VII. Nowe konfitury
W archiwum XX. Czartoryskich w Krakowie znajduje się teczka zawierająca sto osiemdziesiąt kilka listów Marii Kazimiery, a mianowicie z dwóch okresów: z czasu gdy była jeszcze panią Zamoyską i z czasu gdy już była wdową po królu Janie. Listy z okresu wdowieństwa nie były w ogóle dotąd wyzyskane; z materiałów natomiast, odnoszących się do pierwszego okresu, korzystał Kluczycki i ogłosił je (1880) w Acta historica, t. II, cz. I. Ale łatwo było stwierdzić, że Kluczycki wyzyskał ten materiał niecałkowicie; oprócz 14 wydanych przezeń listów sprzed pierwszego wyjazdu pani Zamoyskiej do Paryża, znajduje się w owej tece dwadzieścia kilka — a więc blisko dwa razy tyle — innych z tego samego okresu, dotąd nigdzie nieogłoszonych i niewyzyskanych. Być może, że wobec monumentalnych założeń Acta historica, wydały się one Kluczyckiemu zbyt błahe i zbyt prywatne; dla nas, oglądane w ramach niniejszej pracy, zawierają materiał bardzo cenny. Te nowe „konfitury”, w zestawieniu z dotychczas znanymi, pozwalają lepiej sobie zdać sprawę z odcieni zawiązującego się stosunku młodej pary; skłaniają zarazem do skorygowania sumarycznych wyroków, wydawanych nieraz na Marysieńkę. I w ogóle cały ten romans, jako dokument historyczno-obyczajowy, jest czymś niezmiernie zajmującym w swoim egzotyzmie. Z tego powodu pozwalam sobie wrócić jeszcze wstecz w ów okres między r. 1659 a r. 1662 i na podstawie nowego materiału uzupełnić poprzednio skreślony obraz.
O ile wiemy skądinąd — z późniejszych listów Sobieskiego — że p. Zamoyska, jako młodziutka mężatka, była może „nie ze wszystkim kontenta”, ale wesoła i chętna do zabaw, nawet w czasie pierwszego połogu odbytego w Warszawie — o tyle z listów jej samej możemy wnosić, że wesołość ta minęła dość rychło pod wpływem zawodów i rozczarowań. Pierwsze dziecko umiera w niemowlęctwie; pani Zamoyska — niebawem znów w ciąży — musi przebywać w Zamościu, wśród niechętnego otoczenia, zaniedbywana przez męża, coraz bardziej obcego, coraz częściej nieobecnego w domu. Błaga męża, aby jej nie zostawiał samej: na próżno. Czuje się bardzo samotna, smutna i nerwowa. Przyjaźń z miłym i sympatycznym sąsiadem p. chorążym Sobieskim, dawnym znajomym ze dworu, korespondencja, jaką z nim podtrzymuje, zajmują coraz więcej miejsca w jej życiu. Oczekuje go zawsze „avec une grande75 ochota”. Ale młoda mężatka stara się godzić swoją miłość małżeńską z początkami tej niewinnej — jak mniema — przyjaźni. Jeden z listów zaświadcza o tym w sposób dość oryginalny. Pani Maria jest drugi raz w ciąży; mąż nie zgodził się, aby połóg odbyła — jak pierwszy — na dworze, przy królowej; kazał jej wracać do Zamościa, obiecując cały ten czas spędzić przy niej; a teraz zostawia ją przez całe miesiące samą, pod pozorem objazdu swoich dóbr. Pani Maria nakłada na Sobieskiego obowiązek, aby skłonił jej męża do najrychlejszego powrotu; jeżeli pan Zamoyski nie wróci, znaczy chyba, że ją chce uśmiercić zgryzotą! „Jeżeli przyjedzie — pisze dalej Marysieńka do Sobieskiego — urodzę mu pięknego syna, który będzie się bił równie dobrze jak jego tatuś, i powierzę go panu, aby się od pana nauczył wszystkich tych pięknych czynów, których pan dokazuje co dzień; jeżeli będzie córka, będzie pan miał do niej pierwsze prawa, zważywszy, że pańska pierwsza żona umarła”... Owa „pierwsza żona” — łatwo się domyślić — to córeczka pani Zamoyskiej, mianującej, jak z tego widać, żartobliwie Sobieskiego swoim zięciem. Tak więc, to czyni go swoim zięciem, to powierza mu wychowanie przyszłego syna — typowa na wpół świadoma gra miłosna młodej kobiety, która rolą, jaką przyszły kochanek ma jakoby spełnić wobec jej dzieci, maskuje sama przed sobą tę, którą wypełni wobec niej samej. Inkrustuje niejako Sobieskiego w swoją miłość małżeńską i w swoje macierzyństwo.
Motyw macierzyństwa, na który już poprzednio zwracaliśmy uwagę, powtarza się i w tych listach, z których jeden zaczyna się od słów: Monsieur mon cher enfant76. Raz po raz Marysieńka proponuje Sobieskiemu, aby żyli w dobrej harmonii jak matka z synem; zapewnia, że jest jego „drogą mamusią”. To znów, w żartobliwej i zalotnej igraszce, pisze, że „jej córka upewnia go o swoim szacunku i powiada, że jeżeli będzie równie stałym jej sługą jak dla jej mamy jest „un nieszczyry syn”, skłoni może matkę — Marysieńkę — aby go kochała jak swojego syna.
Ale ten styl matczyny zużywa się dość szybko, zwłaszcza że Sobieski wziął go może zbyt dosłownie. Bo tutaj trzeba zaznaczyć rys, który w tych nowych „konfiturach” uderza bardziej niż w dotychczas znanych: mianowicie że w początkach tego stosunku stroną bardziej wziętą, bardziej angażującą się była Marysieńka. Jest to dosyć zrozumiałe i tłumaczy się choćby samymi warunkami ich egzystencji. Sobieskiemu wrażeń nie brakło; wolny, swobodny, rwący się do życia, wojował, wędrował, polował, bywał na dworze, w obozie i po sąsiadach, wszędzie mile witany, przez mężczyzn i przez płeć słabszą. Bujał po trosze z kwiatka na kwiatek, i wcale się nie zdaje, aby w tym pierwszym okresie korespondencja z przybraną „mamusią” miała opędzać wszystkie potrzeby jego serca. Inna rzecz ona, raz po raz unieruchomiona ciążą, uwięziona w Zamościu, przy coraz mniej znośnym mężu, który zresztą udziela się jej coraz skąpiej. „Rano wychodzi z mego pokoju, nie widzę go do wieczora. Może pan sobie wyobrazić, ile mam czasu na budowanie des châteaux en Espagne77 — pisze do Sobieskiego; „nudzę się” — „umieram z nudów” — te słowa powtarzają się ustawicznie w jej listach. Z nudów sypia po pół dnia. Z któregoś listu dowiadujemy się, że od trzech dni leży w łóżku z powodu przestrachu spowodowanego pijacką — jak zwykle — awanturą, w której Zamoyski omal kogoś nie zabił w jej pokoju. W tych warunkach korespondencja z Sobieskim jest jej jedyną pociechą, a jego odwiedziny jaśniejszymi chwilami w tym szarym życiu. Otóż zdaje się, że w tych początkach Sobieskiemu raczej ciąży fałszywa rola przyjaciela domu. Pani Zamoyska wyrzuca mu, że ile razy ma być u nich, zawsze znajduje jakieś „ważne sprawy”. Wykręca się. Zamoyski chce go zaprosić na polowanie, „ale pewnie będzie pan miał na ten czas ważne sprawy” — pisze mu z wyraźną ironią Marysieńka. To znów — donosi mu — Zamoyski oświadczył, że nie będzie już pisał do Sobieskiego, bo ten nie odpowiedział mu na osiem listów...
Może aby obłaskawić Sobieskiego, pani Zamoyska uderza w ów ton przyjacielsko-matczyny, czyni się jego bezinteresowną powiernicą. Upewnia go o swojej dyskrecji. A on zwierza się jej naiwnie! Czytamy w jednym z jej listów: „Co się tyczy pańskiej kuzynki, bardzo okrutna jest, że pana nie chce widzieć, ale vous saurez si bien faire le mourant78, że w końcu da się wzruszyć i znajdzie pan sposób ułagodzenia jej”... Lecz mimo woli przebija podrażnienie w jej listach. Oto ona siedzi w Zamościu, karnawał się rozpoczyna, on spędzi go wesoło na dworze „w pobliżu Ich Królewskich Mości oraz tej, którą nie wiem jak nazwać, bo żyjąc tak jak ona żyje, nie zasługuje na nazwę pańskiej krewniaczki. Czuję, że się ośmieszam w pańskich oczach, mieszając się do rzeczy, które mnie nie obchodzą; jednakże, nosząc miano pańskiej mateczki, nie mogę się wstrzymać, aby nie powiedzieć co o tym myślę”. Niechże się bawi w Warszawie, i ona zresztą postara się tutaj nie umrzeć z melancholii: przyjechała do nich na karnawał pani Szumowska i sporo młodzieży; nie ma nawet czasu dłużej pisać, bo maski już czekają na nią... Ale czujemy wstrzymywane łzy w tym liście.
Kiedy indziej uskarża się Marysieńka, że długo nie dostaje odpowiedzi. „Nie mylę się — pisze — kiedy powiadam, że co z oczu to z myśli; ale nie gniewam się o to, że inna zajęła moje miejsce, byleby go była warta”. I kończy zapewnieniem, że jest jego dobrą mamusią.
Aż wreszcie w jednym liście, w którym skarży się na złe zdrowie i na opieszałość Sobieskiego w odwiedzaniu jej, kończy: „aby panu powiedzieć, że nie jestem pańską matką”.
W istocie „matka” się zużyła, czas przejść do innej zabawy. Takiej gry nie da się zbytnio przeciągać. Są pewne poszlaki, że realistę Sobieskiego zaczął nużyć ten stosunek, w którym wymagano od niego wiele, nie wypłacając się pozytywną monetą; może uważał, że ta zbyt młoda mateczka za wiele interesuje się jego życiem, czasem nawet wkraczając w nie czynnie, mieszając się z oddalenia ale skutecznie w jego damskie sprawy. Może miał pretensje — na to wygląda — że go poróżniła z którąś z przyjaciółek. Może gorszyły go awanse, jakie mu robiła? Może czuł się nieswojo w tej fałszywej sytuacji, w tym flircie z żoną przyjaciela, w który brnął coraz głębiej, sam nie wiedząc jak i kiedy? Doszło do wybuchu, jak można wnosić z bardzo znamiennego listu, pisanego przez panią Zamoyską do Jana Sapiehy. Przyjaciel Sobieskiego, pan pisarz koronny Sapieha, który razem z Sobieskim zawędrował swego czasu do Szwedów i od Szwedów szczęśliwie wrócił, jest zarazem zaufanym pani Zamoyskiej; on, wraz z Sobieskim, interweniuje w sprawie uwolnienia jej starostwa od świadczeń wojskowych; jemu — wraz z Sobieskim — powierzy swoje interesy, kiedy nagle opuści Zamość, udając się do Paryża. Można wnosić, że pan Sapieha wtajemniczony był w niejeden sekret tyczący wzajemnego stosunku tych dwojga. List pani Zamoyskiej do niego jest tym wymowniejszy, że mówi tutaj kobieta w podrażnieniu, mniej niż zazwyczaj licząc się ze słowami, i że list jej, zwrócony do osoby trzeciej, wolny jest od przenośni i omówień, towarzyszących zazwyczaj w owej epoce korespondencji miłosnej.
„Co się tyczy pana chorążego — pisze (po francusku) pani Zamoyska — dziwię się, że serce tak wyniosłe jak jego zniża się do tego stopnia do osoby, którą ceni tak mało, którą tak zlekceważył... Jestem przeświadczona, że nie jest mi winien nic, ani ja jemu. Powiedział mi sam, że jest zmęczony moją życzliwością (las de ma bienveillance). Wyznaję, że byłam tak głupia, aby go wyróżniać, co mi się nie zdarzyło nigdy w stosunku do żadnego mężczyzny, a on zapewne chciał mi dać uczuć, jak dalece to nie przystoi kobiecie. Z chwilą, gdy mi dał poznać mój błąd, natychmiast odzyskałam rozsądek i poprzysięgłam, że tak jak był pierwszy, tak będzie ostatni, za wszystkie zelżywe słowa, jakie mi powiedział. Jestem pewna, że nikt w świecie nie ośmielił się potraktować kobiety tak jak on; ale, jeżeli miałam na tyle umiarkowania, aby go wysłuchać tak cierpliwie, niech sobie nie wyobraża, żem to zrobiła przez głupotę... Jestem na tyle zarozumiała, aby sądzić, że nie jestem ostatnia ze wszystkich kobiet; godzę się, skoro pan sobie życzy, przyjąć te słowa jako galanterie wynikłe z jego miłego usposobienia; ale nie byłabym zdolna ścierpieć ich więcej. Domyślam się zresztą, w jakim celu zrobił to wszystko; życzę, aby wynik był pomyślny; co się mnie tyczy, nie mogłam się spodziewać innego końca”...
Zważmy ten styl: jak tu nie ma nic archaicznego, jakie to wszystko nowoczesne, dzisiejsze, podczas gdy styl Sobieskiego tak bardzo jeszcze tkwi w owym wieku XVII. Jak mogło nie być nieporozumień? Trudno jest kochać się harmonijnie na dystans paru wieków.
Ale i Sobieski wygląda spoza tego listu dość nieoczekiwany, dość nowy! Zdaje się, że impulsywny pan chorąży przebrał miarę i teraz, zdjęty niesmakiem do samego siebie, stara się ułagodzić Marysieńkę na wszelkie sposoby; obok instancyj pana Sapiehy, posyła jej brzoskwinie i małmazję. Musiał ją trochę udobruchać, bo czuć jak gdyby cień uśmiechu, kiedy p. Zamoyska pisze, że „zachowuje jego brzoskwinie dla królowej; jeżeli są zatrute, złość Sobieskiego ugodzi nie w nią, ale w Jej Królewską Mość”.
Tak więc, widzimy, że tego stosunku nie można brać zanadto ryczałtem. Miał różne fazy. Sobieski nie od razu stał się owym powolnym Celadonem, jakim miał być później; miał z kobietami pazurki i umiał je pokazać. Kto wie, ile w tym pierwszym okresie nagromadziło się w Marysieńce żalów i goryczy. I wówczas, po latach, kiedy on, odnalazłszy całego siebie w roli namiętnego i przywiązanego małżonka, oddał się jej niepodzielnie, ona wyraźnie chłodnie, trzyma go tym chłodem, którym przywodzi go nieraz do rozpaczy i którym najskuteczniej nad nim panuje. Może to system, a może odwet, może jakieś zapiekłe urazy z owego pierwszego okresu.
Pani Zamoyska rzadko datuje listy, ale można odgadnąć w przybliżeniu ich datę po stylu, po terminologii. Matka i przyjaciółka znika; zjawiają się natomiast z kolei przenośnie miłosne, częścią zaczerpnięte z romansów, częścią z głowy. Celadon i Astrea, to nazwy niejako oficjalne; ale, jak już widzieliśmy, Sobieski ma dużo pseudonimów. Tutaj szczególnie często zjawia się jeden: l’automne — jesień. Róża ubolewa, że tak długo nie będzie mogła widzieć jesieni... Nikt nie będzie miał jej pomarańcz (miłości) tylko on jeden, jedyny ich godny, o ile będzie wierny swojej róży. Nie ma przyjaźni, którą by dla niego nie wzgardziła, nie ma opinii świata przeciw której nie wzięłaby go w obronę. Bo już sytuacja jest jasna, już nastąpiło — nie ostateczne zapewne — porozumienie, już umawiają schadzki, już przebija coraz wyraźniejsze zobopólne zniecierpliwienie przeszkodami, wyradzające się czasem we wzajemne wyrzuty.
Wreszcie, w jeszcze późniejszej fazie, szyfr staje się bardziej realistyczny; wówczas pojawia się owo la flute — fujara — na oznaczenie uprzykrzonego męża; ale jest nie sama tylko fujara, jest mała orkiestra domowa, bo siostra męża, księżna Gryzelda Wiśniowiecka, która również musiała nieraz być dla zakochanych uciążliwą przeszkodą, otrzymuje pseudonim „basetli” (viole de gambe). Delikatna zazwyczaj Marysieńka staje się dość brutalna w określeniach, gdy na przykład pisze Sobieskiemu, że współczuje jego udrękom, ale i jej jest bardzo niemiło „qu’un chłop gruby dorme sur mon oreiller79”. Ale tuż potem dodaje z wdziękiem:
„Będziemy mówili całkiem o czym innym, kiedy się zobaczymy; przysięgam ci, że i mnie rozłąka męczy nie mniej niż ciebie. Nie ma chwili, żebym nie myślała o tobie, od czasu jakeśmy się rozstali. Chodzę nieuczesana, bez wstążek, bez muszki; nie dbam o to, aby się podobać komukolwiek”.
Znowuż francuskie vous — niepodobne do oddania — to nie jest jeszcze polskie „ty”; ale poufnego jego odcienia niepodobna by wyrazić żadnym „waszmość panem”.
Pomijam w tym zwięzłym rozdziale o nowych konfiturach wszystko to, co w nich się pokrywa z dotychczasowymi poglądami na ów stosunek; podkreślam jedynie to co te poglądy nieco modyfikuje. Otóż nigdzie w dotychczas ogłoszonych listach nie występuje Marysieńka tak wyraźnie w roli zakochanej; raczej bywa oględna, oszczędna w słowach, bardziej prowokująca uczucia, niż objawiająca je sama; natomiast w tych nieznanych listach raz po raz spływają z jej pióra zaklęcia bardzo gorące, bardzo bezpośrednie. W owych czasach, kiedy bezpieczeństwo poczty było tak wątpliwe, list był listowi nierówny, swoboda wynurzeń zależna była od tego, jaką drogą list się posyłało, stąd częste odmiany tonu. W jednym z listów Marysieńka wyraźnie pisze, że usiłują przejmować jej pocztę.
Zdaje się, że po okresie w którym traktował tę przyjaźń dość lekko, Sobieski daje się całkowicie zagarnąć rosnącemu uczuciu. Może umacnia się ono właśnie w tych burzach, w tych wzajemnych wyrzutach i nieporozumieniach. Odtąd już wciąż jest mowa o sposobach widzenia się, bodaj przelotnego, z zachowaniem towarzyskich pozorów. W tym celu nieodzowne jest zbliżyć kochanka z mężem; toteż pani Zamoyska wpada na heroiczny pomysł; pisze Sobieskiemu, aby koniecznie był w Warszawie kiedy la flute tam będzie, aby la girouette (królowa) kazała mu zaprzysiąc z „fujarą” niezłomną przyjaźń: „to będzie bardzo użyteczne — konkluduje Marysieńka — i wówczas będziemy się mogli widywać”. Widzimy stąd, że jeżeli Marysieńka oddaje królowej ważne usługi, i królowa nie odmawia jej w potrzebie swej dostojnej pomocy. Przy tej okazji dowiadujemy się z listu, że żona musiała pożyczyć krezusowi Zamoyskiemu 2000 franków na podróż...
Tak więc, te nowe listy — bodaj przez swoją obfitość — lepiej pozwalają śledzić etapy, jakimi posuwa się zawojowanie naszego bohatera. Dowiadujemy się o innych jego przymiotach. Marysieńka uważa go za nader biegłego w rzeczach damskiej mody i odwołuje się do jego smaku w sprawach kolorów. Obarcza go bardzo skomplikowanymi zleceniami do swoich jubilerów, zapowiadając, że jeżeli źle się wywiąże, zeklnie go comme un80 furman ses chevaux81. Mile to musiało brzmieć uchu prawego szlachcica! Już się nie wydobędzie bohater z tej słodkiej niewoli.
Datą przesilenia — co najmniej duchowego — stał się moment historyczny, sejm w Warszawie (1661), ten który uświetniło przedstawienie Cyda. Zakochani widują się wówczas częściej i dłużej, a rezultatem — owe śluby w kościele karmelitów, przypadające na czerwiec r. 1661. W miejsce zwykłego dawnego podpisu MCFZ, Marysieńka zaczyna się podpisywać w listach do Celadona cyfrą dość wyraźnie kryjącą splecione litery J. S. Już nawiedzają ją myśli o rozwodzie, ale czuje zapewne, że życie w Polsce w tych warunkach byłoby bardzo utrudnione; toteż dojrzewa w jej główce inny plan: wymknąć się do Paryża pod jakimś pozorem, może później ściągnąć tam Sobieskiego i zorganizować sobie na trwałe nowe rozkoszne życie. Już mówiła z królową o tym że chce odwiedzić rodziców (les oiseaux de mer82); szelmeczka i królowę myśli wystrychnąć na dudka!
Co się tyczy listów pani Zamoyskiej z Paryża, teczka z archiwum Czartoryskich niewiele już daje nowego: cały prawie ten materiał ogłoszony był przez Kluczyckiego w Acta historica. Dwa czy trzy niedrukowane dotąd listy nie zawierają nic szczególnie ciekawego. Jeden świadczyłby o dobrym sercu Marysieńki, ponieważ opisuje nader obszernie ostatnie chwile i śmierć jednego z nielicznych jej oddanych dworzan, p. Stawskiego, którego usługi wielce ceniła. „Umarł jak święty” — pisze na wstępie, a pod koniec listu dowiadujemy się, że wyzuł matkę i siostrę ze wszystkiego, co by im mogło przypaść w spadku po nim, wszystko kazał spieniężyć i obrócić na msze na swoją intencję. Święty, w istocie.
Co zaś do listów z wdowiego okresu, są one przeważnie bardzo zniszczone, doświadczone ogniem i wodą. Pisane są do wojewodziny Sieniawskiej z domu Lubomirskiej, przeważnie w interesach, których likwidacja dla osiadłej już na stałe we Włoszech królowej była nader utrudniona. Omówimy tę korespondencję we właściwym momencie biografii Marii Kazimiery.
VIII. À Paris!... À Paris!...
Jest w operze Manon duet Manon Lescaut z kawalerem des Grieux, kiedy młoda dziewczyna uprowadza z sobą zakochanego kawalera. Za chwilę pomkną do Paryża, miasta rozkoszy, miłości i szczęśliwego incognito. I co kilka taktów, w ustach Manon powtarza się zmysłowo, kusząco, na niskich tonach oparty refren: À Paris!... à Paris!...
Sobieski kawalerem des Grieux? Jeszcze jedno paradoksalne skojarzenie!
To pewna, że Sobieski znajduje się na niebezpiecznym zakręcie życia. Rzucić wszystko, spieniężyć, co się da, ze swoich majątków, kupić jakąś posiadłość w okolicach Paryża lub na południu Francji i tam żyć z ukochaną, oto miraże, jakimi go wabi niebezpieczna Manon.
Ale życie nie jest operą, nawet kiedy bohaterowie chodzą w kostiumach. Dlatego cała ta niedoszła przygoda, oglądana z bliska, znów wydaje się bardziej skomplikowana.
Wyjazd pani wojewodziny odbył się nagle i w warunkach nieco skandalicznych. Przynajmniej tak go sobie w Polsce interpretowano. „Bez woli i wiadomości swego męża — notuje pod datą 7 maja 1662 r. współczesny Latopisiec Joachima Jerlicza — wziąwszy zły umysł i radę, zabrawszy dostatki i skarb, złoto, srebro, klejnoty, pieniądze, o których powiadano być miało 70 000, podmówiwszy sługę starszego i innych pacholąt do kilkunastu, ujeżdża do cudzej ziemi pod niebytność samego p. wojewody, który na sejmie bawił się w Warszawie. Lepiej było w domu się ożenić ze szlachcianką jaką polską, zdrowiej by było i pożyteczniej i każdemu takowemu dobrze taką żonkę pojmować rozpustnemu”.
Jeszcze większym skandalem gruchnęła po Polsce wiadomość, że, wyjeżdżając, zarząd nad dobrami, jakie miała w darze od małżonka, poruczyła wojewodzina, z wyłączeniem męża, p. Sapieże i — p. Sobieskiemu, którego stosunki z p. Zamoyską od dawna nie były tajemnicą. Nieco przed wyjazdem, omal nie osiągnęła tego, aby ją mąż uczynił — w słabym momencie — generalną spadkobierczynią; ale jakoby zapobiegli w porę temu krewni.
W każdym razie wyjazd ten, mimo iż dość gwałtowny, nie ma charakteru rozstania. Pani Zamoyska proponowała nawet mężowi, by z nią wyjechał: nie chciał. Nawet w Paryżu, prowadząc wytrwale swój plan ściągnięcia do Francji Sobieskiego, Marysieńka nie rezygnuje z przewag, jakie jej mogło dać stanowisko princesse de Zamość83. Zaopatrzywszy się w pieniądze, dbała o reprezentację. Miała piękną karetę, dwóch paziów, wspaniałą liberię. Wielką jej ambicją było zdobycie „taburetu” u dworu, uważała, iż honor ten przynależy małżonce księcia Zamoyskiego. Przez królowę polską zabiegała, aby jej przyznano tytuł diuszessy. Ale ceremoniał Ludwika XIV był nieubłagany; nie kwapiono się z uksiążęceniem żony szlachcica, którego tytuł nawet w Polsce był nieco fantazyjny. Nieostatni raz miała się obić Marysieńka o twardy opór francuskiej etykiety; ale w przyszłości miało to wydać następstwa o wiele poważniejsze.
Szczegóły pobytu Marysieńki w Paryżu, plany jej i zamiary znane nam są dość dokładnie z listów, jakie Astrea pisała do swego Celadona.
Przede wszystkim, wciąż w tych listach roztrząsa się sprawę nabycia na imię Sobieskiego jakiejś znacznej posiadłości we Francji. „Radabym przecie, szebysz mi W. M. oznaymił, jeszeli continuiesz84 dans la pensée d’aquérir du bien ici85”, pisze z polska po francusku natychmiast po przyjeździe. (Pisząc z Paryża, Marysieńka używa więcej zwrotów polskich). O ile się nie odmienił i o ile ma sumę gotową, jest teraz okazja nabycia pięknych majątków, które kiedy indziej byłyby droższe. Ale „podobno Naiasznisza jusz odminiła fantazię jego, bo pewnie iusz nie dba o l’Aurore86, quand on l’on lui offre une belle87 stworzenie et avec tant d’avantage88”. Aby zdopingować jego brak decyzji, donosi mu Jutrzenka, że nie znajdują jej w Paryżu tant chienne jak się obawiała, że się uczy tańczyć, śpiewać i grać na gitarze, że metr89 tańca bardzo ją chwali, że figura jej — wbrew jej obawom — bardzo się tu podoba.
Listy idą do Polski jeden po drugim. Jak widzieliśmy, wypróbowanym sposobem Astrea prześladuje swego Celadona, że się musiał odmienić; ale równocześnie nawiązuje kontakt między nim a swoją rodziną, stawiając go niejako w roli oficjalnego konkurenta. Wyraża mu uprzejmie słowa od ojca, który „za nią szaleje”. (Pamiętajmy, że pani Zamoyska dopiero pierwszy raz ujrzała rodziców, których opuściła będąc dzieckiem, a miłość jej do tak późno poznanego — i przez plotkę kwestionowanego — ojca miała być najgłębszym może i najszczerszym jej uczuciem). Uważa, że byłoby na miejscu, aby Sobieski napisał do jej ojca, iż pragnąłby go poznać i pozyskać jego sympatię. Może — tak go poucza — mówić z szacunkiem o uczuciu, jakie powziął do niej od chwili poznania i o chęci zbliżenia się do jej rodziny. Niech pisze sam, bez niczyjej pomocy (to bezpieczniej): pisze bardzo dobrze po francusku, może jej wierzyć. Ostrzega, że la giroutte (królowa) łudzi Sobieskiego nadzieją wysłania go do Paryża, aby uzyskać od niego pewne usługi, a kiedy ich dopełni, odłoży się rzecz na czas nieograniczony. A powinna była wysłać tu Sobieskiego; nawet się dziwią na dworze, że nie przyjechał z powinszowaniem urodzin Delfina. Co do niej, chciałaby tego, bo musi się dowiedzieć od niego niezmiernie ważnej rzeczy pour l’établissement de la Rose et de Silvandre90.
Te słowa stawiają rzecz na zdecydowanym gruncie, a jeszcze bardziej ta przestroga: „Przestrzegam, aby myszlicz tu à des aquisitions91, bo pan ociec powiada, sze już szadnem sposobem mię stąd nie chce wypuszczicz, by nie wiem co”. A równocześnie po francusku: „Trzeba się postarać, aby Fujara dał Jutrzence przyzwoitą pensję, skoro nie chce przyjechać, aby ją utrzymywać”... Fujara i Jutrzenka — cóż za kombinacja! I Sobieski ma się starać o to... O biedny, niedoszły kawalerze de Grieux!
Jak widzimy, Marysieńka prowadzi potrójną grę: podtrzymuje swoje prawa jako ślubnej żony Zamoyskiego, nie zdradza przed królową swoich zamiarów przeniesienia się do Francji wraz z Sobieskim, ale zarazem coraz energiczniej przypiera swego Celadona, aby jej dał stanowczo znać, czy chce tutaj nabyć majątek. Omal już — pisze — nie zobowiązała się w jego imieniu do kupienia domu z ogrodem w Paryżu; pięć apartamentów, oficyny, stajnie i prześliczny widok: z łóżka można widzieć, co się dzieje w Tuileriach. Tymczasem wywie się o wszystko, co trzeba robić, aby uzyskać dla Sobieskiego dekret naturalizacji. Ojciec — pisze — wciąż ją ubóstwia: mówi często, że Celadon jest szczęśliwy, iż Róża ma dla niego tyle przywiązania; i sam „pan ociec” wysoko go ceni. (Na jednym z oryginałów listów do Sobieskiego można odczytać przypisek papy d’Arquien). „Jutrzenka” żałuje, że nie może mu jeszcze różnych rzeczy donieść, które byłyby dla Sobieskiego bardzo korzystne, ale niepodobna pisać o tym.
Nowy list za tydzień: jest do sprzedania posiadłość Meudon pod Paryżem, za 600 000 franków: czy się decyduje?
Sobieski wciąż — zdaje się, bo jego listów z tej epoki nie mamy — wymiguje się od decyzji; widać szlachcic zachował resztkę gospodarskiego rozsądku. Bo wyprzedać się w Polsce za bezcen i kupić luksusową rezydencję pod Paryżem, to pięknie; ale za co utrzymać to Meudon i z czego tam żyć, zwłaszcza na tej stopie? Z „fujary”?
W ciągu kilku miesięcy brak nam listów. Naraz korespondencja pani Marii staje się bardzo skomplikowana. Bo w istocie wszystko się psuje, wszystko się wikła. Paryskie sprawy Marysieńki idą nieszczególnie. Po prostu — klapa. Zbliżenie z „zaczarowanym pałacem” utknęło na martwym punkcie. Widzenie się z królową francuską — w którego następstwie pani Zamoyska spodziewała się oficjalnego przedstawienia na dworze — zawiodło; podobno na skutek nowej miłostki króla, królowa zraziła się do dam dworu. Wpływy Marysieńki w Paryżu okazują się żadne; minister de Lionne nie przyznał się do jej pokrewieństwa. Z drugiej strony, królowa Maria Ludwika wzywa swoją wychowanicę do powrotu; zgadujemy, że potrzebuje jej na miejscu. Zamoyski położył areszt na dobrach żony, którymi mieli zawiadować Sobieski z Sapiehą; od trzech miesięcy mąż nie daje znaku życia, nie odpowiada jej na listy! A pieniądze płyną, Paryż jest drogi...
Wszystko to jest nieco chaotyczne, ale bo też w myślach i uczuciach pani Zamoyskiej w owym krytycznym momencie życia panował prawdziwy chaos. Wyraża się to dość wiernie w jednym z jej listów, pisanym w chwili depresji. Sobieski, pisząc do niej, podał jako przyczynę swojej melancholii „odległoszcz”: niech wierzy — odpowiada mu Marysieńka — że i ona cierpi z tego samego powodu. Ale ma i inne przyczyny do zmartwień: gryzie ją la flute i bezrząd jego domu, i upór, z jakim on zawsze trzyma stronę swoich zauszników przeciw żonie, która „go kochała i kocha tyle, ile się godzi uczciwej kobiecie”, i wspomnienie prześladowań, które cierpiała w domu, i dziecko, które straciła w niemowlęctwie, i drugie, które musiała porzucić...
Tu nastręcza się pytanie, czemu je porzuciła, z czego nieraz biografowie czynili Marysieńce ciężki zarzut. Ale pamiętajmy, że w owym twardym wieku XVII stosunek rodziców do dzieci — zwłaszcza drobnych — był inny niż dziś, i że matka zajmująca się wychowaniem swego drobiazgu była w wielkim świecie raczej wyjątkiem. Może zresztą znajdą się w dalszym ciągu i inne okoliczności łagodzące.
Zamoyski — skarży się dalej Marysieńka — zabrał jej dochody, zabrał nawet garderobę, nie odpisuje na listy, nie kocha jej już widocznie, mimo że tyle razy zapewniał ją o swojej miłości. Królowa nakłania ją do powrotu, rodzice płaczą na myśl o rozstaniu; kiedy ona patrzy na ich łzy, wolałaby umrzeć. Niech Celadon powie, czy w tych warunkach może skutkować kuracja, którą przechodzi? Ale zwłaszcza niech nie wątpi nigdy o jej uczuciach; zawsze dochowa mu wiary o tyle, o ile może to uczynić, „nie obrażając swoich obowiązków”.
Dość trudno w istocie rozeznać się w tych sprzecznościach, ale czyż życie — życie uczuciowe zwłaszcza — nie bywa otchłanią sprzeczności?
Wśród tych niepowodzeń i obaw pani Zamoyska orientuje się, że najpewniejszym jej szańcem zawsze pozostało mimo wszystko — małżeństwo; zabezpiecza sobie powrót. Wkłada na Sobieskiego zadanie, aby przez jakiegoś życzliwego pośrednika — może przez biskupa warmińskiego — przygotował nie tylko jej, ale i sobie pojednanie z „fujarą”. Trzeba wytłumaczyć fujarze, że wszystkie plotki o niej i o Sobieskim nie mają żadnych podstaw. To trzeba zrobić koniecznie, bo inaczej nie mogliby się widywać po jej powrocie do kraju! Inaczej esencyje (Marysieńka) nie mogłyby się nigdy mieszać z prochem (Sobieski) ani „grać z nim w kości”. Na razie przyrzeka mu zachować pomarańcze (miłość) „tak całe i tak piękne, jak tylko to jest możliwe w jej obecnym położeniu”; i nigdy mu się nie sprzeniewierzy; a co do tego, co on mówi, że ona mu nie złożyła przysięgi (w kościele karmelitów), oświadcza, że przysięgłaby nie raz, ale sto razy...
Tak, trzeba wracać, bo inaczej łatwo mogłaby się znaleźć poza nawiasem. Nawet zbliżenie się Sobieskiego z dworem niepokoi Marysieńkę, która nie lubi, aby on rozwijał inicjatywę na własną rękę, bez niej. Kiedy jej donosi, że królestwo mają u niego zabawić jakiś czas w Jaworowie, odradza mu usilnie tego niepotrzebnego wydatku.
Trzeba wracać ze wszystkich względów. Bo tymczasem języki nie próżnowały: musiano tęgo plotkować w kraju na temat wyjazdu pani Zamoyskiej i zamiarów ekspatriacji Sobieskiego (ale skąd wiedziano o tych zamiarach, czyżby się już czynnie krzątał koło sprzedaży majątków?), skoro kuzynka jego, pani koniuszyna Aleksandrowa Lubomirska, poczuła się w obowiązku udzielenia mu przestrogi. W liście do niej z dn. 14 grudnia 1662 r. Sobieski odpiera te pogłoski. Prawda — pisze — że miał i ma jeszcze „intentio92 uwolnienia się na iaki czas dla pewnych z tych kraiów przyczyn”, ale dopiero po uspokojeniu ojczyzny, a nie wtedy, kiedy jego służby mogą królowi i Rzeczypospolitej być potrzebne; „bo luboby mnie tam y naywiększa ciągnąć miała Passia, honor, reputatia, którą w każdym kocham zawsze barziey niż osobę, niesłuszne suspicie o niewinnych ludziach y niepotrzebne między ludźmi plotki zawszeby mię od tey odwiodły imprezy”.
List ten biografowie Sobieskiego z tryumfem przeciwstawiają krzywdzącym pogłoskom. W istocie, godna odpowiedź, ale czy zupełnie szczera? Cechą owych siedemnastowiecznych ludzi jest, że zawsze mieli rzymskie cnoty i rzymskie maksymy w gębie, a co innego w myśli i w uczynkach. Kto wie, czy trudność zrealizowania gotowizny w wyniszczonej i zbiedniałej Polsce nie stała się najpoważniejszą pozycją, która zatrzymała Sobieskiego w kraju. Bo ujrzymy jeszcze w kilka lat później, że owe plany rzucenia wszystkich utrapień i kłopotów, aby żyć we Francji przy boku ukochanej będą nader poważną intentio wielkiego marszałka koronnego i hetmana. A nawet i teraz, w pół roku po tym liście, projekt osiedlenia się we Francji wciąż powraca w konfiturach Marysieńki.
Być może zresztą, że Sobieski nie wkładał całego serca w te francuskie projekty, w których następstwie wyzułby się za byle co z ojcowizny i z przyszłości w kraju, aby w pełni sił i młodości wegetować niesławnie we Francji. Co innego później, gdy miał szanse zamienić swoje wysokie szarże na takież korzyści u francuskiego dworu. Zresztą później był już zupełnie bezwolny wobec rozkazów swego tyrana; w momencie, w którym się znajdujemy obecnie, poddaństwo jego wcale jeszcze nie było tak zupełne. I dlatego zapewne Marysieńka ściele sobie powrót do Zamościa. Manon Lescaut zamienia się w Paryżankę z komedii Becque’a.
À propos literatury. Data pobytu pani Zamoyskiej w Paryżu nasuwa pewne chronologiczne asocjacje. Rok 1662 toż to premiera Szkoły żon, wschodząca gwiazda Moliera! Paryż, dwór, miasto, trzęsą się od burzy, jaką ta sztuka wywołała: olbrzymi sukces sceniczny, a zarazem powódź parodyj, napastliwych broszur, polemik, replik... I Szkoła żon — czyż to nie jest sztuka jakby pisana dla Marysieńki! Wyznaję, że doznałem naiwnego zawodu, nie znajdując o niej w listach pani Zamoyskiej ani słóweczka. Czy była w teatrze? I w ogóle nic w jej listach nie odbija się z tak bujnego wówczas umysłowego życia Paryża; nic poza osobistymi próżnostkami, interesami, poza „zaczarowanym pałacem”, który jej nie chce, i przestarzałą nomenklaturą Astrei. Ale sam rozumiem, że moje pretensje są dość dzikie. Tyle wolno mi stwierdzić, że Marysieńka nie była intelektualistką.
Jesienią r. 1663 pani Zamoyska po półtorarocznej blisko nieobecności wróciła do kraju. Powrót musiał być dobrze przygotowany (może przez biskupa warmińskiego?), gdyż pan Zamoyski przyjął żonę z wielką pompą. Odbyło się uroczyste przyjęcie w kościele, akt hołdu miejscowej akademii, wierszem i prozą. Stosunki z Sobieskim stały się dalekie i trudne, listy bardzo oględne, pani Zamoyska ściśle przestrzega decorum93. Co najwyżej pośrednio przesyła Celadonowi szarfę ognistego koloru albo portrecik przedstawiający niby to jej brata czy ojca a w istocie ją samą.
Po powrocie z Paryża pani Zamoyska urodziła mężowi trzecie dziecko. Ale nowa harmonia małżeńska nie trwała długo, swary zaczęły się na nowo. I nowe zgorszenie Polski, a to przez wprowadzenie obyczaju ruelle94, przywiezionego przez młodą panią z Paryża, a nieznanego w kraju: zaczęto mówić, że księżna Zamoyska przyjmuje mężczyzn w łóżku. Przybyły z nią do Zamościa brat, kawaler d’Arquien, naraziwszy się panu Zamoyskiemu, musiał uciekać z zamku przed jego furią. Pijatyki, orgie trwają ciągle. Królowa, znając udręczenia swojej pupilki, radzi jej rozwód, a przynajmniej separację majątkową, tak aby mieszkała przy Zamoyskim „jako przy ojcu” — Marysieńka to się godzi na separację, to znów odpisuje świętoszkowato, że jest z męża całkiem zadowolona, że nieporozumienia między nimi wynikły z winy jej młodości, że chce we wszystkim być powolna mężowi... Zamoyski wyprawia ją do Paryża — ona nie chce. Wszystkiego tego dowiadujemy się z żalów Sobieskiego, który nie umie sobie wytłumaczyć jej postępowania. I rzecz szczególna, ten sam Sobieski, poprzednio, jak się zdaje, dość płochy i niepewny, teraz coraz niepodzielniej oddaje się swojej niedostępnej kochance; coraz bardziej połączenie z nią staje się koniecznym warunkiem jego życia. Intelligence — rozwód — ten kryptonim pojawia się w jego listach. Ale Marysieńka nie chce rozwodu. Może ma nadzieję, że Opatrzność rozwiąże to inaczej; może spodziewa się rychło zostać wdową i chce być wobec męża i jego rodziny — obserwującej ją bacznie a wrogo — pod każdym względem w porządku. W istocie zdrowie pana Zamoyskiego podupada; znów szepcą o testamencie, którym pani kazała sobie zapisać ogromne sumy...
Tak więc, w ciągu tych paru lat, miłość wlecze się opieszale i smutno. Za to w polityce wydarzenia biegną coraz bardziej wartko. Niebawem sprawy polityki i sprawy miłości splotą się najściślej, aby popędzić razem.
IX. Rokosze i rozkosze
Kiedy wiosną r. 1662 pani Zamoyska wyjeżdżała do Paryża z myślą, aby tam pociągnąć i zatrzymać wielkiego chorążego koronnego, krajowi coraz bliżej zaglądała w twarz wojna domowa. Z jednej strony armia cudzoziemska, z której wezwaniem ociąga się jeszcze królowa przez resztkę rozwagi, z drugiej — masa szlachecka sfanatyzowana przeciw rzekomym gwałcicielom konstytucji i wydziercom „złotej wolności”. Sejm r. 1662 jeszcze raz odrzuca wszelkie zakusy elekcji vivente rege, marszałek konfederacji zwołuje pospolite ruszenie przeciw wiszącej nad krajem obcej inwazji, zajmuje Kalisz, Wieluń, Sieradz, grozi Warszawie.
W momencie tym, arbitrem losów kraju był jeden człowiek: Jerzy Lubomirski. Nie tylko dzięki buławie polnej i urzędowi wielkiego marszałka koronnego, ale bardziej jeszcze dzięki olbrzymiej popularności, jaką posiadał wśród szlachty, magnat ten, czyniący się trybunem ludu szlacheckiego, trzymał w ręku klucz sytuacji.
W krętej linii postępowania Lubomirskiego trudno się dopatrzyć myśli politycznej. Raczej prowadzi — jak większość ówczesnych magnatów — politykę osobistą; ale i ta jest niezdecydowana. Chciałby niejako i sprzedać swój wpływ, i zachować go. Pochlebia temu pysznemu człowiekowi, że on jeden mógłby — gdyby zechciał — przeprowadzić elekcję Francuza, dając Polsce nową dynastię, ale ma zapewne świadomość, że wyjątkowa rola jego skończyłaby się wraz z dokonanym tej elekcji faktem. Równocześnie czuje, iż, wspierając swoją popularnością tak niepopularną sprawę, łatwo może tę popularność wraz z załamaniem się sprawy utracić. Stąd może wynika jego dwulicowość, jego ciągłe wahanie się. Targuje się i układa z królową, a równocześnie podsyca przeciw niej opozycję; puszcza na licytację swoje wpływy między Austrię a Francję. Już, już, zdawało się, kupiono go dla Kondeusza ogromną ceną — wielka buława po sędziwym Potockim i ręka siostry przyszłej królowej polskiej dla jego syna — kiedy nagle, na sejmie, wobec projektu elekcji, wznowionego przez tryumfującą zbyt wcześnie królowę, pada szorstkie: „Nie ma zgody” — właśnie z grupy adherentów Lubomirskiego. Sprawa upada — i nazajutrz Lubomirski jeszcze raz daje do zrozumienia, że gotów jest traktować z dworem... Ten nieuchwytny marszałek jak Penelopa pruje w nocy, co uprządł w dzień. Doprowadzi w końcu Marię Ludwikę do takiego stanu, że nerwowa i zawzięta kobieta wszystko postawi na kartę, byle się pozbyć tego człowieka.
Przez chwilę — jeżeli wierzyć urzędowej relacji nadzwyczajnego posła francuskiego Cailleta — królowa zamyślała rozciąć węzeł modą włoską, sposobem Borgiów. Wydała wodzom konfederacji glejty, aby pod pozorem rokowań zwabić ich w pułapkę we Lwowie. Lubomirski miał dać głowę! Maria Ludwika zasięgnęła zdania teologów, czy można bez grzechu kazać zgładzić człowieka, grożącego niebezpieczeństwem państwu. Orzekli dobrodusznie, że można; po czym zarządzono przygotowania. Miano Lubomirskiego pojmać, dać mu spowiednika i ściąć bezzwłocznie. Ale Lubomirski zwąchał pismo nosem i nie zjawił się. Może go ostrzegł który z teologów? Duchowy mistrz Marii Ludwiki, Richelieu, miał nad nią tę wyższość, że będąc kardynałem, mógł rozstrzygać takie wątpliwości sam.
Lubomirski nie dał tedy głowy; dał ją za to kto inny: hetman polny litewski Gosiewski, człowiek bardzo wpływowy, od pewnego czasu oddany stronnik królowej. Zamordowali go bez sądu (wraz z marszałkiem Żyromskim) konfederaci, prawi skądinąd i zasłużeni żołnierze. Przypłacili to gardłem. Zapachniało w Polsce krwią.
Można zrozumieć, że wobec tak naprężonej sytuacji, nie była to chwila, w której królowa miałaby ochotę wysyłać Sobieskiego do Paryża, dokąd na próżno wabi go Marysieńka. Coraz bardziej młody chorąży rysuje się królowej jako człowiek przyszłości. Oboje królestwo bawią u niego dłuższy czas w Jaworowie, co było z pewnością nie lada wyróżnieniem. Kiedy Sobieski bije się później dzielnie — w r. 1663 — na czołowym posterunku przeciw Moskwie i Kozakom, naraz — zapewne wezwany rozkazem dworu — opuszcza plac boju, aby wracać na teren rozgrywki politycznej do Warszawy. Wszystko to dzieje się w czasie paryskiego pobytu pani Zamoyskiej, która bardzo nie lubi, aby się coś działo bez niej i poza nią.
Wraca tedy, jak już widzieliśmy, a moment jej powrotu — jesień r. 1663 — schodzi się ze wznowieniem sprawy następstwa. Dwór francuski decyduje się na stanowcze posunięcia. Książę d’Enghien żeni się z siostrzenicą królowej, księżniczką Anną, która otrzymuje tytuł „jedynej córki I. K. M. Królestwa polskich”. Senat polski jednomyślnie zawotował tę uchwałę; sypiąc francuskim złotem, zdołała Maria Ludwika jeszcze raz sklecić nowe stronnictwo francuskie, przy czym grupa panów polskich i litewskich występuje z wnioskiem, aby nie syn Kondeusza, ale sam Kondeusz był kandydatem do tronu. Korespondencja między Warszawą a Chantilly ożywia się: biegną tam i z powrotem listy, kreślone umownym językiem, w którym książę ma tytuł Zazdrośnika, ścigającego kochankę (koronę), podczas gdy myszy (szlachta) chcą tylko gryźć francuskie talary, wobec czego trzeba się będzie uciec do srogiego, tzn. do konfederacji zbrojnej, itd. Jak widzimy, styl konfitur Marysieńki rozciągał się na politykę, a może raczej z niej wziął początek.
Przez chwilę zdawało się, że kandydatura wielkiego wodza francuskiego zyska szanse powodzenia. Sława wojenna Kondeusza głaszcze dumę Polaków. Nawet sam Lubomirski zdaje się skłonny do porozumienia. Ale gdy jeszcze raz, korzystając z wojny moskiewskiej i oddalenia króla, podjął swoje wichrzenia w porozumieniu z Austrią i z elektorem brandenburskim, Maria Ludwika postanowiła ostatecznie skończyć z Lubomirskim. Przeciągnął strunę.
W listopadzie r. 1664 pozwano Lubomirskiego przed sejm zmieniony w trybunał, pod zarzutem zdrady stanu. Zaocznie skazany — pod presją dworu — na śmierć i infamię, magnat nie czekał wyroku, schronił się na Śląsk, aby wrócić zbrojno w granice Polski. Była to wojna domowa, w której jako przeciwnik dworu miał stanąć najtęższy wódz i najpopularniejszy człowiek w Polsce, w nowej glorii męczennika, cierpiącego za prawo i wolność.
Sprawa Lubomirskiego95 była przez historyków rozmaicie oświetlana; Szajnocha, Odyniec, Szujski, pisali o nim dramaty, heroizując jego smutną rolę. Po której stronie była legalność; czy był rokoszaninem, czy przeciwnie, obrońcą prawa, które dwór łamał? Pytanie w takich wypadkach dość czcze; ten ma w takich wypadkach w rezultacie prawo, kto zwycięży. Lubomirski nie był człowiekiem idei; raczej zbyt ambitnym — i nie dość ambitnym zarazem, bo niezdolnym sięgnąć po władzę — graczem politycznym. Ale były wówczas w Polsce pewne kontrasty zbyt jaskrawe. Radziejowski, łotr i zdrajca, w splendorze i w łasce; Bogusław Radziwiłł w honorach, a Lubomirski, niedawny „ojciec ojczyzny” — banitą! Współczesny kronikarz szlachecki notuje, iż kiedy w Warszawie sądzono Lubomirskiego, „obraz w Studzianach zaczął cuda okazywać”, w Busku „krew spływała z obrazu Chrystusa”, w Dzierzkowie „łzy jak perły hojne wylewał obraz Matki Boskiej”... Jak walczyć z takim, którego popularność sięga aż do nieba? Oto na jakie imponderabilia96 natknęła się w swoich rachubach Maria Ludwika, co jeszcze raz świadczy o jej niedostatecznym zrozumieniu kraju, którym przypadło jej rządzić.
Na razie, zawakowały po Lubomirskim wielkie urzędy: marszałkostwo koronne i buława polna. Fakt złożenia dygnitarza z urzędów, które w Polsce były dożywotnie, był czymś wyjątkowym; niełatwo było znaleźć kogoś znacznego, kto by je podjął po popularnym marszałku i hetmanie. Komu je oddać! Był Stefan Czarniecki, wielki żołnierz i oddany stronnik królowej, ale człowiek już stary, sterany, małego rodu, niezamożny, bez blasku. Na innego obróciła oczy królowa; na tego, którego tak długo trzymała w pogotowiu pod ręką: Sobieskiego. Dla trzydziestoparoletniego chorążego koronnego kariera zawrotna, nieoczekiwana!
Ale Sobieski odmawia. Może by go kusiły owe godności — kogóż by nie kusiły! — ale nie w tych okolicznościach. Jerzy Lubomirski, pod którego rozkazami się bił, który był mu przykładem patriotyzmu i wierności! Przy tym Sobieski, jako nieodrodny szlachcic, nie mógł podzielać oburzenia dworu na Lubomirskiego; kto wie, w duchu raczej może był po jego stronie. Wszak Lubomirski przemawiał językiem szlacheckiej masy, a zarazem wcielał ideał polskiego wielmoży; bronił rzekomo prawa przeciw bezprawiu, bronił złotej wolności przeciw osławionemu absolutum dominium. Największy głowacz Rzeczypospolitej, a zarazem druh Sobieskiego, Andrzej Maksymilian Fredro, dorabiał bardzo poważne teorie do chronicznego bezrządu polskiego. Widzimy z pamiętników Paska, jak nawet ci, którzy bili się później przy królu przeciw Lubomirskiemu, więcej niż pobłażliwie patrzyli na jego rokosz, przekonani, że krzywda się dzieje cnotliwemu, podczas gdy tylu niecnotliwych opływa w honory. Skomplikowana była sprawa dla naszego „Kmicica”. Nie chce marszałkostwa i buławy po Lubomirskim. Nie śmiałby szlachcie spojrzeć w oczy! Raczej rzuciłby chętnie wszystko i wyniósł się daleko od tego bigosu. Wciąż mu chodzi po głowie Paryż z Marysieńką.
Bo równocześnie z ówczesnych listów Sobieskiego widzimy, że istotnym arbitrem jego losów — a pośrednio i losów Polski — była ona. Pisze do niej z końcem grudnia r. 1664 Sobieski, że le renard97 (Lubomirski) jest całkiem zgubiony; że nie ma sposobu go ocalić; że jemu samemu hamaleon (kameleon, królowa) robi najświetniejsze propozycje, ale Orondat (Sobieski) nie chce się na nic zdecydować, nie rozmówiwszy się pierwej z bouquetem (panią Zamoyską). Królowej powiedział, że się „od wszystkiego chce uwolnić, o co płakał kilka razy Hamaleon”. Robiono mu propozycje, których on, „mając inne, stosujące się z bouquetowymi intencjami pierwszymi”, cale przyjąć nie chciał, „przez co przyszedł do wielkiej niełaski”; nie może pojąć, czemu by się tak często bouquetowe intencje odmieniać miały?
My pojmujemy łatwo: jasne jest, że królowa wywarła stanowczy nacisk na panią Zamoyską, która znowuż odpowiednio orientuje — a raczej dezorientuje Sobieskiego, nieumiejącego sobie wytłumaczyć, czemu w przeszłych konfiturach parła go Marysieńka ku palais enchanté (Wersal), a tu nagle teraz kieruje go ku jeu de paume98 (Warszawa, dwór).
Tak, królowa Maria Ludwika liczy niezawodnie na swoją pupilkę, że skłoni Sobieskiego do objęcia niebezpiecznego spadku po strąconym hetmanie. Jeszcze w lutym r. 1665, Sobieski w liście do p. Zamoyskiej broni się przed tym brzemieniem. Ale czego by nie przyjął wielki chorąży, to przyjąłby — Celadon za cenę Astrei. „Jedna tylko intelligence (rozwód) — pisze — mogłaby mnie do tego przywieźdź99, do czego żadnego nie widzę podobieństwa, a dla czego jednego nicby100 mi nie było ciężko. Ale jakoby do tego nie przyszło, toby to było gorzej, niżeli swoją zabić się ręką”. Niech tedy ma pewność touchant101 l’intelligence, to dopiero na ten czas na wszystko odważyć się może.
W tej sytuacji Maria Ludwika uznała za właściwsze ściągnąć panią Zamoyską do Warszawy. Takie perswazje skuteczniejsze są z bliska. Mignięto Sobieskiemu nadzieją ręki Marysieńki. Zamoyski — gdy królowa zażąda — zgodzi się na rozwód! Pod tym naciskiem Sobieski już nie odmawia stanowczo, żąda jedynie czasu do namysłu. W końcu godzi się przyjąć (ale jeszcze nie przyjmuje) jedynie marszałkostwo koronne, co już wywołało naganę opinii. Buławy polnej nie chce, może nie mając czoła brać naraz — w spadku po żywym — tylu godności, może czując wstręt do piastowania tej buławy w nieuchronnej wojnie domowej. Buława przypadła Czarnieckiemu, ale jak wiadomo, zastała go na łożu śmierci. Znów nacisk na Sobieskiego, aby ją brał po Czarnieckim. Tymczasem Zamoyski, oswojony przez chwilę z myślą o rozwodzie, chce się nagle godzić z żoną; zawiedziony w nadziejach Sobieski znów jest gotów wszystko rzucić. Wtem — zachodzi w sytuacji ważna zmiana: fujara oddaje ducha dn. 7 kwietnia r. 1665.
*
W pruskim tajnym archiwum państwowym znaleziono (Czermak) bez mała przed półwiekiem list podkomorzego kijowskiego, Stefana Niemirycza, do Elektora. List ów, pod datą 3 czerwca 1665 r., podaje w post scriptum następującą wiadomość:
Przyszła tu nowina o małżeństwie p. chorążego w. kor. Sobieskiego z p. wojewodziną sandomirską Zamoyską d’Arquien, gdzie piszą te formalia102:
Pani Zamoyska, zjechawszy do Warszawy na rozkaz królowej, miała w pałacu królewskim na przedmieściu schadzkę arcymiłosną z rzeczonym p. Sobieskim w nocy o 11 godzinie. Królowa, zaskoczywszy ich na uczynku, oświadczyła p. Sobieskiemu, że jeśli nie zechce niezwłocznie poślubić Zamoyskiej, musi zginąć; trzeba więc zdecydować się na ślub albo na śmierć. Przyszedł potem ksiądz i dał im o północy ślub w pałacu.
Relacja ta, gdyby nie istniały inne potwierdzające ją świadectwa, brzmiałaby wręcz fantastycznie. Wiadomo, że ślub Sobieskiego odbył się z wielką pompą publicznie dn. 6 lipca t. r., a dawał mu go sam nuncjusz papieski; jakże więc mógł się odbyć wcześniej drugi ślub kościelny? Alternatywa ślubu albo śmierci zanadto wydaje się niedorzeczna; jeszcze w Polsce za takie rzeczy — ani za inne — śmiercią takich ludzi jak Sobieski nie karano. Przy tym po co aż śmiercią zmuszać do tego, do czego on się ciągle rwie?
A jednak, jeżeli nie wszystkie okoliczności, to sam fakt jest niewątpliwą prawdą. Potwierdza go relacja posła francuskiego w archiwum spraw zagranicznych we Francji: „Wezwano mnie — pisze poseł — abym był świadkiem tajnego małżeństwa”. Trzęsła się zresztą od tego nocnego ślubu cała Polska, i — jak ujrzymy — zgotuje on wiele przykrości nowożeńcom. I znowuż pan Andrzej Morsztyn uczcił ten fakt niedyskretnym poemacikiem pt. Serenada północna, na ślub niezwyczajny wielkiego stadła, intonowana w Warszawie, przy skończonej sprawie, z której to serenady wyjmujemy kilka wierszy:
Moda nastała poprzedzać wesele,
Umie to Wenus i jest tego wiele.
Kto umie, wszystkiego dokazywać może,
A komuż wadzi skryte nasze łoże?
My się z sobą cieszmy,
Nie bawiąc103 pospieszmy,
A ksiądz trafi prawie
Po małżeńskiej sprawie.
I tak małżeństwo dawno już zawzięte,
Ślub poprzedziło i obrzędy święte...
W kontrowersji, jaka wynikła między historykami co do faktu owego tajnego ślubu z maja r. 1665, naturalne było zajrzeć, co mówią w tej mierze listy Sobieskiego. I w istocie: „Żoneczko moja najśliczniejsza, największa duszy i serca mego pociecho! — pisze Sobieski do Marysieńki dn. 9 czerwca, a więc na miesiąc blisko przed urzędowym ślubem. I cały list — Celadon bywał tak ostrożny w „konfiturach”! — wybucha tutaj miłością pełną, jawną, do której jako małżonek wyraźnie czuje się już w prawie. I kiedy później wielokrotnie w listach tkliwie wspomina datę swego szczęścia, zawsze rachuba ta odnosi się do owego tajnego ślubu, a nie do oficjalnego, który nastąpił w dwa miesiące po tamtym. Tak 31 dn. października t. r. pisze do żony: „Pisałaś W-ć duszo moja do mnie, że pół roku już jakośmy się pożenili, a pięć tylko niedziel mieszkaliśmy z sobą”... Zapewne, później, na większą odległość czasu zdarzają się w tych wspominkach mniej ścisłe chronologie, ale tu obliczenie wydaje się nazbyt bliskie, aby można było przypuszczać omyłkę. Pół roku to nie kwartał.
Mimo to, jak wspomniałem, prawdziwość tajnego ślubu Sobieskiego, poprzedzającego jego ślub oficjalny, była bardzo energicznie atakowana przez historyków. Wziął zwłaszcza w obronę Sobieskiego przed takim posądzeniem Korzon: a co osobliwsze, Czermak, który pierwszy (1893) ogłosił list Niemirycza i pierwszy ten dubeltowy ślub obwieścił i objaśnił, wycofał się (1899) ze swego stanowiska i przyłączył się — przeciw Waliszewskiemu (który oparł się m. in. i na jego pracy) — do Korzona.
Nie będę tu odtwarzał całej tej zawiłej dyskusji, w której bogobojni historycy dokazywali cudów, aby wziąć w obronę Sobieskiego przeciw niemu samemu. Pisze do Marysieńki „żoneczko”? — et, to takie sobie wyrażenie, oznaczające może, że ślub był już postanowiony. Pisze w październiku, że pół roku temu się pobrali? — ech, „kalendarz zakochanych! Istnieje autentyczny list ojca pani Zamoyskiej, z dn. 12 czerwca 1665 r., w którym p. d’Arquien oburza się na fakt dokonanego bez jego wiedzy ślubu? — głupstwo, nieporozumienie! Zdaje się, że tu wzięła górę pasja moralności nad pasją historyczną i że zbyt gorliwa chęć oczyszczania Sobieskiego z błędu, który zdawał się w oczach pp. historyków uwłaczać jego pamięci, kierowała ich piórem. Ta pasja bywała im właściwa z dawna. Już Kubala w swoich Szkicach historycznych, przystępując do opowiadania procesu Radziejowskiego, pisze: „Szajnocha starał się obmyć z wszystkich zarzutów piękną podkanclerzynę i czynił to z taką dobrą wiarą i przekonaniem, że czytelnik jest w kłopocie, kto więcej wiedział o niej, czy Szajnocha, czy jej mąż?”. Podobne pytanie — z większą jeszcze słusznością — budzą pewne interpretacje listów Sobieskiego. Kto lepiej wiedział, kiedy się pobrali, Korzon czy Sobieski?
Z Czerniakiem, to znowuż inna sprawa. Ogłaszając, jako młody uczony, w r. 1893 swoje Potrójne śluby Jana Sobieskiego, sumiennie spożytkował materiały, które mu wpadły w ręce; w kilka lat później w obszernej, do rozmiarów książki rozrosłej polemice z Waliszewskim pt. Maria Kazimiera Sobieska, wyraża skruchę, że się wprzód lekkomyślnie dał uwieść nieopatrznym wnioskom... Sama forma tej skruchy historyka jest tu dość osobliwa, a jeżeli zważymy, że ta praca była drukowana w Przeglądzie Polskim, organie Stanisława Tarnowskiego, trzęsącego wówczas krakowskim uniwersytetem i Akademią, w każdym, kto zna dawny Kraków ta Czermakowa „canossa104” może obudzić szczególne refleksje.
O ile skruszony Czermak w drugiej swojej publikacji wycofuje się z faktu podwójnego małżeństwa, pisząc się całkowicie na kulawe argumenty Korzona, o tyle nie rozgrzesza on Sobieskiego w zupełności. „Grzech był popełniony — pisze — osądzić winę i wyznaczyć karę, w ręku to Boga”. Myślałby kto, że chodzi o przystanie do Szwedów, czy o udział w wojnie domowej, czy wreszcie o późniejsze knowania przeciw królowi Michałowi? Nie; to mowa o tym, że najprawdopodobniej — zdaniem naszego historyka — Sobieski uszczknął nieco cnoty młodej wdowy przed ślubem! Osobliwa doprawdy jest ta „pirożyńskość105” naszych dawniejszych historyków; wszystko ci wujaszkowie łatwiej darują swemu pupilowi, ale wszelki cień erotyzmu budzi ich niespokojną czujność, posuwającą się czasami aż do tuszowania i retuszowania tekstów.
Dziś patrzy się z uśmiechem na te niepoważne igraszki poważnych ludzi, bo od czasu ogłoszenia korespondencji Kondeusza i jego syna z Marią Ludwiką, sprawa tajnego ślubu Sobieskiego jest ponad wszelką wątpliwość rozstrzygnięta. Ogłosił tę korespondencję, jak już wspomniałem, p. Emile Magne w r. 1920, z archiwów w Chantilly. Praca jego nie jest wolna od zabawnych omyłek, świadczących o słabej orientacji wydawcy w stosunkach polskich, gdy np. p. Magne w przypisach swoich czyni panią Zamoyską żoną „Jakuba Radziwiłła, księcia Zamoyskiego”, ale to nie zmienia autentyczności samych listów i ich wymowy. Otóż, dn. 12 czerwca 1665 r. — na miesiąc blisko przed ślubem oficjalnym — książę d’Enghien pisze dosłownie do królowej Marii Ludwiki: „Byłem bardzo zdziwiony ślubem p. Sobieskiego z p. Zamoyską... cieszę się, że to jest już sprawa załatwiona, co na zawsze już przywiąże p. Sobieskiego do Waszej Królewskiej Mości...”
Nie tylko tedy wie książę — z pierwszej ręki — o fakcie tajnego ślubu, ale rozumie jego ważność dla planów królowej i jego z tymi planami związek. Traktuje ów ślub jako wiadomość na wskroś polityczną. Książę d’Enghien — jak równocześnie donosi — podejmuje się ułagodzić starego pana d’Arquien, „oburzonego głównie sposobem, w jaki małżeństwo się odbyło”. P. d’Arquien uważa poza tym, że małżeństwa w Polsce są niekorzystne dla kobiet, że Zamoyski zrobił wszystko co mógł na rzecz swojej żony, a i tak nic z tego nie wyniosła; że on sam miał zamiar postanowić o losie córki we Francji; ale książę d’Enghien spodziewa się, że stary da sobie to wyperswadować i zrozumie, iż córka nie mogła zrobić lepszego interesu (une meilleure affaire que celle-la).
Zdaje się, że wobec wszystkich tych świadectw trudno wątpić; trzeba się pogodzić z faktem, że był w Polsce człowiek, który wziął dwa razy ślub kościelny z tą samą osobą, i że człowiekiem tym był Jan Sobieski; co więcej, że ten niepraktykowany w istocie duplikat ślubu dawał sam nuncjusz papieski Pignatelli, później papież Inocenty XII. Tym samym Korzon — typowy w tym Polak — chciał być bardziej katolicki od papieża. Potrzeba owego drugiego ślubu jest zrozumiała: nowożeńcy byli zbyt znacznymi osobami i sytuacja ich była zbyt drażliwa, aby można było na owym nagłym ślubie poprzestać. No i dać popić też trzeba było; inaczej rozgoryczenie w kraju byłoby zbyt wielkie.
A jeżeli dodamy do tych dwóch ślubów trzeci, prywatny — ów u karmelitów z r. 1661 — musimy przyznać, że mało kto był tak gruntownie zaślubiony i ożeniony jak Sobieski.
*
A teraz, jeżeli przyjąć tezę tajnego ślubu — a niepodobna, jak widzieliśmy, postąpić inaczej — jak i czym go wytłumaczyć? Po co ten gwałt i pośpiech? Znamy już sytuację. Sobieski, jedyny możliwy kandydat do urzędów po Lubomirskim, uzależniał swoją zgodę od widoków na rękę Marysieńki. Wśród tego umiera Zamoyski. Zdawałoby się, że ta śmierć rozwiązuje wszystkie trudności. Tymczasem, wbrew spodziewaniu, Sobieski nie daje w pierwszej chwili znaku życia, siedzi u siebie w Żółkwi. Może poruszyła go śmierć dawnego przyjaciela, wobec którego nie czuł się bez winy? Może powodują nim względy przystojności, nakazujące mu się trzymać na jakiś czas z dala od wdowy, z którą od kilku lat łączono jego nazwisko? Względy dość naturalne; niemniej królowa zaniepokojona jest jego abstynencją; sytuacja nie zostawia jej czasu na takie ceremonie. Trwa to zresztą niezbyt długo, skoro Sobieski zjawia się w stolicy po trzech tygodniach; zważywszy oddalenie, to jest i tak dosyć prędko. Przybywa, ulega na nowo czarowi Marysieńki, prosi, aby napisała do rodziców z prośbą o błogosławieństwo, pozwala się ogłosić wielkim marszałkiem, daje do zrozumienia, że z czasem i buławy nie odrzuci.
Wśród tego sprawy się mącą. Zaognienie w Polsce skłoniło Francję do wysłania nowego przedstawiciela. Był nim Pierre de Bonzy, biskup Béziers, który w styczniu czy w lutym przybył do Warszawy. Bonzy, młody, przystojny, żywy, bardziej świecki człowiek niż książę kościoła, miał odegrać dużą rolę zarówno na dworze, jak w życiu przyszłych państwa Sobieskich. Zrazu nie trafił mu Sobieski do gustu, a Caillet, agent Kondeusza, potwierdził ujemne wrażenia nowego posła. Sobieski wydał mu się człowiekiem „niedbałym, więcej troszczącym się o swoje przyjemności niż ambitnym i chciwym wywyższenia” — w czym ocenił psychikę ówczesnego Sobieskiego dość trafnie. Des Noyers, sekretarz królowej, dodawał do tej charakterystyki: „Niezdecydowany, z odcieniem republikanizmu, dbający o sympatie szlachty i przypodobanie się jej”. Też niegłupio. Nie był to, zdaniem francuskich dyplomatów, człowiek nadający się do przeciwstawienia Lubomirskiemu. Co do zdolności wojskowych, opinia p. des Noyers w liście do Kondeusza brzmi: „Odważny, ale bez żadnej nauki wojskowej. Wiedza żadna, sługiwał tylko w Polsce”. Toteż nowy ambasador sprzeciwił się użyciu Sobieskiego do tak wysokich zadań. Nie wierzył też w bezwzględność jego oddania. Miał inny plan: oznajmiał, że sam Kondeusz na czele czterech tysięcy Szwedów pociągnie przez Gdańsk do Polski. Królowa, zachwiana, pyta się swoim zwyczajem astrologów; nie radzą tego roku wszczynać kroków przeciw Lubomirskiemu... Maria Ludwika zamierza wdać się w układy z Lubomirskim, którego skazanie niedawno wymusiła na trybunale sejmowym; gotowa jest zwrócić mu godności, które dopiero co narzuciła Sobieskiemu. Można zrozumieć, że im bardziej Sobieski ociągał się z przyjęciem szarż, tym bardziej krew w nim zagrała na tak lekkie traktowanie jego osoby. Czy chcą go wydać na pośmiewisko kraju! Przyszło do gwałtownej sceny między nim a biskupem-ambasadorem; Sobieski tupał nogami na biskupa w obecności królowej. Widzę tę scenę!
W rezultacie postarano się, aby wyroki gwiazd wypadły korzystniej, i rzeczy się ułożyły. Stupany ambasador nabrał widać lepszego pojęcia o energii i ambicji Sobieskiego. Ale obrażony Celadon trzymał się w rezerwie: w Chantilly przebąkiwano, że ma jakieś widoki na księżniczkę kurlandzką... Kto wie, może w tej chwili znów zawahał się co do pani Zamoyskiej, przeciw której wrzała cała Polska, którą pomawiano o otrucie męża, nazywając ją Klitemnestrą106, Kleopatrą... Może uląkł się opinii: uchodził przecież za jej jawnego kochanka, którego posądzano, że chce rzucić kraj i lecieć za nią do Francji. Przyzwoitość nie pozwalała żenić się wreszcie przed upływem roku. Toż ciało Zamoyskiego było jeszcze niepochowane!
W końcu królowa miała tego dość; znów zamierzyła przeciąć węzeł gordyjski. Dawny plan zasadzki na Lubomirskiego posłużył jej tutaj, z tą odmianą, że tam chodziło o głowę. Rzecz jasna, że pani Zamoyska musiała być w zmowie; był zapewne wtajemniczony i biskup de Bonzy. Astrea unikała przez tydzień Celadona, potem dała mu schadzkę w letnim pałacu królewskim, gdzie mieszkała — było to w połowie maja — i tam pozwoliła się zaskoczyć na gorącym uczynku. Maria Ludwika weszła znienacka i ujrzała — cóż za operetka, tym komiczniejsza, jeżeli zachować należne tytuły — biskup — królowa — hetman... Skandal — zgorszenie — grzech — niewinność zawstydzona — uwodziciel bardziej jeszcze! Sobieski, niezdolny podejrzewać ukochanej o takie rachuby, po sarmacku naiwny („a, zrobiłem wstyd niewieście!” fredrowskiego Cześnika) — dał z sobą zrobić wszystko. Sprowadzono księdza („pleban czeka już w kaplicy” — znów przychodzi na myśl Fredro) i nad ranem bohater nasz był już po ślubie. I człowiek tego typu, gdy raz było „po harapie”, już oddał się całą duszą. Tym bardziej, że skoro zdecydowano za niego, czuł się już szczęśliwy; z poślubnych jego listów bucha po prostu szczęście.
Ten wybuch szczęścia jest tak silny, że budzi we mnie chętkę wzięcia w obronę Sobieskiego, a raczej cnoty pani Zamoyskiej. Może w istocie do tej pory Celadon dostąpił tylko „pół-zbawienia”, mówiąc słowami poety; może Marysieńka do samego ślubu odegrała w tym stosunku rolę niedostępnej Astrei? Tak by można wnosić z poślubnych listów Sobieskiego; nowy akcent zmysłowego szczęścia daje w nich wrażenie istotnego przełomu. Ale nie chcę tego rozstrzygać — i nie czuję potrzeby.
W kilka dni potem Sobieski ruszył do wojska, aby szykować smutną kampanię przeciw Lubomirskiemu, podczas gdy pani Sobieska — jeżeli wolno ją tak nazwać — wybrała się do Zamościa, aby pochować męża...