Wstęp
Na wstępie pozwolę sobie w niewielu słowach podmalować dekorację tych obiadów, oraz zdradzić sekret kulinarny, wedle którego je przyrządziłem.
Najpierw trochę historii.
Zamach Stanu 2 grudnia 1851 zamknął nie tylko w polityce, ale i w literaturze pewną epokę, zwłaszcza że spotkał się z postępującą od kilku lat likwidacją romantyzmu. Romantyczną była jeszcze rewolucja lutowa (1848), która na fali wydarzeń wyniosła poetę Lamartine’a1, czyniąc zeń przez chwilę głowę rządu. Zniesienie niewolnictwa, zniesienie kary śmierci za przestępstwa polityczne, powszechne głosowanie, republika... Niebawem przyszła konfrontacja marzeń z rzeczywistością. Rozkołysane nadzieje ludu stłumiło przerażone mieszczaństwo w potokach krwi w okrutnych dniach czerwcowych r. 1848; nastąpiła reakcja wojskowa; obiór księcia Ludwika Napoleona2 prezydentem republiki zdawał się już zapowiedzią niedalekiej monarchii. Jakoż, ziściła się owa monarchia, w niewiele miesięcy po zamachu grudniowym, przeprowadzonym z zimną bezwzględnością przez tego milczącego człowieka. Zamach zeskamotował3 władzę na rzecz księcia-prezydenta, uprzedzając moment, w którym ów — po ukończeniu swego czterolecia — miał ustąpić bez prawa do ponownego wyboru. Zmasakrowano przeciwników (4 grudnia), rozstrzelano lub deportowano podejrzanych, rozwiązano Izbę, wprowadzono najsurowsze rygory. Dokonany w tych warunkach plebiscyt zalegalizował ogromną większością głosów fakt zamachu: niebawem taż sama „wola ludu” awansowała księcia prezydenta na cesarza Napoleona III, z władzą niemal absolutną. Cesarz kneblował prasę, oniemił Izbę, zakazując podawać sprawozdań z przemówień posłów, zastosował w sposobie rządzenia i wychowywania wszystkie środki despotyzmu. Stan ten, mimo pewnych złagodzeń, miał się utrzymać przez lat blisko dziewiętnaście, aż do upadku cesarstwa w r. 1870.
Drugie cesarstwo! Ileż obrazów przywodzi nam przed oczy, sceptyczniejsze od oczu starego Rzeckiego w Lalce. Cesarzowa Eugenia ładna, niezbyt inteligentna Hiszpanka z obnażonymi ramionami, w krynolinie; obok niej cesarz w źle skrojonym tużurku4, małomówny sfinks z wywoskowanymi wąsami i z bródką, polityk nieodgadniony a może tylko niedorzeczny, pracujący bezwiednie a wytrwale dla stworzenia potęgi Prus, która go miała połknąć. Religianctwo bez wiary, propagowane na zimno jako środek władzy; świętoszkostwo cenzury, proces Pani Bovary a tryumf Pięknej Heleny5... Dalekie wojny i dalekie afery. Wewnątrz kraju cynizm środków rządzenia, wzgardliwy i obojętny; w powietrzu jakiś niepokój, mgliste uczucie że leci się w przepaść... ale interesy prosperują, giełda huczy, zbytek się przewala, w Lasku tłoczą się pojazdy. Wystawę paryską odwiedzają wszyscy monarchowie Europy — wciąż fety, tryumfy, ponawiane zwycięskie plebiscyty. Ostatni plebiscyt dat pół ósma6 miliona głosów (na dziewięć blisko milionów głosujących) za cesarstwem: było to w maju r. 1870. W parę miesięcy potem zaczął się generalny krach: — Sedan7, detronizacja, okupacja kraju, wojna domowa, komuna8...
Co robi przez ten czas myśl francuska, odsunięta niejako od odpowiedzialności za sprawy publiczne? Od kilku dziesiątków lat czynny rząd dusz był w tradycjach literatury. Chateaubriand9 stał się niegdyś mimowolnym współpracownikiem Bonapartego w odnowieniu religii; później, sławną swoją broszurą przeważył szalę na rzecz Burbonów, był ministrem spraw zagranicznych. Balzac10 pełno polityki wprowadzał w swoje utwory a całe życie marzył o roli politycznej; któryż zresztą współczesny mu literat nie widział się w marzeniach posłem lub ministrem? Wiktor Hugo11 był parem Francji, wybitnym oratorem, mimo że Jules Simon12 złośliwie mówił, iż każde jego przemówienie można by ułożyć wierszem.
Otóż, tym ambicjom literatury — jak i parlamentaryzmowi — zadał dzień 2 grudnia brutalny i stanowczy cios. Lamartine przestał istnieć; Hugo znalazł się na liście proskrybowanych; osiemnaście lat spędzi na wygnaniu, smagając nienawistne Cesarstwo pamfletami — wierszem i prozą. Wróci aż z upadkiem regime’u. Wygnany toż samo Edgar Quinet13. Michelet14 i Renan15 stracili katedry. Wszyscy żyją pod grozą represji. Ówczesna ustawa prasowa pozostała, jak ktoś powiedział, „wzorem dla tych, którzy chcieliby zniszczyć prasę”. Rujnowała pisarzy, szukających ucieczki w dziennikarstwie, bo pisma, uderzane dotkliwie po kieszeni, same wprowadzały tym gorliwszą cenzurę domową. Prokurator wdzierał się w sferę krytyki literackiej i artystycznej. Prefekci16 mieli rozkaz czuwania nad powieściami drukowanymi w felietonach. Dziennikom literackim i naukowym zabroniono najformalniej zajmować się nawet przygodnie polityką i ekonomią społeczną. W sferach miarodajnych rozważano bardzo poważnie ideę „uzgodnienia literatury z całokształtem instytucji cesarstwa”...
Cóż więc robi literatura, ta która została w kraju i która, rada17 nie rada, musi się przystosować do istniejących warunków? Częścią zamyka się w „wieży z kości słoniowej” — wyrażenia tego pierwszy raz użył, zdaje się, Flaubert18; — w kulcie formy, w doktrynie sztuki dla sztuki. Trudno ocenić ilościowo, ile udziału w tych hasłach (które zresztą przetrwały długo, nawet w zmienionych warunkach) miała — cenzura; ale że miała, to zdaje się nie ulegać wątpliwości. Częścią19 znowuż zwraca się literatura tam, gdzie i bez owego przymusu kierował ją duch czasu: — ku nauce. Jak w dobie romantyzmu literatura kuma się z polityką, tak w dobie pozytywizmu współżyje ona z nauką.
Do tego konkubinatu dojrzewała zresztą od dawna. Poezja ustępuje na drugi plan pod naporem nowej rzeczywistości. Zdobycze techniki, wynalazki, odkrycia, przegrupowania społeczne — wszystko to stwarza inny świat — świat, który tak genialnie zrozumiał lub przeczuł Balzac. Przyszłość wiedzy, pisana w latach 1848–1849 przez Renana20, najlepiej wyraża stan dusz, olśnionych wiarą we wszechpotęgę rozumu, nauki, zanim ta wiara ustąpi słodyczom wątpienia. U Augusta Comte21 kult wiedzy pozytywnej zmienia się w religijny niemal mistycyzm. Poezja robi miejsce prozie, romantyczny dramat teatrowi mieszczańskiemu, natchnienie analizie krytycznej. Powieść, wywodząc się w tym również od Balzaka, nabiera ambicji naukowych, nawet eksperymentalnych.
Ale dominującą tendencją chwili jest krytyka. Jest to dość zrozumiałe. Po tak fenomenalnym wybuchu twórczości, jakiego świadkiem były minione dziesiątki lat, po tylu przewrotach politycznych i społecznych, myśl odczuwa jak gdyby potrzebę uporządkowania tego wszystkiego. Chce wytchnąć nieco, chce ogarnąć i powiązać fakty, spiąć przeszłość z teraźniejszością, ustalić jakieś prawidła22. Wyłania się nowa nauka — socjologia; kształtuje się nowoczesna historia i nowoczesna krytyka. Ale ta krytyka jakże odmienna jest od dawnej; nie dogmatyczna, nie pouczająca pisarzy jak mają pisać, ale żądna zrozumieć wszystko, co jest, i wszystko objaśnić. Sainte-Beuve23, Taine, Renan — oto typy nowej umysłowości, nowi władcy dusz. A że z tego nawyku oglądania rzeczy ze wszystkich stron, rozumienia najsprzeczniejszych stanowisk, zaglądania za wszystkie kulisy i prucia wszystkich podszewek, rodzi się sceptycyzm — to jest nieuniknione. Inteligentny ten i wyrafinowany sceptycyzm stanie się zwiastunem „końca wieku”; pojęcie jego zrośnie się z nazwiskiem Renana, przeciągnie się w osobie Anatola France24 w dobę największego promieniowania myśli francuskiej na Europę.
Tak więc, gdy błyskotliwy światowy Paryż drugiego Cesarstwa bawi się, nuci Offenbacha25, spekuluje, czyta słodkawe powieści Oktawa Feuillet — garść ludzi czuwa późno w noc przy biurku lub w pracowni, topiąc życie w wytężonej pracy. Praca ta, mimo że prowadzona na bardzo rozmaitych polach, schodzi się z sobą w konkluzjach, a nawet w metodach. Hipotezy naukowe jakiegoś Berthelot26 pożyczają skrzydeł od poezji, gdy powieść Goncourtów27 lub krytyka Taine’a28, wyrosłe z cierpliwego badania dokumentów ludzkich, wkraczają w dziedzinę nauki ścisłej. Ale wszyscy oni dławią się po trosze pod reżymem, który, zasadniczo lekceważąc myśl i wiedzę, chce w myśli i wiedzy mieć jedynie wierne — lub bodaj dyskretnie milczące — sługi władzy. Nie mogąc się wypisać ze wszystkim, owi literaci, uczeni, potrzebują się wygadać. Stąd potrzeba schodzenia się, wymieniania myśli, utyskiwania wspólnie na to, co ich gnębi. Jeść obiad razem, rzucać przy kieliszku wina teorie i paradoksy, cieszyć się inteligencją własną i inteligencją sąsiada, puszczać w powietrze myśli niby kółka wonnego dymu cygar, po trosze wymyślać na rząd, który, na szczęście, nie mieszał się zbytnio do tego, co się mówiło w zaciszu prywatnym — to miało we Francji swoje tradycje. Salon sąsiadował tam zawsze z jadalnią, a jadalni takich było w owej epoce sporo.
Jedna z najświetniejszych mieściła się w pobliżu tronu. Gospodynią jej była owa tak niezmiernie popularna (aż po rok 1904, w którym umarła jako staruszka osiemdziesięciokilkuletnia) — księżniczka Matylda. Rodzona bratanica Wielkiego Napoleona, stryjeczna siostra Napoleona III (o ile Napoleon III miał w żyłach krew Bonapartych, co do czego podnoszono poważne wątpliwości), piękna, imponująca, trochę artystka, lubiła się otaczać ludźmi myśli i pióra. Może to była polityka dworu, aby ich w ten sposób trzymać na uwięzi? może księżniczka bezwiednie spełniała rolę mediatorki między rządem a tymi, których niechęć mogłaby, bądź co bądź, być nieporęczna? Faktem jest, że niezależna, inteligentna i ciekawa, rywalizująca po trosze z cesarzową Eugenią, księżniczka Matylda umiała dać swemu salonowi cechę — och, bardzo niewinnej — frondy29 intelektualnej.
Księżniczka Matylda, która dwukrotnie w życiu nie raczyła zostać cesarzową, korzystnie rozwiedziona z nababem30 rosyjskim Demidowem, żyła cnotliwie ze swoim morganatycznym31 kochankiem, hr. Nieuwerkerke, którego postarała się zrobić — dla decorum32 — intendentem33 sztuki. W ten sposób, w ręku tej dostojnej pary skupiała się cała opieka rządu nad sztukami plastycznymi. Obawiam się, że wpływ tej cesarskiej amatorki, pilnie malującej akwarelą, oraz utytułowanego niedoszłego rzeźbiarza — jakim był hr. Nieuwerkerke — wpływ wykonywany bardzo despotycznie — nie był może najlepszy... ale to nie moja rzecz. W literaturze nie mogła mieć księżniczka równie czynnej ingerencji. Tolerancja jej posuwała się aż do szanowania nałogu Musseta34, któremu zdarzało się przyjść na jej obiad w stanie kompletnego pijaństwa. Flaubert, Sainte-Beuve, bracia Goncourt, Gautier35 — to byli jej nadworni. Swoboda słowa była przy tym stole niemal zupełna. W jednym była księżniczka nieubłagana: w tym, co tyczyło chwały jej wielkiego stryja. Sławny jest bilecik „p.p.c.”, którym, po jego ostatnich tomach Początków Francji współczesnej, ta Napoleonka — jak ją nazywali najbliżsi — dała uczuć biednemu Taine’owi, że nie życzy sobie widzieć go więcej na oczy.
Innym takim obiadem, jeszcze liberalniejszym co do swobód języka, bo czysto męskim, był obiad tzw. chez Magny36, od nazwiska właściciela restauracji, w której się zbierano. Powstał w drugim dziesiątku lat Cesarstwa; założycielami jego byli bracia Goncourt, rysownik Gavarni37 i Sainte-Beuve; filarami Saint-Victor, Berthelot i inni. Schodzili się co sobotę. Przetrwał ten obiad aż do katastrofy roku 1870, rozprószył się w owej dobie, potem skupił się na nowo, ale już w innej postaci. Zjawili się inni w miejsce tych, co ubyli; pod rządami republiki obiad przeobraził się po trosze w obiad polityczny pod wezwaniem dziennika Le Temps, i stracił pierwotny charakter czystego gaju Akademosa38 z wiktem39.
Bracia Goncourt, którzy w Dzienniku swoim protokółowali wszystko z pasją poszukiwaczy „dokumentu”, utrwalili niejedną scenę i niejedną rozmowę z tego obiadu chez Magny, jak zresztą i z innych zebrań. Odczytując te ich relacje, byłem uderzony, jak bardzo obiad ów wyraża ducha epoki. Już swoim składem osób. Wszystko tam jest, i wszystko pierwszorzędnie reprezentowane: nauka, sztuka, krytyka, matematyka, medycyna, powieść, polityka. Powagę myśli łagodzi na przemian nuta paryskiego urwisa, z którego coś zawsze przetrwało w Teofilu Gautier; — sceptycyzm smakosza zaproszonego na widowisko świata, humor artysty, ostry wybryk żonglera idei. Charakterystyczna jest pewna bierność ludzi będących raczej ciekawymi świadkami niż aktorami życia społecznego; — więcej zrzędzenia niż buntu, raczej dąs niż opozycja, odcień niesmaku i znużenia swoją epoką. O czymkolwiek jest mowa, nikt nie lęka się użyć właściwego wyrazu; ale zarazem, przy całej pogardzie dla mieszczucha, jest tu niejaka mieszczańskość horyzontu, bezwiedny nawyk pewnej postawy społecznej. To jest owa Francja intelektualna, uczona, obżarta myślą, nawykła wszystko brać pod swój mikroskop lub skalpel, która, przymusowo zwolniona od odpowiedzialności za los kraju, korzysta ze swoich pracowitych wywczasów40, i dla której coraz bliższa już katastrofa, wyrywając ją z zacisza gabinetu lub jadalni, stanie się straszliwym i niepojętym wstrząsem.
Dokumentem owych obiadów pozostał tedy Dziennik Goncourtów. Ale trzeba mi tu powiedzieć kilka słów o samych Goncourtach i o ich Dzienniku. Zjawisko niemal jedyne w literaturze, przykład najściślejszego współpracownictwa dwóch braci, które pozwoliło im nawet rzecz tak osobistą jak dziennik prowadzić wspólnie. Edmund (1822 — 1896), starszy od brata, przeżył Juliusza (1830 — 1870) o wiele lat i strata ta pozostała dlań nigdy nie zgojoną raną. Historycy, powieściopisarze, autorzy sceniczni, kolekcjonerzy, estetycy, byli Goncourtowie pod wieloma względami awangardą literatury i sztuki. Dziś jako twórcy raczej zapomniani, przetrwali przez swoją Akademię Goncourtów, którą Edmund ufundował w intencji przeciwstawienia jej oficjalnej martwocie Akademii francuskiej, oraz przez swój Dziennik, bezcenny zbiór dokumentów, portretów, anegdot — półwiecze literatury, sztuki i obyczajów41.
Bracia Goncourt prowadzili wspólnie swój Dziennik od roku 1851 (pierwsza ich książka ukazała się w dzień zamachu Stanu 2 grudnia, i tej zabójczej konkurencji nie mogli nigdy darować Napoleonowi) do śmierci Juliusza w 1870. Po stracie brata, Edmund prowadził Dziennik sam; ale w obiadach u Magny brali jeszcze udział obaj. Wracając do domu utrwalali ten czy ów szczegół, jakiś fragment dyskusji; dali atmosferę tych obiadów, zaprawną oczywiście własnym kostycznym42 humorem, swoimi sympatiami i antypatiami.
Otóż, przyszło mi na myśl zebrać razem te dość skąpe ich zapiski i stopić je w jeden obiad-monstre43. W trakcie roboty, która mnie bardzo bawiła, pomyślałem: „Ci sami ludzie spotykali się raz po raz i gdzie indziej, u księżniczki Matyldy, u siebie wzajem, rozmawiali tak samo, w tej samej atmosferze; czemu by i tych rozmów — o ile są zanotowane u Goncourtów — nie przenieść chez Magny i nie wpleść w ogólny rozgardiasz obiadu? A w końcu poszedłem jeszcze dalej. Ileż jest w tym Dzienniku anegdot, powiedzeń, myśli nieraz sprzecznych, jak gdyby dyskutujących z sobą na odległość wielu kartek lub nawet tomów — będących w sumie żywym i wiernym odbiciem nastrojów epoki! Czemu by i tych strzępów nie wprząść w mój dywanik? Tak więc, tekst rozszerzał mi się stopniowo; wciąż trzymając się litery Dziennika Goncourtów, przekroczył znacznie ramy autentycznego obiadu u Magny. Splecenie biegu rozmów, ułożenie tej mozaiki myśli dokonane jest na moją odpowiedzialność.
*
Uczestnicy obiadu u Magny, liczący od czwartego po szósty krzyżyk, są to ludzie częścią znajdujący się na szczycie najchlubniejszej kariery, częścią walczący z powodzeniem o swój udział w sławie. Schodzą się. Sainte-Beuve, wielki krytyk, liczący wówczas koło sześćdziesiątki, najwcześniej przybyły, grzeje nogi przy kominku: mały, krótki, z okrągłą wygoloną twarzą, w swojej czarnej mycce na łysej głowie. Ciężkim krokiem wchodzi ulubiony przez wszystkich Théo Gautier, niegdyś autor młodzieńczej i zuchwałej Panny de Maupin, dziś już po pięćdziesiątce, wielki, barczysty, brodaty, piękny; wygłasza z olimpijskim spokojem paradoksy, które później będą się tułały przez wiele dziesiątków lat po wszystkich literackich knajpach Europy. Wsuwa się, zacierając ręce księżym gestem, Renan, który świeżo wrócił ze swojej wyprawy na Wschód szlakami chrześcijaństwa, i któremu niebawem jego Życie Jezusa miało dać wielką i gorszącą cokolwiek sławę. Wchodzą kolejno: świetny eseista Saint Victor, żółciowy nieco burczymucha; Berthelot, trzydziestokilkuletni znakomity już uczony, mający się stać jednym z największych chemików świata; Gavarni, mały, żywy, o ruchliwej niespokojnej twarzy i oczach na przemian to bacznych i bystrych, to znów zgubionych gdzieś w zaświatach matematyki. Dalej Soulié44 (nie Frédéric, ale Eudore); dalej w binoklach, z poprawną miną „guwernera z wielkiego domu” lub profesora przerabiającego lekcje, Taine, który niebawem, na marginesie najpoważniejszych studiów, miał dać swoje Życie i myśli pana Tomasza Graindorge, drukowane w płochej La Vie Parisienne. Dalej Flaubert, spędzający po parę miesięcy w Paryżu, olbrzym z obwisłym płowym wąsem i wypukłymi oczami, którego debiut powieściopisarski (Pani Bovary, 1857) wysunął na czoło walk literackich, czyniąc go, bez jego woli, chorążym realizmu. Dalej Nefftzer, publicysta, założyciel dziennika Le Temps; Scherer, również głośny publicysta, polityki. krytyk, fanatyczny protestant; Baudry, ceniony malarz; doktór Robin, anatom, dla którego stworzono właśnie katedrę nowej nauki, histologii45; — drugi lekarz doktór Veyne; jeszcze kilku innych, bardziej przygodnych i zmieniających się gości, wreszcie E. i J. Goncourt, nierozłączni bracia (rozstali się w życiu tylko dwa razy, na dwadzieścia cztery godzin), melancholicy46), dość zgryźliwi, szanowani przez wszystkich, ale cierpiący od swojej niepopularności, tworzą tu skrajnie lewe skrzydło we wszystkich sporach natury estetycznej. Oczekiwany jest Turgieniew — ten większą część życia spędzi w Paryżu, przyjmowany serdecznie przez francuskich pisarzy, których potem w swoich znów niedyskrecjach „urządzi” dosyć zjadliwie. Sami mężczyźni... kobiety strzegły wówczas domowego ogniska.
Siadajmy tedy do stołu i starajmy się być inteligentni. Inaczej lepiej nie siadać. I nie gorszmy się lada czym.