74. Pierwszy wyjazd

Kijów. Wielkie gwiazdy haskali. Obława w domu zajezdnym. Hebrajski poeta Jehalel. Autor książki „Zapiski Jewreja” i preferansik. Szolem dociera do poety i doznaje chłodnego przyjęcia

Dokąd jedzie bezdomny młodzieniaszek, który chce coś osiągnąć? Do wielkiego miasta. Duże miasto to miejsce, do którego podąża każdy człowiek poszukujący jakiegoś zajęcia, posady, stanowiska. Dokąd uda się młody człowiek, gdy stracił posadę albo zniechęcił się do swojej żony? Gdy pokłócił się z teściami, z własnymi rodzicami albo rozszedł się ze wspólnikiem? Do wielkiego miasta. Ktoś usłyszawszy, że na giełdzie robi się ze śniegu gomółki i z tego są kokosy, co czyni? Jedzie do wielkiego miasta. Duże miasto ma w sobie siłę magnetyczną, która przyciąga i już nie puszcza. Miasto wciąga jak bagno. Spodziewacie się tam znaleźć to, czego szukacie?

Owym wielkim miastem dla naszego bohatera był przesławny, święty Kijów. Właśnie tam się udał. Czego właściwie pragnął? Do czego dążył? Tego nie da się określić, ponieważ sam jeszcze w głębi swojej duszy nie znał właściwej odpowiedzi. Ciągnęło go do wielkiego miasta, tak jak dziecko ciągnie do blasku księżyca.

W wielkim mieście są wielcy ludzie. Są jak gwiazdy, które opromieniają naszą ziemię jasnym blaskiem niezmierzonych przestworzy niebiańskich. Są nimi słynni maskile, sławni pisarze i z łaski Bożej poeci, których nazwiska tak pięknie brzmiały w uszach tych — no, jak ich mam nazwać? Powiedzmy: „młodych pędów haskali”. Te młode pędy haskali to uczciwi młodzieńcy, niewinne chłopaki. Była to pierwsza wyprawa naszego bohatera w szeroki świat. Pierwszy wjazd do wielkiego miasta. Stanął w domu zajezdnym o nazwie „Stancja reb Altera Kaniewera”. Zajazd mieścił się w niżej położonej dzielnicy miasta, zwanej Padoł. W tej dzielnicy wolno było przebywać Żydom. Powiadam, że wolno, ale muszę natychmiast coś dodać, żebyście nie pomyśleli, broń Boże, że wszystkim Żydom. Co to, to nie. Tam mogą mieszkać Żydzi mający tak zwane prawo żitielstwa, na przykład rzemieślnicy, subiekci sklepów pierwszej gildii, żołnierze mikołajewscy oraz tacy, którzy mają dzieci w gimnazjach. Pozostali Żydzi trafiają tam jakby przypadkiem na krótki termin. Są w ciągłym strachu. Przebywają z łaski dozorcy domu, pana administratora, pana prystawa. I to też do czasu. Do obławy, czyli nalotu na żydowskie domy zajezdne, dokonywanego zazwyczaj w nocy przez żandarmów i żołnierzy. W ich języku nazywa się to rewizja. Gdy wyłapują „kontrabandę”, czyli Żydów bez prawa żitielstwa, pakuje się ich jak zwierzęta do komisariatów policji, po czym wyprowadza z wielką pompą z miasta. To znaczy, wysyłają ich etapem razem ze wszystkimi złodziejami do miejscowości, gdzie są zameldowani na stałe. To jednak nikogo nie powstrzymuje od przyjazdu do Kijowa. Jak powiada przysłowie rosyjskie: „Kto się boi wilka, nie powinien chodzić do lasu”. Mają wprawdzie ludzie pietra przed obławą, ale walą do Kijowa. O to, aby obława albo rewizja przeszła gładko, martwi się już właściciel zajazdu. Dba, by nie nakryto go, broń Boże, na przechowywaniu „kontrabandy”, na udzielaniu gościny Żydom nie mającym prawa zamieszkania w Kijowie. Jak to robi? Bardzo prosto. Właściciel zajazdu wie, gdzie i kogo ma posmarować. Z góry więc już zna datę rewizji i ma na to radę: „trefny towar” zostaje upchany. W piwnicy, na strychu, w szafie na ubrania, w jakiejś skrzyni albo w takim miejscu, gdzie nikomu nie przyjdzie na myśl szukać. Najzabawniejsze, że ludzie, którzy ukrywali się w tych zakamarkach, po ich opuszczeniu od razu pokpiwali sobie z całej tej afery. Mieli prawdziwy ubaw i cieszyli się jak dzieci podczas zabawy w chowanego. W najgorszym wypadku tylko lekko wzdychali mówiąc: — Nic strasznego. Przeżyliśmy już gorsze czasy i gorszych Hamanów.

Autor niniejszych wspomnień miał zaszczyt i przyjemność przy pierwszym swoim przyjeździe do świętego miasta Kijowa leżeć oraz przeżywać emocje wespół z kilkoma innymi Żydami na strychu u właściciela stancji reb Altera Kaniewera. Działo się to pewnej ciemnej nocy zimowej. A ponieważ obława była nagła i zaskoczyła wszystkich, więc mężczyźni, za przeproszeniem, nie zdążyli założyć spodni, a kobiety dessous249. Szczęście, że tym razem rewizja trwała krótko. Inaczej zamarzliby na śmierć w słomie na strychu. Radość za to była ogromna, gdy reb Alter Kaniewer, właściciel zajazdu, postawny Żyd z białą brodą, odwołał alarm jakimiś dziwnymi, rymowanymi zwrotami: — Żydzi-gnomy! Wyłaźcie ze słomy! Po czartach ni widu, ni słychu! Zejdźcie ze strychu!

Wielki strach zamienił się w wielką radość. Podano samowar, pito herbatę, zajadano się suchymi obwarzankami. Opowiadano sobie cuda o niedawno przebytym strachu. Co najmniej równe cudowi wyjścia Żydów z Egiptu. Radość została jednak wkrótce zmącona, bowiem reb Alter Kaniewer nałożył na wszystkich swoich gości coś w rodzaju kontrybucji, po pół karbowańca na głowę. Miało to pokryć jego wydatki związane z rewizją. Protesty kobiet nie odniosły żadnego skutku. Twierdziły one, że nie powinny płacić, gdyż nie przybyły tu ani dla przyjemności, ani dla interesów, ale po to, aby się leczyć u profesora.

I zaczyna się gadka na temat lekarzy i profesorów. Każda relacjonuje przebieg swojej choroby i opowiada, do którego profesora przyjechała. Okazuje się, że wszystkie chcą się dostać do tego samego profesora i wszystkie chorują na tę samą chorobę. Dziw tylko bierze, że pomimo jednoczesnego szwargotu wszystkich bab naraz, każda potrafiła dosłyszeć słowa drugiej. Niektóre sceny z owej nocy wykorzystał potem autor tych wspomnień w jednym z pierwszych jego utworów pt. Pierwszy wyjazd (historia o tym, jak dwa ptaszki wylatują po raz pierwszy w świat boży).

W taki to sposób spędził nasz bohater pierwszą noc w świętym mieście Kijowie. Nazajutrz rano wyszedł na miasto, aby pokazać się wielkim gwiazdom jaśniejącym na firmamencie literatury żydowskiej, to jest naszym maskilom, poetom. Dotychczas znał tylko jednego z nich, a mianowicie hebrajskiego poetę, który zasłynął pod nazwiskiem Jehalel. Próbował dotrzeć do niego i to mu się udało. Nie tak łatwo jednak, jak byśmy to sobie wyobrażali. Dopytując się o poetę usłyszał, że w Kijowie mieszka pewien milioner nazwiskiem Brodzki. Tewje Brodzki miał na Padole młyn. W tym młynie było biuro, a w biurze pracowali różni ludzie. Wśród tych ludzi jest kasjer, który nazywa się Lewin. Ten właśnie Lewin jest owym sławnym poetą Jehalelem. W tym miejscu zaczyna się ta historia.

Nie każdy ma swobodny dostęp do młyna Brodzkiego. Może tam być dopuszczona tylko osoba mająca jakiś związek z pszenicą albo mąką. — A pan do kogo? — Do sławnego poety Jehalela. — Nie ma tu takiego. — Znalazł się nawet jakiś makler zbożowy, który pozwolił sobie na niewybredny dowcip. Z głupia frant zapytał: — Czy dziś jest Rosz Chodesz250, że pan odmawia Halel251?

Bóg uczynił cud, bo oto zjawił się naraz Żyd długi, chudy, o cienkim nosie na pomarszczonej twarzy i o żółtych pniakach zamiast zębów. Był w podartym ubraniu, nosił duży parasol z szarego płótna żaglowego, a na głowę włożył taki „kopnięty” kapelusik. Miał w sobie coś ze sławnego na całym świecie poety Jehalela zatrudnionego w młynie Brodzkiego. Dowiedziawszy się, kogo młodzieniec szuka, bez słowa wziął go za rękę i wprowadził do środka. Tam nasz Don Kichot postawił w kącie swój wielgachny parasol, zdjął wierzchnie okrycie i pozostał w krótkiej marynarce z wytartymi na łokciach rękawami. Gdy tak stał na swoich pałąkowatych nogach, Szolem pomyślał, że gdyby nie były one zgięte, nasz poeta-buchalter byłby jeszcze wyższy. Już po pierwszej zdawkowej wymianie słów typowej dla ludzi, którzy dopiero się poznali, długi buchalter urósł w oczach młodzieńca co najmniej o dwie głowy. Dlaczego? Okazało się, że nasz Don Kichot zna osobiście człowieka, który dla naszego bohatera był wówczas uosobieniem anioła. Autora książki Zapiski Jewreja, Bogrowa. Z tym Bogrowem buchalter był w dobrej komitywie. Pracowali kiedyś razem w banku w Symferopolu.

— A więc jak to? Pan zna osobiście wielkiego Bogrowa? — W pytaniu ciekawskiego młodzieńca pobrzmiewał zachwyt.

— Człowieku, przecież mówiłem panu, że razem pracowaliśmy w banku, w Symferopolu, a pan jeszcze pyta.

— I pan osobiście z nim rozmawiał?

— Tak jak teraz z panem. Nie tylko, że rozmawiałem, ale też grałem w karty, w preferansa. A w karty Grigorij Isakowicz lubi grać. Jeszcze jak lubi. To znaczy nie hazardowo. Karciarzem bynajmniej nie jest, ale pograć sobie w preferansika lubi. Dlaczegóż by nie? Lubi, ojej, jak lubi!

Buchalter podnosi swoją suchą, kościstą rękę. Marszczy już i tak pomarszczoną twarz, wykonuje kolisty ruch w powietrzu koniuszkiem swego nosa i ukazuje żółte pniaki zębów. Ma to oznaczać, że się uśmiecha. Natychmiast jednak poważnieje. Patrzy przez swoje grube okulary gdzieś w dal, drapie się pod kołnierzykiem i z szacunkiem zaczyna mówić o Bogrowie.

Grigorij Isakowicz, wielki człowiek! Łatwo powiedzieć Grigorij Isakowicz... To bardzo wielki człowiek. O ile większy od waszego sławnego poety Jehalela. Ten jest malutki. Ot, taki malutki... Ależ zupełnie, zupełnie malutki! Ręką pokazuje na podłodze, jaki malutki jest Jehalel. W tym momencie otwierają się drzwi i wchodzi mały, lecz tęgawy człowieczek o nieco skośnych oczach i z pokaźnym brzuszkiem. Na pierwszy rzut oka wygląda w porównaniu z naszym suchym i długim Don Kichotem na Sancho Pansę, adiutanta Don Kichota. Bez słowa powitania przebiegł i zniknął w drzwiach następnego pokoju.

— To właśnie jest ten wasz poeta Jehalel. Może pan wejść do niego w każdej chwili. Niewielki z niego pan. — Z tych słów oraz z poprzedniego porównania poety z wielkim Bogrowem łatwo było wywnioskować, że buchalter żyje z kasjerem jak kot z myszą. Mimo to poeta nie stracił w oczach swego młodego wyznawcy niczego ze swego blasku. Z drżącym sercem przekroczył próg jego pokoiku i przejęty, z szacunkiem stanął przed obliczem poety. Sławny poeta stał z założonymi na piersiach rękami, w pozie przypominającej Aleksandra Puszkina lub co najmniej Józefa Lenbensona. Poeta był widocznie w nastroju podniosłym, bo kręcił się tam i nazad po pokoju, cały czas trzymając ręce na piersiach i nie zwracając zbytniej uwagi na wielbiciela swego talentu. Ledwo raczył odpowiedzieć na jego pozdrowienie. Zmierzył go przy tym złym spojrzeniem swoich skośnych oczu. Nie poprosił, żeby usiadł i nie zapytał nawet o nazwisko. Naiwny wielbiciel był przekonany, że wszyscy poeci tak postępują, że Aleksander Puszkin też nie odpowiedziałby na słowa powitania. Trzeba przyznać, że sterczenie przy drzwiach niczym bałwan nie było w smak naszemu bohaterowi, ale nic nie poradzisz. Nie można tego mieć za złe poecie. Przecież nie jest zwykłym zjadaczem chleba! Przecież jest poetą! W kilka lat potem, gdy naiwny wielbiciel sam został pisarzem i nie tylko pisarzem, ale też redaktorem rocznika „Żydowska Biblioteka Ludowa”, i poeta przywiózł mu felieton do druku, dawniejszy jego wielbiciel a obecny redaktor Szolem Alejchem przypomniał mu scenę ich pierwszego spotkania. Poeta trzymał się za boki. Śmiali się do rozpuku.

Wtedy jednak młodemu entuzjaście nie było do śmiechu. Można sobie wyobrazić, z jakim sercem wyszedł wówczas od poety. Nie było to jednak ostatnie jego zmartwienie w Kijowie. Prawdziwe zmartwienia, które miał przeżyć w czasie swego pierwszego przyjazdu do Kijowa, dopiero się zaczynały.