Jeszcze dokumenty
Ogłaszając pierwszą partię znalezionych dokumentów, zaznaczyłem pewne refleksje, jakie mi nasunęło to „rozdwojenie osobowości” na autora i badacza literatury, na człowieka i obserwatora; to czyhanie na przejawy życia, którego jestem podmiotem i przedmiotem. Wszystko to, przez analogię do owego Reymontowskiego zawiadowcy stacji i kasjera w jednej osobie, wydało mi się dość niepokojące. Cóż dopiero, kiedy w ostatnich czasach wierna „Informacja Prasowa” zaczęła mi przynosić pewne „głosy prasy”. Przeląkłem się, kiedym się ujrzał w tym zwierciadle: przedwczesny uwiąd starczy, sanatorium dla zboczeńców, szpital jako najwłaściwsze dla mnie miejsce, ekshibicjonizm, symulacja, zgniła gorączka, rajfurstwo45, „polski Goriot” (nie wiem czemu, poczciwy ojciec Goriot z Balzaka stał się nagle dla naszych świątobliwych analfabetów najcięższą obelgą, coś tak jak u chłopów „omentra”46 albo „sufragan”47?). Przewertowano moje pisma; znaleziono w nich zwierzenie, że cierpię na bradykardię (zwolnienie tętna) i że w chwilach takiego „odpływu życia” czuję się zdolny do wszelkiej perwersji, nawet zbrodni, byle je trochę popędzić. Straszna ta wiadomość, powtórzona tłustym drukiem, obiegła część prasy, jako oczywisty dowód moich zbrodniczych instynktów.
Wszystko to będzie kiedyś cennym przyczynkiem do dzieła Historia głupoty w Polsce, o ile znajdzie się taki benedyktyn, taki tytan pracy, aby je napisać. Ale, jako mędrzec, mam ten zwyczaj, że cokolwiek mi ktoś powie, choćby to był najgorszy człowiek i rzecz najobelżywsza, zastanawiam się, ile w tym może być prawdy. Może w istocie jest ze mną niedobrze? Rozpocząłem nad samym sobą gruntowne badanie. Zapuściłem się w genealogię; niewyraźna: zarówno po mieczu (jeśli to można nazwać mieczem), jak po kądzieli, mam w rodzinie sporo wypadków obciążających z punktu widzenia normalności umysłowej... I kiedy tak dumałem nad sobą samym, szperając moim obyczajem w dokumentach, wpadł mi w rękę akcik dość szczególny. Jest to urzędowy protokół48 c. k. policji krakowskiej, jeszcze z r. 19... Protokół ten, którego reprodukcję zamieszczam, brzmi:
Dr Tadeusz Żeleński, 26 lat liczący, syn Władysława i Wandy, rodem z Warszawy, lekarz, zamieszkały w szpitalu św. Łazarza na ulicy Kopernika, doprowadzony przez c. k. ajenta cyw. pol. Nykulacza oraz c. i k. kaprala policyjnego Golenia dnia 8 XI 19.. o godzinie ½ 1 rano, z powodu iż tenże, idąc chodnikiem od ulicy Siennej ku głównej poczcie, nie wymawiając żadnych wyrazów, krzyczał w okropny sposób, tak iż się ludzie mogli przerazić nawet w odleglejszych ulicach.
Doprowadzony zupełnie trzeźwy przyznaje, że krzyczał, bo jest cierpiący na nerwy. Po stwierdzeniu tożsamości, puszczony wolno.
Podpis nieczytelny.
Przypominam sobie, skąd ten papier dostał się w moje ręce. Policja przesłała go dyrektorowi szpitala, gdzie pracowałem jako lekarz; dyrektor szpitala wezwał poufnie mego starszego brata, wypytując go dyskretnie o mnie i oddał mu ten papier, a brat mój, wpół śmiejąc się, wpół zakłopotany, oddał go mnie. W ten sposób akt ten znalazł się w moim posiadaniu: cóż za skarb dla historyka literatury!
Nic do tego suchego dokumentu dodać nie potrafię. Krzyczałem; to fakt. Ale czemu? Nie umiem wyjaśnić, tak jak nie umiałem wyjaśnić w urzędzie policyjnym. Zeznałem, że cierpię na nerwy; bo cóż miałem powiedzieć, aby uniknąć grzywny lub aresztu? Ale czemum krzyczał? Może jakiś kosmiczny ból ziemi krzyczał przez moje gardło w tę noc jesienną i to tak, że „ludzie mogli się przerazić nawet w odleglejszych ulicach”? Teraz już nie krzyczę. Czy to znaczy, że mi lepiej, czy zastygłem w niemej rozpaczy, czy po prostu znalazłem wyładowanie w powołaniu pisarskim, którego wtedy nie byłem świadomy? Nie wiem.
A oto drugi dokument z ciemnego momentu mego życia. Pismo dziekana uniwersytetu poznańskiego.
Uniwersytet Poznański, Dziekanat Wydziału Filozoficznego w Poznaniu, dnia 1 lipca
L.dz.175.
Do Jaśnie Wielmożnego Pana Profesora Dr-a T. Żeleńskiego
Kraków
Dziekanat Wydziału filozoficznego Uniwersytetu Poznańskiego zapytuje niniejszym uprzejmie, kiedy J.W.Pan Profesor przybędzie do Poznania celem objęcia katedry.
Sprawa nominacji J.W.Pana Profesora została pomyślnie załatwiona w Ministerstwie W.R. i O.P. jako też sprawę kosztów przeniesienia pomyślnie załatwiło Ministerstwo Skarbu, oficjalna nominacja na Profesora Uniw. Poznańskiego zostanie ogłoszona w najbliższym czasie. Dziwi nas zatem wiadomość tutejszych dzienników o przyjęciu przez J.W.Pana Profesora posady Dyrektora Teatru Polskiego w Warszawie.
Łączę wyrazy wysokiego poważania
Dziekan Wydziału filozoficznego
Skąd przyszedłem do tego pisma i w ogóle do korespondowania z dziekanami? Było tak. Zaproponowano mi objęcie katedry literatury francuskiej w Poznaniu. Wahałem się; namawiano mnie. Upłynął rok, półtora roku, o niczym ani słychu. Półtora roku wtedy, to było bardzo dużo, warunki życia tak się zmieniały, epoka była tak gorąca... Zupełnie zapomniałem o tej całej profesurze, przeniosłem się tymczasem do Warszawy, poszukałem innego uczciwego zajęcia... Zapomniałem na śmierć. Naraz, nie zawiadomiwszy mnie ani słowem o nominacji, pytają mnie ostro, kiedy przybędę objąć katedrę, „dziwią się” czemuś... Zląkłem się tak surowej władzy; wolałem zrezygnować. Byłem młody, płochy... Ale dziś, kiedy patrzę na rzeczy poważniej, fakt doszczętnego zapomnienia w tak doniosłej sprawie życia znów wydaje mi się podejrzany...
I kiedy się zastanawiam nad tym wszystkim w świetle najnowszych „polemik”, w świetle tego, co piszą o mnie osoby nabożne powodowane szczerą miłością bliźniego, widzę tylko jedno wytłumaczenie. Ale na to potrzebny jest mały wykład medycyny. Każdy wie, co to jest padaczka, czyli epilepsja. Nieraz zdarzyło się wam widzieć na ulicy człowieka, który leży nieprzytomny na chodniku, tłucze głową o kamienie i toczy pianę z ust. Otacza go zwartym kołem tłum, patrząc nań ze zgrozą i wzywając pomocy; jedynie doświadczony posterunkowy wie, że nic tu nie trzeba robić, tylko zostawić nieszczęśliwego w spokoju, co najwyżej uważać, aby sobie nie rozbił głowy. Jedną z cech takiego ataku jest wielki palec wciśnięty w pięść; tak, że niezręcznych symulantów poznaje się po braku tego objawu.
Ale nie każdy wie, że ta choroba to jedna z najciekawszych komediantek, jakie istnieją; że lubi się przebierać w rozmaite formy, znane w medycynie jako krypto-epilepsja. Znana jest absentia epileptica; okresy, w których człowiek spełnia jakieś niewytłumaczone, często niezgodne z jego charakterem czynności, będące niejako „namiastką” ataku epileptycznego. I kiedy dumałem tak nad sobą samym, spojrzałem i — wzdrygnąłem się z przerażenia: oba wielkie palce miałem wciśnięte w pięść! Zacząłem się obserwować, śledzić; stwierdziłem, że ile razy się zamyślę nad jakąś doniosłą kwestią, ile razy przeżywam treść przyszłego felietonu, oba wielkie palce mam schowane w pięść. I zdaje mi się, że utrafię w intencję moich cenzorów, jeżeli tu poszukam wytłumaczenia wielu szczegółów zarówno mego życia, jak i kariery pisarskiej. Krypto-epilepsja. Tajny epileptyk, tak jak był dawniej tajny radca. Może to lojalne zwierzenie położy wreszcie koniec oszalałym atakom na mnie. Nie szanują mojej pracy, może uszanują chorobę.
Asnyk49 i dziewczyna
Nie wiem czy, spomiędzy analfabetów, którzy stanowią większość moich czytelników, zna kto jeszcze wierszyk Asnyka: Gdybym był młodszy... Wiersz ten, wraz z muzyką Galla50, był niegdyś jedną z najpopularniejszych pieśni. O ile pamiętam jakieś wyrwane strofy, brzmiał on tak: „Gdybym był młodszy, dziewczyno, — gdybym był młodszy — piłbym, ach, piłbym nie wino — lecz ustek twoich najsłodszy — nektar dziewczyno”...
A kończyło się słowami: „Ale już jestem za stary — bym mógł, dzieweczko — zażądać serca ofiary — więc bawię tylko piosneczką — bom już za stary”...
Ale z pewnością rzadko kto wie, w jakim wieku był Asnyk, kiedy tworzył ten bardzo osobisty i do wiadomej osoby pisany wierszyk. Otóż miał lat... trzydzieści pięć.51 Dziwi to was, prawda? Ale mniej by się wydawało dziwne temu, kto by zobaczył portret Asnyka z owej epoki: dziad z krzaczastymi brwiami, płową brodą, obwisłymi wąsiskami... „Wzrok dziki, suknia plugawa”...
I kiedy sobie to wspomnę — jak również inne zjawiska z epoki mego dziecięctwa, wciąż na nowo dziwuję się cudowi, który spełnił się w naszych oczach i którym nie dość się cieszymy, któremu nie dość się cudujemy. A przecież to cud jeden z największych, jakie ludzkość znała.
Pomyślcie tylko: gdyby jakiemu Woronowowi52 udało się znaleźć niezawodny środek przedłużenia życia ludzkiego, co by się to zrobił za hałas! Na przykład o dziesięć lat. A w gruncie, co by to znaczyło? To, że stary ramol będzie żył dziewięćdziesiąt lat zamiast osiemdziesięciu i będzie robił w majtki o dziesięć lat dłużej ku strapieniu rodziny. Do tego sprowadzałoby się dobrodziejstwo tego wiekopomnego wynalazku, którego twórca otrzymałby z pewnością potrójną nagrodę Nobla.
Tymczasem, co zrobiła ludzkość samorzutnie, bez pomocy wynalazców? Przedłużyła sobie sama więcej niż życie, bo to, co w życiu najcenniejsze, przedłużyła — i to o ile! — nie starość, ale młodość.
Jak się to stało? Jakimi środkami? Różne rzeczy się na to złożyły. To temat do całego filozoficznego traktatu. Ale, po większej części, środki te są dziecinnie proste: można by rzec „negatywne”. Bo zważmy jeden paradoks. Gdy dawniej w całej poezji brzmiały hymny na cześć młodości, gdy pisano ody do młodości, równocześnie w życiu robiło się co można, aby tę młodość skrócić. Urządzano istne maskarady, wymyślano specjalne kostiumy, aby młode i powabne kobiety przebrać za matrony, a niestarych mężczyzn ucharakteryzować na starców. Wymyślono cały skomplikowany ceremoniał, aby się ograbić z praw do tej odrobiny życia, jaką mamy. To był jeden z najciekawszych objawów masowego obłędu. Wystarczyło położyć koniec tej maskaradzie, zniwelować strój, aby najzupełniej przesunąć granice wieku. Dziś ten sam trzydziestopięcioletni Asnyk, wymyty, wygolony, w getrach, sterczałby po salonach jako reprezentant „najmłodszych”, a luba jego, flirtując z jakimś młodym sześćdziesięcioletnim dyrektorem banku, mówiłaby o poecie, wydymając wzgardliwie usta: „Phi! ten smarkacz! Jak ty możesz, dzieciaku, być zazdrosny o takiego smarkacza?”...
Toż samo obyczaje. Gdy sobie przypomnieć dawne czasy i porównać z tym, co się widzi dzisiaj, też ma się wrażenie, że to była jakaś maskarada. Kiedy 45-letniemu mężczyźnie przyszła ochota powiedzieć kompliment 39-letniej damie, mówił go jakby w cudzysłowie, z umyślnie przesadną strzelistością, jak rzecz, która z wieku nie przystała ani jej, ani jemu; i wszyscy przyjmowali to jowialnie. Kiedy gdzieś nad ranem, uniesiony powszechną ochotą, zatańczył, młodzież otaczała go kołem i dawała mu brawo. Podziwiano jego rześkość, sypały się dowcipy: „Patrzcie, patrzcie, młodzi”, etc. Kto to wszystko aranżował, jaki był podkład społeczno-psychiczny tego dobrowolnego i masowego postarzania się ludzkości, tym się już nikt dziś nie interesuje, tak jak nie interesujemy się przyczynami potopu. Przyjęto zmianę jako coś zupełnie naturalnego, nie myśli się o tym, co było i czemu było, podczas gdy poświęca się czas i myśli różnym zagadnieniom, które doprawdy są niczym, przymierzone do tej najważniejszej kwestii ludzkości, jaką jest młodość. A jednak warto by czasem nad tym podumać, choćby dla obmyślenia środków ochronnych, iżby nowa epidemia starości nie rzuciła się kiedy na ludzkość. Tak, przedwczesna, sztuczna starość to była epidemia, choroba, przeciw której znaleziono nareszcie szczepionkę ochronną.
W związku z tą maskaradą strojów, istniała maskarada psychiczna, która okazała się takim samym głupstwem jak tamta. Powaga starców, cześć oddawana starcom etc., wszystko to jest wybrakowana farsa, której się już nie grywa, ale którą grywało się jakże długo i z jak opłakanym skutkiem! Zwłaszcza rozum starców, którego formułę stanowiło zwykle: być sześćdziesiąt lub siedemdziesiąt lat głupcem.
Drugą przyczyną przedłużenia młodości jest pewne ulekkomyślnienie świata, które w gruncie jest może przywróceniem praw zdrowego rozsądku. Jednym np. z typowych zjawisk przy dobieraniu się ludzi, przy kojarzeniu małżeństw, było kombinowanie harmonii wieku z punktu najbardziej odległej przyszłości. Obliczano na wściekle daleką metę. Przypuśćmy, że młoda panienka rwała się do miłego, czterdziestodwuletniego mężczyzny; natychmiast ciotki, przyjaciółki reflektowały ją, robiły trzeźwe kombinacje: „Tak, on się wcale dobrze trzyma, ale co to będzie, pomyśl tylko, za dwadzieścia lat!” Ileż szczęśliwych małżeństw udaremniły te obliczenia, iluż mężczyzn w najpiękniejszym wieku wyrzuciły za nawias!
Dziś dla kobiety te względy nie istnieją, po prostu dlatego, że ma ona (często słuszne) przeczucie, że nim ten mąż zdąży się zestarzeć, już ona będzie za drugim albo za trzecim... Życie bierze się pod kątem bliższej teraźniejszości; nie oblicza się na tak daleką metę. Co będzie? Ech, kto tam wie, co będzie, może wojna gazowa...
Jeszcze większy podnosił się krzyk, kiedy mężczyzna, zakochawszy się bez pamięci, chciał się żenić ze starszą od siebie kobietą. Dopieroż było obliczanie, przymierzanie: kiedy ty będziesz miał tyle, ona będzie miała tyle, a kiedy ty tyle, ona znów tyle, etc.
Przypomina mi to anegdotę, którą gdzieś słyszałem. Ktoś żył z kozą i był szczęśliwy. Ale ciotka zatruła mu to szczęście, reflektując go: „Dobrze teraz, póki jesteście młodzi, ale o czym wy na starość będziecie z sobą rozmawiali?”...
Rozmarzyłem się w tym miejscu. Tak, rozmarzyłem się... Czuję, że tym wyznaniem się gubię, że dostarczam moim świątobliwym wrogom ciężkich argumentów. Ale trudno: człowiek jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce, nawet koza. Zatem rozmarzyłem się, owiały mnie wspomnienia młodości płynące ku mnie na szerokich skrzydłach melodii Jana Galla:
„Ty byś mnie może kochała — jasny aniele; — Na tę myśl pierś ma zadrżała — bo widzę szczęścia za wiele — gdybyś kochała...
Gwiazd bym nie szukał na niebie — ani miesiąca53 — tylko bym patrzał na ciebie — boś bardziej promieniejąca — od gwiazd na niebie...”
Tak śpiewał trzydziestopięcioletni Asnyk, z kosmatą twarzą, w długim, ciemnym surducie, i oczywiście w kalesonach wiązanych na białe tasiemki. „Gwiazd bym nie szukał na niebie, ani miesiąca”... Szczęście, że to nie astronom mówi. Ale doprawdy, ostatni był czas, aby ludzkość ogoliła brody, bo jeszcze trochę, a trzeba by było przystąpić do golenia głów...
Recenzja z sądu najwyższego54
Marcelina:
— Panie sędzio, niech pan wysłucha mej sprawy.
Gąska:
— Do-obrze więc! Werba-alizujmy.
Bartolo:
— Chodzi o przyrzeczenie małżeństwa.
Marcelina:
— Połączone z pożyczką pieniężną.
Gąska:
— Ro-ozumiem, et caetera, jak na-astępuje.
Marcelina:
— Nie, panie sędzio, bez et caetera.
Gąska:
— Ro-ozumiem; czy masz pani sumę?
Marcelina:
— Nie, panie sędzio, to ja pożyczyłam.
Gąska:
— Ro-ozumiem, ro-ozumiem: żądasz pani zwrotu pieniędzy.
Marcelina:
— Nie, panie sędzio, żądam, aby mnie zaślubił.
Gąska:
— Ro-ozumiem do-oskonale. A on, czy chce panią za-a-ślubić?
Marcelina:
— Nie, panie sędzio, o to właśnie proces.
Gąska
— Czy pani mniemasz, że ja nie ro-ozumiem pro-ocesu?
Marcelina:
— Nie, panie sędzio. (na stronie) W kogóżeśmy wpadli! — Jak to, to pan nas będzie sądził?
Gąska:
— Czyż w innym celu na-abyłem moją posadę?
„Wesele Figara”, akt III.
Jak to, jeszcze? — wykrzyknie ktoś, zapuściwszy się w ten felieton. Przecież to już dawno osądzone, zakończone. Najwyższy trybunał wydał wyrok, uniewinnił Beauprégo55, oddalił Boya z kwitkiem, sprawa zamknięta na wieki wieków.
Ani trochę! W sprawie Samuela Zborowskiego56 też wydano prawomocny wyrok; wykonano go dość skrupulatnie, bo ucięto głowę zasądzonemu, mimo to rzecz nie przestała się toczyć przed trybunałem czystej sprawiedliwości, jak to maluje wspaniały dramat Słowackiego. Tak samo Boy i Beaupré. Wiecznie będzie się cisnął przed idealny trybunał Boy, niosąc w obu rękach swój skastrowany i okrwawiony felieton, a Beaupré, hardo kładąc rękę na głowni nożyczek, będzie odpowiadał: „Broniłem niewinności czytelników »Czasu«. Niech mnie Bóg sądzi”. I będzie się toczył ten spór póty, aż będzie uczyniona sprawiedliwość.
Stara się ją wymierzyć czynnik bardzo poważny i powołany, bo miesięcznik „Głos Prawa”. Fachowe to pismo prawnicze, wychodzące we Lwowie, ma za zadanie poddawać ocenie — często krytyce — orzeczenia najwyższych trybunałów, właśnie te, od których nie ma apelacji na ziemi. Chodzi o to — jeżeli wyroki te były przypadkiem niesprawiedliwe, niemądre i krzywdzące — aby nie stały się prejudykatem i nie bałamuciły na przyszłość sędziów w analogicznych sprawach.
Ukazała się na półkach księgarskich odbitka z lwowskiego „Głosu prawa”, pióra red. dr. Anzelma Lutwaka, pod tytułem Sprawa Boy — Beaupré w oświetleniu życiowo-prawnym. Broszura ta jest omówieniem i krytyką wydanego przed rokiem przez Sąd Kasacyjny wyroku w sprawie „Boy contra Beaupré” o naruszenie prawa autorskiego. Autor wychodzi z założenia, że sprawa ta była dla naszego prawa karnego „sposobnością o historycznym zasięgu”, mając zaś wątpliwości (i to grube!) co do sposobu, w jaki Sąd Najwyższy z tej okazji skorzystał, daje im wyraz na łamach swej broszury. Przytacza oba wyroki, godzi się zupełnie z wyrokiem krakowskim pierwszej instancji, po czym rozważa sposoby, za pomocą których Sąd Kasacyjny zdołał, wbrew doskonale umotywowanemu wyrokowi I-szej instancji, wbrew wnioskowi prokuratury (rzecz w sądownictwie niezmiernie rzadka), dojść do odmiennych konkluzji i, uznając winę... uniewinnić oskarżonego, pokrzywdzonego zaś odprawić z kwitkiem. Zdaniem redaktora „Głosu Prawa”, udało się to jedynie dzięki „przeredagowaniu zarówno ustaleń faktycznych, jak i ustawy o prawie autorskim, i to za pomocą interpolacji57 prawnie wręcz niedopuszczalnych. Tymi interpolacjami, tym przeredagowaniem stanu faktycznego oraz ustawy autorskiej i powszechnej karnej, Senat Kasacyjny, rzecz oczywista, wychwiał tę sprawę z torów obowiązującego prawa; niemniej zaś staje się dla nas oczywistym, iż bez tych niedozwolonych fikcji musiałby był Senat Kasacyjny wyrok pierwszej instancji utrzymać w mocy prawnej, bo lepszymi argumentami do skasowania go snadź nie rozporządzał”.
Zimno się robi, doprawdy, kiedy się to czyta. Jak to! Więc jest możliwe, aby, zdaniem fachowego i bezstronnego prawnika, Sąd Kasacyjny, od którego nie ma już odwołania do nikogo na ziemi, używał swej olbrzymiej, boskiej niemal władzy na to, aby rzecz raz osądzoną, i dobrze osądzoną, wychwiać z torów obowiązującego prawa? To straszne! Bo pomyślmy: sprawa Boy — Beaupré, gdzie chodziło o pikantną kwestię literacką, doczekała się omówienia i moralnej rewizji, ale ileż innych spraw mniej zajmujących, w razie gdyby je przypadkowo „wychwiano z torów prawa”, może utonąć w powszechnej obojętności! I w istocie, analizując wyrok kasacyjny, redaktor „Głosu Prawa” wykazuje w nim szereg „chwytów”, których niedopuszczalność widoczna jest nie tylko dla prawnika, ale dla każdego umiejącego logicznie myśleć laika. Toteż nie dla poruszania jeszcze raz mojej już osądzonej (!) sprawy pozwalam sobie zamieścić kilka uwag; czynię to pod kątem ogólnym. Ostatecznie, dość rzadko się zdarza literatowi poznać na swej skórze funkcjonowanie trybów sądu karnego; może więc ta garść refleksji ma swoje uprawnienie.
Przede wszystkim wrażenia... recenzenta teatralnego. Mimo woli patrzyłem na te dwie rozprawy sądowe — w pierwszej instancji i w kasacji — niby na dwie sztuki teatralne. W sądzie pierwszej instancji uderza element dramatyczny. Strony występują osobiście, w asystencji adwokatów, spierają się ze sobą, walczą, krzyżują się twierdzenia, poglądy, obnażają się charaktery, wychodzą na jaw okoliczności drobne, nieuchwytne, ale często niezmiernie ważne dla ustalenia prawdy, owej prawdy, którą sędziowie starają się wyłowić ze sprzecznych oświetleń. Sala sądowa żyje, drga. I pomiędzy dwiema zainteresowanymi „stronami” jest trzecia nie mniej zainteresowana: sędzia. Bo zważmy, sędzia nie jest tu tylko obojętną wagą ważącą dwie szale prawa. On ma wręcz silny interes osobisty w tym, aby wyłowić istotną prawdę, aby wydać wyrok sprawiedliwy, zgodny z prawem i jego duchem, inteligentnie i bystro umotywowany. Bo on wie, że co najmniej jedna ze stron będzie apelować; że sprawa pójdzie wyżej, że każde jego słowo będzie rozważane, nicowane. Każdy donioślejszy wyrok, to stawka jego ambicji sędziowskiej, to jego egzamin; on nie może sobie pozwolić na „interpolacje, mające wychwiać rzecz z torów prawa”...
Drugie wrażenie: kasacja. Sala pusta, senna. Nie ma stron, tylko sędziowie i adwokaci. Sędziowie przestudiowali akta w domu, mają już zapewne swoje zdanie, z góry ziewają na myśl, że trzeba im będzie wysłuchać długich — i poniekąd bezprzedmiotowych — mów adwokatów; ale przypuszczam, że sędziowie Sądu Najwyższego mają tę wprawę, aby podczas mowy adwokata myśleć o czym innym. Adwokaci mówią bez przekonania, a raczej z przekonaniem, że mówią w próżnię, że argumenty ich nie zmienią nic, że szkic wyroku już jest może nakreślony ołówkiem. Osądziło się rzecz z aktów, z martwego kawałka papieru.
Powie ktoś, takie jest zadanie kasacji. Ona ma sądzić jedynie, czy wyrok pierwszej instancji zapadł wedle form prawnych; zależnie od tego, Sąd Najwyższy zatwierdza wyrok, albo go kasuje.
Otóż nie; w obecnym stanie naszej procedury nie jest to ujednostajnione. Wedle ustawodawstwa obowiązującego w Poznańskim i w Królestwie w istocie Sąd Kasacyjny zajmuje się jedynie formami prawnymi wyroku, nie treścią samej sprawy. Jeżeli wyrok jest nienaganny co do formy, zatwierdza go; skasować go można jedynie na zasadzie błędu w formie. W izbach małopolskich (a taka właśnie Izba sądziła moją sprawę) jest inaczej. Tam atrybucje Sądu Najwyższego są bardziej elastyczne; wolno mu wchodzić nie tylko w formę wyroku, ale i w treść sprawy, sądzić jej meritum. Podobno w tym duchu mają być te rzeczy wprowadzone w nowym polskim ustawodawstwie. Otóż takie atrybucje Sądu Kasacyjnego mają — przekonałem się o tym — wielkie niebezpieczeństwo. Sąd Kasacyjny sądzi jako najwyższa bezapelacyjna instancja o sprawie, którą zna bardzo licho, którą zna jedynie z aktów. Nie styka się ze stronami, nie widzi ich na oczy, nie bada ich, nie może sobie wyrobić o żywej sprawie żadnego pojęcia. Różne uboczne okoliczności, nieraz bardzo znamienne i ważne, znane sądowi pierwszej instancji a nie zaprotokołowane, są Sądowi Kasacyjnemu nieznane. Nie czuć w sędziach żadnej ciekawości wszechstronnego poznania prawdy, rozświetlenia kwestii, obracającej się — jak tutaj — na terenie dla nich dość obcym. Zabawne ma się uczucie: byłem obecny na rozprawie kasacyjnej, cały czas mnie język świerzbiał, aby coś sprostować, coś objaśnić, coś wyjaśnić — nie wolno mi się odezwać, podczas gdy moja rzecz się toczy, sąd zaś o nic mnie się nie pyta, ignoruje obecność „strony”, nie okazuje najmniejszej ochoty lepszego poznania sprawy, o którą chodzi. Rzecz osobliwa: wydano wyrok na wspak wyrokowi pierwszej instancji, na wspak logicznej i miażdżącej przemowie prokuratora, nie zadawszy ani jednego pytania, nie zainteresowawszy się niczym... Ja osobiście miałem uczucie, że nie rozumieją ze sprawy nic. Wesele Figara! Wydano też wyrok, który doczekał się odpowiedniej recenzji w „Głosie Prawa”...
To przerażające wrażenie, jakie wynosi się z sali Sądu Kasacyjnego, nie jest tylko impresją literata. Zwierzyłem się z tym jednemu z najtęższych luminarzy naszego sądownictwa. Uśmiechnął się tylko i rzekł: „Dotykasz, nie wiedząc o tym, jednej z bolączek naszej procedury. My, prawnicy, nazywamy to: apelatio a iudice melius informato ad iudicem peius informatum (apelacja od sędziego lepiej poinformowanego do sędziego gorzej poinformowanego)”...
Tak powiedział luminarz sądownictwa. A ja pomyślałem: dobrze to prawnikom, nazwą coś po łacinie i już kontenci; ale dla „strony”, która opuszcza salę sądową, stwierdzenie tej prawdy bywa bolesne!
To jest niewątpliwe: przy tym toku spraw, sędzia najwyższej instancji zna sprawę, którą sądzi, o wiele gorzej niż sędzia niższej instancji. I kasuje wyrok i wydaje nowy, ten już bez apelacji. Czy może być większy paradoks? Ale nie tylko zna sprawę gorzej; jeżeli brać rzeczy naturalnie, po ludzku, i wola prawdy musi być u niego o wiele słabsza. Osobiście jest bez porównania mniej zainteresowany w słuszności, w legalności swego wyroku, którego nikt kontrolować już nie ma prawa. Po co mu głowić się i dochodzić istoty prawdy i słuszności, kiedy prawda, kiedy słuszność, to... on sam; to, co on orzeknie, jest prawdą i prawem bez apelacji. Musiałby człowiek być aniołem, aby nie nabrał skłonności do zadowalania się tą prawdą. I o ile pierwsza instancja musi z konieczności być szkołą ścisłego i nienagannego interpretowania prawa, o tyle Sąd Kasacyjny łatwo może stać się szkołą naciągania prawa, szkołą prawniczej sofistyki, „twórczością sędziowskiej samowoli”, jak z okazji sprawy Boy — Beaupré nazwał „Głos Prawa” wyrok Sądu Najwyższego. I byłoby niepokojące, gdyby instancja szczególnie powołana do strzeżenia formy (La fo-orme, jak mówią w Weselu Figara), mogła czynić z tej formy samowolne i posłuszne narzędzie do wypaczania treści praw i ich ducha. Odczuje każdy ten niepokój, kto w broszurze dra Lutwaka odczyta jasny i logiczny tekst wyroku pierwszej instancji, a potem przebrnie przez gąszcz matactw wyroku kasacyjnego.
Rozumiem dobrze, że ideę wymiaru sprawiedliwości trzeba przyjąć, jak to mówią, „z dobrodziejstwem inwentarza”. Zawsze musi być jakaś najwyższa nieodwołalna instancja ze swymi niedomaganiami. Ale dałoby się może ulepszyć to i owo. Jesteśmy w trakcie tworzenia nowego ogólnopolskiego kodeksu; pragnąłbym, aby te rozważania człowieka, który najlepiej — bo na własnej skórze — poznał braki procedury, były wzięte pod rozwagę. Proponowałbym np. wprowadzenie następującego paragrafu. Jeżeli Sąd Kasacyjny w wyroku swoim chce wyjść poza formalne rozważania wyroku niższej instancji i wchodzi w treść samej sprawy, powinien być z tą sprawą co najmniej równie dobrze obznajmiony; strony powinny mieć swobodne prawo wypowiedzenia się i winny być na nowo przesłuchane. Nie śmiem prosić, aby, w razie jego przyjęcia, paragraf ten nosił miano lex Boy, chociaż miło by mi było zbierać plon błogosławieństw, jakimi obsypywaliby autora tego punktu ci, których ocaliłoby to może od niejednej krzywdy legalnej.
„Krytykowane orzeczenie Sądu Kasacyjnego (dodaje »Głos Prawa«), ma jednak — czego w imię sprawiedliwości nie wolno nam zamilczeć — tę niepoślednią zasługę, iż w związku ze sprawą Boy — Beaupré poruszyło szereg niezmiernie doniosłych, a po części też niełatwych zagadnień prawnych, wyłaniających się z naszej ustawy o prawie autorskim, chociaż sprawiedliwe osądzenie tej arcyjasnej sprawy — jak już zaznaczyliśmy — roztrząsania zawilszych zagadnień prawnych nie wymagało i chociaż je Senat Kasacyjny rozwiązał przeważnie mylnie”.
Podnosząc zupełne niezrozumienie, z jakim spotkały się u Sądu Kasacyjnego zagadnienia natury artystycznej, tak dobrze odczute przez krakowski sąd pierwszej instancji, kończy „Głos Prawa” tak:
„Jakże tu — nieprawdaż? — zrozumieć tego dziwaka Boya, który głosi kult przecinka — pisze o nim całe felietony”...
„Kończę pytaniem: jak ma być twórczy i wobec twórców sprawiedliwy sąd, który nie pojmuje, nie wyczuwa, czym jest sztuka i jak silnej opieki prawnej wymaga jej wrażliwa, delikatna godność?”...
Tak mówi, w swoim fachowym piśmie, prawnik. Dobrze, że choć on to powiedział! Bo w czasie mego procesu, zarówno przed jak i po wyroku, nasi pisarze i literaci milczeli zawzięcie: nie odezwał się nikt, tak jakby nie o naszą wspólną najświętszą sprawę chodziło! Niechże ten gorąco napisany, druzgoczący swą logiką komentarz prawnika będzie dla ogółu literatów nauką, tak jak dla mnie, biednego, skastrowanego Samuela Zborowskiego, stał się pełną satysfakcją, o ile w tym położeniu można mówić o satysfakcji.