70. Życie na wsi
Wieś Zofiówka. Autor poznaje okolicę. Trzech dobrych Żydów. Nauczyciel i uczennica stają się sobie bliscy niczym brat i siostra. Wśród książek, w polu i u sąsiadów
Wieś, do której sprowadzony został autor tej opowieści, należała do hrabiego Branickiego. Nazywała się Zofiówka. Szolem przybył tu w charakterze nauczyciela. Przyjechał na krótko, a został na zawsze. Tu znalazł swój drugi dom rodzinny. Tu, jak się przekonacie, znalazł swoje szczęście i tu zapadła ostateczna decyzja w sprawie jego dalszego życia. Tymczasem jako korepetytor spędził na wsi niemal trzy lata. Te trzy lata trzeba zaliczyć do najlepszych, najpiękniejszych i najszczęśliwszych w jego życiu. Można powiedzieć, że była to prawdziwa wiosna jego życia. Wiosna we wszystkich jej przejawach. Tu miał okazję bliżej poznać przyrodę, boży świat i bożą ziemię. Ziemię, z której wszyscy wyszliśmy i do której wrócimy. Tu dostrzegł, zrozumiał i poczuł, że nasze miejsce jest na łonie natury, a nie tam, w mieście. Tu doszedł do wniosku, że jesteśmy częścią składową wielkiego świata przyrody, że zawsze tęskniliśmy i będziemy tęsknić za matką-ziemią. Zawsze kochaliśmy i nigdy nie przestaniemy kochać otaczającego nas świata. Wieś pociągała nas zawsze i myślę, że tak już to pozostanie. Sądzę, że mój wielkoduszny czytelnik wybaczy mi ten krótki wstęp. Gdy powracam do wsi, trudno mi powstrzymać się i zataić moje uczucia z nią związane. A teraz, gdy już wyjawiłem je, przechodzę do opisania tej wsi. Chcę dać dokładny obraz szczęśliwego wiejskiego życia.
Nasz nauczyciel spał w dużym, jasnym pokoju, przy zamkniętych okiennicach. Obudziwszy się wczesnym rankiem, jednym pchnięciem otworzył okno wraz z okiennicą. Snop światła wdarł się do pokoju. Wraz z nim napłynęło ciepłe od słońca powietrze. Miało w sobie zapach rezedy zmieszanej z miętą i aromat przeróżnych zielsk, których nazw nawet nie znamy. Rośliny te zasiał kiedyś hrabia Branicki. Obecnie rosną one dziko wraz ze zwykłym burzanem i pokrzywą. W połowie lata zielska osiągały taką wysokość, że nauczyciel i uczennica w czasie spaceru tonęli po prostu w ich gęstwinie. Rośliny sięgały im po szyję. Mogli doskonale bawić się w chowanego.
Raptownym otwarciem okna Szolem spłoszył rozgdakaną kurę i jej rodzinę. Wnet jednak powróciła i zaczęła grzebać w śmietniku, dając przy tym lekcję swoim pisklętom, jak należy szukać i wybierać to, co nadaje się do jedzenia.
Poranna toaleta i mycie nie zabiera dużo czasu. Jest jeszcze wcześnie. Gdy jednak Szolem wychodzi ze swego pokoju, nie zastaje już nikogo. Stary Łajew od dawna jest już w gumnie244, skąd dochodzi warkot młockarni. Jego żona zajęta przy indykach, gęsiach, kaczkach i innym ptactwie domowym. Prawdziwe królestwo drobiu. Z szerokich pól woły ciągną powolutku wozy ze zżętym zbożem. Gołym okiem można dostrzec widniejące w dali łany pszenicy. Sporo już skoszono. Sterty związanego w snopy użątku leżą na polu. Wiele zagonów lśni jeszcze zielenią i kołysze się w podmuchach lekkiego wiatru. Za łanami zboża w równych rzędach zielenią się liście buraków. Wśród nich w rzadkich odstępach, pojedynczo, rosną słoneczniki. Wysokie, w żółtych czapach niby żołnierze na warcie. Ptaki lubią słoneczniki. Wydziobują z nich, jedna po drugiej, białe jeszcze, ale już słodkie pestki. Za buraczanym polem szumi młoda gęsta dąbrowa, zwana Turczyną. W czasach, gdy majątek należał do magnatów, chodziło się do lasu na polowanie. Teraz należy on do Żyda, bezbronne zające i Bogu ducha winne ptaszki mogą zatem spać spokojnie. Żydzi nie polują. W inny sposób korzystają z dobrodziejstw lasów. Stary Łajew wywiózł z lasu sporo drewna, z którego zbudował stodoły i stodółki, magazyny i magazynki, spichlerze na zboże i obory dla krów i wołów, stajnie dla koni, wozów i sań.
Lekcje odbywały się zaraz po śniadaniu. Potem nasz korepetytor odbywał spacer po ogrodzie. Czasem sam, a czasem razem z uczennicą. Trudno powiedzieć, kiedy ogród jawił mu się w najpiękniejszej krasie. Czy w okresie świąt Szawuot, gdy drzewa były w rozkwicie, czy też wtedy, gdy porzeczka zaczęła się czerwienić, a agrest żółcić. A może znacznie później, pod koniec lata, gdy jabłka spadały z drzew i spóźnione okrągłe śliwki błyskały wśród gałęzi. O każdej porze roku ogród zachwycał swoim powabem i wdziękiem. O każdej porze roku nauczyciel ze swą uczennicą odkrywali w ogrodzie coś nowego. Może to być agrest. Nie szkodzi, że jeszcze zielony i kwaśny jak ocet. Fraszka, że przy zrywaniu można sobie pokłuć palce. Zrywają te owoce, które są największe, te, które zwisają w dół prześwietlone przez słońce. Cóż dopiero, gdy porzeczki napełniają się czerwonym sokiem i mienią się kolorami tęczy w promieniach słońca! Proszą się po prostu, aby je skosztować. Kiść po kiści. Kosztują więc, próbują, aż zęby cierpną. To samo powtarza się z czereśniami, wiśniami i innymi owocami, dojrzewającymi w różnych porach. Prawda, są to owoce, które można kupić również w mieście. Można je z łatwością nabyć za pieniądze. Nie mają jednak wtedy tego smaku i tego zapachu. Zwłaszcza gdy się je zrywa wprost z drzewa w towarzystwie miłej dziewczyny; w towarzystwie dziewczyny, dla której jesteś miły, drogi, kochany jak własny brat...
I nie mogło być inaczej. Przecież jej ojciec i matka traktowali młodego nauczyciela jak własnego syna. W ich stosunku do własnych dzieci i do Szolema nie było żadnej różnicy. Korzystał więc ze wszystkich dobrodziejstw zamożnego domu. Opływał w dostatki. Nie znał, co to bieda. Nie miał żadnych kłopotów pieniężnych. Nikt w tym domu nie wiedział, co znaczy pieniądz. Nie chodzi o to, że nie było tam pieniędzy. Wprost przeciwnie. Pieniędzy było w bród, ale oprócz starego Łajewa nikt nie znał ich wartości. Nikt nie odczuwał ich braku. Wszystkiego mieli pod dostatkiem. Jadła, napojów, odzieży i powozów do podróży. A wyjeżdżało się z fasonem! Na każdym kroku służący. Mieli do swojej dyspozycji ludzi i konie o każdej porze dnia i nocy. Gdy zajeżdżali do wsi, chłopi zdejmowali przed nimi czapki i nisko się kłaniali. Prawdziwi wysoko urodzeni hrabiowie nie mogli czuć się swobodniej.
Z roboty stary Łajew wracał cały pokryty pyłem, słomą i ostami. Zdejmował wtedy wysokie buty z cholewami, mył się dokładnie i natychmiast zmieniał się nie do poznania. Zupełnie inny wygląd. Siadał przy biurku i zaczynał przeglądać pocztę dostarczaną codziennie przez umyślnego chłopaka, który wyprawiał się po nią konno do stacji Baranie Pole. Po przejrzeniu poczty Łajew wołał nauczyciela i kazał mu odpisywać na listy. Szolem wykonywał zleconą pracę bardzo dokładnie. Ze starym rozumiał się w pół słowa. Tajniki korespondencji miał w małym palcu. Stary nie miał w zwyczaju dwa razy powtarzać tego samego. Chciał, by go pojmowano w lot, jeszcze nim dokończy zdania. Sam pracowity, cenił tych, którym praca się paliła w rękach.
Po załatwieniu korespondencji siadano do stołu. Rzadko bywało, aby przy stole nie było osób spoza kręgu domowników. Do wspólnego posiłku siadali często goście. Byli to sąsiedzi, dzierżawcy albo kupcy, którzy przyjechali po pszenicę, owies, jęczmień lub inne zboża. Przy stole panowała ostra dyscyplina. Nikt nie odważył się podnieść głosu. Tylko stary grzmiał jak dzwon. Nigdy nie brakło mu tematów. Na każdą okazję miał stosowną przypowieść, właściwy przykład i trafne powiedzonko pobudzające biesiadników do śmiechu lub refleksji. Nie było drugiego, który by z równym talentem umiał opowiadać, naśladować i parodiować. Robił to z genialną wprost precyzją. Jednak w świecie Żydów uchodził Łajew za co najmniej osobliwego człowieka. Ot, cudak w móżdżek kopnięty. Mimo to kupcy lubili z nim handlować. Bowiem jego słowo było święte. Jeżeli nawet zapłacili za zboże trochę drożej, to z całą pewnością nie żałowali tego. Nie wchodziły tu w grę jakieś z góry ustalone zasady. Wynikało to po prostu z wrodzonej uczciwości Łajewa, który nie znał krętactwa i fałszu. W środowisku kupieckim taki człowiek uchodzi zwykle za wariata, a mimo to wszyscy kupcy chcieli z nim prowadzić interesy, nie zaś z kimś bardziej „normalnym”.
Po posiłku pozostają przy stole tylko stary Łajew i jego goście. Toczą się wtedy konkretne rozmowy, załatwia się sprawy handlowe. Młody korepetytor zabiera się do lekcji z uczennicą. Studiują, piszą, ale głównie czytają. Czytają wszystko, co popadnie. Bez wyboru, bez systemu, bez z góry narzuconej koncepcji. Najczęściej czytają powieści. Czytają utwory największych klasyków: Szekspira, Dickensa, Tołstoja, Goethego, Schillera, Gogola. Wraz z nimi czytają również najgorsze, kiczowate powieścidła: Eugeniusza Sue, Xaviera de Montépin, Acharda Van Badena i wielu innych francuskich pisarzy bulwarowych. Naczytawszy się do syta, wychodzą w pole popatrzeć na pracę żniwiarzy. Na widok zboża układanego w snopy ogarnia ich chętka, aby zakasać rękawy i też zabrać się do pracy. Okazuje się jednak, że stać z boku i obserwować, jak inni koszą i zbierają, jest znacznie łatwiej, aniżeli samemu schylać się, kosić i zbierać. Od patrzenia człowiek się nie męczy i nie dostaje odcisków na dłoniach. Za to nabiera apetytu.
Po powrocie do domu sięga się więc po zsiadłe mleko i czarny razowy chleb. Po czym następuje przechadzka po ogrodzie. Można też kazać Andriejowi zaprząc powozik i wyruszyć na objazd dzierżaw i arend. Do Guzyfki, Krytohorbów i Zakuteńca. Można też pojechać do Baraniego Pola, do naczelnika poczty, pana Malinowskiego. Wszędzie człowiek spotyka się z serdecznym przyjęciem, uważany jest za miłego gościa. Na stole samowar i konfitury. U Malinowskiego znajdzie się zaraz butelka wódki, którą naczelnik poczty kieliszek po kieliszku sam wypija do dna. Malinowski to goj, który uwielbia gorzałkę. A jeśli nie do Malinowskiego, to można wpaść do Dodiego, ekonoma, który mieszka na tym samym podwórzu co gospodarz. Tam, u Dodiego, w jego małym mieszkaniu jest zawsze wesoło. A to, co możesz zjeść u Dodiego, tego nie dostaniesz w domu Łajewa. Na przykład młody czosnek ze szczawiem. To jest specjał małżonki gospodarza. Albo solone ogóreczki prosto ze słoja i ziemniaki w mundurkach. Słodkie głąby kapusty, którą żona ekonoma poszatkowała na kiszenie. Można się napić kwasu jabłkowego, który smakuje jak napój bogów. Pani domu była uszczęśliwiona tymi wizytami. Jednak szczęśliwszy był Dodi. Wprost w siódmym niebie. Sam Dodi jest zresztą indywidualnością zasługującą na specjalny rozdział, poświęcony tylko jemu.