II

Cytowałem kiedyś anegdotę o sędziwym gramatyku, Antonim Małeckim, który gdy mu gbur na ulicy uczynił brzydką propozycję, odruchowo poprawił jego wadliwą wymowę: końcowemu „pę” brakło ogonka! To jest nawyk profesjonalny. Tak i ja. Ilekroć otrzymam list z obelgami, mimo woli łapię się na tym, że interesuje mnie przede wszystkim poprawność metafor, lapidarność lub niedołęstwo stylu, poziom intelektualny.

Nie znaczy to, abym dostawał same listy z obelgami; przeciwnie, moja codzienna poczta przedstawia oryginalny charakter. Masę podziękowań od kobiet, od nauczycielstwa, od karciarzy, od romanistów... Ale i wymyślań też jest sporo. Otóż jednego dnia w gromadce listów spotkały się dwa stanowiące tak wymowny kontrast, że muszę je tu przytoczyć. Motto można by dać: „styl to człowiek”.

Jeden, podpisany imieniem i nazwiskiem:

„Wielce Szanowny Panie! Pozwoli pan mocno i szczerze uścisnąć dłoń pańską za śmiałe wystąpienie przeciwko gwałtownemu atakowi naszego kleru na wszystkie dziedziny naszego życia społecznego. Tylko pan... (komplementy, które opuszczam)... będzie mógł ten atak wytrzymać i niech pan wierzy, że my, przeciętna inteligencja, staniemy murem i będziemy bronić pana jako naszego duchowego wodza. Nigdy jeszcze kler katolicki tak buńczucznie nie podnosił głowy jak w obecnych czasach. Tylko pan... (komplementy)... może wytłumaczyć naszemu zacofanemu społeczeństwu o małomieszczańskim poziomie, że walka z klerem nie jest walką z religią. To, co pan pisze o poszczególnych księżach, to tylko znikoma część tego, co w rzeczywistości dzieje się w wiejskich parafiach, a zwłaszcza na kresach zachodnich. My rozumiemy społeczne znaczenie pańskich felietonów i jeszcze raz składamy panu nasze gorące podziękowanie. Tylko niech pan nie cofa się, za panem stoją setki tysięcy. W imieniu zwolenników pana

N. N., katolik”.

Drugi list bezimienny (cytuję w skróceniu):

„(...) czyni pan na wszystkich wrażenie nierogatego zwierzęcia czworonożnego, które lubi się tarzać w błocie (...). Powinien pan od razu śmiało i otwarcie przyznać się, że jest pan ateistą i komunistą (któremu prawdopodobnie płacą za tę krecią robotę komunizowania Polaków), że jest pan chamem i grubianinem, rozpustnikiem, który nie cofa się przed niczym (...).

Niech pan nie wygłupia się w dalszym ciągu, bo i tak wszyscy uważają pana za wariata. Lepiej dać spokój tym artykułom... budzą wstręt i obrzydzenie do człowieka, który umie używać tylko wyrazów ordynarnych (bo inne w słowniku jego nie istnieją), który demoralizuje Polaków w chwili, gdy najbardziej jest im potrzebny hart ducha i czystość duszy.

Nie jest pan Polakiem!!! Jest pan najemnikiem Rosji, płatnym za swoją zgubną i niszczącą działalność na terenie Polski.

Bądź dalej chamem, ateistą, ale nie ucz tego innych: jesteś głupi (jak osioł!), ale nie przelewaj swej głupoty w umysły innych ludzi (...)”.

Uderzyła mnie w tych dwóch listach różnica stylu. W ogóle niepokoi mnie, że ilekroć odbieram list od takiego samozwańczego obrońcy wiary i tradycji, poziom jego jest taki, że zgroza przejmuje, co by było, gdyby owe czcigodne hasła miały zwyciężyć w tym specyficznym ujęciu. Czy cała Polska zaczęłaby pisać w ten sposób? I przyszło mi na myśl, że nieszczególne musi być wychowanie, które wydaje takie owoce.

Powie ktoś, że wychowawcy nie odpowiadają za takich uczniów. Owszem. Bo oto sięgnijmy do źródła. Ja nie same listy dostaję, ale co dzień także porcję drukowanego słowa. Otóż ilekroć dostanę wycinek z klerykalnego pisemka, odnajduję ten sam właśnie styl. Chcecie próbki?

„(...) Jeżeli Boya rzeczywiście nachodzą takie wątpliwości, to szkoda, że nie wejdzie głębiej sam w siebie, gdyż po rozważnym zastanowieniu się musiałby on dojść do wniosku, że on jest największą świnią między poetami i największym poetą między świniami...

Jego tragedią było, że nigdy nie był w twardych rękach, ale ciągle ciaćkany i chuchany. Rasowy koń arabski ma dopiero wówczas pełną wartość, jeżeli jest ujeżdżony. Koń nieujeżdżony nie przedstawia żadnej wartości. Pozostawiony sam sobie, wałęsa się, gdzie mu się podoba i robi szkodę, do pożytecznej pracy nie da się użyć, a jednym realnym z niego pożytkiem jest nawóz. Tak samo jest z Boyem”.

W tym tonie „polemizują” stale nasze klerykalne organy. A zważcie, że to jest jeszcze próbka bardzo łagodna; porównanie z rasowym koniem arabskim jest stosunkowo dość pochlebne; zwykle jest mowa o „zboczeńcu”, którego czeka koniec w szpitalu i tym podobne zbożne chrześcijańskie życzenia. Otóż, jeżeli sami ci, którzy narzucają się nam na wychowawców, piszą w ten sposób, czegóż spodziewać się po ich wychowankach?

Skoro już jesteśmy przy dokumentach, mam pokusę przytoczyć jeszcze jeden, będący żywą ilustracją moich poprzednich felietonów. Niedole nauczyciela szkoły powszechnej, który pragnie niecić w uczniach zapał do nauki:

„Przynosi się do klasy np. Winawera, wycina się z prasy codziennej i pism naukowych wiadomości przyrodnicze, zachwyca się nieobliczalnymi możliwościami ludzkimi... Roznosi się wiadomość, że nauczyciel niby to w Boga wierzy, ale potem to powiada, że ludzie niedługo na księżyc polecą albo i na słońce. Dowiaduje się o tym ksiądz i wzywa takiego nauczyciela publicznie do spowiedzi. Przed kilku laty starał się jeden ksiądz wytłumaczyć, że w gimnazjum Lelewela stał się cud... bo ktoś tam nie zginął, mimo iż w sali wybuchł granat (słynne wypadki podczas egzaminów maturalnych). Nie uwierzyłem w cud, twierdząc, że nie zginęło również 50 innych ludzi znajdujących się w tej sali w tym samym czasie. »I pan chciał religii uczyć! — usłyszałem na to. (Bo w naszych szkołach często nauczyciel uczy religii.) — Taki człowiek!« — Do końca roku ksiądz nie podawał mi ręki i nie wchodził do kancelarii, gdy ja tam byłem. A ileż to razy z takich rzeczy wynikają plotki, interwencje, a nierzadko wędrówka na kraj co najmniej powiatu. I jakże tu żyć? Czy zachować przymierze z »Bogiem« i pleść głupstwa, i baczyć, by promyk światełka nie dotarł do głów moich adeptów? Gdzież sumienie, gdzież uczciwość?

(...) Nam, nauczycielom szkół powszechnych, za wyznanie albo nawet za »podsłuchanie« naszych poglądów grożą rugi, a za niezbyt odległych grabskich rządów niejednokrotnie i utrata kawałka chleba.

Nie od rzeczy też będzie, jeżeli wspomnę o niejakim odprężeniu chwilowym pod tym względem. Toteż ze strachem, z prawdziwym strachem przyjęliśmy wiadomość, że oto rzucono się na naszego zwierzchnika, na naszego ministra. A my, którzy mamy często zatargi ze swymi władzami i radzi jesteśmy, jeżeli nieludzki zwierzchnik ustępuje, tym razem krzyczymy gwałtu i jak najkategoryczniej protestujemy na naszych zjazdach, zebraniach, przeciwko napaściom na osobę obecnego ministra oświaty, na niezależność szkół, na chęć przewodzenia nami przez ciemny i zacofany kler... Toteż zrozumie Szanowny Pan, dlaczego tak wiele oczekujemy od Pana, wierzymy bowiem, że jeśli pan się zabierze do tej kwestii, »załatwi« ją pan pomyślnie jak tyle innych i oczyści życie szkolne z głupoty i demoralizacji (...)”.

Mój Boże! Oczyścić życie z głupoty i demoralizacji!... Tylko tyle! Stanowczo za wiele sobie po moich wątłych siłach obiecują. I gdybyż tylko o duchowe rzeczy chodziło! Są i inne sprawy, grubo fizyczniejsze, a o tym, doprawdy, nie wiadomo, jak pisać.

Kiedy swojego czasu pozwoliłem sobie na kilka niewinnych żartów na temat pewnej kwestii, rozległ się w pismach klerykalnych jednogłośny chór: „Boy zboczeniec! do sanatorium! apostoł homoseksualizmu” etc.! Nie pamiętam czegoś tak humorystycznego, jak to rozwścieczenie zakutych głów, niezdolnych zrozumieć żartu, gry intelektualnej, rewizjonistycznego paradoksu. Sumienie mam pod względem „normalności” tak czyste, tak dalece nie zgrzeszyłem w tym kierunku nawet myślą, nie tylko uczynkiem, że bawiłem się serdecznie tą kampanią, nawet wtedy, kiedy podburzone paniusie w Bydgoszczy starały się przeszkodzić odczytowi, który tam wygłosiłem o cnotliwej pisarce sprzed lat trzystu, pani de La Fayette. Kampania ta miała natomiast ten skutek, że zwróciła moją uwagę na ów przelotnie muśnięty temat: zacząłem dostrzegać dziwne rzeczy! Dwuznaczne moje wspomnienie z czasów szkolnych obudziło wspomnienia innych osób, zupełnie analogiczne w tej mierze. Ale czy potrzeba aż wspomnień! Lada dzień rozpocznie się w jednym z miast w Poznańskiem olbrzymi proces przeciw prefektowi oskarżonemu o deprawację młodych chłopców: proces ten — o ile go nie zdołają zatuszować — ujawni zdumiewające wprost swoim naiwnym cynizmem szczegóły, których niepodobna prawie tu przytoczyć, ale którymi, ostatecznie, na żądanie mogę służyć...

Fakty, fakty, dziś, wczoraj! Z powodu kampanii podjętej świeżo przeciw dygnitarzowi państwowemu jedno z pism ogłasza znowuż relację pewnego procesu z roku 1914, w której obrońca stwierdził na podstawie skarg całej miejscowości, że

„duchowny pasterz tej miejscowości w najwstrętniejszy sposób demoralizuje i rujnuje zdrowie całego szeregu chłopców”,

gdzie o naszym klerze mówi w tych słowach:

„ta kasta, to zwarta, silna grupa, zespolona jedną myślą, by pod żadnym pozorem nie pozwolić na obniżenie swego autorytetu”;

I gdzie czytamy w końcu w mowie obrońcy:

„Panowie, za tą zasłoną, którą celibat kryje, dzieją się niejednokrotnie wprost niepojęte dla normalnego człowieka rzeczy. I tylko podczas procesów sądowych uchyla się rąbek tej zasłony. W danym wypadku dowiedzieliśmy się, powtarzam, więcej, niż zdrowy, niezwyrodniały człowiek pojąć może”.

Czymże są, wobec takiej enuncjacji, moje niewinne „rozważania wielkopostne” na temat celibatu?

Ale co to pomoże stwierdzać fakty choćby co dzień. Znów mnie nazwą zboczeńcem, bezbożnikiem — i tyle. Wciąż to samo: nie ten gorszycielem, kto czyni zgorszenie, ale ten, który przeciw niemu protestuje...

Ja rozumiem, że trzeba „osłaniać autorytet” i że najwygodniejszą drogą jest gromić, lżyć, wyklinać tego, który by pragnął oczyszczenia atmosfery. Ale, doprawdy, czy to jest moment, aby w chwili gdy nasz kler tyle pozostawia do życzenia obyczajowo i intelektualnie, w chwili gdy tyle ma konfliktów z ustawami państwowymi, z pojęciami nowoczesnego świata, z ludzką etyką wreszcie, czy to jest moment, aby ten sam kler silił się narzucać swoją supremację w dziedzinie, w której najmniej jest do tego powołany, w dziedzinie oświaty? Nie ma często księdza tam, gdzie trzeba poświęcenia, miłości bliźniego, cnót ewangelicznych, ale chce gwałtem być dyktatorem w sferze, która absolutnie przekracza jego kompetencję! Toż szkoła ma głowy rozjaśniać, nie zaciemniać, ma dawać rzetelne podstawy życia, a nie obłudną formalistykę!

To jest bardzo osobliwy świat i ma swoje zupełnie odrębne prawidła. Pewien znajomy mój, malarz, który pracował przy restauracji wiejskiego kościoła i mieszkał jakiś czas na plebanii, opowiadał mi taką odpustową scenę, której był świadkiem. Czterej księża grali w karty i zasiedzieli się przy kartach i kieliszku poza dozwoloną (ze względu na jutrzejszą mszę św.) godzinę: po czym całkiem naiwnie jeden klęknął kolejno przed drugim i wyspowiadał mu się z tego grzechu. I w kilka minut wszyscy byli w porządku. Mając pod ręką taki sposób, czyż nie jest się ponad wszelkim ludzkim i boskim prawem?

Zapewne, wielka to moc, władza odpuszczania grzechów... Właśnie jedno z pism cytuje list pasterski arcybiskupa salzburskiego O czci kapłanów. Czytamy tam o potędze kapłana, wyższej nad królów i cesarzy: „co wiąże lub rozwiązuje, to posiada znaczenie także w niebie”. „Gdzież, najmilsi, nawet w niebie jest potęga podobna?...”. Tej mocy nie mają ani anioły, ani archanioły, ani nawet Maria, Królowa niebios — ma ją tylko jeden kapłan:

„A gdy ze zdumieniem słucham pytania świętego Dionizego, zali można jeszcze nazywać człowiekiem tego, którego Bóg wybrał spośród ludzi a nad zastępy wzniósł tak wysoko, którego Bóg tak ściśle ze sobą zespolił, dając mu władzę nawet nad Sobą, o najmilsi, czyliż dziwić się będziemy, gdy roczniki Kościoła świętego nam odpowiadają, że wszyscy, którzy na kapłana spoglądali oczyma wiary, tak wysoką cześć mu oddawali?”

Tak mówi list pasterski. W istocie, jest to wielka i podniosła tajemnica wiary. Ale nieporozumieniem byłoby rozciągnąć ją na całe życie księdza i na wszelką jego działalność. Z chwilą gdy kapłan zdejmuje ornat lub stułę, często zostaje ciemny, prosty i ułomny człowiek, który dla bardzo świeckich pobudek „poszedł na księdza”, który w seminarium nie bardzo się oświecił, a czasem zdemoralizował, i który aż nazbyt wiele daje przyczyn do krytyki i ostrożności, zwłaszcza w dziedzinie oświaty. W żadnym zaś razie nie może być jej kontrolerem, on, który często sam kontroli potrzebuje.

A co czynić, pyta w dalszym ciągu swego listu arcybiskup, jeśli kapłan jest niegodny swego świętego posłannictwa? „Modlić się (odpowiada) za takiego nad wyraz nieszczęsnego kapłana, a godności kapłańskiej nawet w takim wypadku cześć okazywać”.

Godność kapłańską czcimy, modlić się za was możemy, ale — rządzić wam Polską nie damy. To sobie wyperswadujcie.