bardzo święty sekret. Jego kolega Eli, który go znał lepiej od innych, zadał mu pytanie:

— Szlomka, co z tobą? Znowu coś kredą na płocie zmalowałeś?

— Zamknij pysk, bo ci facjatę zamaluję. Zapomnisz swego imienia i nazwiska.

— Co? Ano spróbuj! Zobaczymy, kto komu zamaluje.

I Eli zakasuje rękawy gotów do bójki. Jego koledze nie w głowie jednak bitka. Myśli i uczucia Szolema były tam, w stodole pełnej rąbanego drzewa, przy sakiewce. Przecież zapomniał nawet zajrzeć do jej wnętrza. Ledwo doczekał końca lekcji. Chciałby już być w domu. Chciałby na chwileczkę skoczyć do stodoły i zbadać sakiewkę. Ile? Jakim majątkiem dysponuje?

W domu istny kataklizm. Wszystko było przewrócone do góry nogami. Cała pościel walała się na podłodze. Kuchnia — prawdziwe pobojowisko. Służąca sziksa204 płacze. Przysięga na wszystkie świętości, że nie ma o niczym pojęcia. Ojciec załamuje ręce. Wygląda jak sto nieszczęść. Przygarbiony potrójnie. Macocha piorunuje. Przeklina, gani. Kogo? Zorientować się trudno. Bowiem miota przekleństwa w liczbie mnogiej: — Żeby to spod nosa zabierać, a niech was śmierć zabierze! Ziemia pochłonęła sakiewkę z forsą, a niech was ziemia pochłonie! Nikt nie widział sakiewki, obyście święta nie zobaczyli. Jaki teraz gość zechce stanąć w naszym zajeździe, a niech wam język stanie w gębie!

A sam Wolfson stoi w chałacie pośrodku sali z cygarem w ustach. Ręce trzyma w kieszeniach, spogląda na dzieci, uśmiecha się i tak powiada: — Dopiero dziś rano miałem w ręku sakiewkę. Z domu wcale nie wychodziłem.

— Nie widzieliście sakiewki? — pyta ojciec dzieci. Szolem zaś odpowiada za wszystkich: — Jaką sakiewkę?

Rzadko kiedy ojciec wpada w złość. Tym razem nie może już powstrzymać się i ostro naciera na swego pupilka. Przedrzeźnia go:

— Jaką sakiewkę? I co powiecie o tym naiwnym durniu? Od samego rana słyszy „sakiewka, sakiewka” i jeszcze pyta, jaka sakiewka? — A zwracając się do Wolfsona, tato powiada: — A ile tam forsy było u pana w sakiewce?

— Nie chodzi tu o pieniądze — odpowiada Wolfson w swoim litwackim dialekcie. — Tu chodzi o sakiewkę! Dopiero dziś rano miałem ją w ręku. Z domu wcale nie wychodziłem. Nie wychodziłem.

Nie, na razie nie pora dowiadywać się, ile forsy jest w sakiewce. Szolem nie jest taki głupi, aby teraz, gdy jest gorąco, iść do stodoły i grzebać w sakiewce. Stać go na to, aby odłożyć to na jutro lub pojutrze. Tymczasem trzeba się wziąć do książek, powtórzyć geografię i historię. Wykuć na blachę. Zrobić kilka zadań z geometrii... Nieboraczek, Bogu ducha winien. A tu w domu kotłuje się!

Służącą już zwolniono z pracy. Macocha piekli się. Cały dom na kółkach. Wszyscy szukają sakiewki. Szolem wraz z nimi. Co jednak spojrzy na twarz ojca, serce mu się ściska. Nie może znieść widoku ojca przytłoczonego nieszczęściem. Nie może słuchać, jak on wzdycha i stęka. I teraz dopiero złodziej zdaje sobie sprawę z tego, co uczynił. Ogarnia go żal i skrucha. Jest wściekły na zły instynkt, który nakłonił go do tego grzechu, który pchnął go na śliską drogę.

Godziny wlokły się jak lata. Dzień wydawał się nie mieć końca. Ledwo doczekał się wieczoru, aż tumult ucichł i troski powszednie o chleb i zarobki zepchnęły na krótko harmider spowodowany kradzieżą na plan dalszy. Wtedy złodziejaszek wybiegł na podwórko, a stamtąd przedostał się do drewutni. Powoli wyciągnął z ukrycia sakiewkę, otworzył ją, zajrzał do środka... A tam spoczywała stara, wytarta moneta sprzed wielu, wielu lat. Kiedyś miała wartość dziesięciu kopiejek, a dziś nie ma już żadnej. Nikt jej dzisiaj do ręki nie weźmie! Sama sakiewka też nie ma wartości. Pomarszczona i pożółkła jak twarz babci. Wstręt, okropność. No i warto było dla takiego paskudztwa popełnić brzydki uczynek? Naruszyć jedno z dziesięciorga przykazań: „Nie kradnij”?

Ledwo zdążył wrócić do domu, a już macocha poleciła mu zanieść samowar do pokoju gościa. Gość, a był nim Wolfson, miał pewien nawyk. Ilekroć wnoszono do jego pokoju samowar, zacierał z uciechy ręce i zawodząc śpiewnie wygłaszał rymowane zdanie: — Samowar od matki, więc napijmy się herbatki. — A teraz dodawał: — I co słychać? Sakieweczki wciąż nie ma? — Mówiąc to zaglądał Szolemowi w oczy. Nie można było wytrzymać. Wyczuwało się w jego słowach i w spojrzeniu utajoną ironię. A może Szolemowi tak się tylko wydawało? Jest takie porzekadło: „Wie kot, czyje mięso zjadł”. Albo inne: „Na złodzieju czapka gore”. W każdym razie złodziej w owej chwili nienawidził Wolfsona z całego serca. Nie mógł znieść jego litwackiej twarzy i litwackiego narzecza: „sak’eweczka”. W głębi swego serca straszliwie go przeklinał. Ale co zrobić z pechową sakiewką? Co będzie, jeśli ktoś znajdzie ją ukrytą wśród drzewa? Gdyby nie wymówili pracy sziksie, to najlepszym wyjściem byłoby podrzucenie sakiewki. Teraz jednak, gdy służącą wypędzono, podejrzenie może paść na dzieci.

Szolem długo nie mógł zasnąć. Nie mógł uwierzyć, że to nie sen. Zły sen. Czyżby to było prawdą? Czyżby był złodziejem? I oblewają go poty. Jak nisko może upaść człowiek. I co będzie dalej? Wreszcie zasypia. Plączą mu się we śnie sakiewki. Sakiewki nie są wcale sakiewkami. To żywe stworzenia. Jakieś oblazłe, żółte, pomarszczone. Zimne i mokre. Jak żaby. Ruszają się. Pełzają mu po ciele. Włażą pod kołnierz. Pod pachy. Brr! Budzi się. Zagląda pod kołdrę. Obmacuje się. Dzięki Bogu, to tylko sen. Dobrze, ale jak pozbyć się sakiewki? Nie ma innej rady, jak tylko podrzucić ją w takim miejscu, gdzie ptak jej nie zobaczy. Gdzie jest takie miejsce? Może ją wrzucić do ogrodu sąsiada? Może na cmentarz? A może podrzucić w bóżnicy, w części przeznaczonej dla kobiet? Nie! Najlepiej z mostu do rzeki. Koniecznie w sobotę. I tak też się stało.

Jest sobota w południe. Koniec lata. Na dworze jeszcze ciepło. Chłopcy i dziewczęta spacerują bez płaszczy. Dziewczęta trzymają parasolki. Wśród spacerowiczów znajduje się też nasz bohater z sakiewką. Leży ona głęboko schowana w jego kieszeni. Pełno w niej teraz kamyczków. Gdy rzuci ją do wody, będzie miał pewność, że pójdzie od razu na dno. Szkopuł jednak w tym, że na moście roi się od przechodniów. Jemu zależy przecież na tym, aby nikt nie zauważył. Kręci się więc tam i z powrotem. Zagląda każdemu w oczy. Gotów jest przysiąc, że wszyscy jakoś dziwnie patrzą na niego. A może mu się tylko tak zdaje? Wciąż ta sama śpiewka: „Na złodzieju czapka gore”. Ale oto Bóg ulitował się nad nim. Dotarł do słupa, na którym opiera się przęsło mostu. Przechylił się całym ciałem przez poręcz, niby to obserwując wodę. Jakby zauważył w tej wodzie jakieś dziwy. Ręką namacał kieszeń, w której leżała przeklęta sakiewka. Poczuł obrzydzenie. Miał wrażenie, że trzyma jakieś żywe, wstrętne stworzenie. Powolutku wyciągnął ją z kieszeni i plusk w wodę. Nie ma już sakiewki. Tam, gdzie sakiewka wpadła do wody, pojawiło się kółeczko. Kółeczko rozszerzało się. Tymczasem pojawiły się nowe kółeczka. Szolem nie był w stanie oderwać wzroku od miejsca, w którym utonął jego grzech i pogrzebana została na wieki jego tajemnica. Nagle obudził go melodyjny, piękny głos. Jednocześnie do jego uszu dotarł słodki śmiech.

— Co, rybki pływają? Cha, cha! Czy dlatego pan tak długo wpatruje się w wodę?

Odwraca głowę i widzi córkę kantora w towarzystwie przyjaciółki.

— Panie tu stoją już od dłuższego czasu?

— Cały czas. Cha! cha! cha!

I obie wybuchają śmiechem. Dla nich to tylko śmiech, ale Szolema pożera strach, czy aby nie zauważyły jego uczynku.

Głupi chłopak. Niepotrzebne obawy. Oczekiwało go inne zmartwienie, którego się nawet nie spodziewał. Sądzone mu było przeżyć, jak wnet się przekonamy, nowy dramat pod tytułem Córka kantora.