Solweg szuka człowieka...
Jednym z uroków zawodu felietonisty jest bezpośrednie współżycie z publicznością. Oddźwięk, jaki się znajduje, telefony, listy — wszystko to jakże zstokrotnia73 puls osobistego życia, płynącego zawsze zbyt leniwo... Zwłaszcza gdy się poruszy jakąś kwestię szczególnie żywotną, jak np. w moim ostatnim felietonie o Drobnych ogłoszeniach. Ileż zamigotało mi światełek, ileż otrzymałem rewelacji! To, com ujrzał przez uchyloną szparkę „dzisiejszości”, zdumiało mnie. Nie bardzo mam czas żyć: raczej odgaduję życie współczesne, niż je znam; toteż, gdy mi się gdzieś odsłoni jego rąbek, patrzę z szeroko otwartymi oczami. Okazało się, że „drobna korespondencja” to cały odrębny, tajemniczy świat; że krążą pod ziemią listy, hasła, nawoływania się, że istnieje cała wielka masoneria poszukiwaczy szczęścia obojej płci. Ten świat podziemny ma coś z balu maskowego, gdzie nikt się nie zna (cóż łatwiejszego, jak zmienić nazwisko, charakter, zmylić ślady!); myśli, poglądy, pragnienia, uczynki, objawiają się śmielej, ludzie mówią z sobą prosto i szybko.
Może to wszystko razem jest ociupinkę niemoralne? Kto chce, niech rzuca kamieniem; ja — wyznaję szczerze — nie umiem. Kto sobie żywo uprzytomni niedole poprzednich pokoleń, ten nie odważy się potępić życia dzisiejszego, ten raczej wielbi je ze wszystkimi jego skazami. Na co ja patrzałem! Ileż panien „z dobrych domów” a bez posagu, ślicznych, hożych, rwących się do życia, obumierających z wolna w jałowym „staropanieństwie”, które nie dość że było męką, ale było i wstydem. A te domy, gdzie Bóg zesłał trzy, cztery bezrobotne córki, cóż za dantejskie piekło, atmosfera w swej musowej „cnocie” duszniejsza niż dom publiczny! A te tragiczne pary: matka ze starzejącą się córką snujące się po balach, festynach, z fałszywym uśmiechem na ustach, a żółcią i rozpaczą w duszy. Nie, nie umiem się dąsać na dzisiejsze życie. Żyjcie, dziewczęta, radźcie o sobie jak możecie, a choćbyście nawet trochę pobroiły, daję wam moje błogosławieństwo.
Ale przejdźmy do dokumentów. Dokumenty — to moja słabość. Skąd je mam? — Czytelnicy, wierni czytelnicy, dostarczyli mi wszystkiego. Mam w ręku całe pliki.
Jakże się zmienił zawód don Juana! Zamiast przebiegać ulice i bale publiczne, staczać krwawe pojedynki, zamiast wykradać żonę zza ryglów męża, pannę zabierać z objęć narzeczonego — daje anons. Otrzymuje dwadzieścia, trzydzieści, pięćdziesiąt listów, zależnie od mirażów anonsu. Odpowiada albo nie, wybiera bardziej interesujące, prowadzi korespondencję, odbiera zwierzenia, spowiedzi (często zmyślone, czasem naiwnie szczere), fotografie, wreszcie naznacza schadzki. Oczywiście niepodobna aby to wszystko miał w głowie; musi prowadzić buchalterię, istny „dziennik podawczy”. (Mam jeden taki dziennik w ręku). Są tam odsyłacze do korespondencji, umieszczonej w oddzielnych paczkach; uwagi, komentarze, wrażenia osobistych spotkań; wreszcie, jako synteza: stopień — jak w szkole — dawany petentkom. Z czasem staje się to pasją, rodzajem „krzyżówki”; poznawanie coraz nowych typów, odbieranie coraz nowych listów, prowadzenie w miarę ochoty tej gry, ożywionej od czasu do czasu jakimś ładnym lub zajmującym epizodem, to staje się pasją, i w istocie jakże znakomicie rozszerza skalę możliwości życiowych! Toż samo dla kobiet; cóż za emocje przy wysłaniu swojego listu: czy ją zauważą w tłumie, czy przyjdzie odpowiedź, istna loteria klasowa kobiecości. Widziałem dziennik mężczyzny, który ogłosił dwie różnie brzmiące oferty; otrzymał od kilku kobiet zgłoszenia na obie, w listach brzmiących zupełnie identycznie...
Bardzo interesujący dokument, te listy, których mi użyczono. Szeroka skala, rozmaitość sfer. Są bidulki szukające trochę pomocy, są dumne panny, szukające wrażeń i tajemnicy, łaknące podziemnego życia, które by ich nie krępowało w „ich świecie”. Rozmaitość aż do ortografii: jedne piszą haotycznie przez h, drugie z kokieterią cytują... Arystotelesa; jedne piszą urzędownie: „zainteresowana ofertą szan. Pana, proszę uprzejmie”...; gdy drugie tryskają na niewidziane skarbami liryzmu: „Przyjdź!... daj moc pocałunków!... A może to mój wyśniony? Jestem delikatną roślinką cieplarnianą, która potrzebuje dużo, dużo ciepła... słońca, pieszczoty, poezji”...
Inna, wymieniając swoje kwalifikacje w świetle stawianych żądań, pisze: „...z temperamentem gorzej. Swoją drogą chciałabym poznać pana szukającego temperamentu”.
Inna: „...być sobą, w złym i dobrym, aż do zuchwałości, uważam za szczęście”...
Inna, krótko: „Mam zalety fizyczne i moralne, o których nie lubię mówić”...
Inna: „Jestem blondasem, mam lat 19”...
Inna: „Jestem chaosem, zbiorem krańcowości”...
(Wybieraj teraz, człeku, co wolisz, blondasa czy chaosa?)
A to biedactwo: „Szanowny panie! Pragnęłabym poznać pana, ale takiego dobrego, kochanego, żeby mógł pomóc mi materialnie, nie żądając w zamian nic, prócz gorących pocałunków i niewinnych pieszczot. Mam taki wstrętny kapelusz, a chciałabym mieć nowy, gdyż nadchodzi ta cudna wiosna. Przepraszam za śmiałość i za bezczelność; gdy się poznamy, opowiem wszystko szczerze. Mam lat 20, jestem blondynką”... etc.
Tu i ówdzie uderza zjawisko lingwistyczne, które raz już notowałem: dezorientacja w cudzoziemskich słowach, np. „proszę o wyjawienie swego alibi”...
Tu znów cała mała komedia w 3 aktach i w dwóch tygodniach.
Oferta: „Zamożny, przystojny, lat 35, szuka młodej przyjaciółki, przystojnej, szczupłej, z temperamentem”. A oto trzy kolejne listy jednej z „reflektantek”.