Nowe słońce literatury
W porze gdy zawieruchą wojenną byliśmy odcięci od świata, literatura francuska wzbogaciła się o niepospolitą indywidualność pisarską i o wielkie dzieło. Pisarz ten to Marceli Proust, a dziełem tym jego powieść À la recherche du temps perdu (W poszukiwaniu straconego czasu), która po ukończeniu druku całości obejmie dużych kilkanaście tomów! Droga, którą przebył Proust od debiutu nieznanego pisarza aż do apoteozy, w której cała generacja uznała nim swego mistrza i przewodnika, była niezwykle szybka. Pierwszy tom powieści ukazał się z końcem roku 1913, przyjęty z pewnym zdziwieniem. Już sam rozmiar, na jaki było zakrojone dzieło, jakże odbiegał od obyczajów współczesnej powieści francuskiej, dla której jeden tom był niemal obowiązujący. Ale z każdym nowym tomem rosła liczba czytelników i entuzjastów, mimo że trudno sobie wyobrazić utwór bardziej odległy od nastrojów ducha tej ciężkiej doby wojennej. Proust niedługo cieszył się rosnącą sławą, umarł 18 listopada 1922.
W styczniu r. 1923 miesięcznik „Nouvelle Revue Française” wydał zeszyt obejmujący kilkaset stron druku ku czci Prousta. Niezależnie od hołdu dla zmarłego pisarza, jest to wspaniały pomnik francuskiej kultury literackiej. Prócz głosów cudzoziemców, jest tam blisko pięćdziesiąt wspomnień i studiów krytycznych (z tych wiele pierwszorzędnych) samych piór francuskich, poświęconych Marcelemu Proustowi, a zważmy, że to jest tylko jedna grupa młodej Francji literackiej! Ze szkiców tych i wspomnień przytoczę parę rysów tyczących samej osoby pisarza.
Marceli Proust urodził się w Paryżu w r. 1871. Był synem lekarza, profesora uniwersytetu. Od dziecka był wątłego zdrowia, cierpiał na napady astmy i rodzaj „gorączki siennej”, która w pewnych okresach broniła mu wszelkiego zetknięcia z roślinnością, z naturą. Chowano go niby w cieplarni. I później, będąc człowiekiem bardzo zamożnym, dostroił tryb swego życia do wymagań zdrowia, co stworzyło dokoła niego całą legendę. Żył nocą, nie mogąc znieść widoku słońca, gabinet jego tonął stale w mroku, a ściany były wyłożone warstwą korka, aby wyczulone jego nerwy chronić od wszelkiego hałasu. Za młodu śliczny chłopiec, pełen wdzięku i zalotnej uprzejmości, która również stała się legendarną, bywał wiele w świecie arystokracji i finansów; z czasem (może nagromadziwszy w sobie bezwiednie dostateczny zapas dokumentów) wycofał się z życia i zamknął się niemal zupełnie, częścią z powodu zdrowia, częścią, aby się oddać wyłącznie swemu dziełu. Poza młodzieńczą książką Plaisirs et Jours, wydaną w roku 1896, nie ogłaszał nic; zaledwie bliscy jego wiedzieli, że pisze, tak mało o tym wspominał. Uchodził za światowca, za wytwornego dyletanta, błyszczącego w świetnej rozmowie, w parodii literackiej etc.
Tymczasem dzieło jego rosło; w chwili gdy ukazały się pierwsze tomy, całość była w rękopisie gotowa, co jest heroicznym dowodem siły woli i sumienności literackiej, zwłaszcza u człowieka, którego życie wisiało wciąż na włosku i który łatwo mógł nie doczekać wydania nawet początku swej książki. Po pierwszym tomie pojawiły się następne w dość znacznych odstępach, gdyż Proust — podobnie jak Balzak — uzupełniał i rozszerzał w korektach pierwotny rękopis. Pracował nad nim do ostatniej chwili; powalony na łoże śmierci, jeszcze notował ostatnie spostrzeżenia nad samym sobą, uzupełniając rysami tej bezpośredniej obserwacji opis śmierci jednego ze swych bohaterów!
Może na innym miejscu podejmę obszerniejszy rozbiór wrażeń wyniesionych z lektury Prousta, tutaj chcę po prostu zwrócić uwagę na to nowe zjawisko literackie oraz wskazać, dlaczego uważane jest ono za przełomowe w piśmiennictwie francuskim, czemu stało się sztandarem, przy którym opowiada się całe niemal współczesne pokolenie.
Powieść À la recherche du temps perdu jest to opowiadanie pisane w formie autobiografii. Daje tak intensywne wrażenie prawdy, czegoś, co się istotnie musiało dziać, że czytając bierzemy je za pamiętnik, a w działających osobach przypuszczamy portrety osób rzeczywistych. Jednakże świadectwa osób bliskich Proustowi, jak również i jego samego dowodzą, że tak nie jest, że mylili się ci, którzy sądzili, że to jest tzw. powieść z kluczem.
Jest to zatem powieść oparta na przetworzonej rzeczywistości, owoc zarazem analizy i syntezy. Różna jest od zwykłych powieści przede wszystkim rozmiarem. To, co zwykle wypełnia jeden tom, to mieści się w kilkunastu (dotąd wyszło dziewięć, dwa mają wyjść w najbliższych tygodniach, reszta jeszcze w rękopisie). Ale nie ma tu ani śladu rozwlekłości; mało jest książek, które byłyby tak „gęste” jak ta powieść Prousta. Rozmiar jej polega na tym, iż jak trafnie ktoś ją określił, jest to niby „film puszczony wolno”, tak jak się czasem robi dla zanalizowania ruchów, np. boksujących się zapaśników albo konia biorącego przeszkodę.
Jako motto dla dzieła Prousta mogłyby posłużyć słowa wielkiego fizjologa, Klaudiusza Bernard, cytowane w tym pamiątkowym zeszycie: „Jestem pewien, iż przyjdzie dzień, w którym fizjolog, poeta i filozof będą mówili tym samym językiem i zrozumieją się wszyscy”. Poetą, przyrodnikiem i filozofem równocześnie jest Marceli Proust, a dzieło jego jest mądrą i rozkoszną wyprawą w tajemnicze krainy duszy ludzkiej.
Proust jest zadziwiającym psychologiem. Jest nim z urodzenia; natura jego, wyczulona myślą i chorobą, posiada niesamowitą przenikliwość, dar przeglądania człowieka na wskroś, jak to zaświadczają jego przyjaciele. Z wrażliwością i inteligencją łączy odwagę, która, nie zadowalając się skostniałymi formułami utartej „psychologii”, drąży we wszystkim w głąb, rozkłada niby pryzmatem każdy biały promień na całą skalę kolorów. Dziedzina świadomości to jedynie powierzchnia duszy ludzkiej, toteż oko jego, zbrojne w najczulsze narządy, zgłębia wciąż tajemnicze strefy podświadomego. I w tym jest Proust bardzo nowoczesny. Podobnie jak spojrzenie na świat Balzaka miało tyle powinowactw z wiedzą przyrodniczą jego epoki, tak artyzm Prousta wiąże się mnóstwem nici z filozofią współczesną, z nauką Bergsona, Einsteina, Freuda etc.
Ale zdolność ta byłaby jałowa, gdyby jej nie towarzyszyła siła twórcza, dar wizji plastycznej. Proust ma go jak mało kto. Stworzył cały swój świat, odrębny, własny, nieporównanie żyjący. Jeszcze jego dzieło nie ukazało się w całości, a już nazwiska jego bohaterów, Swann, Charlus (rozkoszny Charlus!), oboje de Guermantes etc. są niemal tak bliskie czytelnikom Prousta jak wieczne postacie Balzaka.
Jako psycholog Proust idzie inną drogą niż jego wielcy poprzednicy. Nie doświadcza duszy ludzkiej gwałtownymi odczynami, obserwuje swoje żyjątka w ich codziennym bytowaniu. W powieści jego nie ma wielkich zdarzeń. Opis herbaty lub proszonego obiadu zajmuje pół tomu. Ale każdy gest, każde słowo, naświetlone tą cudowną inteligencją, otwierają nam nowe światy, łączą się podziemnymi prądami z wielką zagadką człowieka.
Terenem obserwacji Prousta jest przede wszystkim on sam, dalej ten świat, w którym żył, własne wspomnienia dziecinne i młodzieńcze, owe lata światowego życia, ten „stracony czas”, który tak tryumfalnie odnalazł. Stąd „świat”, wielki, „największy”, zajmuje w jego dziele dużo miejsca. I nikt chyba nie nakreślił przenikliwszej, bardziej bezlitosnej, a zarazem zabawniejszej jego satyry. Cała część dzieła Prousta jest monografią snobizmu, wszelkich odcieni snobizmów, ale słabostka ta, widziana okiem filozofa, urasta do symbolu owej chimery, za którą pogoń stanowi, bez wyjątku, treść ludzkiego istnienia...
Druga chimera to miłość. Proust swoją analizą odkopał niejako to uczucie, przywalone gruzem wszelkich banałów, którymi je przysypano. Historia miłości Swanna to jedna z najgłębszych kart, jakie o tym nienowym temacie napisano. Sięgnął w głąb, a zarazem rozpostarł ją wszerz; kilka tomów jego dzieła, cała część pt. Sodoma i Gomora, jest pierwszą, jak sądzę, i zdumiewającą analizą tych stref miłości, na które literatura wstydliwie zamyka oczy oddając je na wyłączną własność plotce skandalicznych kronik.
Wzruszający jest stosunek Prousta do natury, tej natury, od której choroba odcinała go prawie stale, a którą tak rozumiał, o której tyle przejmujących, pięknych rzeczy umiał mówić. Opowiadają o nim, jak w okresie choroby jechał zamkniętym powozem do Normandii, aby jeszcze raz ujrzeć przez szybę kwitnące jabłonie. Muzyka, malarstwo, architektura zwierzają jego wyostrzonym zmysłom sekrety dla innych zamknięte.
Forma, jaką Proust stworzył dla swego dzieła, pozwała mu swobodnie zmieścić w nim wszystko, co zapragnie. Dzięki tej formie możliwym jest ten pozorny paradoks, iż utwór jego porównywano to z na wskroś obiektywną Komedią ludzką Balzaka, to znów z najbardziej osobistą, swobodną gawędą Montaigne’a, wodzącego swoim ciekawym, bystrym, nie dającym się omamić okiem po wszystkich przedmiotach.
W książce Prousta wszystko jest oryginalne: i język, i styl. Styl ten zrazu wydaje się trudny, ciężki, wywraca wszystkie pojęcia o francuskiej prozie, ale i w istocie — jak sto lat wprzódy u Balzaka — ta gęstość stylu jest wzbogaceniem jego klawiatury, wprowadzeniem weń olbrzymiej ilości nowych asocjacji, zdobyczy myśli, z którymi musimy się oswoić. Do jakiego stopnia Proust opanował język, świadczą parodie jego w tomiku Pastiches et Mélanges, gdzie podrabia style kilku pisarzy. Cały czas w głos się śmiałem czytając niezrównaną parodię Balzaka.
Balzak, Montaigne, Stendhal, Saint-Simon... Kiedy w pamiątkowej księdze Prousta czyta się takie nazwiska zestawiane z nowym, współczesnym pisarzem, kiedy się patrzy na ten formalny wybuch kultu autora, którego wczoraj nie znaliśmy nazwiska, mimo woli budzi to nieufność: ten i ów podejrzewa, czy to nie jakaś kapliczka snobizmu. Otóż wyszedłem z wieku literackich snobizmów, do których zresztą nigdy nie byłem skłonny, i ręczę, że jeżeli nieraz po premierze i po napisaniu recenzji wróciwszy bardzo późno z redakcji do domu i wziąwszy nieopatrznie do ręki tom Prousta, nie mogłem się odeń oderwać do rana, pobudką była w tym jedynie najszczersza, najistotniejsza rozkosz, jakiej dawno w książce nie znalazłem. I dlatego czuję potrzebę zasygnalizowania czytelnikom: wzeszło na horyzoncie literackim nowe słońce.