Prospekty
Znowu tedy, po raz nie wiem już który, zostaję własnym wydawcą. Pierwszy tom „Biblioteki Boy’a” wydałem niegdyś z konieczności sam; setny tom znów wydałem sam. Jest już widać przeznaczone, aby wydawnictwo to, jedno z największych rozmiarem i cieszące się niejakim uznaniem, dokonało się bez udziału księgarzy. Ma to swoją wymowę. Dwadzieścia z górą lat szukałem człowieka, który by zrozumiał moją myśl, zapalił się do niej i stał się moim współpracownikiem; i szukałem na próżno. Znajdowałem wielu szkodników, ale pomocników mniej, a i tych na krótką metę. Koniec końców, obecnie, kiedy znów znalazłem się w tej sytuacji, że praca mojego życia miała być pogrzebana, powiedziałem sobie: nie! Wyrobiłem sobie „kartę przemysłową” (kat. III), przybiłem tabliczkę z firmą „Biblioteka Boy’a” na drzwiach mieszkania, jadalny pokój obróciłem na biuro. Pracuje cały dom. Od rana pakuje się, zawija, wysyła, prowadzi się korespondencję. Ekspedycja miejscowa odbywa się pod najekscentryczniejszymi płótnami St. I. Witkiewicza, na które niejeden klient zerka przerażony. Co dzień przychodzi poczta z prowincji. Uwagi, życzenia przyjmuję z wdzięcznością, reklamacje z pokorą; proszę o nie, łaknę ich; pragnę się wciąż ulepszać, doskonalić. Trzeba przyznać, że to urozmaicenie zwykłych zajęć, mimo iż absorbujące, nie jest bez wdzięku. Ma swój urok ta forma wydawnictwa, oparta na bezpośrednim kontakcie pisarza z czytelnikiem. Zazwyczaj z czytelnikiem styka się księgarnia, a i ta go nie zna; tu, zna się swoich odbiorców po imieniu i nazwisku, ma się ich po alfabecie ułożonych w kartotece, zna się niemal ich charakter, obyczaje, czasem dziwactwa. Rzecz osobliwa i która musi mieć swoje podstawy; ta, zdawałoby się, zamierzchła forma wydawnicza, oparta na prenumeracie, na prospektach, staje się najnowożytniejszą. Dziś, wobec rozszerzenia kręgów czytelnictwa, nie można już, drzemiąc, czekać na odbiorcę w księgarni, bo jakże ma do niej przyjść, kiedy mieszka np. w lasach pod Ołyką; dziś szuka się klientów wprost po całej Polsce, wyświetla się ich prospektem niby reflektorem, wabi się ich, pieści, niemal głaszcze pod brodę. Lubi się ich, ach, jak się ich lubi, nawet nie wiedzą o tym. Lubi się ich za sam ten trud, z jakim przyszło ich zdobyć. Jest na przykład człowiek, którego nazwisko wymawia się u mnie w domu ze szczególną sympatią, mimo że nikt nie widział go na oczy: dlatego że to był pierwszy abonent, który się zgłosił na nasze prospekty. Nazywa się Paweł Najnis, jest dyrektorem Banku Ziemiańskiego w Rawie Mazowieckiej. Panie dyrektorze, panie Pawle, jak pan będzie w Warszawie, niech pan zajdzie na obiad, bez ceremonii, Smolna 11.
Ileż przyjemności można znaleźć w samym takim poszukiwaniu! Technika „prospektu” wprowadza w nazbyt cnotliwe życie zapracowanego literata ożywczy element gry hazardowej. Wysyła się takich świstków tysiąc, dziesięć tysięcy, sto tysięcy, ile wróci jako zamówienie? Ileż, ach, znajdzie się w koszu, nieczytanych, zmiętych w roztargnieniu niecierpliwą ręką? Mimo woli przypomina się stara anegdota o buraczkach. Znacie ją? Buraki sadzi się, okopuje, pieli, potem wykopuje się je, ładuje, zwozi, mierzy, sprzedaje, wysyła, odbiera, płucze, skrobie, sieka, przeciera, gotuje, omaszcza, soli i podaje się je w restauracji gościowi, który ich nie je. Coś podobnego z prospektem. Ileż pracy ludzkiej weszło w ten świstek papieru! Nie mówię już o sadzeniu drzew, z których robi się papier, ani o trudach zecera, drukarza, fabrykanta kopert, Murzynów zbierających z drzew gumowych gumę do powlekania marek; ale sama praca duchowa! Ileż inteligentnego trudu wsiąkło w układanie skorowidzów z adresami, wedle których prospekty się wysyła! I ot, pisze się adres, przykleja się markę, rzuca się paczkę naładowanych kopert do skrzynki, na poczcie kilku ludzi je sortuje, kolej żelazna je rozwozi, listonosz doręcza i — zgroza pomyśleć — prospekt, nieczytany, dostaje się do kosza. Buraczki! Ileż ja prospektów wyrzuciłem tak bez czytania! Teraz, odkąd je sam wysyłam, nie byłbym zdolny tego uczynić, miałbym uczucie, że dopuszczam się barbarzyństwa, że depcę ogrom ludzkiego trudu... Nie rzucajcie nigdy prospektów na ziemię, czytajcie je uważnie.
Ale choćby nawet miały wędrować do kosza, już samo wysyłanie ich jest przyjemnością, jest sztuką dla sztuki. Ileż poznaje się rzeczy, o których przedtem człowiek nie miał pojęcia! Czy wiecie na przykład, co to jest Księga adresowa Polski Mossego? Rzecz dziwna, prawie wszyscy ci ludzie, którzy mrówczą pracą przyczynili się do poznania spraw i rzeczy polskich, byli obcego pochodzenia lub nosili bodaj obce nazwiska. Linde, Kolberg... obok nich staje dziś Rudolf Mosse. Widzieliście tę księgę, ten olbrzymi tom, liczący parę tysięcy stronic? Nigdy nie przychodziło mi na myśl, jak taka, najsuchsza na pozór, rzecz jak książka adresowa może być interesująca. Wszystko tam znajdziesz. Chcesz wiedzieć, kto jest starostą w Dubnie? Pan Kański, mój prenumerator. Kto aptekarzem w Przedeczu? Pan Tadeusz Gruszczyński, też mój sympatyczny prenumerator. Kto bednarzem w Mokrem, kto cieślą w Mokobodach? Znajdziesz tam wszystko. W miarę jak się wgryzać w te karty, książka staje się żywa, mieni się wszystkimi barwami polskiego pejzażu, mówi wielkim głosem o zdobyczach, nędzach i potrzebach kraju. Nie ruszając się od biurka, podróżujesz sobie po Polsce. W jednym powiecie człowiek czuje się dumny z wspaniałego rozkwitu przemysłu; gdzie indziej znów osmuca go niski stan higieny, brak aptek, lekarzy... Całymi stronicami wędruje oko po małych siołach, zapewne uroczych, ale z punktu widzenia wydawcy mało przedstawiających nadziei. Dowiaduję się mimochodem, że gmina Bebło ma aż trzech kowali: chcecie wiedzieć ich nazwiska? Oto są: Grzybowski, Turchoń i Wiecheć. Bydłem handluje pan Zacierucha, a artykułami spożywczymi panowie J. Kilich i F. Misztal. Czy który z nich pokocha się kiedy w zuchwałym uroku małej Lamiel? Jedźmy dalej. Bęczków... wiatraki... pp. Matuszewski i Sito... Jedźmy dalej. Będkowice... Będusz... Będzin. Będzin! Hurra! Tu będzie połów obfity, lekarze, adwokaci, dyrektorzy, ulice pięknie ponazywane, domy pięknie ponumerowane: dr Barylski (chor. wener.) mieszka przy ulicy Małachowskiego nr 15, dr Dunaj ul. Kołłątaja nr 33, znać wzorowy porządek, czuje się pod nogami suche bruki, słyszy się niemal dźwięki jazzu dochodzące z jasno oświetlonej kawiarni. Niech żyje Będzin, dwieście prospektów do Będzina, czterysta prospektów do Będzina! I znowu bierz, literacie, kij pielgrzymi i wędruj dalej. Biała Dolna... Biała Górna... Biała Wielka... Białaczów... Białaczów, jest apteka p. Kołkiewicza, jeden prospekt. Białobrzegi... St. Bobiatyńska, akuszerka...
Oto jest najbardziej nowoczesna technika wydawnicza.
Świeżo tygodnik „Świat” chciał mnie zaprosić do udziału w ankiecie na temat: „Co pan czyta?”. Wymówiłem się; nie mogłem przecież powiedzieć, że czytam... Mossego. A tymczasem Mossego można czytać bez końca i nie nudzić się, trzeba tylko mieć wyobraźnię. Ileż rozkosznych chwil spędziłem od miesiąca nad tą księgą! Duszę wkładam w tę pracę. Wierzę w rozmaitą skuteczność prospektu, zależnie od stopnia sugestii, z jaką się go namagnesuje. Kiedyś wielkie firmy będą trzymały specjalnych indyjskich jogów do magnesowania prospektów; u nas literat musi to robić sam... Późno w noc, kiedy skończę już inne zajęcia, kiedy miasto całe śpi po trudach dziennych, a powietrze brzemienne jest aromatem nocy majowej, otwieram gruby tom Mossego i adresuję koperty. Najczęściej sam niosę je do skrzynki. I wówczas mam uczucie, że jestem siewcą, rzucam je garścią, z wolna, hieratycznym gestem starego Boryny z epopei Reymonta. Ale nie, to złe porównanie. Boryna, siejąc, ma tę świadomość, że każde ziarno, padłszy na glebę, wejdzie i rozpleni się dziesięciokrotnie i stokrotnie. Gdybyż tak było tutaj: jakże lekki byłby los wydawcy! Ale prospekt nastręcza raczej inne porównanie: przypomina fantastyczną rozrzutność przyrody w akcie zapładniania. Tak jak natura zużywa tysiące plemników, które giną marnie po to, aby jeden z nich stworzył cud życia w maluśkim jajeczku, tak tu rzuca się tysiące tych kartek w paszczę skrzynki pocztowej, aby hen, gdzieś, w Łucku czy w Nalibokach, znaleźć jedną pokrewną duszę. Dlatego ilekroć, dopełniwszy tej czynności, odchodzę od skrzynki pocztowej, czuję się zawsze cokolwiek uroczysty i cokolwiek wzruszony. Mam uczucie, że spełniłem wielki akt natury. Czyż zapłodnienie inteligencji ludzkiej nie jest cudownym aktem? I czyż, wobec tego wzniosłego celu, wolno narzekać na rozrzutność przyrody? Bierzmy Mossego i obchodźmy dalej Polskę: Nasutów, Nawóz, Nederów, Nieciecz...
Trochę filozofii i trochę marzenia
Kłopoty mają to do siebie, że się w nich poznaje przyjaciół. Ledwie skreśliłem parę żartobliwych słów na temat moich „prospektów”, już zgłosiło się kilkanaście osób z gotowością pomagania mi w ich ekspedycji. Niektórzy byli bardzo przejęci tym, że ja mój „drogocenny czas” zużywam na adresowanie kopert. Ach, moje dzieci, gdyby to było takie proste! Przecież ja wiem, nieznajome dziewczynki i kobietki moje, że wy macie dobre i poczciwe serduszka i że wystarczyłoby mi słówko szepnąć, a zaraz znalazłoby się was parę tuzinów, aby mi pisać adresy, przybijać pieczątki, kleić marki, ładować koperty, a ja bym tylko chodził między wami jak pasza i klepał was po białych plecach. Ale nie o to chodzi. Ja nie powiedziałem całej prawdy. Spotkanie moje z Księgą adresową Polski nastąpiło w przełomowej chwili. Tak już bywa — i to jest jedna z najbardziej tajemniczych spraw świata — że właśnie w tym, a nie innym momencie spotka się kogoś lub coś, co zaważy na życiu i co musiało przyjść właśnie w tym, a nie w innym momencie. I moje spotkanie z Mossem nastąpiło w takiej krytycznej chwili. Każdy, kto działa, zna te ostre, śmiertelne zakręty, jakie ma wszelka intensywna czynność, artystyczna czy inna. Są okresy, gdzie wszystko idzie gładko, jedzie sobie człowiek jak tramwajem po szynach. Nagle nie wiadomo skąd przychodzi moment wyjścia z siebie, wyważenia z szyn. Z jasnego wszystko staje się problematyczne, z prostego skomplikowane. Każda myśl robi się niby pudełeczko, w którym siedzi drugie pudełeczko, w nim trzecie pudełeczko etc., a w ostatnim ptaszek, który furka w powietrze i ćwierka: „to nie to, to nie to”. I sypże mu soli na ogon! Ale myśli to głupstwo, myśli mają w literaturze mniejsze znaczenie, niżby się przypuszczało. Gorzej ze słowami. Biada artyście, gdy zwątpi w słowo; to tak jakby kapłan zwątpił w swoje powołanie. I takie perypetie zna literatura! Słowa wydają się naraz głupie, fałszywe, zużyte, ach, jak zużyte, wytarte. Zrzucić wszystkie na kupę do kotła, stopić je i zacząć je bić nowym stemplem, takie szalone myśli lęgną się od czasu do czasu i są motorem wszystkich dadaizmów i „futuryzmów”. Na najspokojniejszego człowieka przychodzą takie chwile. Każde słowo szczerzy wówczas urągliwie zęby, obnaża się zuchwale, rozbiera się do koszuli, błyska na chwilę cyniczną nagością, aby tuż potem, niby prześwietlone promieniem Roentgena, ukazać swój szkielet i rozpaść się w proch nicości. Jakby to zilustrować na przykładzie? Wyobraźcie sobie... Dobrze: po co szukać dalej; weźmy to pierwsze z brzegu słowo: „wyobrazić”. Co to jest wyobrazić? Rozłóżmy je: wy-obrazić. Coś jak kopać i wy-kopać, jechać i wy-jechać, pchnąć i wy-pchnąć. „Wy” jest tylko przydatkiem, istotą zatem jest „obrazić”. Obrazić... Kogo, po co, za co? Dziwne! Ale myśl pracuje dalej. Co to jest: obrazić? Ob-razić, coś jak skoczyć i obskoczyć, wódka i obwódka... nie, nie, głupstwa gadam... coś jak szczekać i obszczekać, lamować i oblamować... (nawiasem mówiąc, czy doznawał kto z was obsesji słowa zadeklamować, zadek-lamować, lamować zadek? — to straszne!). Zatem ob-razić, razić, jasne jest, że istotą jest tutaj razić, a ob jest tylko przydatkiem. Otóż co to jest razić? Znów jasne jest, że „ić” jest przydatkiem, oznaczającym bezokolicznik, a istotą słowa jest „raz”. Ale co za raz? Raz. Kto, kogo, co? Diabli wiedzą. Ktoś kogoś raz i to określono słowem „razić”: potem to samo ob, a potem to samo wy. Wy-ob-razić. Całe „wyobrazić” to jest zwykły sobie „raz”, otoczony mnóstwem przydatków, oznaczających dosyt, dookolność, bezokoliczność, ale czego? Tajemnica. Nonsens. Aby stwierdzić nonsens tego, wystarczy zmienić formę. Weźmy: „wyobraźnia”. Wyobraźnia, obraźnia, raźnia... Co to jest obraźnia, co to jest raźnia? Mówiłem: nonsens, fotomontaż. Co to wszystko razem znaczy? Oto są chwile, w których nawiedza człowieka nostalgia wieczności: wyrwać się z tego świata głupich znaczków, gdzie jedno „ob” i jedno „wy” może zmienić treść wszystkiego; oglądać wreszcie rzeczy w ich istocie, dowiedzieć się co to był, u kaduka, za „raz”, z którego powstało razić, obrazić, wyobrazić... Na szczęście już niedługo.
Oto był stan mojej duszy w chwili, gdy na drodze życia spotkałem księgę Mossego, księgę radosnej wiedzy. I znalazłem ukojenie. Otwieram sobie gdzie bądź i przepisuję. Np. spis blacharzy we Lwowie. Abraham, Backtrog, Bertford, Buczaczer, Chuwes, Cwenarski, Czmiel, Degen, Drilich, Dulberg, Engelbach, Feld, Goldstein, Gratz, Hechler, Heiber... Tu przynajmniej ma się jakąś pewność, coś niemal z absolutu. Blacharz we Lwowie nazywa się Chuwes albo Degen i koniec. Nie ma się co zastanawiać, nie ma co analizować; to jest moralny fakt, niezostawiający miejsca na żadne bezdogmatyzmy. I to daje odpoczynek. Czysta radość słowa, niezatruta sensem, a raczej nonsensem pojęciowym. Dlatego, dziewczynki moje, nie odstąpiłbym wam za nic przepisywania Mossego.
Ale taka jest natura człowieka, że nie może żyć długo kontemplacją, nawet zachwyceniem. Dusza łaknie akcji, dramatu. I ten dramat znajduje. Gdzie? W tym samym źródle. Dramat, który zna każdy wysyłający prospekty: „zwroty”. Co rano na dwa zamówienia przychodzi dwadzieścia zwrotów. Umyślnych? Och, nie; choć zdarzają się i takie, ale rzadko. Ledwie parę kopert wróciło z dopiskiem: „do zlewu” , „do kloaki” etc... Domyśliłem się, że ci adresaci, to stali czytelnicy pewnych naszych dzienników programowo... frankofilskich. Ale na ogół zwroty bywają rozmaite. Częścią z winy własnej. Koperta bez marki albo bez adresu, albo bez zawartości. Roztargnienie! Raz zwrócono mi czystą kopertę, na której jowialny kontroler pocztowy dopisał: „Prosimy o dokładniejszy adres”. Ale są inne zwroty wynikłe z siły wyższej. Dziesiątkami wracają prospekty z dopiskiem: „adresat wyjechał, nie zostawiwszy adresu”. Nie znam go, nic o nim nie wiem, ale już moja wyobraźnia (obraźnia, raźnia???) pracuje. Czemu wyjechał, czemu nie zostawił adresu? Nieszczęśliwa miłość? Może. Albo: „Wyjechał do Niemiec”. Czemu do Niemiec, może szpieg, a tu fundusz przeciwszpiegowski skreślają... To znów — zbyt często — koperta nosi lakoniczny napis: „adresat umarł”. Jest coś mimo woli przejmującego w takim dopisku. Zwłaszcza kiedy się takich zejdzie kilka jednego dnia, wydaje się, że pomór w kraju, siedzę nad tymi kopertami jak Ojciec Zadżumionych, mam uczucie, że połowa abonentów wymarła mi, że tak rzekę, na pniu. („Pniu”... też dziwne słowo. Powtórzcie trzy razy głośno: pniu, pniu, pniu). Ale cóż! Po chwili zadumy wyciąga się dobry jeszcze prospekt z koperty po nieboszczyku i przekłada się go do innej, już zaadresowanej, która leży pod ręką. Tak niegdyś, na wojence, z zabitego żołnierza ściągało się buty, które wzuwał bosy jego kolega. Życie!
Często, o wiele zbyt często, zdarza się napis: „adresat nieznany”. Nieznany... Jakim cudem on może być nieznany w miasteczku, gdzie znają się wszyscy? Rozumiem, że Boy mógł być „nieznany” w poselstwie paryskim, ale jak może być nieznany dentysta w Kole? Któż tam będzie znany? Może on w ogóle jest gdzie indziej, nie w Kole? Może coś Mosse pobałamucił? I Homerowi zdarza się zdrzemnąć, powiada łacińskie przysłowie.
Jeden napis uderzył mnie szczególnie. Koperta adresowana do Mościsk (woj. Lwowskie) wróciła z dopiskiem listonosza: „Wyjechał z Mościsk na zawsze”. Nie znałem go, nic o nim nie wiem; ale taka jest wymowa tego słowa „na zawsze”, że mimo woli coś mi się ścisnęło w dołku. Nevermore kruka z ballady Poego...
Poza tym dostaje się listy. Od fotografa z Zambrowa, który pragnie zmienić miejsce pobytu i prosi mnie o informacje co do księgi adresowej, bo chciałby się z niej dowiedzieć o miasteczku, gdzie by nie było fotografa. Sądzę, że najprostsze będzie, jeżeli miasteczka, w których nie ma fotografa, dadzą znać o tym na moje ręce. (Poślę im Dymszę).
Inny list od pewnego inżyniera, który też sam wydaje książki i też sam rozsyła prospekty, dlatego wzruszył się moim felietonem, wspólnością naszej doli i rzucił się w moje objęcia. Przysłał mi swoje prospekty i poprosił o moje. Przyrzekł zaabonować moje książki i wyraził nadzieję, że ja zaabonuję jego książki. Zapewne, taka wzajemność, to najzdrowsze rozwiązanie kwestii wydawniczej, ale czy wystarczające?
Widzę, że mimo woli z wyżyn filozofii, osunąłem się w troski handlowe. Sklepik! Ha, trudno, skoro nie może być inaczej, niech będzie i sklepik, byleby pod okapem tego sklepiku uwił sobie gniazdko mały ptaszeczek fantazji, wyobraźni, obraźni, raźni, źni. I nie żałujcie ptaszeczka.
Przypisy:
1. frenetyczny (z fr.) — tu: ekstatyczny, entuzjastyczny. [przypis edytorski]
2. denuncjacja — donos; zgłoszenie złożone stosownym władzom. [przypis edytorski]
3. szmenda (z fr. chemin de fer: bakarat) — przen.: gracz, karciarz. [przypis edytorski]
4. W sieci — tytuł modernistycznego dramatu Jana Augusta Kisielewskiego (1876–1918); sztuka ukazuje konflikt między wrażliwością i potrzebami artysty a normami moralności mieszczańskiej. [przypis edytorski]
5. chemin de fer (fr.) — odmiana bakarata, gry hazardowej. [przypis edytorski]
6. astralny — gwiezdny; tu: kosmiczny. [przypis edytorski]
7. bak — właśc. bakarat, hazardowa gra w karty. [przypis edytorski]
8. stenotypistka — maszynistka, tj. kobieta zarabiająca przepisywaniem tekstów na maszynie. [przypis edytorski]
9. bies — diabeł, demon. [przypis edytorski]
10. jest tym straszliwa — dziś: jest przez to straszliwa. [przypis edytorski]
11. tym człowiek wychodzi na ludzi, czym sprawiał zmartwienie — dziś popr.: dzięki temu człowiek wychodzi (...) przez co sprawiał (...). [przypis edytorski]
12. katolicciejszy — dziś popr.: bardziej katolicki; tu: forma żart. [przypis edytorski]
13. zdenuncjował — dziś popr. forma: zadenuncjować; złożyć na kogoś donos, oskarżyć kogoś. [przypis edytorski]
14. insynuacja (z łac. insinuare: wśliznąć się, wkraść się) — przypisywanie a. wmawianie komuś (często sugerowane nie wprost i ze złośliwą intencją) czynów a. poglądów sprzecznych z prawem, niemoralnych itp. w celu zdyskredytowania tej osoby. [przypis edytorski]
15. indult — specjalne zezwolenie wydawane w kościele katolickim przez wyższe władze duchowne (papieża, biskupa), uchylające w drodze wyjątku obowiązujące przepisy prawa kanonicznego (tj. religijnego); indulty dotyczą np. zawarcia małżeństwa przez osoby niepełnoletnie a. blisko spokrewnione, nadzwyczajnych warunków udzielania sakramentów itp. [przypis edytorski]
16. marka — tu: znaczek pocztowy. [przypis edytorski]
17. egzorta (z łac. exhortatio: napomnienie) — kazanie, zwł. skierowane do młodzieży szkolnej. [przypis edytorski]
18. memento mori (łac.) — pamiętaj o śmierci. [przypis edytorski]
19. memento vivere (łac.) — pamiętaj, aby żyć. [przypis edytorski]
20. antypatyk — nielubiący czegoś; por. antypatia. [przypis edytorski]
21. funkcjonować w bieli — należeć do tzw. bielanek, tj. dziewczęcej służby liturgicznej działającej przy parafii; nazwa pochodzi od białych strojów, jakie noszą dziewczynki, uczestnicząc w nabożeństwach, mszach, procesjach i różnych uroczystościach kościelnych. [przypis edytorski]
22. petitowy — pisany petitem: drobną czcionką. [przypis edytorski]
23. defensywa — tu: obronność państwa. [przypis edytorski]
24. najpłomienniejszy — dziś popr. forma: najbardziej płomienny. [przypis edytorski]
25. najtajemniejszy — dziś popr. forma: najbardziej tajemny. [przypis edytorski]
26. duenna — przyzwoitka. [przypis edytorski]
27. Qualis artifex pereo — jakiż artysta ginie w mej osobie (miały to być ostatnie przed śmiercią słowa Nerona). [przypis edytorski]
28. szemat — dziś: schemat. [przypis edytorski]
29. bill (ang.) — tu: ustawa. [przypis edytorski]
30. strona genetyczna — tu: strona dotycząca genezy, tj. pochodzenia. [przypis edytorski]
31. egzegeza — badanie i krytyczna interpretacja tekstów, zwł. religijnych. [przypis edytorski]
32. Rydel, Lucjan (1878–1918) — poeta, dramatopisarz, znawca sztuk plastycznych. [przypis redakcyjny]
33. Zosia, Maryna, Haneczka zachowały (...) imiona swoich oryginałów (...) — [por. Tadeusz „Boy” Żeleński,] Nad rękopisem „Wesela” ([w:] Ludzie żywi). [przypis autorski]
34. Starzewski, Rudolf (1870–1920) — dziennikarz, od 1905 redaktor konserwatywnego „Czasu”; zginął śmiercią samobójczą, czego jednym z powodów mogła być miłość do żony Tadeusza Boya-Żeleńskiego. [przypis redakcyjny]
35. Asnyk, Adam (1838–1897) — czołowy poeta polskiego pozytywizmu. [przypis redakcyjny]
36. szumny — wystawny, efektowny, bogaty. [przypis redakcyjny]
37. plein-air — dziś popr.: plener. [przypis redakcyjny]
38. malaria — tu: żart. rzeczownik zbiorowy oznaczający malarzy. [przypis redakcyjny]
39. surdut — rodzaj przedłużanej marynarki, uznawany za elegancki strój na przełomie XIX i XX w. [przypis redakcyjny]
40. siermięga — wierzchni strój z grubego materiału, na przełomie XIX i XX w. charakterystyczny dla chłopów. [przypis redakcyjny]
41. Tetmajer, Włodzimierz (1861–1923) — artysta malarz, działacz ludowy i polityk. [przypis redakcyjny]
42. sosjeta (z fr.) — towarzystwo. [przypis redakcyjny]
43. Dites-moi, chere madame (fr.) — Niech mi pani powie, droga pani. [przypis redakcyjny]
44. zaprzeć — tu: zamknąć. [przypis redakcyjny]
45. Zielony Balonik — pierwszy polski kabaret literacki, założony w r. 1905; do jego zespołu dołączył w pewnym momencie Tadeusz Boy-Żeleński. [przypis redakcyjny]
46. prywacja — ograniczenie, obywanie się bez czegoś. [przypis redakcyjny]
47. de Laveaux, Ludwik (1868–1894) — malarz, uczeń Józefa Mehoffera, zmarły na gruźlicę. [przypis redakcyjny]
48. suchotnik — gruźlik. [przypis redakcyjny]
49. mir — szacunek, poważanie. [przypis redakcyjny]
50. newroza — dziś popr.: neuroza. [przypis redakcyjny]
51. jąć (daw.) — zacząć. [przypis redakcyjny]
52. czepiny — oczepiny, obyczaj weselny, polegający na wiązaniu pannie młodej czepca, stanowiącego symbol stanu małżeńskiego. [przypis redakcyjny]
53. tużurek — rodzaj dwurzędowego surduta z ciemnej wełny. [przypis redakcyjny]
54. kierezja — bogato wyszywana sukmana krakowska z obszernym, trójkątnym, haftowanym kołnierzem wykładanym na plecy. [przypis edytorski]
55. Tetmajer, Kazimierz (1865–1940) — czołowy poeta Młodej Polski. [przypis redakcyjny]
56. nirwana — pojęcie buddyjskie, oznaczające wyzwolenie się z cyklu narodzin i śmierci, przez europejskich modernistów interpretowane jako niebyt; słowo to często pojawia się w poezji Kazimierza Przerwy-Tetmajera. [przypis redakcyjny]
57. Feldman, Wilhelm (1868–1919) — pochodzący z rodziny żydowskiej krytyk i historyk literatury. [przypis redakcyjny]
58. arendarz (daw.) — dzierżawca; tu: dzierżawca karczmy, szynku. [przypis edytorski]
59. Teka Stańczyka — pamflet polityczny autorstwa Józefa Szujskiego, Stanisława Tarnowskiego, Ludwika Wodzickiego i Stanisława Koźmiana (grupy konserwatystów, nazywanych potem stańczykami), opublikowany początkowo w krakowskim „Przeglądzie Polskim” (1869), a następnie jako osobny druk (1870); pamflet ten miał formę 20 listów pisanych rzekomo przez Stańczyka, błazna Zygmunta Starego i krytykował szlachtę polską za awanturnictwo oraz anarchię, obciążał ją winą za utratę własnej państwowości, równie krytycznie odnosił się do powstań narodowych, proponował zaś jako program pozytywny działanie w ramach struktur politycznych Austro-Węgier. [przypis edytorski]
60. transsubstancjacja (z łac.) — przeistoczenie; w teologii katolickiej przemiana substancji podczas Eucharystii: chleba w ciało, a wina w krew Chrystusa. [przypis edytorski]
61. bałucczyzna — termin utworzony od nazwiska Michała Bałuckiego (1837–1901), komediopisarza, publicysty i autora powieści pozytywistycznych; Radcy pana radcy oraz Gęsi i gąski to tytuły dwóch z szeregu jego komedii, kontynuujących tradycję Fredrowską, pewną dozę krytyki obyczajowej osładzających dobrodusznym humorem. [przypis edytorski]
62. na Szlaku — Pałac na Szlaku mieszczący się przy ul. Szlak w Krakowie; od poł. XIX w. należał do rodziny Tarnowskich. [przypis edytorski]
63. Św. Salomea — właśc. Błogosławiona Salomea, chodzi tu zapewne o rysunkowy szkic do witraża zdobiącego dziś kościół franciszkanów w Krakowie. [przypis edytorski]
64. karotować (z fr. carotter) — naciągać, oszukiwać, wycyganić, wyłudzać. [przypis edytorski]
65. belmera (z fr.) — teściowa. [przypis edytorski]
66. Cichy jubileusz — pisane w r. 1923. [przypis autorski]
67. Sztuka — Towarzystwo Artystów Polskich „Sztuka”, grupa artystyczna działająca w Krakowie w l. 1897–1950, organizująca w kwietniu i maju coroczne wystawy; założycielami „Sztuki” byli wybitni malarze: Jan Stanisławski (pierwszy prezes), Józef Chełmoński, Julian Fałat, Teodor Axentowicz, Jacek Malczewski, Józef Mehoffer, Antoni Piotrowski, Włodzimierz Tetmajer, Leon Wyczółkowski, Stanisław Wyspiański. [przypis edytorski]
68. snać a. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]
69. tak ważką dla dziejów naszego teatru fizjonomię Tadeusza Pawlikowskiego (...) — weźmy choćby taką kwestię. Pawlikowski znany jest w dziejach teatru polskiego jako człowiek, który stracił duży majątek na teatr (co mu zresztą jedynie przyczyniło glorii). Otóż jeden z bliskich uczestników tej epoki udowadniał mi matematycznie, że Pawlikowski nie stracił grosza na teatrze, który mimo wszystko się opłacał; jedynie wydał swój majątek przy okazji prowadzenia teatru na ów szeroki tryb życia, który starsi i niestarsi nawet aktorzy doskonale pamiętają. Nie obchodzi mnie tu sama ta kwestia; chcę jedynie dać przykład, jak wątpliwe i sporne są najbardziej „murowane” elementy legendy. A, powtarzam, bez tej podszewki życiowego realizmu, wszelka historia jest jedynie bajką dla dzieci. [przypis autorski]
70. platońskie biesiady w łaźni rzymskiej — kiedy raz byłem u Włodzimierza Tetmajera w Bronowicach, zjawił się tam Lutosławski. Przybył z Krakowa pieszo, w góralskim stroju i tłumaczył nam, iż uznał ten strój za najwłaściwszy, gdyż każda jego część symbolizuje jakąś cnotę, którą człowiek powinien w sobie wyrobić. Ponieważ się chmurzyło, gospodarz odesłał nas wózkiem; gawędziliśmy w drodze, a na rozstaniu Lutosławski zaprosił mnie, abym zaszedł kiedy do Łaźni Rzymskiej, gdzie co poniedziałek o szóstej rano grono ludzi dobrej woli zbiera się, aby rozmawiać o sprawach ducha. Nigdy nie mogłem się zdobyć, aby wstać tak wcześnie, i nie byłem, czego do śmierci nie przestanę żałować. [przypis autorski]
71. Ruy Blas — dramat Victora Hugo (1802–1885), którego akcja rozgrywa się na dworze Hiszpanii w XVII w. [przypis edytorski]
72. etymologia słowa aktor — z łac. ago, agere, egi, actum: działać; actio: działanie, działalność; actor: sprawca, wykonawca. [przypis edytorski]
73. Potrącone przeze mnie zagadnienie, czy powinno się mówić Hedda Gabler czy Gablerówna (...) — [por.] Flirt z Melpomeną, wieczór III. [przypis autorski]
74. nicht spucken — nie pluć (forma gramatyczna stosowana również np. w zakazach urzędowych). [przypis edytorski]
75. La peau de chagrin — Jaszczur, powieść Balzaca z 1831 r. opowiadająca o jaszczurczej skórze (fr. peau: skóra) mającej tę czarodziejską właściwość, że jej posiadacz może spełnić każde swoje marzenie, jednakże z każdym spełnieniem, jaszczur kurczy się nieubłaganie. [przypis edytorski]
76. La peau de chagrin (...) „pot” znaczy garnek — fr. pot: garnek i peau: skóra wymawia się podobnie: [po:]. [przypis edytorski]
77. ob. — skrót od: „obacz” (dziś raczej stosuje się: „patrz”), odsyłającego we wspomnianej kwestii do wyjaśniającego ją obszerniej dzieła. [przypis edytorski]
78. wydanie poezji Asnyka w opracowaniu prof. Eugeniusza Kucharskiego — „Biblioteka Narodowa”, Adam Asnyk: Wybór poezji oraz Eugeniusz Kucharski: Twórczość liryczna Asnyka, Kraków 1924, Nakładem Krakowskiej Spółki Wydawniczej; [przyp. red. Niniejszy artykuł Boy’a spowodował dość żywą polemikę z prof. Kucharskim; patrz: Brewerie Boy’a]. [przypis autorski]