(Dzieje jednego dokumentu)
W przedmowie mojej do Dzieł Mickiewicza zaznaczyłem przyczyny, dla których Mickiewicz nigdy prawie nie należał u nas do „normalnej” historii literatury, a przynajmniej był w niej na odrębnych prawach. Jest to zupełnie zrozumiałe. „Trzeba było z Mickiewicza czynić świętego, to było w interesie narodu”, tak ujęto tę rzecz w toku świeżej dyskusji. W poprzednim artykule stwierdziłem z kolei reakcję, jaką wywołała ta moja przedmowa, oraz sprzeciwy, jakie padły z wielu i tak różnych obozów literackich. „Mickiewicz powinien pozostać dla nas posągiem z brązu”, orzeczono. Bardzo pięknie. Równocześnie jednak legion uczonych prowadzi drobiazgowe badania nad Mickiewiczem, szpera za najmniejszym strzępem dokumentu, etc. Jak pogodzić jedno z drugim, jak połączyć brąz z życiem, świętość ze swobodą badań i prawem krytyki? „Naród ubóstwił Mickiewicza... Nie można Mickiewicza jako człowieka brać pod mikroskop... Są ludzie, których czcimy, chociaż nie pojmiemy ich nigdy...” oto elokwencja iście „obchodowa”, dziwna cokolwiek w piśmie — jak „Pamiętnik Warszawski” — poświęconym literaturze. Bo jak połączyć to stanowisko z istotą nauki, która szuka jedynie prawdy i nie może przyjąć ani frazesowych uproszczeń, ani z góry narzuconych konkluzji?
Z tego stanu wynika, zdaje mi się, sprzeczność: mianowicie że jedną drogą idą oficjalne frazesy kultu, a drugą — dość nieśmiało — krytyczne badania; nie łączy się tych dwóch rzeczy razem, nie stapia się ich w jedno. Dokumenty zostają w zakrystii, a msza odprawia się przy ołtarzu. Dlatego ze wszystkich naszych pisarzy Mickiewicz jest postacią najmniej może znaną. Raz po raz, kiedy się trafi na współczesne świadectwa, uderzają rysy, niemające nic wspólnego z tradycjonalnym posągiem. Co jest pomniejszaniem, a co powiększaniem, co jest ożywianiem, a co utrupianiem poety, to kwestia, która niech pozostanie sporną, skoro nie możemy się co do tego pogodzić; na razie poprzestańmy na stwierdzeniu, że szereg przyczyn składał się na to, aby pisarz ten był najwięcej badany, a najgorzej poznany.
Dziś pozwolę sobie posunąć się jeszcze dalej i wskazać na szczególną okoliczność, dla której wiedza nasza o Mickiewiczu już u samych podstaw musiała być skrzywiona i upośledzona.
Zważmy, jakimi kolejami idzie zazwyczaj poznanie człowieka i pisarza. Umiera wielki pisarz: dzieje się rozmaicie, puścizna jego — skupiona lub rozproszona — dostaje się w ręce mniej lub więcej powołane. Od tych rąk zależą często losy pośmiertne pisarza. Długi czas upłynął, zanim Norwid znalazł Miriama, który jeszcze nie uporał się ze swoją pracą. Słowacki trafił na Małeckiego, który jeszcze tyle zostawił do roboty swoim następcom. Stendhal miał Stryjeńskiego. Puścizna Balzaka rozproszyła się na cztery wiatry, trzeba było całego życia Spoelbercha de Lovenjoul — i jego środków — aby ją zgromadzić; a dzieło Lovenjoula prowadzi dalej z jakimż oddaniem Marceli Bouteron.
Ileż trudu, czasu, pochłania zebranie dokumentów, listów, współczesnych świadectw! Powstają całe „kluby” wielbicieli pisarza — Stendhal, Balzak, Goethe — dzielących między siebie ogrom pracy, powstają specjalne pisma. Tak np. wychodził we Francji długo „Le Molieriste”, aż wycisnął wszystką wiedzę faktyczną, jaką można było zdobyć o pisarzu; tak wychodzą dziś „Cahiers balzaciens”. Ledwo Proust zamknął oczy, już powstały „Les Cahiers Marcel Proust”. I w miarę przybywania coraz to nowych faktów, rewelacji, oświetleń, wstaje przed oczyma każdego pokolenia wciąż nowy i wciąż fascynujący — nie posąg z brązu, ale żywy człowiek.
Takie przygotowawcze prace i badania muszą mieć za przewodnią gwiazdę jedno: bezinteresowność naukową. Zebrać wszystko, nic nie uronić, ocalić to, co mogłoby ulec przeinaczeniu lub zagładzie, odkopać bezwzględną prawdę spod nalotów — oto ambicja, pasja każdego badacza.
Rzecz prosta, że przychodzą tu do głosu zrozumiałe względy. Są dokumenty, które nadają się do ujawnienia natychmiast; inne, których ogłoszenie zostawia się następnemu lub jeszcze dalszemu pokoleniu; inne, które zostaną może długo w archiwach, dostępne jedynie badaczom. Jedno musi być pewne: mianowicie, że żaden dokument nie będzie sfałszowany, przeinaczony. Badacz nie ma tu innego interesu niż prawdę.
Stąd częsta sprzeczność stanowiska badacza naukowego z rodziną pisarza. Matka Słowackiego, pani Bécu, powierzając wydawcy kopie listów do niej, przeprowadziła surową cenzurę, usuwając wszystko, co chciała. Miała prawo... Nawet na oryginałach starannie wymazywała niektóre nazwiska. Z czasem, posiadłszy autografy listów, L. Meyet wydał je w pełnym tekście. Też, wedle naszych pojęć naukowych, miał prawo. To są dwa różne prawa.
Otóż, gdy chodzi o Mickiewicza, te dwa prądy splątały się z sobą w osobliwy, a niebezpieczny dla historii literatury sposób. Zważmy bowiem, jak szły te rzeczy. Rychło po śmierci poety znalazł się człowiek, który całe życie poświęcił pracy zebrania wszystkiego, co tyczyło poety. Tym człowiekiem był jego syn, Władysław. Okoliczność ta miała zalety niezmiernie cenne: rzecz prosta, że syn, wychowany w atmosferze ojcowskiego domu, świadom tradycji, stosunków, znający ludzi i sprawy, lepiej niż kto inny mógł spełnić to wielkie zadanie. Ale musiało to mieć i swoje strony ujemne. Tendencje najbliższej rodziny a interes nauki są to — jak rzekliśmy — rzeczy często bardzo różne, często wręcz sprzeczne. Co przeważy, w razie gdy zajdzie kolizja między tymi stanowiskami, łatwo zgadnąć. Nie możemy wymagać od syna, aby był bezinteresownym badaczem, wiedzionym jedynie pasją poznawania prawdy; z natury rzeczy stanie się on tym, który chciałby tę prawdę kształtować. Rola syna daje mu zarazem prawa, których nie przyznaje sobie badacz literatury. Archiwum poety jest dlań archiwum rodzinnym, w którym wykonywa3 nieograniczoną władzę. Gdy zwykły badacz wobec — przypuśćmy — drażliwego dokumentu, poprzestanie na tym, aby go nie ujawniać lub zachować do właściwego czasu, syn nie zawaha się takiego dokumentu zniszczyć; i działa w tym — w swoim rozumieniu — jako pełnomocnik nieżyjącego pisarza. Jest zatem ogromne niebezpieczeństwo, jeżeli włodarzem wiedzy o pisarzu jest jego syn; jeżeli on jest tym, w którego ręce wszyscy składają dokumenty. Komplikuje się jeszcze rzecz, jeżeli, jak w tym wypadku, działa on zarazem jako badacz naukowy.
Ale Władysław Mickiewicz był nie tylko synem i badaczem. Był to człowiek, który całą swoją treść złożył w wielkości ojca, na niej oparł wszystkie swoje ambicje; ojciec był jego dumą, jego istnieniem, jego — można by rzec — „karierą”. Zarazem był to wyznawca, Adam był jego religią. „Był u mnie Władysław; i cóż, widzę, on chce gwałtem ojca na proroka wykierować”, pisze w liście do szwagra Teofil Lenartowicz.
Pomiędzy nami mówiąc, drogi mój najserdeczniejszy — pisze znów do Darowskiego (1880) — roboty, chociaż ważne, Władysława za podstawę nie mają miłości, ale pychę i to jest źle... Podziwiam Adama jako poetę, ale go nie mam za Boga ani nawet za proroka; kocham jako patriotę, ale nie powiem, żeby był nieomylnym; oddaję cześć, ale nie upadam na kolana. Stąd, tolerowany przez pp.4 Levy i Mick. Wł., nie szczycę się ich wyraźną przychylnością...
Nazwisko Mickiewicza było dla jego syna atutem politycznym, było Pismem świętym, było orężem w rękach tego ruchliwego i ambitnego człowieka, który wszak niecałe życie był owym dobrodusznym staruszkiem opowiadającym anegdoty, jakiego znali wszyscy w Paryżu. I dodajmy jeszcze, że narodowe znaczenie poety umacniało jeszcze jego syna w tych naturalnych apologetycznych tendencjach. „Ja i Ojczyzna to jedno”, powiedział wszak wieszcz. Stąd wiedza o nim, wiara w niego stały się składową częścią patriotyzmu, a wiadomo, jak drażliwy musiał być patriotyzm w czasie niewoli.
Wszystko to są rzeczy zupełnie zrozumiałe, ale bardzo odległe od atmosfery badań naukowych. Dom Władysława Mickiewicza, jego pracownia, były kuźnią religii Mickiewicza raczej niż nauki o nim. Później, gdy nadzieje polityczne zamarły, salon sędziwego Władysława Mickiewicza w Paryżu był kryptą żałobną, gdzie paliło się wieczne światło przy ciele poety. Każdy, kto tam wszedł, miał uczucie czegoś grobowego. Charakterystyczne było, iż każdego nowego gościa uprzedzano, że byłoby wielkim nietaktem wymówić tam imię Słowackiego...
Otóż trzeba stwierdzić jedno, na co nie dość zwraca się, moim zdaniem, uwagę: mianowicie że ten warsztat Władysława Mickiewicza, tak odległy z natury rzeczy od czystych pojęć nauki, był przez długie lata centralą wiedzy o Mickiewiczu, był głównym jej archiwum. Władysław Mickiewicz rozporządzał nie tylko żywą tradycją, ale największą ilością dokumentów; on był tym filtrem, przez który przechodziło prawie wszystko.
Zaznaczam jeszcze raz, to wszystko, co mówię, to nie zarzut wobec zasłużonego człowieka, który tak godnie przepędził życie w służbie pośmiertnej wielkiego ojca. Przeciwnie, uważam za rzecz naturalną — mimo że skądinąd dla nauki jakże opłakaną! — jeżeli Władysław Mickiewicz stosował wobec dokumentów zasady rodzinne, dynastyczne, patriotyczne — w ówczesnym rozumieniu! — a nie czysto naukowe. I nie powinno nas zbytnio dziwić, jeżeli w niewydanym liście (rękopis Zakł. Nar. im. Ossol. III, 3656; z tegoż zbioru rękopisów wzięto listy Władysława Mickiewicza i pani Capelli) Artur Wołyński odmawia wręcz Władysławowi Mickiewiczowi użyczenia cennego dokumentu i pisze: „nikomu bym nie powierzył rękopisu, nawet kochanemu Panu, bo cię ludzie obwiniają, że dokumenty fałszujesz przez obcinanie i przerabianie ustępów, które ci się nie podobają, że dokumenty pożyczone do odpisania zatrzymujesz, a właścicielowi oddajesz udatne fac-similia z nadwerężonym tekstem, że w swoich publikacjach naciągasz jedne fakta, inne zupełnie pomijasz milczeniem”... Wszystko to, co byłoby najcięższą zniewagą dla człowieka nauki, jakże inaczej musi się przedstawiać, skoro ten piastun dokumentów i wiedzy o poecie jest jego rodzonym synem, a Mickiewicz nie zwykłym przedmiotem badań, ale świętą Arką narodu!
Ale trzeba nam bliżej przedstawić historię dokumentu, który wspomniałem, a historia ta może nam posłużyć za poważne memento. Dokument to w istocie pierwszorzędnej wagi; jest nim nieznany Pamiętnik Zofii Szymanowskiej, później żony Teofila Lenartowicza. Zofia Szymanowska, przyrodnia siostra Celiny Mickiewiczowej, spędziła w domu Mickiewiczów w Paryżu kilka lat i spisała pamiętnik, którego celem było — jak mówi — „zebranie wiadomości dotyczących wielkiego rodzinnego pisarza”, zwłaszcza „z pewnej zagadkowej epoki w życiu tego człowieka”. Po śmierci Zofii Lenartowiczowej pamiętnik dostał się do rąk J. I. Kraszewskiego; potem, częściowo czy w całości, znalazł się w rękach Artura Wołyńskiego, uczonego i działacza dla sprawy polskiej we Włoszech. Jakie zresztą koleje przechodził rękopis, który kilkakrotnie wędrował z rąk do rąk, trudno jest dziś ściśle określić. O istnieniu tego pamiętnika swej przyrodniej ciotki wiedział Władysław Mickiewicz i — zaniepokojony mocno jego domniemaną treścią — rozwinął wszelkie starania, aby go dostać do rąk. Miałem sposobność czytać i skopiować arcyciekawą korespondencję toczącą się dokoła tego Pamiętnika: widzimy tu niejako Władysława Mickiewicza przy robocie, widzimy jego usilność i zabiegliwość celem uzyskania dokumentów, nie zawsze — zdaje się — po to, aby je zachować i utrwalić...
Oto list Lenartowicza do Artura Wołyńskiego;
Florencja, 1 październik 1889
Szanowny i kochany panie Arturze!
W tej chwili odbieram list od p. Wł. Mickiewicza, który zatrwożony wiadomością — nie wiem skąd powstałą — o zamierzonym wydaniu przez drogiego Pana dzienniczka pozostawionego w papierach po śp. żonie mojej, Zofii, pozostałych, w którym obawia się, czy się jakie skandale ubliżające pamięci jego Ojca nie znajdują, prosi mnie i błaga, abym Szanownego i kochanego pana obligował, abyś z wydaniem się wstrzymał, dopokąd nie przejrzymy, czy tam nie ma nic takiego, co by pamięci Adama i jego rodzinie ubliżało.
Wątpię ja bardzo, abyś dzienniczek ten, u siebie zatrzymany, równie jak i listy do niej czy do mnie pisane publikował, znam bowiem zanadto dobrze twoją delikatność, że gdybyś miał podobny zamiar, pewnie byś mnie zawiadomił. Bądź, co bądź, ponieważ p. Władysław tym jest zaalarmowany, zmiłuj się, napisz mi słówko.
Oczywiście, że ja z góry, bez odpowiedzi drogiego pana wieści ogłoszenia dzienniczka zaprzeczyłem”. (Rękopisy Ossolineum).
W jakiś czas potem pisze wprost do Wołyńskiego sam Władysław Mickiewicz:
Paryż, 7 rue Guenegaud, 25 listopad 1889
Kochany panie. Posiadasz części Pamiętników ciotki mojej. Serce miała dobre, duszę namiętną: widziała często rzeczy, które w rzeczywistości nie były; gdyby dłużej żyła, sąd jej o ludziach i zdarzeniach zmieniłby się. Chociaż jestem pieniężnie w częstych tarapatach, wynagrodziłbym chętnie Pana za koszta poniesione dla nabycia tego rękopisu. Wiem, że interesownym nie jesteś i że nie w tym trudność leży. Nie znając dobrze faktów dotkniętych w tym pamiętniku, sądzisz, że takowe przechowując, oddajesz usługę. Tak nie jest. Niemało lat i trudów poświęciłem biografii Ojca mojego i żaden szczegół godny potomności nie zatrę. Piszę teraz obszerne dzieło o moim Ojcu. Przyślij mi ten rękopis recommandé, napisz mi, co za niego łożyłeś, i to ci zwrócę. Kiedyś rękopis dostanie się, jak i inne pamiątki po Ojcu, do Muzeum Mickiewiczowskiego w Krakowie. Jeżeli tego wymagasz, rękopis ci zwrócę, a co do ustępów dwuznacznych i szkodliwych porozumiemy się razem. Jeżeli kochany pan inaczej postąpi, zaszkodzi pamięci nieboszczki, nas boleśnie dotknie i dla tak drobnej satysfakcji i zaspokojenia dziś czy jutro głupiej ciekawości ludzkiej. Chciało mi się wyrwać do Rzymu i z panem o tym rozmówić, ale Rzym tak daleko na moją kieszeń. Lenartowicz nierozważnie postąpił, wypuszczając ów Pamiętnik z rąk swoich; zdawałoby się, że pół biedy kiedy się do Pańskich dostał, a tu na list mój nie odpisałeś. Nie mogę, jak swoje zrobić, drugiemu zostawiając na sumieniu dalsze następstwa. Wspomniałeś mi, panie, że zdrowie twoje nadwerężone, życzę ci długich lat, ale choroba zostawia długie godziny do rozmyślań i zdaje mi się, że sam na sam ważną tę kwestię rozważając, przyjdziesz do przekonania, że droga, którą wskazuję jest jedyną właściwą. Podobno inna część tych pamiętników błądzi gdzie indziej. Przykład pański byłby i wobec innych argumentem stanowczym.
Pozdrowienia łączę,
Wł. Mickiewicz
Nie poprzestając na tym, trafia Władysław Mickiewicz do Wołyńskiego za pośrednictwem pani Capelli (z domu Dzieduszyckiej), która pisze do Artura Wołyńskiego 1 grudnia 1889 r.
(...) Odebrałam od pana Mickiewicza list, w którym błaga o udzielenie mu przez pana do odczytania resztę manuskryptu p. Zofii Lenartowiczowej, w którym zapewniano go, że znajdują się szczegóły skandaliczne, których ogłoszenie narazić by mogło rodzinę na niewypowiedziane przykrości.
Pan Mickiewicz razem z panem rad by się porozumieć co do usunięć periodów drażliwych, jeśli się na to zgodzisz.
Manuskrypt pod słowem honoru w każdym razie zwróciłby panu; dodaje, że gdyby szło o koszta podróży pańskiej do Florencji, dokąd by Mickiewicz przyjechał, to on gotów jest z góry pokryć. W ostatnim razie prosi o kopię powyższego manuskryptu, któren odczytawszy, z uwagami swoimi odesłałby panu, a za kopiowanie również koszta opłaci. Ktoś mu powiedział, podobno pan Kallenbach, że manuskrypt podzielony znajduje się u p. Kraszewskiego i u pana, idzie więc jedynie o tę część, jaka się u pana znajduje.
Henryka Capelli
Z trzech stron zabiega tedy Władysław Mickiewicz, aż wreszcie po tym ostatnim szturmie decyduje się Wołyński odpowiedzieć mu obszernym listem:
Kochany Panie Władysławie!
Przykro mi bardzo, że nie mogę na razie uczynić zadość jego życzeniu i przesłać mu w odpisie te ustępy z pamiętników śp. Lenartowiczowej, które dotyczą śp. Ojca jego, bo Pamiętniki te wraz z innymi rękopisami powierzonymi mi do przechowania przez różne osoby, zostały darowane pewnej bibliotece pod warunkiem: 1) iż w obecnym stanie opakowania i opieczętowania będą zachowane do 1915 roku; 2) że wtedy dopiero będą oddane do użytku czytelników, którzy będą mogli z nich korzystać bez żadnego ograniczenia, tj. robić z nich wyciągi, odpisy częściowe lub całkowite; 3) że mnie będzie przysługiwać prawo raz do roku w miesiącu lipcu zrobienia rewizji pakietu czy to osobiście, czy też przez ad hoc upoważnioną osobę.
Trzeba będzie czekać do lipcowego protokołu, aby się dostać do pakietu, a i wtedy zachodzi pytanie, czy mi pozwolą otworzyć takowy, a zwłaszcza robić wyciągi, wbrew zawartej umowie i wypisanemu na pakiecie zakazowi.
Robię starania, aby od Kraszewskich wydobyć część rękopisu nieprawnie przez nich zatrzymanego i wystawionego na sprzedaż publiczną; a jeżeli mi się uda odczytać resztę literackiej spuścizny śp. Zofii, wtedy będę miał legalny i poważny powód do żądania otwarcia pakietu i uporządkowania rękopisu, a przy tej sposobności da się łatwo uskutecznić odpis o stosunkach braterskich ojca Pańskiego z jakąś Litwinką, zagorzałą towianką. Stosunki te są opisane nie jako romans ojca Pańskiego z ową Litwinką, ale jako wynik towianizmu, którego wyznawcy uważali wszystko za wspólną własność. Bratu Adamowi przypadła w udziale owa Litwinka, tak jak inne siostry dostały się innym braciom. Dlatego to nasze Polki niechętnie przystępowały do towiańszczyzny i dlatego śp. Zofia nie dała się wciągnąć do niej, pomimo długich zachodów i namów...
Treść niniejszego listu powinna kochanemu Panu wytłumaczyć, dlaczego nie odpisałem na pierwszy list jego, i że pod naciskiem natarczywości jego muszę go jeszcze objaśnić, dlaczego nie powierzyłbym do rąk jego oryginału pamiętników śp. Lenartowiczowej, gdyby takowy znajdował się w moich rękach.
Ojciec Pański zajmuje podrzędne stanowisko, że tak powiem, jest objaśnieniem w nawiasie obszernego opisu nauki i praktyk towiańczyków, a zwłaszcza ich sposobu działania i kaptowania sobie zwolenników. Z tego więc względu pamiętniki śp. Zofii mają wielkie znaczenie dla naszej emigracyjnej historii i po zawodzie doznanym od śp. Kraszewskiego, nikomu bym do rąk nie powierzył rękopisu, a nawet kochanemu Panu, bo cię ludzie obwiniają że dokumenta fałszujesz przez obcinanie i przerabianie ustępów które ci się nie podobają, że dokumenty pożyczone do odpisania zatrzymujesz, a właścicielowi oddajesz udatne fac-similia z nadwerężonym tekstem, że w twoich publikacjach naciągasz jedne fakta, inne zupełnie pomijasz milczeniem, aby tym sposobem podnieść zasługi rodzica swojego, a do dziś dnia starzy patrioci włoscy nie mogą strawić twego Histoire de la Legion polonaise en 1848 i dlatego to nie zgodzono się, aby w Bolonii znany napis inicjowany przez nas umieszczony był na domu Sancha, dlatego to tutaj w Rzymie chciano suprymować napis na Via del Povretto i przez dwa lata dreptać musiałem, aby takowy umieszczono na przeznaczonym domu w zmniejszonych choćby rozmiarach, dlatego to prof. Santagata — jak mam po temu pewne dane — opuścił nas, zawiódł i zdradził, a nawet, można powiedzieć, oszukał, rozporządziwszy samowładnie powierzonymi mu funduszami i biblioteką.
Treść niniejszego listu niech posłuży za objaśnienie, dlaczego na pierwszy list kochanego Pana nie odpowiedziałem i że teraz czynię to jedynie pod naciskiem natarczywości Jego i nalegań hrabiny Capelli i pana Lenartowicza, a w przekonaniu, że dicta clara faciunt amicos, odpowiadam z całą otwartością i zaufaniem, ściskam dłonie pańskie i łączę wyrazy serdecznego pozdrowienia.
Zauważyć tu należy jedno: cytowany przeze mnie list Artura Wołyńskiego jest to brulion pełen przekreśleń i poprawek. Widocznie ciężko szło Wołyńskiemu wobec Władysława Mickiewicza sformułować te zarzuty i dać odmowną odpowiedź na żądanie tak z punktu widzenia syna uprawnione, a tak słuszny budzące niepokój ze stanowiska nauki i prawdy. Nie wiemy, czy Wołyński ten list wysłał i czy w tej formie. W każdym razie istnieją dowody, że ostatecznie Wołyński uległ naleganiom Władysława Mickiewicza i że mu oddał szacowny dokument, jak o tym świadczą te urywki z trzech listów Władysława Mickiewicza do Wołyńskiego.
(Paryż, 22 lipca 1890)
Kochany Panie! Ucieszył mnie list pański, miałem żal do pana, miło mi się go pozbyć...
(Paryż, 22 lipca 1890)
Dzięki, kochany panie. Od początku naszych pertraktacji jedną rzecz wiedziałem, że nie działasz powodowany interesem osobistym, i dlatego przyszliśmy do zgody. Syn Kraszewskiego stoi na gruncie czysto komercyjnym i dlatego trudno przyjść z nim do ładu; odpisał mi, że nie może nawet udzielić rękopisu, ponieważ jest już ogłoszony w katalogu przedmiotów do nabycia po Ojcu...
(Paryż, 12 września 1890)
Prosił pan, abym o posiadaniu rękopisu nikomu nie wspominał. Lenartowicz pisze, że mu pan o tym fakcie doniósł; przypuszczam więc, że nie wchodząc w szczegóły, mogę się do jego posiadania przyznawać?
Zatem Władysław Mickiewicz wygrał partię; dostał do rąk upragniony rękopis? Co się z nim stało? Czy obawy Wołyńskiego okazały się usprawiedliwione? Tyle jest pewne, że słych o tym rękopisie zaginął; bezcenny dokument dla naszej wiedzy o Adamie Mickiewiczu i historii towianizmu przepadł. Chyba, żeby gdzie był w prywatnych archiwach rodzinnych? Ocalała tylko część, która pozostała w rękach Kraszewskiego i której Władysławowi Mickiewiczowi nie udało się dostać. Tę znaleziono w puściźnie po Kraszewskim, którą nabyła w całości Biblioteka Narodowa w Warszawie. A oto co o tych pamiętnikach żony (całkowitych wówczas) pisał Teofil Lenartowicz do Kraszewskiego, tuż po jej śmierci, blisko na dwadzieścia lat wprzódy:
Florencja, 8 sierpnia 1870
Miesiąc od śmierci mojej drogiej Zofii.
Drogi panie Józefie! Rozczytując się w pamiętnikach, odnajduję całą tę najpiękniejszą duszę, której nikt oprócz mnie nie ocenił. Publikacja tej rzeczy nie pozostanie bez wpływu na naród — na kobiety nasze mianowicie. Ujrzą one obraz najcnotliwszej Polki i obraz cierpień duszy, jakiej żaden z poetów naszych nie opisał. Należy to drukować i wydrukuje się. Czytam, a miejsca w opisie domu Adama drażliwe wyrzucam, bo nie dziś takie rzeczy gadać, ale jak umrze to pokolenie, wtedy dopiero. Waham się nawet, czy całego opisu domu jako nieco skandalicznego nie wypadnie opuścić. Łotrostwo, jakie otaczało Adama, nie dziś powinno być ogłaszane. Żyjące figury podniosłyby wrzask, który by Adamowi chwały nie dodał. Ot, nieszczęśliwy człowiek; — o towianizmie ciekawe historie, ale niebudujące.
Wstęp do Pamiętników ja piszę, boć chyba do mnie należy ten krwawy obowiązek, a jak tylko skończę, prześlę.
N. B. Proszę Was, drogi panie Józefie, iżbyście z odbitków książkę sprzedawali wyraźnie na korzyść: w nędzy zostających bez żadnego wsparcia starych artystów, jeżeli są tacy; a jeżeli nie, to na korzyść sierot po Sybirakach. Ja bowiem uważałbym taki dochód za najokrutniejszą obrazę mojego żalu, za dochód z trumny... Niechże mnie od tego Bóg najwyższy broni! Wojna, zdaje się, iż skończy się prędko... W czasie pokoju pismo takie jak żony mojej znajdzie czytelników...
Z umysłem jestem jeszcze jak człowiek uderzony obuchem; zdaje mi się wciąż, że odjeżdżam i wszystko w nieładzie leży i nie mam na nic głowy... (Rękopisy Ossolineum 3660).
Nie chodziło tu zatem o żaden pamflet, ale o szczere i z dobrą wiarą przez jedną z najbliższych osób pisane wspomnienia. Autor entuzjastycznych Listów o Adamie Mickiewiczu jest tu chyba dość niepodejrzanym świadkiem. Nasuwa się pytanie, co to są za „skandale”, których tak obawia się Władysław Mickiewicz, co to za „opis domu nieco skandaliczny”, który, znając pamiętniki, uważa za właściwe opuścić Lenartowicz, co to za „łotrostwo, które otaczało Adama i które nie dziś powinno być ogłaszane”? Razem z pytaniem znajdujemy w tej korespondencji poniekąd odpowiedź: to „historie o towianizmie, ciekawe, ale niebudujące”, jak je nazywa Lenartowicz; to — jak wynikałoby z listu Artura Wołyńskiego — rewelacje tyczące ustroju towianizmu odnośnie do kobiet, słowem, strona obyczajowa towianizmu, do dziś dnia traktowana przez naszych badaczy tak nieśmiało i dziecinnie.
Powrócę jeszcze do tej sprawy. Na razie chciałem ujawnić fakty świadczące wymownie o tym, że wiedza o Mickiewiczu od samego początku szła innymi torami, niż się tego dla wszelkiej wiedzy wymaga. Widzimy tu — powtarzam — Władysława Mickiewicza; widzimy, jak dla zdobycia dokumentu nie szczędzi trudów i starań, w każdej chwili gotów odbyć nawet dalekie podróże. Po śmierci Lenartowicza pierwszy zjawił się we Florencji (mimo że za życia odnosił się doń raczej chłodno), ale celem, jaki mu przyświeca, może być równie dobrze dokument ocalić jak zniszczyć. „Niemało lat i trudów poświęciłem biografii Ojca mojego i żaden szczegół godny potomności nie zatrę”, pisze w liście do Wołyńskiego: — w słowach tych jasno postawiona jest zasada cenzury; gdyż o tym, co jest „godne potomności”, pojęcia jakże są względne i zmienne! Z Władysławem Mickiewiczem nigdy nie można wiedzieć, kiedy działa syn, członek dynastii, kiedy wyznawca i dziedzic idei, a kiedy badacz. Nie byłoby w tym nieszczęścia, dopóki chodzi o interpretację świadectw, ale kiedy chodzi o same dokumenty, musimy się zapytać, jak rozległą była działalność tej cenzury? Oskarżenie w liście Artura Wołyńskiego jest poważne, a mamy raczej powody sądzić, że usprawiedliwione. I z tego punktu widzenia trzeba było przypomnieć, że ta „odlewarnia brązu” na posąg Adama to była przez pół wieku centrala wiedzy o poecie, przez którą przechodziła większość dokumentów.
Chodziło mi zatem o to: w wiedzy naszej o Adamie oprócz cenzury wynikłej z jego przebóstwienia, z tego, że zawsze był czymś odrębnym w naszym piśmiennictwie, a studia nad nim czymś pośrednim między hagiografią a historią literatury, weszła w grę jeszcze i cenzura faktyczna, tycząca samych źródeł i dokumentów. I jeżeli biografowie Mickiewicza skarżą się, że całe epoki w jego życiu są tak mało znane, tak zagadkowe, czy przyczyny nie trzeba by szukać w tej właśnie przez dziesiątki lat metodycznie wykonywanej cenzurze? Ile ona szkód wyrządziła, w jakim stopniu da się je naprawić, byłoby dziś pilną rzeczą do rozpatrzenia. Co znajduje się w prywatnym archiwum Mickiewiczowskim? Czy niepożądane świadectwa zniszczono, czy tylko je chowano — oto doniosłe pytania.
Chodziłoby tylko o ustalenie zasadniczego stanowiska. Jeżeli bowiem idzie o zachowanie „posągu z brązu” w takim razie może i tę cenzurę powinno się uznać za zbawienną i pożądaną! Niszczenie dokumentów byłoby naturalną konsekwencją tego stanowiska. Łączenie natomiast tego „brązownictwa”, jak je nazwałem, z prawami krytyczno-literackich badań zawsze wyda coś bardzo niepełnego, coś zakłamanego, fałszywego. Albo — albo. Nauka, której się odmawia prawa do „mikroskopu”, nie może być nauką; nauka, której się z góry chce narzucić uświęcone konkluzje, też nie może być nauką. Trzeba się zdecydować, czy się chce beczeć godzinki pod pomnikiem Mickiewicza, czy też naprawdę poznawać ten największy i najciekawszy fenomen, jaki był w polskim życiu.