Trzeci obiad

Mowa jest o malarzu Delacroix121, świeżo zmarłym. Saint-Victor zaczyna go charakteryzować; nagle wielki krytyk blednie, rzuca mętnym wzrokiem dokoła. Jest nas trzynastu przy stole... tak, stanowczo trzynastu. „Ba, powiada Gautier niepewnym głosem, liczą się tylko chrześcijanie, a tu widzę sporo ateuszów”. Bądź co bądź, Saint-Victor i Gautier sprowadzają, na czternastego, syna restauratora Magny, młodego uczniaka, przy którym gada się niebawem potworne rzeczy.

Jak gdyby dla usprawiedliwienia się, wspomina ktoś Lessepsa122. Lesseps, twórca kanału sueskiego, człowiek, zdawałoby się, niezłomnej woli, opowiadał świeżo u księżniczki Matyldy, że od wielu rzeczy w życiu odwróciła go kabalarka, następczyni słynnej Lenormand przy ulicy de Tournon...

GAUTIER: — Wracam z inauguracji kolei algierskich. Wściekły jestem. Wściekły na cywilizację, na inżynierów, którzy mi psują pejzaż swoimi szynami, wściekły na utylitarystów... (do kogoś) Ty to lubisz, ty jesteś cywilizowany... Ale jest nas tu paru, czterech, trzech — my jesteśmy chorzy, dekadenci... Nie, raczej prymitywi... nie, to jeszcze nie to... słowem, osobniki dziwaczne, podejrzane, wariaci. Są chwile, że chciałbym pozabijać wszystko co jest, policjanta, pana Prudhomme123, pana Piou-piou, całe to świństwo... Zrozum mnie, ja to mówię bez ironii, ja ci zazdroszczę, ty masz rację, Wszystko wynika stąd, że ty nie masz poczucia egzotyzmu. Masz poczucie egzotyzmu? Nie; w tym rzecz. My — mówię o tych trzech czy czterech — nie jesteśmy Francuzi, mamy coś z innych ras. Pełno w nas nostalgii. A kiedy do nostalgii kraju dołączy się nostalgia czasu, jak na przykład u Goncourtów nostalgia XVIII wieku, jak u mnie Wenecja z czasów Casanovy, och, wtedy już przepadło...

— Ha, istnieje zepsucie starych cywilizacji, które każe człowiekowi znajdować przyjemność tylko w dziełach człowieka, a nudzić się dziełami Boga.

— Ja zauważyłem jedno: że zażarci prorocy nagości, starych cywilizacji atletycznych i gimnastycznych, to są przeważnie koślawi profesorowie o chuderlawym kadłubie, zakutanym we flanelowe kamizelki. Nie mówię tego do ciebie, Gautier.

— Mam nadzieję.

— Cywilizacje to nie tylko przemiana myśli, wierzeń, nawyków mózgu, ale może i przeobrażenie nawyków ciała?

— Czytałem opowieść o zdumiewającym odkryciu miasta w Syjamie: miasto, którego ruiny pokrywają dziesięć mil, gdzie są fragmenty posągów z palcami u nogi na dwanaście sążni124. Fantazja czy prawda, ale mnie to pogrążyło w marzeniu... Czyżby istniała przed naszą ludzkością jakaś ludzkość olbrzymsza, ludzie mający dwadzieścia pięć stóp, pomniki olbrzymów, miasta wielkie jak królestwa? Czyżby istniała wreszcie poza nami przeszłość o ileż kolosalniejsza od tej którą znamy?

— Ba, historia dopiero się zaczyna: to znaczy ludzkość, która stworzyła sobie prasę...

— Pomyśleć, że ludzkość jest jeszcze tak młoda; pomyśleć, że dwudziestu czterech stuletnich ludzi, trzymając się za ręce, stworzyłoby łańcuch, który by nas doprowadził do czasów heroicznych, do Tezeusza...

— Ludzkość wszystko zastała w stanie dzikim: zwierzęta, owoce, miłość...

— W gruncie rzeczy, ludzkość — i to jej wielka chwała — jest wielkim don Kiszotem. Ma przy swoim boku Sanszę, którym jest rozsądek, ale gubi go co chwila. Największe wysiłki, najstraszliwsze poświęcenia ludzkości, były zawsze na rzecz spraw idealnych. Ot, grób Chrystusa, tylko idea, o którą cała Europa ruszała się jeszcze wczoraj...

Taine oświadcza, że czterej wielcy ludzie, to Szekspir, Dante, Michał Anioł, Beethoven — których nazywa „czterema kariatydami125 ludzkości”. — To wszystko, to jest siła, a gdzie wdzięk? mówi Sainte-Beuve. — A Rafael126? — wtrąca ktoś, kto nie byłby w stanie odróżnić obrazu Rafaela od obrazu Rembrandta127.

Potem mówią o zdrowiu starożytnych, o ich równowadze, o higienie moralnej nowych czasów, o fizjologicznych warunkach egzystencji za pięćdziesiąt lat. Okazja dla Taine’a, aby stwierdzić, że zmniejszenie wrażliwości i zwiększenie czynności128 to przyszły program.

GONCOURT: — Wie pan co, panie Taine, można by mieć grube wątpliwości co do pańskiej tezy. Od czasu jak ludzkość się rozwija, wciąż rozszerza sferę swojej wrażliwości. Robi się nerwowsza, histeryzuje się, można powiedzieć, z każdym dniem; co zaś do owej czynności, której rozwoju pan pragnie, kto wie, czy to nie jest jedna z przyczyn współczesnej melancholii. Kto wie, czy anemiczny smutek naszej epoki nie pochodzi właśnie z nadmiaru czynności, z jej straszliwego wysiłku, z jej wściekłej pracy, z napięcia sił mózgowych do maksimum, z wyuzdania produkcji i myśli?

— Zdziczenie jest potrzebne co czterysta lub pięćset lat, aby odnowić świat. Inaczej świat umarłby z cywilizacji. Niegdyś, w Europie, kiedy sędziwa ludzkość w jakiej miłej okolicy była dostatecznie zanemizowana129, spadały jej z Północy na kark zuchy na sześć stóp wysokie, które przeinaczały rasę. Obecnie nie ma już dzikich w Europie; ale robotnicy załatwią ten interes za pięćdziesiąt lat. Będzie się to nazywało rewolucją socjalną.

— Ciekawe spostrzeżenie: lud nie mówi dziś przyszła rewolucja, ale przyszła likwidacja. W tych czasach giełdy nawet groźba ludu zapożycza się z gwary giełdowej.

— Rewolucja socjalna jest tuż koło nas; a wiecie, jaki jej najczynniejszy element? Dziewka.

— Pojęcie „dziewki” ma w naszej epoce olbrzymie rozpięcie. Dziewczyna z ulicy, a taka Paiva...

SAINTE-BEUVE: — Nie mówcie źle o Paivie. Bywam u niej. Są dziś dwa — tylko salony, w których bywa literatura: salon księżniczki Matyldy i salon pani Paiva.

— Charakterystyczna cecha dziewczyny, która wpadnie w prostytucję, to bezosobowość. Nie jest już osobą, nie jest kimś, ale jednostką w gromadzie. Poczucie swego ja zaciera się u niej do tego stopnia, że w domach publicznych dziewczęta biorą bez różnicy palcami z talerza tej lub owej.

— Znałem parę wielkich kurtyzan. Wszystkie robią na mnie wrażenie zwykłych prostytutek. Nie wnoszą nic innego niż tamte. Czy wiodą się z burdelu czy nie, mam wrażenie, że ich rozmowa, zachowanie się, przymilność, przenoszą nas zawsze w tę atmosferę. Nie spotkałem żadnej, której zepsucie miałoby wyższą rasę. Odnoszę wrażenie, że dziś już nie ma kurtyzan i że wszystko co nosi to miano, to są po prostu dziwki.

— Wspomnieliście Paivę. Gautier zna ją dobrze i od dawna, jeszcze z czasów, kiedy była niczym.

GAUTIER: — Ta Paiva, to cały romans! Naturalna córka Wielkiego Księcia i Żydówki. Matka jej, bardzo piękna, zeszpecona ospą, kazała zasłonić krepą wszystkie zwierciadła w domu, tak że dziewczynka wyrosła nie widząc swojej twarzy, dręczona myślą, że ma nos podobny do kartofla. Wydano ją wcześnie za mąż, za francuskiego krawca w Moskwie. Uciekła z nauczycielem fortepianu, który ją rzucił. Chora, bez grosza, znalazła się w nędznym hoteliku. Napisała do mnie, żebym przyszedł. Powiedziała: „Widzisz, w jakim stanie jestem... Może nie wyjdę z tego, wówczas koniec. Ale jeśli się wygrzebię, będę miała kiedyś najpiękniejszy pałac w Paryżu, zapamiętaj to sobie”. Przyjaciółka jej, modystka, uzbroiła ją w cały rynsztunek. Byłem u niej w chwili, gdy miała ruszyć w bój, tualety leżały porozkładane po meblach, próbowała ich jak żołnierz karabina przed bitwą. Rzekła: „Nieźle jestem wysztyftowana, ale człowiek nigdy nie jest pewny. Gdybym miała chybić, wówczas dobranoc”. Poprosiła mnie, żebym jej dał flakon chloroformu; była gotowa otruć się w razie klapy. Poprosiłem o chloroform znajomego medyka i dałem jej.

— To Paiva mówiła potem: „Wszystkie moje pragnienia przychodziły do moich stóp jak pokorne psy!”

— Tak, króluje dziś w swoim legendarnym pałacu na polach Elizejskich, stara kurtyzana, malowana, tynkowana, podobna do prowincjonalnej aktorki, z fałszywym uśmiechem i fałszywymi włosami. Częstuje herbatą w renesansowym salonie — marmury, buazerie, obrazy, emalie, w których utopiła olbrzymie sumy, aby w rezultacie stworzyć kopię bogatego gabinetu restauracyjnego. Od czasu do czasu ma się wrażenie, że myśl jej odpływa, aby się przenieść do gabineciku, gdzie znajdują się żelazne kasy z biżuterią; odgaduje się to z kamiennej martwoty jej twarzy, czyta się przeszłość, która przejmuje dreszczem.

— I widzi się tego Prusaka, który Paivę utrzymuje...

— Tak, przeszedłem i ja przez ten salon. Nuda. Wszystko musisz podziwiać. Sukienkę muślinową, która — powiada Paiva — kosztuje 37 franków, i perły na szyi i ramionach za paręset tysięcy. Serwis — nie mówi się ceny, ale mówi się niedbale, że w sklepie kosztowałby osiemdziesiąt tysięcy. I każdy musi wykrztusić komplement, i żadne pochlebstwo, choćby najgrubsze, nie będzie wystarczające. Nuda.

— Ba, dziwka, która wyrobi sobie zmysł do interesów, jest potęgą. Panuje, króluje, lekceważy, pomiata, gardzi. Opanowuje społeczeństwo, obyczaje, chlasta błotem opinię. Posiadła już wyścigi, teatr...

— Stara, bardzo znana aktorka mówiła: „Mam czterdzieści tysięcy renty, starzeję się z godnością”.

— Kiedyś, na reducie, wyprowadzony z cierpliwości książęcymi minami jednej z tych panujących małp, którą poznałem pod maską, dotknąłem jej ramienia, mówiąc: „Tu, widzisz, w tym miejscu, naznaczą cię kiedyś phallusem z rozpalonego żelaza”.

— Tak, sądzę, że w niedalekiej przyszłości trzeba będzie wrócić do surowych rygorów policji, które zabronią im, jak w XVIII wieku, miejsca w uczciwych lożach, które będą karciły ich zuchwalstwo, poskramiały ich bogactwa i sprowadzą je do ich właściwego miejsca — do rynsztoka. Wszystko to przyjdzie, i przyjdzie jeszcze inna rzecz: wielkie pranie.

GONCOURT: — Za surowi jesteście. Dużo można by powiedzieć na pochwałę dziewczyn. Przerywają monotonię, poprawność, porządek społeczny, wnoszą w świat nieco szaleństwa, rozrzucają banknoty... Dziewczyna, to kaprys wyzwolony, nagi i zwycięski, w tym świecie roztropnych rejentów i oszczędnych przyjemności.

— Kaprys? Spotkałem dziś taki kaprys, dawną znajomą. Pytam, jak się jej powodzi. — Och, doskonale, mam starego, bardzo bogatego. Wyobraź sobie, to jest były hebanista: przychodzi do mnie co poniedziałek, każe mi się rozebrać do naga i zaczyna politurować moje meble. Ja chodzę za nim, poklepuję go i mówię: „Jak ty dobrze politurujesz!”... W końcu go to rozgrzewa... — Masz swój kaprys, Goncourt!

— Byliśmy kiedyś na balu Opery. Przechadzaliśmy się, starając się odnaleźć coś z naszej starej Opery: jakiś żart, uśmiech, jakieś kuszące przegięcie gratis, cień fantazji, intrygi — coś coby nie pachniało stufrankówką. Interes, wszędzie interes,interesy aż pod sam strop. Dziewczyna dzisiejsza, to już nie ta loretka Gavarniego, która zachowała na dnie coś z gryzetki130 i trwoniła nieco czasu na poryw serca... Zresztą niziny odzwierciadlają jedynie wielki świat miłości; ten świat, gdzie kobiety z towarzystwa przyzwyczajają się pomału do tego aby je utrzymywano.

— Prostytucja to zemsta ludu na bogaczach...

— Artyści nie powinni nic mówić na te panie. To dziś mecenaski sztuki: zamawiają obrazy, dekorują salony...

— Haha! Kiedyś Herbertowi wpadło poradzić się księżniczki Matyldy, czy ma przyjąć zamówienie Paivy. Oburzyła się: „Malarz tej miary miałby pracować dla takiej kobiety! Taka łajdaczka bawi się w protektorkę sztuki!” i w końcu najwyższy argument: „Ależ pan nie mógłby do niej zaprowadzić swojej matki, aby obejrzała pańskie obrazy!”

SOULIÉ: — Tak, tak, matki. W końcu sformułowała to księżniczka w ten sposób: „Może pan robić dla tych pań, co pan zechce, o ile to jest gratis; ale z chwilą, gdy wchodzą w grę pieniądze...!”

— Księżniczka zwróciła się z tym do Souliégo, myśląc że ją poprze, ale ten cynik odpowiedział, że Rafael131 pracowałby dla każdej kobiety swego czasu.

SOULIÉ: — Cóż chcecie? Ja nie mam zasad.

— Skończyło się na tym, że księżniczka wstała, oświadczyła iż życzy nam dobrej nocy i wyszła mówiąc: „Doprawdy, wobec waszej pobłażliwości, gdybym miała drugi raz się urodzić, chciałabym być puszczalską, szelmą”.

— Często uczciwe kobiety mówią o błędach innych kobiet jak o czymś, co im ukradziono...

— Cóż za urocza renesansowa kobieta, ta Małgorzata Nawarska w skórze Napoleonki! Ta prostota, szczerość, szorstkość nawet... mieszanina męskości z kobiecą delikatnością... typ księżniczki XIX wieku.

— Ona ma prześliczny uśmiech, uroczy uśmiech ludzki, kryjący wiele rzeczy. Trzeba było widzieć ten uśmiech na jej wargach, kiedy wczoraj mówiła do Sainte-Beuve’a: „Och, panie de Sainte-Beuve, jeśli kiedy przepatrzą nasze korespondencje, okaże się, żeśmy podawali rękę sporej ilości łajdaków...

— Któż temu winien? Można się posługiwać łajdakami — powiada La Bruyère — ale użytek ich powinien być oględny132. Może teraz używają ich bez umiarkowania?

GONCOURT: — Księżniczka sama nie wie, jakie usługi jej salon oddaje Tuilleriom, ile rozbraja gniewów i nienawiści, jakim jest tamponem między rządem a ludźmi, którzy mają pióro w ręku... Flaubert i my, gdyby nas nie była kupiła, aby tak rzec, swoim wdziękiem, swoją uprzejmością...

— Zatem, księżniczka oburzona jest, jak mówi, tryumfem tych dziewek, u których zajadają trufle filozofowie, pisarze, uczeni, a które nie mają na usprawiedliwienie talentu i nazwiska jakiejś Rachel.

— Cóż chcecie, tak już jest. Kobiety z towarzystwa rywalizują z nimi, naśladują ich mody...

— Dwaj moi przyjaciele, których i wy znacie, byli pewnego wieczora w Maison d’Or. Przyszła im ochota ożywienia kolacji kobiecym towarzystwem. Dzwonią nadaremno, wreszcie jeden z nich wychyla się przez schody, aby krzyknąć na Strzelca. Widzi go zatopionego w książce. Zaciekawiony, pyta go co czyta. „Czytam to, co Jego Eminencja kazał mi czytać — powiada chłopak z poczciwą miną. — Co za Eminencja? — Biskup z Nancy, skąd pochodzę. Powiedział mi: „Jedziesz do Paryża, to siedlisko zguby... Czytaj Tertuliana”. Czytam więc Tertuliana”. Ten człowiek czytał Tertuliana na schodach w Maison d’Or, między dwoma kursami do rajfurki133. Nigdy wyobraźnia nie wyroi nieprawdopodobieństw, jakie stwarza życie!

— Życie w Paryżu. Nieraz myślałem, ile nienapisanych dramatów rodzi jedna noc w Paryżu, ile miłości, i zbrodni, i śmierci!

— Słyszałem kiedyś od pielęgniarki szczegóły tyczące pogrzebów w Paryżu. Nic tak nie maluje cynizmu i sknerstwa bogaczy. Opowiadała mi, że widziała na własne oczy, jak pewnego młodzieńca z wielkiego domu pochowano w starym kostiumie pierrota134.

— Czy kto pomyślał kiedy, co za jednostką moralną może być syn właściciela bajzlu, poczęty tuż po wydaniu przez ojca rozkazu, żeby gościowi doliczono numer gabinetu do rachunku za kolację?

— To bardzo skomplikowane.

— Paryż się zmienia, Paryż ginie. Kiedyś zabłąkałem się na przedmiejskie bulwary, jakże to wszystko odmienione. Domy publiczne ze swymi matowymi i oświetlonymi szybami podobne są do barów w Nowym Yorku.

— A bal w Ermitażu135! Nie ma już ani jednego ładnego buziaka. Pieniądz zgarnia wszystko, zrywa wszystko w kwiecie, zmienia w loretkę każdą ładną dziewczynę z ludu.

GAUTIER: — To już nie Paryż, który znałem. To Filadelfia, Petersburg, wszystko co chcecie, tylko nie Paryż.

— I tak Paryż pozostanie prawdziwym klimatem czynności ludzkiego mózgu...

EDMUND GONCOURT: — Mnie interesują tylko paryżanie... Prowincja, chłopi, słowem cała reszta ludzkości, to dla mnie historia naturalna.

— Ja już mam dość Paryża. W Paryżu jest się doprawdy tylko trzecią częścią samego siebie. Osiada w człowieku tyle wrażeń, myśli, idei cudzych, że od czasu do czasu jadę do Bretanii po to, aby odbudować swoją osobowość i być sobą, zupełnie sobą!

— Paryż, chcecie jeszcze coś paryskiego? Słyszałem, że usunięto paru internów136 ze szpitala za to, że sprzedawali skórę z piersi kobiecych introligatorowi, który ma za specjalność oprawianie pornograficznych książek.

GONCOURT: — E, pod tym względem Paryż zawsze będzie niczym wobec naszych sąsiadów zza morza. Widziałem dziś może odbiorcę tych książek, monstrum, jednego z ludzi, którzy są na krawędzi przepaści. Widziałem poprzez niego, niby przez rozdartą zasłonę, okropną głąb, ohydę zblazowanej137 arystokracji pieniądza, owej angielskiej arystokracji wnoszącej w sprawy miłości element okrucieństwa, sycącej się tylko cierpieniem kobiet. Pamiętasz, Saint-Victor, tobie pierwszemu przedstawiono na balu Opery tę figurę.

SAINT-VICTOR: — A, nasz Anglik, w istocie miły pasażer. Oświadczył mi z prostotą, że w Paryżu nie ma zabawy, że Londyn jest pod tym względem nieskończenie wyższy, że jest tam bardzo przyzwoity zakład mistress Jenkins, gdzie znajdują się dziewczynki trzynastoletnie i młodsze, którym się z początku daje lekcje, a potem się je ćwiczy — och, te młodsze nie bardzo mocno, ale starsze zupełnie mocno. Można im także wbijać szpilki, nie bardzo długie, ledwo tycie — i pokazywał na końcu paznokcia. „Tak, widzi się krew”. Młody Anglik mówił to bardzo spokojnie i dodał: „Ja mam gusty okrutne, ale ograniczam się do ludzi. Swego czasu, wynająłem z przyjacielem za grube pieniądze okno, aby widzieć jak wieszają pewną morderczynię. Mieliśmy z sobą kobiety, aby z nimi... no, rozumie pan, w chwili gdy będą wieszali. Nawet kazaliśmy prosić kata, aby podniósł tamtej trochę spódniczkę przy wieszaniu. Ale w ostatniej chwili królowa ją ułaskawiła. To bardzo nieprzyjemne”...

GONCOURT: — Dziś Saint-Victor zaprowadził nas do tego przyjemniaczka. Trzydzieści lat, łysy, skronie wzdęte jak pomarańcze, oczy błękitne jak stal, skóra cienka z delikatną siecią żyłek, głowa młodego księdza nawykłego do ekstazy, wytworny, grzeczny, łagodny. Pokazuje nam kolekcję książek erotycznych, wspaniale oprawionych...

— Jest tam Meibomius: Pożytek biczowania w małżeństwie i miłości, oprawny przez jednego z pierwszych introligatorów paryskich, z klamrami przedstawiającymi phallusy, trupie głowy, narzędzia tortur...

— Sam dał introligatorowi rysunki — powiada. — Z początku rzemieślnik wzdragał się to wykonać... „Wówczas — mówi — pożyczyłem mu swoich książek... Teraz żona jego jest bardzo nieszczęśliwa... On ugania się za małymi dziewczynkami... Ale ja mam swoje klamry”.

— Pokazał nam książkę przygotowaną do oprawy. „Na ten tom — powiadał — czekam na skórę, skórę młodej dziewczyny, jeden z moich przyjaciół wystarał mi się o nią... Garbują ją... Pół roku trzeba garbować... Chce pan obejrzeć książkę? Ale to nic ciekawego... Chciałbym mieć skórę z dziewczyny żywej... Na szczęście, mam przyjaciela, doktora Bartsch... wie pan, tego, który jeździ w głąb Afryki... przyrzekł mi, że przy okazji jakiej rzezi postara się dla mnie o skórę w tych okolicznościach... z Murzynki”.

I rozmowa zstępuje w tajemnice zmysłów, w przepaście seksualnych dziwactw, potworności. Kaprysy, perwersje, szaleństwa zmysłowej żądzy — badane, roztrząsane, analizowane. Sade, Tardieu138... Miłość leży jak na stole prosektorium, namiętności przesuwają się jak pod wziernikiem.

— Daliście prawdziwy kurs naukowy miłości w XIX wieku!

— To byłaby piękna książka do napisania, ale kto ją napisze? — Historia naturalna miłości...

— Czy wiecie, że pasy cnoty nie są mitem: fabrykuje się je jeszcze dzisiaj, i to męskie. Mówił mi to pewien ex-minister. W czasie jego ministrowania ścigano fabrykanta za wystawienie takiego przedmiotu. Sprawdzono jego książki i stwierdzono nazwiska odbiorców. Między tymi nazwiskami figurował człowiek z towarzystwa, którego żona, w czasie swojej nieobecności, zmuszała do noszenia takiego pasa, zabierając z sobą klucz. Ów minister znał tego człowieka i nawet żartował z nim na ten temat.

— Okrucieństwo w miłości, fizyczne czy moralne, jest znakiem końca społeczeństw...

— Społeczeństwo! W gruncie są tylko dwa światy: ten, w którym się ziewa, i ten, w którym pożyczają od ciebie dwadzieścia franków.

— Pewien lord mizantrop139 mawiał: „Ludzie są źli, i kiedy umrę, będę miał przynajmniej tę pociechę, że nigdy nikomu nie wyświadczyłem przysługi”.

— To byłoby nie lada uwolnienie świata od szykownej głupoty i eleganckiego kretyństwa, gdyby tak cisnąć jaką machinę piekielną w piękny dzień, między czwartą a szóstą popołudniu, w tout-Paris140, kręcący się dokoła jeziorka w lasku Bulońskim...

— Kiedyś, w lasku Bulońskim był taki ścisk powozów, że większość ich musiała wracać bocznymi alejami. Kto dziś nie ma powozu? Osobliwe społeczeństwo, gdzie wszyscy się rujnują. Nigdy popis zbytku nie był tak despotyczny i tak demoralizujący.

Doktór Robin mówi o potrzebach pracującego człowieka, o sztuce kulinarnej, o przyrządzaniu pokarmów. Gdyby ludzie (powiada) żywili się jak zwierzęta surowym mięsem, trawienie ich byłoby tak długie jak u zwierząt, i nie zostawałoby im czasu na pracę. Wierzy w to, że udoskonalenie jedzenia przedłuża życie. Wedle niego, w pierwotnych rasach było bardzo mało stuletnich starców.

— Słyszałem, że August Comte141 ważył wszystko, co zjadał i wypijał.

— Tak opowiadał ktoś, kto go znał dobrze. Opowiadano też co innego. Znacie wszyscy historię platonicznej miłości Comte’a dla pani D... Pani D... umarła i Comte co dzień nosił kwiaty na jej grób. Żona jego, z którą był rozwiedziony i której nie płacił, skryła się raz za grobem i udając głos pani D.... poleciła mu, żeby płacił regularnie żonine alimenty. Twórca pozytywizmu zląkł się jak wszyscy diabli i nie pokazał się już na cmentarzu.

DOKTÓR ROBIN, ciągnie niewzruszony: — Pracuje się dobrze tylko o tyle, o ile się dobrze śpi, a śpi się dobrze tylko wtedy, kiedy się zjadło porządny obiad. Spójrzcie na mumie egipskie, u których zęby są zupełnie starte wskutek niedoskonałości młynków do mielenia zboża.

— Czy uważaliście, że oko smakuje potrawy, zanim się zetkną z podniebieniem. Przesolone potrawy mają swoją barwę.

— To dla mnie za subtelne.

GONCOURT: — Jeść i pić jest dla mnie obojętne; reszta... ledwie przyjemna...

— Och!

DOKTÓR ROBIN: — Dzisiejsza tak częsta skłonność do apopleksji142...

— Ja myślę, że wiele apopleksji wynika z dysproporcji między człowiekiem a stanowiskiem: od zbyt wysokiego stanowiska pękają małe mózgi...

— Ba, żyć tak czy inaczej? Co to jest życie? Dożywotnia używalność skupienia komórek.

GONCOURT: — Oglądaliśmy kiedyś z Flaubertem katakumby paryskie. Patrząc na te zwały kości, pytaliśmy sami siebie: po co to kłamstwo nieśmiertelności, szkielet?

— Aby nam pozwolić znieść życie, Opatrzność była zmuszona odjąć go nam połowę. Bez snu, który jest czasową śmiercią zgryzot i cierpienia, człowiek nie dotrzymałby aż do śmierci...

— Nie czujesz piramidalnego nonsensu w tym zdaniu?

— Znałem młodą osobę, która mówiła: „Jestem szczęśliwa tylko wtedy, kiedy śpię, albo kiedy tańczę”.

— Natura ofiarowała hojnie człowiekowi wino, haszysz, opium, tytoń, jako szczęście zapomnienia o życiu, jako trutki na nudę istnienia.

— A muzyka, czy to nie lekarstwo?

— Muzyka działa leczniczo? Czemuż w takim razie wśród muzyków jest tylu wariatów?

— Zamkniętych lub nie...

BERTHELOT: — Może stąd, że to są ludzie, którzy czują, a nie myślą.

KTOŚ: — Ja w muzyce najbardziej lubię kobiety gdy słuchają...

— Tak, muzyka dla kobiety, to msza miłości.

— To rzecz, która najbardziej wznosi kobietę ponad życie, najbardziej przejmuje ją wstrętem do tego, co rozsądne i realne. Może nie powinno się uczyć kobiet muzyki, to rodzi w niej zmysł tęsknoty do czegoś, co nie istnieje...

GONCOURT: — Dla nas obu muzyka mogłaby nie istnieć. Robimy wyjątek dla muzyki wojskowej.

GAUTIER: — Bardzo mnie cieszy to co mówicie. I ja jestem taki sam. Wolę ciszę od muzyki. Żyjąc od tylu lat ze śpiewaczką, doszedłem jedynie do tego, że rozróżniam dobrą muzykę od złej, ale obie są mi absolutnie obojętne. To jest swoją drogą ciekawe, że wszyscy pisarze naszych czasów są tacy. Balzac nienawidził muzyki. Hugo nie może jej znosić. Lamartine, który sam jest pianino do wynajęcia albo do sprzedania, nie cierpi muzyki. Jedynie paru malarzy zachowało te gusty...

— Teraz — ciągnął Gautier — jest moda uprzykrzonego glukizmu143. Szerokie frazy, wolne, wolne, niby muzyka kościelna... Byłem świeżo na Królowej Saby. Gounod144 to szczery osioł. Są tam w drugim akcie dwa chóry Żydówek i Sabejek, które paplą przy studni płucząc sobie zadki. No tak, ładne te chórki, ale to i wszystko. W tym miejscu cała sala oddycha, i robi „ach!” — taka reszta jest nudna.

— A Verdi145?

— Pytacie mnie, co to jest Verdi w muzyce? To Dennery, fabrykant melodramatów. Popełnił w muzyce tylko jeden wynalazek: kiedy słowa są smutne, on wpadł na to, aby zrobić w orkiestrze „tru tru tru” zamiast „tra tra tra”. Na pogrzebie nie daje wesołej aryjki. Rossini146 dałby ją na pewno. Przecież to Rossini w Semiramidzie każe wchodzić cieniowi Ninusa na nutę rozkosznego walca. To jest cały geniusz Verdiego.

Na westchnienie Gautiera, ktoś pyta go, czemu nie pisze tego, co mówi.

— W „Monitorze”? Ba!

— Opowiem wam historyjkę — odpowiada spokojnie Gautier. — Pewnego dnia minister Walewski rzekł mi, żebym już zerwał z pobłażaniem i że mnie upoważnia, abym pisał o teatrze to, co myślę. „Ależ, rzekłem, w tym tygodniu grają sztukę pana X...” — A, odparł żywo minister, może pan zacznie od przyszłego tygodnia. No i oczekuję wciąż tego przyszłego tygodnia...

— Tak czy owak, krytyk ulega zawsze jakiemuś naciskowi: raczej przyjmuje sąd publiczności, niż go jej udziela.

— Tak, rzadkie jest, aby fabrykanci opinii w sztuce i literaturze nie podlegali tyranii głupców. Przewodnicy smaku publicznego są najczęściej jego lokajami.

— Nikt nigdy nie dowie się, do jakiego stopnia handlarze cudzych myśli i cudzych piór są głupi.

— I nigdy autor nie przyzna się przed sobą, że im bardziej sława jego rośnie, tym więcej talent jego liczy wielbicieli niezdolnych go ocenić...

— Człowiek wartościowy zachowuje tę wartość jedynie pod warunkiem, że zachowa swój instynkt wzgardy dla opinii.

— Co za ironia! Ludzie inteligentni, genialni, zabijają się całe życie dla grubego bydlaka zwanego publicznością, pogardzając w duszy każdym z głupców, który ją składa.

GONCOURT: — Czytaliśmy wydawcy naszą Germinie Lacerteux. W miejscu, gdy Germinie powiada, iż, przybywając do Paryża, miała pełno wszy, Charpentier oświadczył nam, że, ze względu na publiczność, wszy trzeba zmienić na robactwo. Do czarta z publicznością, której trzeba zawsze kryć to, co brutalne, co prawdziwe! Cóż to za delikacik ta publiczność, i co ona ma za prawo żądać, żeby powieść zawsze jej kłamała, żeby jej zasłaniała brzydotę życia?...

FLAUBERT: — Kiedy szukałem wydawcy na Panią Bovary, przed Levym poszedłem do pana Jacottet. „Bardzo, bardzo, owszem... powiedział pan Jacottet — to bardzo cyzelowane... ale, rozumie pan, nie może pan mieć pretensji do sukcesów takiego Amédée Achard, któremu właśnie, wydaję dwa tomy; nie mógłbym się zobowiązać wydać tego w tym roku”. — Cyzelowane!! — ryknął Flaubert. — Bezczelność! Niech nas wyzyskują, kradną, ale nie mają prawa nas sądzić. Zawsze miałem uznanie dla pana Lévy, za to, że mi nie pisnął nigdy ani słowa o mojej książce.

— Chcieć dawać nową rzecz publiczności! Wiecie, co powiadał wielki krytyk Janin: że gdyby „Revue des Deux-Mondes” zmieniła kolor okładki, straciłaby dwa tysiące abonentów.

— Ba, ten sam Janin mówił raz w przystępie szczerości: „Wiecie, jakim cudem przetrwałem dwadzieścia lat? Tym, że zmieniałem opinie co dwa tygodnie... Gdybym mówił zawsze to samo, nikt by się nie interesował moim felietonem, umiano by mnie na pamięć przed przeczytaniem”.

GONCOURT: — Janin miał w ogóle dobre powiedzonka. Był czas, gdy go atakowano mocno. „Ataki! — powiadał nam — nonsens! Co mogą mi powiedzieć? Że jestem głupi, że jestem stary, że jestem brzydki. To mi jest zupełnie obojętne”.

— Raz tylko się oburzył, kiedy obwieszczono, że nie umie pisać po francusku. „Ja nie umiem po francusku? Przecież ja umiem tylko to! Nie znam historii, nie znam geografii, ale pisać po francusku...? Nic, to za gruby kawał”. Zresztą zaraz się pocieszył. „Ech, rzekł, to nie przeszkadza, że cały Paryż będzie na moim pogrzebie”.

— I ja go raz zastałem bardzo zmartwionego atakami brukowców. Ale tłumaczył to sobie tak: „Och, mój Boże, to bardzo proste; jest w kraju pewna suma obelg rocznie do ulokowania: dajmy na to, dwadzieścia tysięcy. Otóż pod rządem konstytucyjnym, tych dwadzieścia tysięcy obelg rozkłada się na króla, na ministrów itd. Dziś tamte lokaty odpadły wskutek cenzury, a zostaje ta sama suma obelg: można ją rozłożyć jedynie na kilku pisarzy, takich jak ja”.

Turgieniew zadumał się i rzekł: — Gdybym przywiązywał wagę do tych rzeczy, chciałbym żeby wyryto na moim grobie tylko to, co moja książka zrobiła dla wyzwolenia włościan. Cesarz Aleksander kazał mi powiedzieć, że lektura mojej książki była ważnym czynnikiem jego decyzji.

Rzecz schodzi na wiekuiste zestawianie rzemiosła malarza z zawodem pisarskim. Ktoś z obecnych literatów zazdrości malarzom.

— Błogosławiony zawód w porównaniu z naszym! Tam szczęśliwe funkcjonowanie ręki i oka, tu męczarnia mózgu. Tam rozkosz, tu udręka.

— Ech, malarze też mają swoje utrapienia. Poza modernizmem, którym gardzą, najprawdziwsze talenty, jak Baudry, muszą powtarzać to, co tężsi od nich już robili. Okres wielkiego malarstwa jest zamknięty... został już tylko pejzaż...

— Byłem świeżo w salonie. Stanowczo, nie ma już malarstwa ani malarzy. Armia poszukiwaczy idei czy konceptów. Wszędzie fabuła w miejsce kompozycji. Inteligencja nie w pędzlu, ale w temacie. Literatura pędzla.

SAINTE-BEUVE, z irytacją w stronę Goncourtów: — A znów w literaturze za wiele malarstwa. „Dusza rzeczy”, powiadacie, barwa, ruch... To niemożliwe... Ja nie wiem, do czego to dojdzie i jak to będą brali, ale na dziś powinniście zabastować... Ten wasz opis papieża całego na biało... Nie, nie.

Naraz wpada w gniew: — Neutraltynta147. Co to jest neutraltynta? Tego nie ma w słowniku. To wyrażenie malarskie. Nie każdy jest malarzem. To tak jak to niebo koloru herbacianej róży; her-ba-cianej róży. Co to ma być herbaciana róża. Jest tylko róża, to nie ma sensu.

— Ależ, skoro chcieliśmy wyrazić, że niebo było żółte w odcieniu żółto-różowym herbacianej róży, a wcale nie było różowe jak zwykła róża?

— W sztuce trzeba trafić do czytelnika, do odbiorcy — krzyczy Sainte-Beuve nie słuchając. — Tak, trzeba trafić... Do inteligencji wszystkich.

KTOŚ: — A jednak jest inna publiczność, nie publiczność danej chwili...

SAINTE-BEUVE, z irytacją: — Niby potomność? Wierzycie w to? (Po chwili). Albo ta wasza bohaterka, która czyta Kanta148... Wtedy Kant nie był tłumaczony. Gdzież wasza słynna prawda?

GONCOURT, półgłosem do brata: — Ależ był tłumaczony, i nie jeden raz...

JULIUSZ, półgłosem: — Nie mówże mu tego, nie darowałby nam...

— Epitet rzadki i dobrze dobrany, to cały pisarz.

GAUTIER, do Goncourtów: — Ale ludzie nieprędko to zrozumieją, bądźcie pewni. Tak, na sto osób, które czytały waszą Wenecję, dwie ledwo pochwycą, o co wam chodziło. To stąd, że wielu ludziom, nawet inteligentnym, brak jest zmysłu artystycznego. Wiele osób nie widzi. Na dwudziestu pięciu facetów, którzy tu wchodzą, nie ma ani trzech, którzy by rozróżniali kolor tapety. Zrobiłem ten eksperyment na tu obecnym Renanie: kiedy oświadczył, że plac św. Marka w Wenecji to ohyda i że sztukę trzeba sądzić „elementami racjonalnymi”, spytałem go nagle o kolor obicia w jego pokoju... Nie macie pojęcia, jak się zmieszał. Trudno, aby mówić o sztuce, trzeba znać kolor ścian, w których się żyje co dzień: oczy są najlepszym instrumentem odczuwania artystycznego, lepszym niż „element racjonalny”... Sądzą was ludzie, którzy nie widzą, czy ten stół jest okrągły, czy kwadratowy... Toż samo ze mną. Ganią mnie i chwalą, nie rozumiejąc ani joty z natury mego talentu. Cała moja wartość — ale o tym nie powiedzą ani słowa — to że jestem człowiek, dla którego świat widzialny istnieje.

GONCOURT: — Nie wierzcie ludziom, którzy mówią, że kochają sztukę, a którzy, przez cały ciąg swego nędznego życia, nie wydali ani dziesięciu franków na jakiś szkic, rysunek, cośkolwiek malowanego lub rysowanego. Kochankowi sztuka widok jej dzieł nie wystarcza; potrzebuje — czy jest bogaty, czy nie — mieć na własność odrobinę tej sztuki.

— Dziewiętnasty wiek zoperował kataraktę na oczach ludzkości. Uderzający przykład: Rousseau149, twórca poezji opisowej, spędził kilkanaście miesięcy w Wenecji, nie zwróciwszy uwagi na czarodziejstwo ramy i na poezję środowiska, tak jakby był sekretarzem w małej mieścinie francuskiej.

— Nauczyć się widzieć, to najdłuższa nauka w sztuce...

GONCOURT: — Mam wrażenie, iż umrzemy z przekonaniem, że nikt nie przeczytał książki ani nie widział obrazu...

— Rzecz, która słyszy może najwięcej głupstw w świecie, to obraz na wystawie.

— A w muzeum!

— Jedna rzecz jest nieobliczalna: kwadrat głupstwa, które rozwija przy table-d’hôte Rzym u mieszczuchów.

— Cytowaliście Janina i jego powiedzenia. Zastanawiałem się kiedyś, ile doskonałych powiedzeń przepada przez to, że autorami ich nie są sławni ludzie.

— Doskonałych, zwłaszcza mimo woli. Ja na przykład znałem człowieka, który rzekł swojej kochance, kiedy zgubiła fałszywy ząb wartości dwustu franków: „Może by ogłosić?”.

— A ten właściciel ziemski, nasz sąsiad, który mówił do syna: „Jesteś bogaty, mów głośno!”

— A matka młodego Pouthier, która wyrzucała synowi, że niczym nie jest, nic nie robi, nic nie umie, a zakończyła słowami: „W twoim wieku byłam już matką!”.

— A ten jegomość, który chciał wydać córkę za mąż za człowieka, zdolnego, jak twierdził, dać jej szczęście i streścił jego zalety tym zdaniem: „Doskonale wytłumaczył mi barometr”.

— Przechadzaliśmy się nad morzem z pewną kobietą, naszą znajomą, wyrzucaliśmy jej kochanka, który jest jej niegodny. Odparła naiwnie: „Cóż chcecie abym robiła, kiedy się nudzę i kiedy deszcz pada?”

— Brown, wiecie, ten malarz koni, opowiadał mi ładną historię. Wezwał go Pointel, chrześcijański redaktor ilustrowanego pisma, aby zamówić u niego drzeworyt. Spytał go, co on robi. „No, konie. — Konie?!... bąknął redaktor. Zaczął chodzić nerwowo po gabinecie, po czym przystanął na wprost malarza: — Konie... Konie prowadzą do dziewczyn. Dziewczyna to śmierć rodziny. Nigdy nie będzie koni w moim tygodniku”...

GAUTIER: — Panowie, przyznaję palmę pierwszeństwa chrześcijańskiemu redaktorowi i zamykam posiedzenie.