Osobliwy historyk

Znów muszę „polemizować”. Boże, jak ja tego nie lubię! Ale cóż robić.

Dziwna rzecz. Gdybym chciał uwierzyć, że jestem takim ignorantem, takim dyletantem, takim zerem, jak mi to cięgle tłumaczą niektórzy moi przeciwnicy, stanęłoby mi na przeszkodzie jedno. Mianowicie ta olbrzymia ilość czasu, żółci i atramentu, jaką moi „wrogowie” zużywają, aby mnie unicestwić. Tak np. kilkanaście stronic mojej przedmowy do dzieł Mickiewicza, wywołało już całą literaturkę. W „Kurierze Warszawskim” byłem wprzód na tak surowym indeksie, że samemu redaktorowi Dębickiemu wrzucono do kosza felieton o Monteskiuszu, dlatego tylko, że omawiał Ducha Praw w moim przekładzie. A teraz ten sam „Kurier Warszawski” poświęca memu stosunkowi do Mickiewicza już piąty felieton32! Trzy ostatnie są pióra pana Szpotańskiego. Ręczę panu Szpotańskiemu, że gdyby przedmowę do Mickiewicza napisał on, miałby w „Kurierze Warszawskim” tylko jeden felieton. Pochwalny, ale jeden.

A teraz spróbujmy z chaotycznej irytacji pana Szpotańskiego wydobyć sens. Chodzi o moje ostatnie artykuły mickiewiczowskie w „Wiadomościach Literackich”. Powiem tedy, skąd się one wzięły. Mam pasję do literatury, taka już moja perwersja. Otóż napisawszy wstęp do dzieł Mickiewicza, zainteresowałem się na nowo Mickiewiczem. Wpadł mi w rękę nieznany Pamiętnik siostry pani Celiny Mickiewiczowej, Zofii Szymanowskiej, później żony Teofila Lenartowicza, spisany po kilkoletnim pobycie w domu Adama celem „zebrania wiadomości dotyczących wielkiego rodzinnego pisarza” — wiadomości „tak szacownych dla każdego dobrego Polaka” oraz — jak pisze autorka — wyjaśnienia bodaj częściowego „pewnej zagadkowej epoki w jego życiu”. Wstęp do tego Pamiętnika, kreślący poprzednie dzieje samej autorki, obejmuje przeszło czterysta stronic pisma, z czego można wnosić, jak sam przedmiot miał być traktowany obszernie. Tymczasem zaledwie Zofia S. zdołała opisać swoje wejście do domu Mickiewicza, rzecz urywa się w pół zdania. Rzecz prosta, że mnie to rozciekawiło. Dowiedziałem się z niewydanej korespondencji między paroma osobami, że dalszy ciąg tego Pamiętnika miał w depozycie Artur Wołyński, uczony polski, zamieszkały we Florencji i że po długim oporze, na usilne nalegania, wydał go Władysławowi Mickiewiczowi, zaniepokojonemu domniemaną „skandaliczną” treścią Pamiętnika. Po czym pamiętnik zginął bez wieści. Odmawiając zrazu rękopisu, Wołyński zarzuca synowi poety wręcz, że obchodzi się nielojalnie z dokumentami, gdy chodzi o glorię ojca.

W artykule moim uznałem ogromne zasługi Władysława Mickiewicza w zakresie naszej wiedzy mickiewiczowskiej; zarazem jednak zaznaczyłem, — co chyba jasne jest i bez dowodów — trudności połączenia stanowiska syna z naukową obiektywnością badacza.

Pan Szpotański oświadcza, że Pamiętnika w archiwum mickiewiczowskim nie ma. Tym samym chyba potwierdza fakt, że został zniszczony? Zabawne jest, iż odpierając zarzuty, jakie czyniono Władysławowi Mickiewiczowi, że chowa lub niszczy niepożądane dokumenty, pan S. tłumaczy... dlaczego Władysław Mickiewicz Pamiętnik ten ukrył lub zniszczył. „Ponieważ się bał marnych plotek i fałszywych podpatrzeń i chciał przed nimi chronić swoich najbliższych”. Czyli zniszczył jako syn, o co nie mam prawa go winić i nie winię; zwróciłem jedynie uwagę, że trzeba zachować ostrożność wobec syna, który występuje jako naukowy badacz i w tym charakterze wodzi przez pół wieku naszą wiedzę mickiewiczowską na pasku. To chyba jasne? Ale na jakiej zasadzie p. S., który zaginionego Pamiętnika nie widział na oczy, określa go mianem „marnych plotek i fałszywych podpatrzeń”, to już jest jego tajemnicą. Osobliwy historyk! przyjdzie nam nieraz wykrzyknąć w toku tej dyskusji.

Ustaliwszy niejako zniszczenie Pamiętnika, p. S. wytacza argument, że Władysław Mickiewicz... nie usuwał żadnego dokumentu, skoro zachował nawet tak niepopularne, jak np. tyczące współudziału w słynnym piśmie do cara Mikołaja. Argument naiwny; wszak nie można było zataić rzeczy, która była wszystkim znana i której relacje znajdowały się w mnóstwie odpisów. Zresztą sam Władysław Mickiewicz całkiem po prostu wypowiada się w tej mierze. Notując akt ślubu, jaki Mickiewicz dał małżonkom Łąckim, mówi, że „opowiada ten fakt, raz dlatego, że wziąwszy za zasadę podać wszelki materiał, jaki posiada do życia ojca, nie ma prawa przemilczać o żadnym fakcie, po wtóre że piśmienne dokumenta odnoszące się do rzeczy, o której mowa, znajdują się może w ręku innych i mogłyby być ogłoszone kiedyś z takim lub owakim komentarzem”... Te „po wtóre” jest bardzo wymowne... Mógł zresztą Władysław Mickiewicz być obiektywnym w traktowaniu jednych spraw, a nie być nim w innych. To zupełnie zrozumiałe.

Z całą furią napada p. S. na biedną autorkę zniszczonego Pamiętnika. Robi z niej starą ciotkę „niewylosowaną przez nikogo”, ograniczoną plotkarkę salonową etc. Oświadcza, iż wcale nie żałuje, że zginęły jej plotki. I tak odnosi się p. S. do zacnej Zofii Szymanowskiej-Lenartowiczowej, na którą w innych okolicznościach nie pozwoliłby mi palca zakrzywić! W zawodzie „brązowniczym” bywają straszne kolizje!

Pan S. jak na historyka jest trochę gorąco kąpany. Referencje jego nie są ścisłe; mamy lepsze: od samego Władysława Mickiewicza. Kiedy Zofia, utalentowana malarka, przybyła dla dalszych studiów do Paryża i zamieszkała w domu Mickiewiczów, miała ledwie dwadzieścia pięć lat, nie była wcale „starą ciotką”. Władysław Mickiewicz (Żywot Adama Mickiewicza) pisze: „Była to bardzo przystojna i wykształcona osoba, ślicznie śpiewała i grała na fortepianie. Rzadkiej energii i poświęcenia...”, miała, zdaniem syna poety, tylko tę jedną wadę, że się uprzedzała do osób... Musiała natomiast mieć zalety charakteru, skoro Mickiewiczowie powierzyli jej na kilkanaście miesięcy córkę, gdy wyjeżdżała do Włoch i byli zachwyceni jej opieką. Również po śmierci Adama i Celiny córka ich bawi we Włoszech pod opieką Zofii Szymanowskiej. Nie ma też mowy o paszkwilu ze strony osoby przenikniętej najgłębszym kultem wielkiego poety. To, co znamy z jej pamiętnika, bynajmniej nie trąci skłonnością do plotkarstwa: to raczej zapiski osoby poważnej i skłonnej do refleksji. Nie znając zresztą najważniejszej, zaginionej części pamiętnika, nie wydaję o nim sądu: ubolewam tylko, że go zniszczono. Pan S. się z tego cieszy. Badacz Mickiewicza cieszący się, że zginęły bezpośrednie zapiski o poecie, kreślone przez osobę, która spędziła kilka lat w jego domu! Proponuję, aby pana S. zademonstrować jako osobliwy okaz na najbliższym zjeździe historyków.

Przytoczyłem ustęp z listu Artura Wołyńskiego do Władysława Mickiewicza, objaśniający treść pamiętnika szczególnym stosunkiem towianizmu do kwestii kobiecej. Mimo że tylko przytoczyłem ten arcyciekawy dokument nie wyrażając sądu o nim ani o samej sprawie, pan S. naigrawa się z mojej naiwności, że „uwierzyłem podobnym bredniom”. Anim uwierzył, anim nie uwierzył; na razie zacytowałem na odpowiedzialność Wołyńskiego i, rzecz prosta, zainteresowało to mnie. Pan S. jako historyk zna z pewnością wydane przez prof. H. Mościckiego Wspomnienia o Towiańskim rejenta Wołodki z Litwy, sąsiada Towiańskiego o miedzę; wspomnienie kreślone bez pretensji, nie do druku, w którym pisze wprost, że „w nauce Towiańskiego za czasów wileńskich była też zasada wspólności kobiet, która podniosła krzyk przeciw nowatorom”. Plotki? Bardzo być może. Ale pamiętajmy, w jakiej epoce żyjemy; w epoce Fouriera i falansterów, Enfantina i saintsimonistów, i w ogóle szału wszelkiego nowatorstwa społecznego. „Zasady Towiańskiego, znane powszechnie w Wilnie (pisze Wołodko), uważano za jego czasów wileńskich »za zmodyfikowany saintsymonizim«”. Pan S. rozciąga swoje „brązownictwo” aż na... Prospera Enfantin i też (A. Mickiewicz i jego epoka) broni go namiętnie a naiwnie przed „plotkami”; niechże pan S. (przepraszam, że mu udzielam rad) przeczyta — o ile jej nie zna — świeżą książkę L’aventure saint-simonienne et les femmes.. W czasie rozłamu w „Rodzinie” zarzucają secesjoniści Enfantionwi wręcz, że jego zasady prowadzą do wspólności kobiet. To pewne, że sprawa towianizmu — przynajmniej w jego początkach — bardziej jest tajemniczą, niż to nam chcą wmówić nasi brązownicy.

Pan S. wyciąga jakieś powagi naukowe, na dowód, że pamiętniki są w badaniu naukowym „nieużyteczne, a nawet szkodliwe”. Zapewne, bywają niewygodne, jak w ogóle fakty bywają niewygodne... Różnica jest ta: wobec nowego faktu historyk przystaje z zainteresowaniem, ogląda go, rozważa, ocenia jego wiarygodność i znaczenie i wedle tego modyfikuje swoje pojęcia; „brązownik” wobec niewygodnego faktu wścieka się, łaje, kręci i... przyklaskuje niszczeniu dokumentów.

Ale wróćmy do pamiętnika i niech czytelnik osądzi. Młoda i samodzielna panna przybywa do domu poety, dla którego przejęta jest głębokim kultem; spędza tam kilka lat i pisze Pamiętnik nieprzeznaczony do druku, a przynajmniej nie za jej życia; zatem, jeżeli narażony — jak wszystko co ludzkie — na omyłki, to w każdym razie zupełnie bezinteresowny. Mówi o tym, na co patrzała własnymi oczami. Oczywiście nie zwalnia to od obowiązku krytycyzmu, ale jeżeli to nie jest ważki dokument, to dalibóg nie wiem, co nim będzie?

Pamiętnik ten urywa się w chwili, gdy Zofia wstępuje w dom Mickiewiczów.

Resztę zniszczono. I pan S. jako badacz Mickiewicza cieszy się, że zniszczono, i wymyśla mi za to, żem w ogóle tę kwestię poruszył. I swojemu felietonowi — pisanemu zresztą przed ogłoszeniem przeze mnie tego fragmentu, po samej wzmiance o Pamiętniku Szymanowskiej — daje pan S. tytuł: „Bezcenny dokument”, w ironicznym cudzysłowie!

Ale to, co nastąpi, jest najlepsze! Pan S. pisze:

„Co do owej »Litwinki«, której nazwisko, jak widać z artykułu (mowa o artykule W odlewarni brązu), nie jest Boyowi znane, niechże go poinformujemy, że była nią p. Ksawera Deybell należąca do niewielkiego grona osób, które opuściły Litwę prawie wespół z Towiańskim, aby mu towarzyszyć w spełnieniu jego zamiarów... Jeżeli to był stosunek miłosny (z Mickiewiczem), to nadzwyczaj interesujące byłoby poznanie jego treści psychicznej, gdy z jednej strony był Mickiewicz ze swoją skalą uczuć i namiętności, a z drugiej bardzo egzaltowana i przetopiona w tyglu towianizmu kobieta...”

Pouczenie p. Szpotańskiego jest nieco spóźnione, bo przyszło nazajutrz po moim artykule, poświęconym Ksawerze Deybel i po zapowiedzi następnego artykułu w tym przedmiocie; ale co wychodzi z niego jasno: to, że trzeba było mego przypadkowego wdania się w tę sprawę, aby w ogóle nazwisko Ksawery Deybel wyłoniło się z ciemności, aby dziejopis Mickiewicza zdecydował się je wymienić, aby się ogół dowiedział o istnieniu kobiety, która spędziła kilkanaście lat przy boku Mickiewicza, która lata całe mieszkała w jego domu, która była jedną z najczynniejszych współdziałaczek towianizmu i bez której udziału niektóre karty tej tajemniczej sprawy stają się jeszcze ciemniejsze. Zamilczano ją na śmierć. Pierwszy dał hasło do jej zamilczenia Władysław Mickiewicz, który w swoim tak drobiazgowym czterotomowym żywocie ani razu nawet nazwiska jej nie wspomina.

„Nadzwyczaj interesujące byłoby poznanie treści psychicznej...” — mówi p. S. Z pewnością. Więc czemu nie staraliście się poznać tej treści? Czemu zaprzątacie siebie i nas setką obojętnych drobiazgów z życia Mickiewicza, a nie tykacie tego, co najważniejsze? Czemu wystarczy jednego dokumentu, aby dać prztyczka w nos waszej wieloletniej krzątaninie? I stąd ten wrzask, ten krzyk na alarm!

Trudno o lepszy argument na poparcie moich twierdzeń niż artykuł pana S. Cóż bowiem twierdziłem? Rzekłem, że nasi brązownicy zakłamują istotną wiedzę o Mickiewiczu i udowodniłem to. Przestrzegłem przed klepaniem „pacierza za panią matką”, za Władysławem Mickiewiczem, ponieważ inna rzecz jest pietyzm syna, a inna badanie uczonego i udowodniłem to. Wydobyłem na jaw nieznany dokument tyczący Mickiewicza, który dla mnie przynajmniej — mimo że jest ledwo urywkiem — rzucił nowe światło na całą epokę jego życia i pozwolił zupełnie inaczej czytać jego ówczesne listy. Bo, powiedzmy to wręcz, stan, w jakim pozostawiono dotąd listy Mickiewicza, jest wstydem naszej nauki. Zamiast się rzucać na mnie, gdy chcę nieco światła rzucić w te mroki, lepiej by uczyniono, wydając listy największego naszego pisarza w sposób odpowiadający wymaganiom naukowym, nie zaś przedawnionym prawom rodzinnej dyskrecji.

Artykuł pana S. ma wreszcie jedną dobrą zaletę: przyczynia się do wyjaśnienia sytuacji. Dotychczas „brązownictwo” było tylko praktyką, ale przestrzegało pilnie pozorów naukowości; obecnie pan S. zrywa z tymi pozorami. Nie wiem, czy który z prawdziwych uczonych podzieli te jego zapatrywania i ten oryginalny stosunek do dokumentów przeszłości. Raczej przypuszczam, że felieton pana S. pozostanie w bibliografii mickiewiczowskiej, ale jako — curiosum.

W Boya mierzył, w brąz uderzył...

Tak mi się jakoś zdarzyło, że znalazłem się w szkółce w pana Szpotańskiego. Nie mam nic przeciwko temu; wiem (jako mędrzec), że uczymy się wszyscy całe życie, że nie ma człowieka od którego by się nie można czegoś nauczyć, i tym podobne sentencje wszystkich mędrców. Uczmy się wzajem; ja się może nauczę czegoś od pana S., pan S. może czegoś ode mnie i obaj tylko zyskamy. Różnica jest ta: gdy ja chętnie się przyznam, skoro coś od niego skorzystam, przeczuwam, iż pan S. mniej chętnie by się przyznał, gdyby mu się zdarzyło nauczyć czegoś ode mnie.

Niestety nauki pana S. mają tę jedną wadę, że są stale — spóźnione. Zanim mnie zdąży o czymś pouczyć, już ja o tym sam napisałem. Poprzedniego dnia! Tak np. po moich pierwszych felietonach „mickiewiczowskich” w „Wiadomościach Literackich”, napisał pan S., że „jak widać, nazwisko Litwinki nie jest mi znane” i objaśnił mnie, że była nią Ksawera Deybel. Gdyby był zajrzał do „Wiadomości Literackich” z poprzedniego dnia, znalazłby mój artykuł właśnie o — Ksawerze Deybel i zapowiedź następnego. Ja zaś skromnie pozwoliłem sobie pana S. zapytać: skoro pan tak dobrze wie o osobie, która taką rolę odegrała w życiu poety, czemuż pan nie wspomniał o niej ani słóweczka w swoim trzytomowym dziele o Mickiewiczu i czemu trzeba było aż mnie, aby istnienie jej na jaw wydobyć?

Obecnie pan S. poucza mnie, że w listach Mickiewicza z pewnej epoki imię „Seweryn” oznacza nie Goszczyńskiego, ale Pilchowskiego. Znowu się spóźnił, bo ja mówię tego samego dnia, to samiutenieczko w „Wiadomościach Literackich” nr 285. Pan S. ocenia surowo mój chwilowy błąd (z którego wyciąga najszaleńsze konsekwencje, np. że ja mieszam Pilchowskiego z Goszczyńskim, że ja pomawiam Goszczyńskiego o przyjęcie prawosławia i tym podobne androny), błąd „za który (powiada) pierwszy lepszy profesor literatury polskiej usunąłby studenta ze swego seminarium”.

Nie chodzę do seminarium, więc mi to niestraszne. Ale pan S. we mnie mierzył, a ani wie w kogo uderzył! Zaraz powiem, skąd się wzięła chwilowa omyłka. Brnąc w tym tajemniczym gąszczu, jakim dzięki „brązowniczym” metodom naszej nauki mickiewiczowskiej, pozostały dotąd listy i dokumenty z pewnej epoki, wspomagałem się pracami najtęższych fachowców, między innymi dziełem prof. Kallenbacha Towianizm na tle historycznym. Z tego też dzieła, zanim, wgłębiwszy się w przedmiot, sam doszedłem do odmiennego przekonania, przytoczyłem ten komentarz i to nazwisko. Niech pan S. zajrzy do świeżej (1926) książki prof. Kallenbacha, str. 157: znajdzie tam cały inkryminowany ustęp:

„...to są kamienie probiercze dla braci: na nich pokażą bracia, czy przenoszą ziemię nad Niebo: Adam, Seweryn, Ferdynand, Ksawera są, jak powiedziałem, królami tonów przeciwnych tonowi Chrystusowemu”.

Otóż przy imieniu „Seweryn” prof. Kallenbach podaje w odsyłaczu: Goszczyński. Niechże więc to pan S. wyjaśnia z prof. Kallenbachem; z czego go tam usunie, czy nie usunie, to już między nimi sprawa.

„Pierwszy lepszy profesor literatury polskiej usunąłby studenta ze swego seminarium”, orzekł pan S. Nie śmiem się nawet wstawiać za prof. Kallenbachem, bo boję się, że moja instancja raczej zaszkodziłaby mu niż pomogła. Bo pan S. strasznie jest na mnie rozsierdzony; dodaje jeszcze:

„Tak mści się ignorancja. Podobnego niesłychanego błędu nie popełnił nikt z pouczonych przez Boya brązowników...”

Czy może dalej iść humorystyka? Oto jak pisze jeden przysięgły uczony o drugim, kiedy myśli, że trafi w Boya! Bo oczywiście, książka Kallenbacha (całe dzieło, monografia, nie jakiś tam mój skromny artykulik!) zażywa u kolegów sławy autorytetu; trzeba było aż tego, żebym ja z niej coś zaczerpnął, aby się doczekała takiej... recenzji! Za to gdyby pan S. pisał wprost o książce Kallenbacha, co by tu było pokłonów, salamaleków, komplementów! Czy to wszystko razem nie jest iście molierowska komedia? Czy to nie jest najlepsza ilustracja tej ciuciubabki, jaką jest nasza uczona „mickiewiczologia”?

A teraz ja się zgłaszam do nagrody za to, że zapuszczając się w ten gąszcz niewykarczowany przez naszych fachowców, sam, nie czekając na pana S., zanim jeszcze farba obeschła na moim artykule, spostrzegłem błąd prof. Kallenbacha i sprostowałem go z całą rewerencją. Niech pan S. znów zajrzy do ostatnich „Wiadomości Literackich”, gdzie piszę:

ów Seweryn, którego imię tak często powtarza się w owej epoce w raportach Mickiewicza do Mistrza i który taką rolę odgrywa w zamęcie spowodowanym czwórką Adam — Seweryn — Ferdynand — Ksawera, to nie — jak podaje Kallenbach i jak ja za nim powtórzyłem — Goszczyński, ale Pilchowski, ów narwany i mętny Pilchowski” etc.

Nie poprzestałem na tym. Zgorszony i zdziwiony możliwością takiego nieporozumienia w uczonej monografii, wspomniałem mimochodem o fatalnym stanie, w jakim znajdują się wydania listów Mickiewicza. Jeżeli gubi się w nich sam prof. Kallenbach, czegóż żądać od czytelnika? Pisałem tedy w tym samym artykule:

„Niech mi wolno będzie zrobić nawiasowo uwagę: kiedym się zetknął bliżej z listami Mickiewicza, nie mogłem się oprzeć zdumieniu na widok straszliwego zaniedbania tej dziedziny. Co robili nasi »mickiewiczolagowie«, że dziś, po 74 latach od śmierci poety, nie mamy, już nie mówię — krytycznego, ale dobrego wydania jego listów, listów największego naszego pisarza? Tyloma zajmowano się drobiazgami, młócono je do znudzenia, do przesytu, a w tej tak ważnej sprawie nie uczyniono nic! Tak jak wydano listy w krótki czas po śmierci poety, tak się je przedrukowuje dziś. Nie mówię już o samym tekście, z pewnością przesianym przez staranne sito, ale o sposobie wydania. Zamiast koniecznych objaśnień do nazwisk i do osób, mamy litery, gwiazdki, co najwyżej imiona, co razem tworzy, powtarzam, istny hieroglif”.

Przepraszam bardzo za moją śmiałość. Jestem, to prawda, najmłodszym z „mickiewiczologów”. Wszedłem na ten teren ze szczerego zaciekawienia, z pasji; szukam, szperam, odgaduję, przedzieram się przez mroki, umyślnie przez was, moi panowie, zaciemnione lub nierozjaśnione; odgrzebuję to, co zagrzebano przez pół wieku. Robię to trochę gorączkowo, bo taki jest mój temperament. Kiedy zmylony przez uczonego przewodnika popełnię błąd, prostuję go; słowem, szukam prawdy. Ale czego szukają panowie Szpotańscy? Raczej, wydaje mi się, wszystkiego innego... Bo oto przyparty do muru, postawiony przeze mnie w obliczu nowych dokumentów, które wszelkimi siłami starano się ukryć lub zniszczyć, co odpowiada na nie pan S.? Wie wszystko lepiej: siostra Celiny Mickiewiczowej po wielu latach spędzonych w domu poety „nie orientuje się” oczywiście w niczym; tylko pan S. orientuje się we wszystkim! I to tylko dlatego, że jej Pamiętnik przedstawił nieszczęsny Boy, nienależący do cechu, notoryczny ignorant, bo... zdarza mu się (na chwilę!) uwierzyć w informację uczonego profesora, króla fachowców!

Toteż o samej rzeczy z panem S. dysputować nie będę. Gdybym bodaj trochę wierzył, że mu chodzi o rozjaśnienie prawdy, wówczas, na nazwanie „absurdem” ustępu z pamiętnika Zofii Szymanowskiej o zaniedbanym wychowaniu dzieci, odpowiedziałbym mu cytatem z... Władysława Mickiewicza (III, 103): „Mickiewicz... całkiem poświęcony Sprawie, nie baczył nawet na wychowanie dzieci, które były poniekąd zostawione samym sobie”. A cóż innego mówi Zofia Szymanowska? I tak pan S., mierząc w „znienawidzoną” mu Zofię, trafił w swój najwyższy autorytet, we Władysława Mickiewicza; tak samo jak mierząc w Boya, trafił w — prof. Kallenbacha. Załatwiajcie to panowie między sobą; ja będę robił dalej swoje.

Ponieważ przypuszczam, że pan S. jeszcze nieraz da upust furii polemicznej, ośmielam się prosić go o jedno, o ile moja prośba nie będzie czymś zbyt wygórowanym. Żądam „minimuma”, jak śpiewa Krukowski w „Quiproquo”: niefałszowania cytatów. Jak wiadomo, cytaty fałszuje się dwojako (moi polemiści znają dobrze obie metody); raz przez przeinaczenie, po wtóre przez okrawanie. Przytaczając np. słowa Towiańskiego, na które wykrzyknąłem: „Ponura dostojewszczyzna!” i doprowadzając wobec nieświadomych czytelników wykrzyknik mój do absurdu, pan S. ze słów Towiańskiego opuścił... tylko tyle:

„... Rękę moją chętnie dam na spalenie, byle tylko furie trapiły Adama... Jedno dotknięcie furii zrobi niczym Adama, strąci go z posady jego ziemskiej...”

Otóż moje określenie „ponura dostojewszczyzna” odnosiło się — właśnie do tych słów. Jeżeli to dla pana S. nie jest ponure, winszuję mu zdrowia...