Jaskółka platonizmu
Zagrano w Warszawie sztukę Śmieszni kochankowie, która zeszła po dwóch przedstawieniach z afisza; fakt niebywały! Sztuka niezbyt udana, to pewna: ale problem obyczajowy, o który się ociera — interesujący. Ale widocznie i ten problem był u nas nieaktualny, a tym samym... niemoralny. Świadczy to, że jesteśmy dopiero w pełni upojenia zdobytymi swobodami życia, dalecy od przesytu i związanych z nim idealistycznych tendencji. I dlatego ci kochankowie, marzący o związku dusz wolnym od udziału ciał, wydali się naprawdę śmieszni i nieprzyzwoici. „Czemu nie włazicie zaraz do łóżka, tylko wyprawiacie jakieś komedie”, wołali na nich nasi poważni krytycy. „Czyż w miłości (pytał najczcigodniejszy z nich) istnieje coś innego od posiadania”?
A jednak istnieje. Jeżeli Miłość pośród swoich wielkich świętych czci imiona Tristana i Izoldy, Romea i Julii, niemniej pięknym blaskiem jaśnieje w jej kalendarzu pamięć Heloizy i Abelarda. To byli, co się zowie, śmieszni kochankowie i imiona te do dziś dnia wywołują dwuznaczny uśmiech na usta: i to zwycięstwo nad śmiesznością to najwyższe zwycięstwo miłości. Całe heroiczne okresy miłości były oparte na rozdziale miłości i posiadania. Laura miała ośmioro dzieci z innym, cóż nas to obchodzi? Dla nas jest kochanką Petrarki, który może nigdy jej ust nie dotknął ustami. Rozdział ten istniał w epoce rycerstwa na „dworach miłości”. Rycerz wiązał wstążkę swojej damy u szyszaka i szedł bić dla jej miłości niewiernych lub zgoła każdego, kto by zaprzeczył, że ona właśnie jest najpiękniejszą i najcnotliwszą damą chrześcijaństwa. Ginął gdzieś na obczyźnie, wymawiając jej imię. Wśród tego dama wychodziła za mąż, miała może amantów... A kiedy jej odniesiono skrwawioną wstążkę, oblekała żałobę. Jurny renesans wyparował ten mistycyzm miłosny. Ale znów odżywa. W Pałacu Rambouillet, „Wykwintnisie”, które wskrzeszają kult miłości, stawiają platonizm jako pierwszy jej warunek. Wiedzą, że bez tego warunku zabawa zbyt szybko się kończy: kończy się dzieckiem, zamiast rozkwitać wciąż nowym sonetem lub madrygałem. I mężczyźni chętnie poddają się tej dyscyplinie; rozkosz tych delikatnych zabaw jest im daleko droższa niż proste posiadanie, które jest nikomu niedziwne. Ośmieszono biedną Krainę Czułości, poszła w zapomnienie; znów przyszedł po niej okres królowania zmysłów. Ale w pełni królestwa rozkoszy widzimy tę tragiczną paradoksalną miłość Julii de Lespinasse i biednego de Mora. Ubóstwiają się; kiedy na parę dni przyjdzie się im rozstać, wymieniają co godzinę najpłomienniejsze24 listy; nic nie stoi na przeszkodzie ich szczęściu; oni sami postawili twą miłość tak wysoko, że posiadanie byłoby jej profanacją. Ale natura bierze straszliwy odwet na śmiesznych kochankach: gdy chory de Mora wyjeżdża, aby ratować — dla Julii — uciekające życie, Julia, nie przestając go ubóstwiać, wyegzaltowana jego listami, jego wspomnieniami, spada jak dojrzały owoc w ramiona byczka (owoc z byczkiem, cóż za metafora!), który ją wziął całkiem po prostu na kanapce w loży Opery.
A potem Romantyzm! Cóż za wymysły, cóż za wyrafinowania, byle cierpieć, byle być nieszczęśliwym w miłości! Kochać a kochać nieszczęśliwie, staje się niemal synonimem. Idealizm miłosny jest w powietrzu, udziela się najtrzeźwiejszym. Zgoła nieromantyczny autor pamiętników z lat 1818–1825, dr Stanisław Morawski, tak pisze o swojej młodzieńczej miłości: „Jedno jej ustami wymówione słowo: Kocham cię posadziłoby mnie, jak Bóg żywy, natychmiast na samym wierzchu piramidy egipskiej. Bodziec do tych wyższych w dalszym życiu działań, które by niezawodnie świetnym uwieńczone były skutkiem, zdruzgotane i starte na proch przez nią zostały. Ona broniła ciała. Co mi jej ciało! Ciał miałem dosyć! Ja chciałem jej duszy, jej duszy podobnej wówczas do mojej duszy...”.
Ale każda prawie miłość, chociaż później zakwita pełnią zmysłowego szczęścia i najczęściej więdnie w realności, czyż nie posiada swego okresu nieśmiałych żądz, cichego zachwytu, obaw i nadziei? Czyż nie chce przeżyć swego Romantyzmu? To okres, który rodzi najpiękniejsze kwiaty miłości, najdelikatniejsze ich zapachy, kiedy pragnienie, niestudzone, nieograniczone niczym, zdaje się być nieskończonym, nie mdleje ani na chwilę. Toteż z jaką lubością kobieta umiała (bo już nie umie!) przedłużać ten okres, jak długo walczyła z sobą, nim położyła mu koniec, mając mniej lub więcej jasne przeczucie, że początek szczęścia w miłości bywa początkiem jej umierania, jest często jej detronizacją...
Otóż w sztuce Śmieszni kochankowie można wyczytać jeden symptom właściwy naszej epoce: uproszczenie stosunków między mężczyzną a kobietą. Uproszczenie to grozi tym, że okradnie ludzkość o jedno z jej najpiękniejszych wzruszeń. Znika to, co jest warunkiem krystalizacji (że przypomnę stary termin Stendhala) miłosnej: przeszkoda. Te przeszkody przewidziała sama natura, każąc się bronić samiczce i przedłużać okres zalotów. Składały się na nie dawniej najrozmaitsze warunki: religia, nacisk społeczeństwa, inna „technika życia”, większa daleko niż dzisiaj obawa wszelkich następstw, co wszystko razem zamykało się w dość anachronicznym dziś pojęciu „cnota”; i wreszcie — w jej braku — ów nieokreślony kobiecy punkt honoru, który, nawet nie broniąc się zasadniczo, czuł się w obowiązku przeciągnąć obronę do najdalszych granic. W najbardziej osławionym z niemoralności okresie XVIII wieku notowano — ze zgorszeniem — cztery tygodnie jako obowiązkowy czas starań o względy kobiety. Uderzcie się w piersi, piękne czytelniczki: czy zawsze nakładacie tak długą kwarantannę? Bo dawniej nawet życie najściślej prywatne i tajemne było właściwie publiczne: przy powszechnym braku dyskrecji, przy mnogości służby i w ogóle ciasnocie ówczesnego światka, incognito nie istniało: dlatego nawet najtajemniejsze25 sprawy regulował wszechwładny konwenans.
Dziś wyzwolił się świat niemal ze wszystkiego, co mogło pętać miłość i stawiać jej tamy. Powiedzcie mi, gdy dwoje ludzi bardzo się sobie podoba, jakaż może być przeszkoda, aby nie padli sobie od razu w ramiona? Czym się tu bronić, czym bodaj motywować zwłokę? W oceanie wielkomiejskiego życia jeden czy drugi grzeszek wpada jak kamień w wodę. Równouprawnienie mężczyzn i kobiet, ogromne rozszerzenie strefy tych ostatnich jako kandydatek do stanu... miłosnego, też zmieniło charakter tego stosunku. Coraz mniej ma kobieta szans, aby oporem swoim lub cnotą przywiązywać mężczyznę na długo. Z drugiej strony mężczyzna, otrzymując dość łatwo to, po co rękę wyciągnie, nie znajduje pokarmu dla swej utajonej, a tak przyrodzonej i potężnej potrzeby cierpienia; wciąż zrywa owoc miłości, zanim dojrzał; niszczy jej kwiaty w pączku zbyt szybkim posiadaniem, żyje nad-intensywnym życiem ciała, a okaleczonym życiem duszy...
I z tej gleby wyrasta paradoks sztuki młodego autora. Spotyka się dwoje młodych, którzy czują, że jest im przeznaczone się kochać. Miłość ich, gdyby miała czas, rozwinęłaby się cudownie; bo w chwili, gdy się spotykają, jest to dopiero projekt na miłość. Jak kipi ta miłość w młodym chłopcu, kiedy musi walczyć bodaj z drobiazgiem, z tym, aby się dowiedzieć, kto ona jest etc. Ale oto ona przychodzi sama ku niemu: dojrzała w jego oczach płomień, wyczuła bicie serca i jej własne serce odpowiedziało przyspieszonym biciem. Oboje są młodzi, wolni, bez przesądów, cóż im broni być szczęśliwymi, po co odwlekać?... I w chwili gdy to ma się spełnić, czują żal, aby tak mordować tę pierwszą, uroczą fazę miłości i nie nacieszywszy się nią, przejść do finału. Chcieliby wypić swoją miłość całą, smakować ją powoli, cierpieć, przede wszystkim cierpieć... I wpadają na śmieszny w istocie pomysł, aby sztucznie, wolą swoją stworzyć te zapory, których by potrzebowała ich miłość, aby dojść do maksimum napięcia. Pomysł oczywiście groteskowy: pięknie jest na przykład mieć babcię i czcić ją, ale jeżeli się jej nie ma, niepodobna jej wypożyczyć! Dlatego i pomysł kochanków kończy się groteskowo. Ale przeprowadzić taki pomysł na scenie to zamiar bardzo karkołomny; skiksował też rozdźwiękiem między autorem a publicznością. Co do mnie, chciałem tu zaznaczyć jedynie to, co mnie w tego rodzaju teatrze najbardziej interesuje: mianowicie pewien rys obyczajowy. Powstała ta sztuka w innym środowisku niż nasze; w zbytkownym, kosmopolitycznym życiu wielkiej stolicy, gdzie przesyt rodzi widocznie takie nikłe tęsknotki idealistyczne. U nas życie płci, skrępowane dotychczas tysiącznymi pętami, zaledwie się dorwało trochy szczerości i swobody: jesteśmy w fazie jego apoteozy, renesansu. Polak, kiszony żywcem w fałszywej barchanowej cnocie dawnej Polki, wdzięczny jest dzisiejszej za jej prostotę, jej koleżeństwo miłosne, za jej szybkość decyzji i wdzięk w zgodzie lub odmowie. Na razie nie chce cierpieć: nie ma na to czasu, upaja się swą nową młodością. „Młodość rozkosz i wita, i żegna z weselem — jak skromną ucztę, którą dzielim z przyjacielem”, powiada Mickiewicz. I dlatego ci marzący o czystości śmieszni kochankowie wydali się nie tylko śmieszni, ale wyuzdani i cyniczni. Za wcześnie dziś u nas na jaskółki miłosnego idealizmu.
1926