Żywoty miłosne
W ostatnich czasach mnoży się — we Francji zwłaszcza — pewien typ wydawnictw, mianowicie życiorysy wielkich ludzi. Jedne powieściowe: ta forma wulgaryzacji jest dość niebezpieczna i wymaga nie lada talentu, aby nie „zwulgaryzować” — bohatera w mniej pożądanym znaczeniu. Przy tym, gdy chodzi o wielkiego człowieka, ciekawsi jesteśmy prawdy niż fantazji na jego temat: sama prawda zwykle jest dość powieściowa i dość fantastyczna. Toteż życiorysy, o ile są dobrze opowiedziane, stają się coraz bardziej ulubioną lekturą. Zamiast interesować się urojonymi losami pana X czy pani Y, mamy tu autentycznego bohatera i w dodatku, gdy chcemy, mamy pierwszorzędny „przyczynek” do powieści w postaci — jego dzieł. Ale jest jeszcze i trzeci typ wydawnictw: mianowicie „żywoty miłosne” wielkich ludzi. Te są dziś najpoczytniejsze: nie ma tygodnia, aby jakaś nowa vie amoureuse nie wykwitła na półkach księgarskich. U nas jeszcze nie umiano wyzyskać tak potężnego współczynnika popularyzacji. Życie miłosne Kopernika, Kobiety w życiu Wita Stwosza, Życie miłosne Piotra Skargi, Życie miłosne Stefana Batorego etc., oto program, który oczekuje realizatorów i który niechybnie ziści zbliżenie najszerszych mas z tytanami naszej kultury.
Miałem tego maleńką próbkę. Wydrukowałem w „Wiadomościach Literackich” artykuł pt. Romans Gabrielli, poświęcony Narcyzie Żmichowskiej, doskonałej pisarce, niepospolitej kobiecie, znamienitej Polce i obywatelce, pogrzebanej doszczętnie w czcigodnym zapomnieniu. Przestudiowałem jej listy, starałem się odtworzyć jej fizjognomię, wskrzesić jej życie osobiste, potrąciłem struny uczuciowe, zaintrygowałem publiczność zagadkową miłością Narcyzy do Pauliny, tej, o której ona sama pisze z więzienia tragicznie wymowne słowa: „Lina to mój los, to moja historia”...
I oto dzieje się cud: Gabriella staje się aktualnością, Gabriella ma rycinę w „Cyruliku Warszawskim”, zjawiają się nakładcy gotowi wydać jej blisko od pięćdziesięciu lat nie tykane pisma, zgłaszają się do mnie o napisanie przedmów... To, czego nie mogły wywalczyć popularne broszury, obchody, daremnie żebrzące dla wielkiej pisarki odrobiny żywej pamięci, to robi w jeden dzień magiczny tytuł: Romans Gabrielli. Pouczające.
Co prawda, liczyłem jeszcze na coś więcej: liczyłem, że się ktoś zgorszy, że się ktoś oburzy, wtedy dopiero sukces byłby zupełny. Starałem się sprowokować panią Izię... na próżno. Och, jakże trudno jest dziś ludzi zgorszyć... co niedzielę! Przeciwnie, otrzymałem wyrazy uznania z tych właśnie kół i od tych osób, które chowane były, jak ja, w kulcie Narcyzy. Pan Leon Okręt w miłym liście przypomina, że matka jego, pani Matylda Okrętowa, była przyjaciółką Gabrielli i cytowana jest w jej korespondencji; pan starosta Witkowski z Wielkopolski przysyła mi tomik pierwszego wydania Wolnych chwil Gabrielli, wydany w roku 1845 w Poznaniu. Pani Aniela Morzkowska demaskuje ową Ellę, do której Narcyza napisała tyle najszczerszych, najpoufniejszych może listów, i donosi, że była nią panna Izabella Zbiegniewska, którą znała jako staruszkę, przełożoną pensji we Włocławku; nazywano ją, dla jej rozumu, „głową Włocławka”. W Krakowie ktoś zajrzał do starego kantorka i odnalazł tam zarzucone listy Narcyzy do Bibianny Moraczewskiej, która wypadnie zapewne ciocią naszemu ministrowi. Pani Anna Minkowska nadsyła mi swoją zajmującą pracę o procesie i więzieniu Narcyzy.
Ale najbardziej poruszyła mnie wiadomość, że mieszka w Warszawie osoba, która znała ją; ową „genialną”, demoniczną, tajemniczą, perwersyjną Paulinę — Paulinę Zbyszewską. Osoba ta — podano mi jej nazwisko i adres — nazywa się dr Maria Sulicka, mieszka ul. Bednarska 2 i godzi się udzielić mi chwili rozmowy.
Idę na Bednarską 2, nad samą Wisłę. Uroczy, mało odwiedzany zakątek Warszawy: śliczny pałacyk z filarkami, w typowo warszawskim osiemnastowiecznym stylu. Wchodzę, wszystko tam niedzisiejsze, trąci przeszłością: dzwoni się do małej furtki, jakaś dziewczynka pertraktuje ze mną przez drzwi, ktoś mnie wpuszcza do ogródka otoczonego wysokim murem i w progu wita mnie z czarującą uprzejmością wesoła i rzeźwa staruszka, pani dr Maria Sulicka.
Oczywiście pierwsze moje pytanie jest, czy mam do czynienia z koleżanką. Ależ tak; pani Sulicka jest doktorem medycyny, i to paryskim; była w liczbie kilku pierwszych Polek, które puściły się zagranicę dla zdobycia nauki. Skończywszy uniwersytet, trzydzieści pięć lat praktykowała we Francji: dziesięć lat w Paryżu, potem na prowincji, niedaleko Reims; wojnę spędziła tuż za frontem. Po wojnie tęsknota ściągnęła ją do kraju, gdzie znów po trosze tęskni za Francją... Takie są niedogodności dubeltowej ojczyzny.
Sprowadzam rozmowę na właściwy cel wizyty. „Mój Boże — śmieje się pani Sulicka — niewiele mogę panu powiedzieć o pannie Zbyszewskiej, mimo że widywałam ją co dzień przez dwa lata. Byłam jej lektorką. A oto jak poznałam tę istotnie oryginalną osobę. Byłam z wizytą u znajomych; panna Zbyszewska, nie znając mnie, usłyszała z drugiego pokoju mój głos. Głos mój tak się jej spodobał, że oświadczyła, iż, czy chcę czy nie chcę, ona musi mnie mieć za lektorkę. No i zdobyła mnie. Była to wówczas niemłoda już osoba, miała lat ze 60, niezamężna, bardzo bogata, samodzielna, ekscentryczna, despotyczna, poróżniona z całą rodziną. W towarzystwie warszawskim mówiono o niej dość dziwnie i trochę na ucho: coś między George Sand a Messaliną... Ale miała opinię wybitnej inteligencji, znawstwa literatury i sztuki. Kpiła sobie zresztą z całego świata, zwłaszcza ze »swojej sfery«, którą gorszyła swymi ekscentrycznościami. Podróżowała mnóstwo; opowiadała mi, jak, jeszcze będąc młodą panną, z ojcem jechała własnymi końmi do Paryża, a bryka z tobołami szła za nimi. Miała swoje bardzo oryginalne powiedzenia. Np. raz, kiedy nie było pod ręką nic do czytania, kazała sobie czytać powieść z »Ateneum« czy z »Biblioteki Warszawskiej«; zwróciłam uwagę, że to jest dalszy ciąg, a nie ma numeru z początkiem. Panna Zbyszewska odparła: »A cóż to szkodzi, przecie jak pani poznaje człowieka, to też nie czyta go pani od początku, tylko od środka«. Paliła grube cygara; była też wielka smakoszka. Miała przywiązaną służącą Felisię; czasem zatrzymywała mnie na kolację i jadła razem ze mną, potem strofowała Felisię, że podaje to, czego jej lekarze zabraniają; ale dopiero wtedy, gdy już zjadła. Była wysoka, tęga, o delikatnych, pięknych rysach twarzy, umiała być bardzo miła. Przyjmowała dosyć dużo, i wybitne osoby; więcej kobiet niż mężczyzn. O Żmichowskiej nie wspomniała nigdy ani słowem, mimo że nieraz mówiła ze mną o literaturze i o swoich stosunkach literackich. W ogóle dopiero z pańskiego artykułu dowiedziałam się, że one się znały...”.
Słuchałem tego wszystkiego z dziwnym uczuciem. Jakże odległych czasów można sięgnąć za pośrednictwem jednego tylko pokolenia! Fruwamy samolotami, a mamy znajomych, których znajomi jeździli bryką do Paryża, wioząc ze sobą faskę z bigosem. Miałem uczucie, że znam tę Paulinę: wyobraziłem ją sobie coś niby ową pyszną ciotkę Leona Płoszowskiego z Bez Dogmatu, która też kryje może Bóg wie jakie tajemnice w fałdach swego zacnego panieństwa. Ileż my tracimy na tym, że jako dzieci nie umiemy spowiadać naszych ciotecznych babek... Jeden może Stanisław Wasylewski miał już w kolebce ten talent.
Do wytworzenia tego nastroju przeszłości przyczyniła się i rama, w jakiej się znalazłem. Ten dworek na Bednarskiej pod filarkami ma swoją historię, o której się tam na miejscu dowiaduję. Był za sejmu czteroletniego własnością kasztelana Jezierskiego; był wówczas prawie za miastem, a dawał schronienie bardzo wesołym i dyskretnym salonom, gdzie jeździła bawić się złota młodzież. Mieszkanki tego domku nazywano, od godności posesora, „kasztelankami”. Obecny właściciel kupił ten dworek na spekulację, chciał go zburzyć i wybudować wielkie czynszowe paskudztwo: naraz paf! zeszła się komisja archeologów, historyków, estetyków, uznała były zamtuz za monument publique (nomen-omen) i poddała go opiece konserwatorów. Nie wolno tknąć ani cegiełki. Restaurować, konserwować, owszem. I odrestaurowano pałacyk, i mają tam śliczne mieszkanko państwo P., u których mieszka panna Sulicka, i tam dowiaduję się tego wszystkiego, siedząc na staroświeckich mahoniach i zajadając pierniczki, bo — jakby dla dopełnienia stylu! — trafiłem przypadkowo na imieniny panny Sulickiej i biorę czynny udział w obchodzeniu jej święta.
W rozmowie przychodzi mi na myśl, że ta polska emancypantka i doktorka paryska musi być kopalnią przeróżnych życiowych wspomnień. Na chybił trafił rzucam pytanie: „Czy pani przypadkowo nie znała w Paryżu Zapolskiej?”. — „Jak to czy znałam! Oczywiście. Przecież to na mojej kochanej »Glasierze« rozgrywa się powieść z życia paryskiej kolonii Zaszumi las. Ja wtedy brałam czynny udział w robocie socjalistycznej; mam zaszczyt nawet figurować w tej powieści jako jedna z bohaterek. Doskonale znałam Zapolską, bardzo miła kobieta. Ale wówczas była bardzo nerwowa, miała dużo przykrości, kochała się w prześlicznym młodym chłopcu, Janku... jakże mu to było?... Aha, Lorentowicz, Janek Lorentowicz...”.
Na pomoc, ratujcie mnie, nie podołam wszystkiemu! Co tu się tematów otwiera: życie miłosne Zapolskiej, życie miłosne Jana Lorentowicza... Nie dam wszystkiemu rady, rezygnuję. Ale radzę badaczom literatury, niech się umizgną do panny Marii Sulickiej o godzinkę rozmowy...
Wilia Narcyzy w roku 1863
Wspomniałem, że matka moja była w długoletniej zażyłości z Narcyzą Żmichowską. Owo słynne „Miodogórze”, mieszkanie Żmichowskiej, gdzie skupiało się co było podówczas szlachetniejszego, gorętszego w Warszawie, to było trzecie pięterko w domu Grabowskich przy ulicy Miodowej; tam mieszkały również, na pierwszym piętrze, cztery panny Grabowskie, z których jedna, Wanda, później Władysławowa Żeleńska, była moją matką. Inne siostry były: Julia, później Tetmajerowa, matka Kazimierza Tetmajera; Maria Kwietniewska, żona matematyka, docenta Szkoły Głównej i Zofia, tłumaczka ulubionych angielskich powieści dla młodzieży. Stosunki sąsiedzkie stały się coraz bliższe; Żmichowska ze swoją potrzebą nauczania wykładała pannom różne przedmioty, z czasem z Wandą stosunek nauczycielki do uczennicy przeszedł w trwałą i dozgonną przyjaźń. Jako dokument tej przyjaźni pozostała bardzo obfita niewydana dotąd korespondencja, z którą się obecnie zapoznaję.
Pobyt Żmichowskiej na „Miodogórzu” przypada na lata poprzedzające wybuch powstania r. 1863, okres gorączkowych nadziei i starć przeciwnych prądów. Rewizje, aresztowania były rzeczą codzienną. Nieraz dzieckiem słyszałem od matki opowiadania o tych chwilach: śmierć Edwarda Jurgensa, który zostawił po sobie wśród bliskich kult graniczący z fanatyzmem; odkrycie w piwnicach tegoż domu przy ulicy Miodowej składu broni, wskutek czego dziadka, jako gospodarza domu, trzymano kilka miesięcy w cytadeli; i inne dramatyczne momenty.
Źmichowska była zdecydowaną przeciwniczką powstania; nie miała złudzeń. Swój okres wiary i działania przeżyła już wprzódy i zakończył się bardzo boleśnie. Brała czynny udział w ruchu r. 1846; przekradała się jako emisariuszka do Galicji; z rozmów chłopów w karczmie, dokąd w przebraniu zaszła na nocleg, poznała tragiczną przepaść między chłopem a „panem”. Brała udział w ruchu spiskowym w r. 1848. Przejęto jej listy, dostała się na półtrzecia roku do więzienia, potem pod nadzór policji z przymusowym mieszkaniem w Lublinie. Widziała złudność nadziei, złudność wiary w swoje siły i w obcą pomoc. Ale najwięcej wątpienia zaszczepiło w niej to, co widziała co dzień dokoła siebie: brak styczności pomiędzy górą i dołem społeczeństwa; ciemnotę i obojętność po równi — mimo że na inny sposób — w górze i w dole. Przerażała ją lekkomyślność sfer emigracyjnych, kierujących z daleka ruchem. Wszystko to sprawiało, że na najbliższą metę przyszłość widziała raczej w pracy wewnętrznej i w przeobrażeniu psychiki narodu, niż w zbrojnym ruchu, do którego bez tego przeobrażenia nie widziała warunków. Tym tragiczniejszym był dla niej wybuch powstania, w którym tylu jej bliskich brało czynny udział. Zagrzebała się na wsi u rodziny, gdzie, aby się ogłuszyć, poświęciła się uczeniu dzieci. Uczucia, z jakimi siadała do wilii w tym roku 1863, maluje list, który pisze z Olszowy do mojej matki:
2 stycznia, sobota 1864 r.
W tej chwili napisałam karteczkę do oddalonego brata, i piszę do was, moi najbliżsi w Warszawie. Jaka to ulga, Wando moja kochana, że wszystko musi przeminąć; i święta przeminęły na koniec! Daremnie człowiek w silne postanowienie się zbroi, by je zupełnie jako najpowszedniejsze dni spędził; jest pełno nieuniknionych zwyczajów, drobiazgowych okoliczności, które koniecznie przypominają, że to jest wyróżniona od innych epoka, i trzeba wspominać — porównywać — no, ale już się skończyło. Cały dzień wigilii udało mi się ukraść — „zeskamotować” do pewnego stopnia; nie byłam ani w sobie, ani poza sobą, ani nigdzie. — Bodajbyś nigdy nie zrozumiała, jak to można nigdzie nie być; szkaradna to rzecz, do której na nieszczęście nałogowo zaczynam przywykać. Otóż kręciłam się ciągle między drugimi; dwóch naszych chłopczyków, Władek po jednej z sióstr naszych sierota i mały Lutuś, syn Wituchny, drzewka sami sobie na gwiazdkę stroili, głośno było od ich radości we wszystkich pokojach, a ja tymczasem naddatkowy jakiś prezencik improwizowałam. Czas schodził bardzo przyzwoicie; dopiero kiedy świece zapalono, kiedy było trzeba do stołu zasiąść i opłatkiem się dzielić, wszystkim obojętne uśmiechy jak zły tynk na mróz z twarzy opadać zaczęły. Najpierwej Kornelia ze łzami w głosie słów życzenia domówić nie mogła, a biedna Wituchna, choć siląc się na stoicyzm, w milczeniu tylko rękę wyciągnęła. Ich żal za wywiezionym Ludwikiem zahaczył o wszystkie moje własne i nie własne żale; musiałam się na chwilę ucieczką ratować. Pobiegłam do swego pokoiku, stanęłam przed palącym się w piecu ogniem i zdobyłam się tylko na jedną myśl wyraźną wśród boleści, pokutną wśród zwątpienia, i tę myśl ku „Bogu Ojcu w Niebiesiech” przesłałam; Bóg może zechce dać jej właściwe przeznaczenie, bo co ja, to już nic a nic nie wiem, co z moich myśli robić, nawet gdy mi która przez serce się snuje. Kiedy wróciłam do jadalnej sali, wszystkich zastałam siedzących na swoich miejscach przy stole, zupa była rozdana i z nikim więcej opłatka ni życzenia dzielić mi nie wypadło. — Przyznam ci się, Wando, że nie mam ochoty z moim smutkiem uroczyście przed każdym występować i choćby w negacyjne przystrajać go formy; i owszem, za obowiązek sobie poczytuję być zupełnie do innych podobną, wystrzegać się wszelkich ekscentryczności, wszelkiego niejako obrządku na moje indywidualne wrażenia, prędzej jeszcze w radosnej chwili dam się fantazją pociągnąć lub śmiało na zewnątrz ją objawię; cierpienie zaś wszelkie tak mię upokarza, tak odejmuje samodzielność, ufność w samą siebie i odwagę, że nie wiem, czy najtrwożliwsza parafianka mogłaby sztywniej wystąpić na najmodniejszym salonie, jak sztywnie ja wobec własnego sumienia występuję. Wszystko stąd pochodzi, że mam smutek zły; ale wracając się do tego, co mówić zaczęłam, kiedy ludzie po zwyczaju winszują lub życzą, staram się także powinszowaniem lub życzeniem wywzajemnić, perswaduję sobie, że to ma wartość prostego „dzień dobry”, nie mogę jednak z pewnej wewnętrznej przykrości się wyswobodzić. Dotychczas każde słowo podobne wychodziło z ust moich najwierniejszym echem tego, co miałam w myśli iw sercu, dzisiaj czuję, że kłamstwo popełniam. Na podszewce każdego — „niechaj lepiej będzie — Boże daj szczęście” — itp. zawsze mi jest obecnym wrażenie, że będzie ciągle gorzej — że Bóg szczęścia z łaski nie daje, kiedy go człowiek podług praw Jego zdobyć sobie nie umie, i inne tego rodzaju zaprzeczenia. Dlatego też doznaję pewnej ulgi, gdy mię cośkolwiek od tradycyjnych formułek zasłoni. Kto tam zgadnie, moja Wando, w co się obracają na wiatr rzucone słowa! — gdyby tylko zamarzły tak jako w bajce, którą znać musisz, i odtajały nie w porę, to już by dosyć kłopotu być mogło — a dopieroż gdyby chemicznego procesu prawom uległy — fermentowały, amalgamowały z opacznymi atomami i omen jakiś na jakieś zdarzenie w przyszłości rzuciły. Fałszywe słowa, to nie żarty; i omeny to prawda. A zatem, dzięki Bogu, że święta życzeń przeminęły! Dzień wigilii nie przedstawił mi żadnego szczegółu, który by dał się w jakąkolwiek wróżbę przeciągnąć. Doczekałam aż do ostatniej godziny roku i pomimo przeszłorocznej niby wróżby, nie odnalazłam niczego. Ty mi młode i zacne serce obiecujesz — takie, powiadasz, które będzie można ukochać; — takie przecież dał mi Bóg dawniej niż przed rokiem, odnajdywać go nie potrzebowałam — jak myślisz, Wando? czy potrzebowałam odnajdywać? — Nie — wszak nie? Więc mi się coś innego odnaleźć należało — coś w sobie. — Gdyby młode i zacne serce we własnej piersi! — innych zewnętrznych warunków nie określam — wtedy byłoby wszystko odzyskane i do uzyskania. Jeśli się zobaczymy, Wando, przypomnij mi, to ci opowiem kiedy, jakim słowem pobłogosławiła mi na życie, umierając w trzy dni po moim urodzeniu, matka. Bardzo, bardzo długo starczyło mi tego słowa, od dwóch, trzech lat dopiero spostrzegam się, że wpływ jego wyczerpnięty — nic nie nada. — Chciałabyś się dowiedzieć, moja droga, co ja wiem o przeszłości twojej? Literalnie biorąc, „wiem” bardzo mało; ale wnioskuję sobie, że była pod przygnębieniem — tobie się zdaje, że wypadków losu — mnie się zdaje, że twego własnego usposobienia. Strata matki najokropniejszym jest ciosem, zwłaszcza w tym wieku, w którym ciebie dotknęła; jednak to w prawie i w możności ducha ludzkiego nie leży, aby jego kierunek ku żywotowi wiecznemu „śmiercią” mógł być powstrzymany lub zwichnięty — śmiercią będącą w porządku natury — w wyroku Boga. Może chorobliwy organizm nie przetrzymać uderzenia, może człowiek sam umrzeć przy umarłym, anewryzmu dostać, konwulsji nerwowych — to inna, fizjologiczna sprawa: — ja tylko się przekonałam, że myślą, dalszym ciągiem niejako śmierci żyć nie może. Ta wielka, uroczysta, najświętsza próba do ostatecznej pełności przywodzi zarodki wszystkich władz naszych — i ty, Wando, pod jej tytuł podciągnęłaś mnóstwo rozwijających się w tobie od tej epoki fenomenów. — Mówię w formie niby arcy-stanowczej, lecz przypominam, że się jedynie do wnioskowania przyznałam; wspólnemu roztrząśnieniu przedmiotu szerokie pole zostawione; otóż wnioskuję przede wszystkim, że gatunkowo dusza twoja, odnośnie do dobrego, ma raczej wyczekujące niż zdobywające usposobienie. Czy dobrem nazwiesz szczęście, naukę — ukochanie, czy ideał, cnotę, niebo, zawsze w tobie jest pragnienie czekające, a nie ma dosyć zdobywczej odwagi. Nieraz już zauważałam sobie tę wielką między duszami ludzkimi różnicę — ma się rozumieć między już zbudzonymi, chrześcijańskimi, zbawiającymi się duszami — są inne śpiące, pogańskie — zatracone — o tych nie wspominam — co lepsze mam na myśli; z tych lepszych, gdy się im przypatrzysz, zawsze spostrzeżesz, że jedne czekają, drugie zdobywają. — Wyobrażam sobie, jak w tej chwili tłumaczysz pewnie na jakąś osobistą przyganę to, że cię do czekających zaliczyłam. Mylisz się, Wandeczko, narzuciłabyś mi śmiesznostkę równą tym oklepanym...
Końca tego listu nie udało mi się odnaleźć. Może w niedługim czasie zdołam doprowadzić do skutku wydanie całej tej korespondencji. Gdy chodzi o Żmichowską, o jej prawdziwe poznanie, tam korespondencja odgrywa większą rolę niż u jakiegokolwiek innego pisarza: w warunkach podwójnego skrępowania, bo i cenzurą rosyjską, i ową cenzurą ciasnoty obyczajowej, na którą pisarka tak nieraz się żali, najswobodniej wypowiada się ona w listach do swoich najbliższych.
Uzupełnienie do rozdziału Żmichowska
W związku z artykułami Romans Gabrielli i Żywoty miłosne nadsyła mi pani Emilia Wielowieyska następujące wspomnienie:
Żywoty miłosne, a raczej wzmianka w nich o pannie Paulinie Zbyszewskiej, wkłada mi pióro do ręki. Znałam ją bowiem w mych młodocianych latach, a sądzę, że nie ja tylko z obecnie żyjących, prócz p. dr Sulickiej. Lat temu ze trzydzieści kilka spędzałam zimę, jako „panienka” ze wsi, na wydaniu, u ciotecznej babuni, hr. Stefanii z Walewskich Gurowskiej. Mieszkała na Mazowieckiej w domu Grossmana, stąd na niedzielnych koncertach odbywających się tamże uczestniczyłyśmy często. Odwiedzało się też stare babuni przyjaciółki, stuletnią panią senatorową Radoszewską, matkę znanego do niedawna salonowca warszawskiego p. Józefa Radoszewskiego, o słynnej białej brodzie i jeszcze słynniejszym platonicznym afekcie do księżnej Wł. Cz., oraz pannę Paulinę Zbyszewską. Musiała już wtedy dobiegać siedemdziesiątki. Przeważnie leżała na szezlongu, obezwładniona częściowym paraliżem, z głową pochyloną w jedną stronę. Śladów piękności prawie już nie było. Żywość tylko pozostała i temperament — wymowa płynna, sarkazm, kostyczność. W ślicznym apartamenciku, wśród cennych mebli i przedmiotów, dogorywała w goryczy i samotności, mało osób przyjmując. Byłam entuzjastką, panna Zbyszewska zasugestionowała mnie, przesiadywałam godzinami na taburecie przy niej. Ciekawie opowiadała, aforyzmami własnymi przeplatając. Szkoda, że nie notowałam. Lubiła młodych, mnie darzyła sympatią. Podziwiałam ją i bałam się jej jednocześnie. Był w niej istotnie jakiś demonizm, ale była kultura wielka, umysł niepowszedni. Umiała być dobrą, nawet uroczą jeszcze. Słyszałam o wielkim zawodzie sercowym, co życie jej zdruzgotało. Szczegółów co do przyjaźni jej z „Gabriellą” nie znałam. Z wiosną wróciłam na wieś, wkrótce potem wyczytałam w pismach o jej śmierci. Majątek zapisała siostrzeńcom.