Zakończenie
Pewnego wieczoru, lub raczej pewnej nocy, wychodząc z jakiegoś bankietu, spotkałem się w drzwiach z p. Marią Kasterską. Uszliśmy parę kroków razem. — Gdzie można by jeszcze iść, spytałem, będąc w Paryżu niepoprawnym włóczęgą. — Ja pana zaprowadzę. Szedłem posłusznie, zaciekawiony. Wkroczyliśmy w najpoufniejsze zakątki Dzielnicy Łacińskiej, jakieś stare ulice, stare kościoły. Okazuje się, że pani Kasterska jest namiętnie zakochana w dawnym Paryżu, zna każdy kąt, każdy kamień, o każdym ma coś ciekawego do powiedzenia. Cudnie jest. „Księżyc płynie swobodnie po przestrzeni bez chmur — tajemnych uczuć niepojęta władza — odbiera sen, tęsknotę naprowadza”, jak śpiewają w operze. — Miałam o panu gorsze wyobrażenie, mówi pani Kasterska z poważną minką, ale widzę, że pan dosyć dobrze umie chodzić. — Po Paryżu? Choćby całą noc, odpowiadam. — No, to pana jeszcze gdzieś zaprowadzę.
Przecinamy Sekwanę samym cyplem wyspy św. Ludwika, okrążamy milczący Hotel Lambert i przechodzimy na prawy brzeg. Jakże głęboko w nocy uśpiony jest Paryż, jak szanuje spoczynek nocny to najpracowitsze miasto! Wszystkie okna ciemne, jedynie na ogromnej płaszczyźnie bocznego ślepego muru błyszczy czerwoną firanką jedno samotne okienko. Nie wiem czemu, ale w tym oknie czytam nagle całą powieść Balzaka czy Barbeya. Mijamy wiele ulic, przystajemy pod starym pałacykiem pani de Sevigné, — dziś muzeum — moja przewodniczka sunie przez labirynt ulic bez jednego wahania, z nieomylnością lunatyczki. Wchodzimy w zamknięty czworobok domów tworzący ogromny plac, w nim ogród, po rogach cztery fontanny, w środku konny pomnik. W tej chwili wszystko śpi. Światło księżyca leje się na tę pustkę. To plac des Vosges. Może tam byłem kiedy, może nigdy, ale w tej chwili wydaje mi się czymś czarodziejskim. Mury mówią, kamienie mówią, słyszy się je jak muzykę.
Późno jest, przejeżdża automobil, chcę odwieźć moją przewodniczkę. Odmawia z oburzeniem. — Nigdy, powiada, w Paryżu nie używam tego wstrętnego pudła, chodzę piechotą. Niech pan jedzie, jeżeli pan zmęczony, wrócę sama, nie boję się”. Oczywiście ja znów się oburzam, jak przystało na rycerskiego Polaka, i odprowadzam tę drobną a mężną kobiecinkę przez pół Paryża, aż gdzieś za Panteon, po czym, już o brzasku, leniwo wlokę się do domu.
Och, te powroty o świcie, pieszo, ileż mi one chwil przypominają. Ile razy tak wracałem. Powrót godzinę, półtorej godziny, do domu w nocy nie był tu za studenckich czasów niczym niezwykłym. Dorożka była fantastycznym zbytkiem, zresztą nie było ich w nocy, a jeżeli która wzięła pasażera, to o tyle, o ile jej to było po drodze do domu. Ileż uroku miały takie powroty, pełne myśli, marzenia, drażnione budzącym się życiem rannego Paryża. W szarzejącym ledwie brzasku ciągnęły wozy w warzywem, z mlekiem. Czasem doczekało się otwarcia piekarni, kupował człowiek ciepią bułkę chleba, potem otwierali mleczarnię, świeżutki Gervais z chlebem, cóż za pyszne śniadanie w wygłodzeniu bezsennej nocy. Szło się wolno, smakując chleb, ser, poranek. W perspektywie łóżko, gorąca kawa, i książka w łóżku, i utopiony w niej dzień, i znów Paryż, — życie próżniacze a pełne, nie zmącone żadną inwazją rzeczywistości.
Czy może istnieć idealniejszy teatr marzeń niż tu, wśród tych mówiących kamieni? Czarne wieże Conciergerie odbijające się w Sekwanie, to znów pomnik Maupassanta w parku Monceau i jego niemodna Paryżanka w sukni z buffami, albo Musset pod Komedią Francuską, wreszcie, o każdej porze dnia i nocy, zawsze niespodziany, zawsze jak gdyby pierwszy raz widziany plac Zgody! To znów, z wyżyn Sacré-Coeur, morze Paryża spowite delikatną mgłą. Ale każda ulica, trudno powiedzieć na czym polega czar tych ulic. Ileż razy wówczas, przed laty, zmęczony chodzeniem, siadałem na imperiałkę omnibusu i jechałem wszystko jedno gdzie, patrząc sennie, wystawiając się na promieniowanie miasta niby w kąpieli słonecznej na działanie słońca. To znów wieczór, co za rozkosz przecinać miasto z lewego brzegu na prawy omnibusem w trzy siwe konie — sławny Batignolles-Clichy-Odeon — robić zakręt koło Saint-Sulpice, patrzeć z góry na te tak dramatyczne wody Sekwany, przepychać się w trzy konie długą ulicą Richelieu, zanurzyć się na minutę w gwarze przecinanych bulwarów i już piąć się pod górę na Montmartre, zaglądając niemal w niskie okna antresoli na tych wąskich ludnych uliczkach!
Wyznam po cichu: w ciągu tych kilku miesięcy pierwszego pobytu nie byłem właściwie nigdzie; ani w żadnej bibliotece, ani w sali wykładowej, ani — o zgrozo — w Komedii Francuskiej. Nie znałem nikogo, nie zamieniłem dwóch słów z żadnym Francuzem. Pławiłem się jedynie w ulicy Paryża. Raz, pamiętam, spędziłem cały dzień wiosenny na jakimś skwerze, na przemian drzemiąc, gapiąc się, czytając Cezara Birotteau. Po kilku miesiącach tego wałęsania się wróciłem innym człowiekiem.
Magia Paryża! Niedawno temu zakrawałoby to na mistycyzm. Dziś, wobec wielu nowych pojęć naukowych, wydaje się to czymś zupełnie realnym, czyż nie mogą kamienie mówić, czy nie może dusza miasta wnikać w duszę człowieka nieuchwytnym fluidem?
Mury Paryża są bardzo szczodre. Kiedy człowiek wałęsa się po tym mieście, ma uczucie, że jest mądry. Złudzenie! To Paryż jest mądry za niego: odczuwa się to bardzo dotkliwie, kiedy się wróci do domu i wyjdzie ze sfery działania tej potężnej dynamo. Pamiętam jedno takie przedpołudnie, przed dwoma laty, w dzień wyjazdu z Paryża po krótkim pobycie. Siedziałem na terasie kawiarni, przygrzewało łagodnie majowe słońce, byłem trochę niewyspany, sączyłem apéritif (nauczyłem się już znaczenia tego wyrazu), przydrzymując trochę od czasu do czasu. Miałem uczucie, że jestem Diogenesem grzejącym się na słońcu. I nagle przyszło na mnie olśnienie. Ujrzałem przed sobą otwartą wspaniałą karierę. Zastanawiałem się mianowicie, że w naszej epoce są ludzie uczeni i mniej uczeni, mędrsi i mniej mądrzy, ale że zanikła profesja, która istniała w starożytności: mędrzec. Co to był mędrzec, trudno dziś określić. Mędrzec nie potrzebował pisać książek, nie potrzebował robić wynalazków, ani dokazywać jakichś szczególnych rzeczy; wystarczyło parę rysów, parę gestów — mędrzec. To był pewien stosunek do życia, do siebie samego, do świata. Taki Diogenes zerwał z kobietami i sprawił sobie drewniany kubek: — mędrzec. Jakiś tam Greczyn nie uznawał innej linii tylko prostą: przyjaciele musieli za nim chodzić i pilnować go, aby nie wlazł do rzeki albo nie rozwalił sobie głowy o drzewo: — mędrzec. Inny uszedł po prostu kilka kroków, aby zadać fałsz komuś, kto twierdził, że nie istnieje ruch: — mędrzec. Kazałem sobie podać jeszcze jeden wermut. Słońce łaskotało mnie rozkosznie po twarzy. Coraz bardziej czułem się mędrcem. Widziałem przed sobą drogę życia, tak wyraźnie, że układałem sobie, iż pierwsza rzecz po powrocie do kraju będzie zamówić sobie bilety wizytowe z napisem:
Boy, mędrzec
Potem, w drodze, zapomniałem o tym. Przypomniałem sobie, kiedym wysiadał na dworcu w Warszawie. O biada! nigdy się nie czułem głupszy. Padał deszcz. Zajechałem do domu. Wróciłem do moich zajęć.
Biletów wizytowych nie zamówiłem dotąd...
A Paris
Conférence faite par M. Boy-Żeleński le 19 février 1927, au grand amphithéâtre de la Sorbonne, à la Séance solennelle présidée par M. le ministre Louis Marin.
Monsieur le Ministre, Mesdames, Messieurs.
Me trouver ici, à Paris, ce Paris si adoré par moi dès ma jeunesse, dans cet auguste amphithéâtre de la Sorbonne, dans cette brillante assistance, devant ce public choisi; — y être l’objet de cet honneur insigne, de cette manifestation de sympathie, parler au public français, tout cela me semble vraiment plutôt un rêve, un songe, qu’une réalité. Vous saisirez encore mieux ce sentiment que j’éprouve, quand je vous raconterai en quelques mots les étapes de ma vie, une vie très simple à la vérité, mais dont le cours pourtant, vu surtout dans les lumières de cette salle, me paraît en ce moment un peu fantastique. Je sens bien tout ce qu’il y a d’audace de se laisser aller à des confidences personnelles devant une telle assemblée; mais enfin se comprendre soi-même, se faire comprendre aux autres, c’est un besoin inné à l’homme, c’est une des sources de la littérature. Or, puisque, Mesdames et Messieurs, vous daignez vous intéresser à ma modeste personne — où plutôt à l’idée qu’elle représente — puisque nous devons faire connaissance, je ne vois pas d’autre moyen que de me raconter tout simplement à vous, que de faire en votre présence comme qui dirait „une heure avec...”, une petite heure avec moi-même.
D’autant plus que ma situation littéraire et personnelle a toujours été, dans mon propre pays, assez compliquée, pour ne pas dire équivoque. D’abord, j’ai le triste privilège d’être considéré comme une sorte de phénomène, ayant, comme vous le savez déjà, traduit bien près d’une centaine de volumes des chefs-d’œuvres de la littérature française. Oui, c’est là l’aspect vénérable, dirai-je, de ma personne, son aspect „décoré”. Quand on parle de moi dans nos journaux, on emploie volontiers des expressions comme: „tâche écrasante”, „travail infatigable” — et surtout „bénédictin”. Boy et bénédictin sont devenus presque des synonymes.
Et pourtant, quand, il y aura bientôt une vingtaine d’années de cela, j’ai débuté par un recueil de petites chansons, elles furent trouvées bien audacieuses, voire frivoles, et faisaient la nique à bien des choses respectées qui me semblaient peu respectables. Lorsque, ensuite, je devins populaire — trop populaire — dans mon pays comme poète, on me fit l’honneur de me trouver sensuel et pervers. Et lorsque, comme critique de théâtre, comme feuilletoniste, je suis parfois obligé de batailler, de me chamailler, je le fais avec un entrain qui vraiment n’a rien de bénédictin.
Et ce n’est pas la fin de ces surprises. Pour les uns, je suis le traducteur des Pensées de Pascal, pour les autres le traducteur des Dames galantes de Brantôme. D’un côté on m’offrait la chaire de littérature française à l’Université de Poznań, de l’autre côté on me traitait de corrupteur de la jeunesse. Et remarquez enfin que, derrière tout cela, se cachait pendant assez longtemps encore un troisième personnage: Boy-médecin, oh, c’est bien le cas de le dire: „médecin malgré lui”.
C’est bien pénible de n’avoir pas de physionomie homogène. Or, il advint une fois que l’envie me prit de voir clair moi-même dans tout cela, et de chercher ce qu’avaient de commun entre eux ces personnages disparates. La voie d’une confession publique me parut la plus efficace. Et non pas par écrit; non, d’une confession de vive voix. Je fis mes malles, et j’entrepris le voyage dans une cinquantaine de villes en Pologne en y faisant des conférences. Or, il se trouva que cette confession touchait à tout moment aux choses de la France; que c’était en France que j’étais obligé de chercher le sens caché de mes avatars, de sorte qu’en somme, cette confession devint un hymne passionné à la gloire de la France. Mais, lorsque je me permis d’ôter cette robe de bénédictin dont on m’affublait, il me fut impossible de continuer la mystification: je fus contraint de montrer que ce qu’elle cachait, cette robe austère, c’était la passion, l’amour, le plaisir, la volupté.
J’ai été sous le charme de la pensée française presque avant de la connaître; le son de la langue française, la vue d’un livre français, avaient pour moi, enfant, quelque chose de fascinant. Chez nous, en Pologne, dans beaucoup de familles les enfants apprennent le français tôt: pas tout à fait, hélas, comme Montaigne le latin, mais enfin assez tôt. Étant sorti de l’âge des bonnes, j’eus pour maître de français un Courlandais francisé, d’une famille émigrée, un ancien Zouave, qui avait servi la France dans la Légion Étrangère. C’était un solitaire, un misanthrope à la façon d’Alceste, qui vivait au milieu de ses livres, de ses classiques français chéris. Moi, j’étais alors très „moderne” — ce qui est bien naturel, vu que j’avais treize ans — aussi nous nous disputions souvent. Moi, je lui parlais Guy de Maupassant, il me répondait Pascal. Je reconnus plus tard qu’il avait raison. C’était pis, quand il me fit réciter par cœur la description de la grotte de Calypso du Télemaque, en voulant me faire avouer qu’il n’existait rien de plus beau au monde. J’étais alors sous le charme de bien d’autres Calypsos. Le „roman mondain”, qui était alors à son apogée, faisait mes délices; je me bourrais de Cruelles énigmes, de Mensonges, de Notre coeur, de Coeur de femme etc. Gosse de treize ans, avec des mains barbouillées et des pantalons déchirés, je vivais par mon âme dans les coquettes garçonnières des „hommes du monde”, et je couvrais en rêve de baisers brûlants les sveltes, les souples corps de ces „femmes mariées” enchanteresses, qui, après l’heure exquise, s’évadaient discrètement, en laissant après elles une traînée de parfums; je crois que c’était de l’opoponax. Ah! comme je comprenais bien ces „femmes incomprises”, comme j’aurais su les aimer alors! C’était pour moi comme du haschisch, je quittais le livre les joues enflammées, avec une tendresse exaspérée dans l’âme...
Excusez ces détails, peut-être superflus, mais depuis le grand patron de tous ceux qui se confessent, depuis l’immortel Jean-Jacques, une petite description de délires innocents de l’imagination enfantine est devenue, dans une confession, pour ainsi dire de rigueur.
Le collège fini, il fallait embrasser une carrière. J’étais fils d’un artiste, d’un éminent musicien-compositeur, Ladislas Żeleński. Je fus élevé dans l’atmosphère de l’art, pourtant je ne sais quel diable s’en mêla, — quand vint le moment de décider, je choisis la médecine. C’était peut-être encore le dernier écho de l’époque positiviste, qui créa ce préjugé que toute étude un peu sérieuse sur la vie devait commencer par la dissection des cadavres. Mon état d’âme était alors à peu pres celui du fameux Disciple.
Tout en fréquentant assez mollement mes cours, j’avais toujours quelque livre français dans ma poche. Je me passionnais alors pour la critique française, j’adorais Jules Lemaître. C’était aussi le temps de l’épanouissement d’Anatole France. Ah, Mesdames, Messieurs, c’est au Lys rouge que je dus ma première „femme du monde”: ma conversation sur ce livre lui parut si délicate, qu’elle sentit d’instinct qu’elle pouvait se confier à moi.
Je fréquentais, par goût, les jeunes cénacles littéraires à Cracovie. La dévotion était alors aux Scandinaves, aux écrivains russes, à Ibsen, à Strindberg, à Dostoievski, à Nietsche, à Oskar Wilde etc. Nous autres, Polonais, nous avons une grande et belle littérature à nous, mais à l’époque de ma jeunesse nous consommions énormément de littératures étrangères. Or, dans les cénacles d’alors on n’était pas toujours très tendre pour la France. De ce temps je retins comme exemple une anecdote, dont le souvenir m’amuse parfois beaucoup. Un jour, en portant un gros livre sous le bras, j’entrai chez le grand écrivain Przybyszewski, dont j’avais l’honneur d’être le jeune ami. Voyant mon bouquin, toujours curieux des livres, il me demande ce que c’était? C’étaient Les dialogues philosophiques de Renan. A cette vue, l’écrivain fut saisi d’un fou rire; de plus il appela de la chambre voisine sa cuisinière, et, hors de lui, les yeux injectés de sang par le rire convulsif, il lui dit en montrant mon livre: „Kasia, regarde ce que ce monsieur lit!” La cuisinière, un peu hystérique, ne comprenant rien, mais gagnée par la hilarité de son maître, se mit aussi à se tordre de rire; et pendant quelques minutes ils se gaussèrent ainsi tous les deux de ma pitoyable lecture.
Mais, si l’on était quelquefois rebelle au côté rationaliste de la pensée française, en revanche, la poésie française avait conquis les cœurs de notre jeune génération d’alors. Il y a trente ans, nous fumes charmés par la belle traduction faite par le poète Miriam du Bateau ivre d’Arthur Rimbaud, dont on se grisait en le „gueulant” à tue-tête. On admirait Verlaine et on se chuchotait tout bas sa légende; Les fleurs du mal de Baudelaire étaient le livre de chevet de nos jeunes poètes. Dans un des jeunes cénacles dont je faisais partie, et où on faisait largement honneur aux spiritueux, il était de rite de s’agenouiller tous ensemble, et de réciter en chœur Les lithanies de Satan de Baudelaire, alors récemment traduites par le poète Stanislas Brzozowski. On se frappait la poitrine comme des derviches en extase tout on hurlant le refrain: „O, Satan, prends pitié de ma longue misère!” On lisait beaucoup Huysmans; plus d’un de nos jeunes décadents (comme on les appelait à cette époque) aurait volontiers imité la vie „à rebours” de des Esseintes, ci cela avait été moins coûteux.
Mais, si l’on parle de l’état des esprits de la jeune Pologne à l’égard de la littérature française, il faut bien distinguer: ceux qui connaissaient la langue et ceux qui ne la connaissaient pas. Les premiers étaient tous acquis à la France; les opinions des autres étaient plutôt confuses. La connaissance de la langue française se perdait chez nous; à mesure que surgissaient de nouvelles couches démocratiques, elle devenait un luxe. On nous tourmentait beaucoup au collège avec le grec; on nous bourrait de la langue et de la littérature allemande... Or, ceux qui ne possédaient pas la langue française étaient quasi-matériellement séparés de la France, n’en pouvaient avoir qu’une très faible idée, surtout de sa grande littérature. Car, par un paradoxe assez curieux, nous avons toujours eu assez peu de traductions de français, par le fait même de la diffusion séculaire de cette langue chez nous. Prenons un exemple: nous n’avons jamais eu de traduction de la Nouvelle Héloïse. A l’époque ou, comme veut la légende, le roi Stanislas-Auguste, après son avènement au trône, écrivait à Mme Geoffrin: Arrivez, maman, votre fils est loi, — on n’avait pas besoin chez nous de traductions. De même Mme Hańska, pour faire sa déclaration à Balzac, n’a pas attendu les traducteurs. Fait curieux: dans la période de la plus vive gloire de Balzac, 1840–1880, nous n’avons pas eu de ses traductions. Mais successivement, quand la connaissance de la langue française commença à se perdre, cet état devint très dangereux pour le rayonnement de la pensée française.
Je devins donc docteur en médecine. Bientôt je me retrouvai à Paris, où je devais me perfectionner dans l’art médical.
C’est à peine si je mis les pieds dans les cliniques. C’était, je crois, aux cours de M. Dieulafoy et de M. Hayem. Mais je sentis aussitôt que, me trouvant à Paris, dans cette ville unique, ce serait folie que de perdre mon temps à percuter les poumons et à tâter les foies absolument identiques à ceux que j’avais laissés dans mon pays. Alors j’envoyai promener les hôpitaux et les laboratoires et tout bonnement je me mis à flâner au hasard.
Je ne trouve rien, à quoi je pourrais comparer l’impression de cette première rencontre. Il y a dans cette ville comme un fluide mystérieux qui se dégage des murs, des rues, de la foule, de l’air. Cette impression est si forte, si enivrante, que les nerfs de beaucoup de gens se trouvent ébranlés par ce premier contact avec Paris; c’est comme une crise aiguë, suivie d’une prostration. Moi aussi, j’ai subi cette attaque de „neurasthénie parisienne”. Affolé, énervé, presque malade, je me suis enfermé dans ma petite chambre d’étudiant — c’était un petit hôtel de la rue Bonaparte — et l’hiver étant dur, je restais presque tout le temps dans mon lit, ayant pris un abonnement dans un cabinet de lecture. Je suis tombé sur un livre de Balzac, auteur que je ne connaissais presque pas: c’étaient, par hasard, Les Illusions perdues. J’ai dévoré de suite toute La Comédie humaine. Alors seulement je fus vacciné contre Paris, je pouvais me promener dans les rues. Cette lecture de Balzac en plein Paris inconnu, qu’accompagnaient les rumeurs de l’immense ville arrivant du dehors, me procura quelques semaines que je crus passer dans un rêve. Le soir, quand il fallait quitter la chambre pour prendre quelque nourriture, je parcourais la ville vivant encore dans la magie de la Comédie humaine.
Et puis, les quais de la Seine! Je connus la volupté de ces promenades qui durent des heures, de ces langueurs en présence du plus beau paysage du monde, de ce paysage de pierre du vieux Paris depuis Notre-Dame jusqu’au Louvre, tout en furetant dans les boîtes aux livres le long des Quais...
Après Balzac, vint Diderot, dont Jacques le fataliste et son maître m’intrigua d’abord sur les quais par son titre bizarre. Cela me fit faire le tour du XVIII-e siècle. Et c’est là, sur les quais, que j’ai suivi, en quelque façon, le cours de la littérature française; c’est d’ailleurs le seul que j’aie suivi. Je n’ai fait que m’extasier devant les murs vénérables de la Sorbonne, du Collège de France, fasciné par la force mystérieuse qu’elles recèlent. Mais je n’y ai jamais mis les pieds. J’étais timide, je ne savais pas par où l’on entre, et puis, le principal, j’étais venu à Paris pour étudier la médecine.
Mais autre chose devait me solliciter si fortement que ma carrière s’en trouva changée. Je veux parler de la chanson, de la chanson parisienne. De cette chanson, je fus vaguement épris des les premiers jours passés à Paris. C’était exotique pour moi: chez nous on ne chantait pas. Je rencontrais cette chanson un peu partout. Dans la rue je stationnais volontiers dans les groupes qui entouraient un chanteur ambulant. Puis, à mon étonnement, je vis des boutiques à chansons, où l’on vendait des chansons comme des petits-pains et où un gramophone d’une patience à toute épreuve enseignait au public la chanson du jour. J’entendais avec plaisir chanter les jeunes filles que j’avais connues au Bal Bullier. Mais les vraies sources de la chanson parisienne m’étaient inconnues. Certes, les échos des glorieux succès du Chat-Noir étaient arrivés jusqu’à Cracovie, mais pour moi, jeune sauvage, seul, perdu dans cet immense Paris, ahuri, je n’ai pas eu l’idée d’en demander des nouvelles; le Chat-Noir d’ailleurs n’existait plus.
Mais un soir, un camarade, un vieux Parisien celui-là, rencontré par hasard, me mena dans une petite rue — rue Champollion, je crois, non loin de la Sorbonne — dans une boîte sous l’enseigne Le Grillon, qui se changea depuis en Noctambules. Et c’est là que, moyennant un franc, bock ou café compris, j’entendis Paul Delmet, Marcel Legay, Gabriel Montoya, Numa Blès, Vincent Hyspa et les autres bons chansonniers de Montmartre. Je fus ébloui, émerveillé; j’avais l’impression qu’un voile me tombait des yeux, que pour la première fois je voyais le monde comme il faut le voir, reflété dans cette chanson si charmante et si variée. Encore aujourd’hui je saurais répéter presque par cœur les chansons que j’entendis cette première soirée. Les simples et si exquises mélodies, que Delmet, alors bien près de sa fin prématurée, chantait de sa voie grêle de poitrinaire; puis Montoya qui tous les soirs, pendant des années, roucoulait de sa voix de fausset sa jolie Chanson d’antan, pareil à un grand oiseau appelant désespérément sa femelle; et les autres qui de leur verve spirituelle fouaillaient petits et grands et donnaient aux événements de la vie plus de rythme et plus de sens. Oh! l’admirable chanson parisienne, ce fut vraiment elle qui acheva mon éducation; et c’est la nostalgie qu’elle me laissa au cœur qui décida plus tard de ma vie.
Tout cela était bien beau. Mais, pour le moment, le résultat en était tel, que je fréquentais tous les soirs les cabarets, que je flânais dans les rues en fredonnant les chansons entendues hier et en me faisant de dures reproches de négliger mon métier de médecin.
Enfin, après quelques mois de cette existence, il fallut bien rentrer dans mon pays. Je rentrai aussi dans les hôpitaux. Aux questions de mes maîtres de chez nous sur les nouvelles méthodes de la médecine française, je donnais des réponses plutôt diplomatiques. Enfin je poussais tant bien que mal ma médecine, tout en vivant — c’était mon plaisir et ma revanche — dans le monde de la bohème artiste de Cracovie.
Ces années de ma jeunesse se passaient justement dans une période très exubérante de la vie cracovienne et une des plus fécondes de la vie artiste en Pologne. La nouvelle sève s’accumulait dans ce Cracovie, dans ce coin de la Pologne où on respirait plus librement qu’ailleurs. Ce fut le renouveau du théâtre, de la peinture dont l’Académie fourmillait d’une jeunesse pleine de talent, de la littérature, — période qui fut ensuite comprise sous le nom général de la Jeune Pologne. Cette abondance de talents fit du Cracovie de ce temps la ville la plus extraordinaire peut-être qui existât jamais: une capitale intellectuelle d’un grand pays, entée sur une ville qui, à d’autres égards, était bien loin d’être une capitale; une ville relativement petite et dont les moyens matériels n’étaient en aucune proportion avec le rôle qu’elle jouait. De cela il s’ensuivit que l’élément artiste et intellectuel n’y était pas contrebalancé par les finances, l’industrie etc. Les artistes y arrangeaient la vie à leur guise sans se soucier des bourgeois et sans éveiller leurs protestations. Tout cela fit aussi qu’il s’accumula dans le clan artiste de Cracovie d’alors beaucoup de fantaisie, beaucoup de cet humour qui vit dans chaque générations d’artistes, mais qui, dans les tristes conditions de notre vie nationale, n’était jamais arrivé à s’exprimer publiquement. Là, tout près de l’Académie des Beaux-Arts, se trouvait un petit café où s’assemblaient peintres, sculpteurs et toute la jeune bohème cracovienne. Bientôt les parois se couvrirent d’esquisses, de caricatures, de là il n’y eut qu’un pas à l’idée de créer un cabaret artistique.
C’est là que naquit le Petit Ballon Vert, cabaret chat-noiresque, qui groupa la plupart de ceux qui dirigent aujourd’hui la vie artistique en Pologne et qui alors étouffaient dans la trop pleine et trop petite Cracovie. Ce fut une fusée de gaieté folle, un rire bruyant dont les échos parcoururent toute la Pologne; ce fut „le conseil de révision”, parfois cruel, de beaucoup de fausses grandeurs, de beaucoup de mensonges officiels, qui trop longtemps avaient trouvé un abri dans les labyrinthes de notre vie nationale, compliquée et tourmentée. C’est là, qu’entraîné par la gaieté qui était dans l’air, travaillé d’ailleurs par mes souvenirs parisiens, j’ai débuté par une chanson, une autre s’ensuivit, et bientôt, presque sans savoir quand et comment, je devins le gros pilier du Petit Ballon Vert.
Ce Cabaret de Cracovie avait une particularité: il donnait toujours de l’inédit. Aussi ne pensait-on pas à imprimer ce qui se débitait là. Mais après un certain temps, le nombre de mes chansons et de mes vers allant grossissant, on me persuada de les publier. Il fallait trouver un pseudonyme: je ne pouvais tout de même pas signer du même nom les ordonnances et les couplets. Sans penser longtemps, je pris le pseudonyme „Boy”, qui devint rapidement plus populaire que j’aurais pu le supposer et que jamais je ne pus abandonner depuis. Je ne savais pas alors que ma carrière littéraire aura des suites: de là ce paradoxe que la propagande la plus chaleureuse de la littérature française devait se faire par la suite sous un nom de guerre anglais...
L’encre c’est comme la cocaïne; quand on l’a goûtée on y revient. Aussi sentis-je le besoin de noircir le papier au surplus de chansons qui m’obsédaient. J’étais tourmenté par la nostalgie que Paris m’avait laissée au cœur. Ce qui me manquait autour de moi, c’était ce merveilleux sourire de la France, c’était sa sagesse aimable et profonde, c’était son souffle d’amour. Je ressentais vaguement le besoin de communiquer mon enthousiasme et de me recréer en même temps, dans mon cabinet de travail, une „France artificielle”, quelque chose dans le genre du „soleil artificiel des montagnes” que la médecine nouvelle a mis à la mode. Je me mis à traduire. Je me rappelai les instants merveilleux dus à Balzac, et c’est par Balzac que je commençai. Puis je traduisis le Misanthrope, pour voir au théâtre de Cracovie mon grand amour, la Célimène de Molière. Alors, avec Molière, ce fut une sorte de folie qui s’empara de moi. Je renvoyais les malades, quand ils avaient (rarement d’ailleurs) l’indélicatesse de m’incommoder, et je me plongeai dans l’œuvre de Molière. En moins de trois ans je traduisis tout, vers et prose, jusqu’à Don Garde de Navarre, jusqu’à La coupole du Val de Grâce, ce qui prouve qu’un grand amour peut mener à des perversités. La vie m’était devenue délicieuse. Quand j’eus fini tout Molière, je poussai un „ouf!” en pensant que jamais je ne pourrai plus entreprendre un travail de longue haleine: j’étais essoufflé. Pour me délasser, je m’amusai à traduire les jolies et si innocentes au fond Dames galantes de Brantôme; je le fis en vieille langue polonaise; comme notre langue au XVI-e siècle était très sévère, très chaste, cela produisit des effets encore plus cocasses que l’original français. Ah, mesdames, messieurs, cela fit un joli scandale, il faut le dire! mais un scandale que je bénissais, car il aida beaucoup au succès de mon Molière.
Puis, par contraste, je fus tenté par Les Liaisons dangereuses de Choderlos de Laclos et leur langue cérémonieuse, sobre, „brûlante à la façon de la glace”, comme en a dit le poète. Mais aussi Brantôme m’amena à Rabelais. Oh! ce fut de nouveau un paroxysme de bonheur! Je vous assure, qui n’a pas traduit Rabelais, ne sait pas ce que c’est le plaisir de vivre. Je riais aux éclats, tout en inventant le vocabulaire polonais pour rendre dans toute leur saveur ces énormes farces de génie.
Je le traduisis complet, en cinq volumes, pour lesquels je trouvai un éditeur, en le persuadant, que c’était „quelque chose dans le genre de Brantôme”. Il fallait bien employer de ces trucs innocents. Nous finissions justement d’imprimer le dernier volume, quand éclata la grande guerre mondiale. Mon éditeur en fut très contrarié, il me faisait de durs reproches. Nous finîmes notre Rabelais, mais le moment n’était vraiment pas bon pour le lancer: l’éditeur l’a descendu dans une cave, la place était assez bien choisie.
Mais bientôt on m’enrôla, comme médecin-major, plus que jamais „médecin malgré lui”, dans l’armée autrichienne; on me donna d’abord une casquette, puis un sabre, à la fin tout un uniforme. Heureusement, on m’oublia dans la forteresse de Cracovie, car Cracovie était — paraît-il — une forteresse.
Au premier moment il semblait que c’en est fait de toute la vie „civile”, la soldatesque étrangère envahissait tout. On ne voyait à Cracovie que les uniformes d’une foule de nationalités, qui s’entendaient entre elles tant bien que mal en allemand.
Ces premières semaines m’ont forcément détourné de mes travaux, ou plutôt de mes plaisirs. Mais bientôt ma vieille nostalgie me reprit avec une force redoublée. Écorchant l’allemand au cours de mes fonctions de la journée, improvisant dans cette langue mes rapports médico-militaires, j’employais à mes travaux préférés tout le temps possible. Sous le tas de paperasses il y avait toujours sur mon bureau un petit volume français que je cachais à la façon des écoliers, quand j’entendais de loin la voix hargneuse de mon chef. Pendant que les Allemands se battaient contre les Russes sous les murs mêmes de Cracovie, je me plongeai avec délices dans la traduction des Essais de Montaigne. Je traduisis Descartes dans ma petite chambre de service aux sons de la musique qui jouait la marche d’adieu aux régiments partant pour le front d’Italie, et je dois dire que ce rythme allègre allait assez bien à la pensée triomphale de Descartes. Je traduisis Le grand Testament de Villon en quelques semaines d’automne, dans une horrible baraque, humide et sombre, qui me servait alors de logement, où les souris se promenaient sur mon lit, tandis que la pluie battait désespérément le toit. C’était vraiment un cadre bien choisi pour vivre soi-même et faire revivre Le grand Testament de Villon.
Mais écrire n’était rien: la grande affaire d’alors, c’était d’imprimer, d’éditer. Trouver, en 1915 ou en 1916, à Cracovie, situé alors parfois à quelques kilomètres du front, — non pas un éditeur, mais un imprimeur qui consentît d’imprimer, à crédit naturellement, les cinq grands volumes de mon Montaigne, c’était, sans me vanter, un chef-d’œuvre d’éloquence et de diplomatie digne de l’illustre Gaudissart. C’est en 1916 que parurent à Cracovie Les Essais de Montaigne, et — fait remarquable — ils obtinrent un très grand succès: cette divine sagesse faisait du bien à des gens excédés par cette guerre, à laquelle on ne voyait alors aucune fin. Le Montaigne polonais fut beaucoup lu dans les tranchées.
D’un autre côté, il faut dire, que les livres que je publiais alors se trouvaient dans d’assez bonnes conditions de librairie. Rien ne paraissait presque, et comme le livre du dehors n’arrivait pas, le marché était presque vide. Alors le grand public prenait comme nouveauté — et vraiment c’en était une pour lui — du Diderot, du Voltaire, du Marivaux, de Mlle de Lespinasse, du Rousseau, du Gautier, du Balzac surtout. Et une fois cette littérature inoculée au public, elle y restât.
Donc, je publiai pendant toute la guerre en moyenne un volume de mes traductions par mois. Pour arriver à mon but qui était de faire vivre ces œuvres d’époques si éloignées et si différentes, il fallait se faire leur „conférencier”, il fallait les présenter au public, en les replaçant dans leur milieu; bref, il fallait m’improviser un peu historien de la littérature. Le temps de guerre se prêtait à des métiers improvisés: ce qui me donna courage. Je me plongeai dans la critique française que j’avais tant admirée dès ma jeunesse; je tâchai aussi de dégager mes impressions personnelles.
Car vraiment je puis le dire, il n’y a peut-être pas de rapports plus intimes que ceux qui se forment entre l’écrivain et son traducteur. C’est à son traducteur que l’auteur dévoile tout, jusqu’à ses faiblesses; c’est le traducteur qui peut le mieux distinguer le titre du métal précieux contenu dans chaque page. C’est lui qui, par son métier, entre dans le mécanisme le plus secret de la création, là où se cache peut-être le mystère du génie: dans le style, dans le verbe. Et cette intimité devient une source de voluptés infinies. Vraiment, je suppose que la décomposition chimique de la phrase d’un écrivain de génie produit un certain ozone que l’on aspire, dont on se grise, et dont l’aspiration devient une habitude, presque un vice, un gouffre où l’on s’engloutit. On se crée tout un sérail de styles, combien différents les uns des autres, combien amusants dans leur variété. La phrase savamment sèche de Mérimée auprès de la phrase congestionnée de génie de Balzac; la phrase sublime de dégoût et d’amour de Pascal, et la phrase éprise d’elle-même de Chateaubriand, et la phrase de Stendhal et de Musset et de tant d’autres... Chacune a son visage, son toucher, sa caresse berçante, piquante ou brutale. Je vous assure que c’est une débauche. Et, après ce travail d’analyse instinctive, le travail de reconstruction: le plaisir de couler le mystère de cette phrase dans le moule de notre propre langue. Une des choses les plus curieuses, ce sont les relations de deux langues différentes. Ainsi la langue polonaise et la langue française se rencontrent surtout deux fois: la première fois au XVI-e siècle, la seconde fois à l’époque du Romantisme. Au XVI-e siècle nous buvions tous aux sources du latin; ainsi Montaigne, reproduit en polonais, nous semble presque aussi familier — génie à part — que nos anciens écrivains de cette époque. Rien de plus spécial au contraire que votre langue du XVIII-e siècle: cette langue parfois si alambiquée et si précise, si „cartésienne” même dans ses frivolités; il est plus facile de traduire tout Rabelais, que de bien rendre une seule page de Marivaux. Et puis, nous nous rencontrons de nouveau à l’époque du Romantisme: c’est le même souffle commun, la même phrase ailée et émue qui résonne chez vos grands poètes comme chez les nôtres.
Ainsi je m’improvisai critique littéraire. Les préfaces dont je faisais précéder chaque traduction formèrent les quelques volumes de mes Etudes sur la littérature française, y compris un livre sur Molière.
Le total de ces traductions embrasse jusqu’aujourd’hui trente et quelques auteurs français et atteindra bientôt une centaine de volumes. Sur cet aveu je crains de voir quelqu’un de vous faire la moue et dire: „Mais c’est dégoûtant, ce n’est pas un homme, mais une machine à traduire”. Ne le pensez pas, cela me ferait de la peine. Tout au contraire; je n’ai jamais fait une seule ligne par application, par assiduité. Toujours, pendant le travail, je sentais en moi comme le frémissement d’un rythme, comme qui dirait un chant; si je savais chanter, je vous chanterais ici la musique non seulement des Femmes savantes mais des Provinciales et de Candide...
La grande guerre finie, ayant ôté l’uniforme, j’abandonnai heureusement la médecine et je me donnai entièrement à la littérature. On me proposa... diverses choses: une chaire à l’université et le feuilleton de théâtre. Je choisis, bien entendu, le feuilleton de théâtre, d’abord à Cracovie, puis à Varsovie. Je l’acceptai en plaisantant, presque par gageure, car jamais auparavant je ne m’étais beaucoup intéressé aux choses du théâtre. Mon premier feuilleton tomba heureusement sur le Tartufe de Molière. Et bientôt je m’aperçus, qu’avoir pesé et analysé chaque phrase et chaque scène de Molière, de Marivaux, de Beaumarchais et de Musset, cela permettait tout de même d’avoir quelques idées sur le théâtre. Et puis je m’aperçus aussi que c’est là, plus qu’autre part, que je pouvais rendre service à la cause qui m’était chère. C’est par le théâtre que notre grand public connaissait principalement, parfois exclusivement, la France; c’est là aussi que se trouvait la source de beaucoup de malentendus. Songez seulement: un jour on jouait au théâtre Le Canard sauvage ou Les Revenants et l’autre jour La Dame de chez Maxim: et l’on en tirait la conclusion que les Scandinaves étaient de beaucoup plus profonds que les Français...
En parlant de l’attitude du grand public et même de celle des lettrés vis à vis du théâtre français, j’avais dit qu’il y avait là quelques préjugés à combattre. On pouvait étendre cette thèse sur l’attitude du grand public vis à vis de toute la littérature française. J’en ai mentionné la cause principale: le manque de la connaissance de la langue. En analyser les autres causes, cela nous mènerait trop loin, il faudrait toucher peut-être à des choses politiques. Nous étions loin de vous, nous étions séparés de vous par un mur épais. Nous avons subi, par contrainte, des influences étrangères qui s’infiltraient par toutes les voies, par le voisinage, par l’école, par le livre, par les facilités mêmes qu’elles donnaient. Ces influences étaient très franchement contraires à l’esprit français, et elles répandirent beaucoup de préjugés d’autant plus dangereux qu’ils sont devenus inconscients. On était à la fin assez enclin à croire que morosité veut dire profondeur, que lourdeur veut dire méthode, et que manque d’esprit veut dire esprit sérieux.
Donc, peu à peu je devins une sorte d’éducateur, je devins moi-même presque un homme sérieux. Mais, croyez moi, ce n’était pas mon ambition. Plutôt je fuyais cette qualité désastreuse, je la „haïssais plus que peste”, comme dit le bon Brantôme, d’ailleurs d’autre chose. J’avais le sentiment que le secret de ma réussite, c’était surtout la confiance que le public avait en moi, c’était sa croyance que je ne l’ennuierais jamais. Il serait même injuste de passer sous silence mon auxiliaire non pas le moins puissant peut-être: ma mauvaise réputation. Le fait, qu’à mes débuts, on m’avait classé comme corrompu, m’a aidé prodigieusement. Je ne combattis pas ce mythe; plutôt je le conservai comme un précieux fétiche. Même, je l’avoue, une fois je l’utilisai sciemment. Persuadé que pour bien comprendre la ligne du développement de la littérature française il faut absolument connaître le petit livre Le discours de la méthode de Descartes et craignant de ne pas trouver pour ce livre assez de lecteurs bénévoles, je pourvus cet opuscule en polonais de cette bande alléchante: „Pour adultes seulement”, en expliquant loyalement dans ma préface qu’en effet ce livre est seulement pour les adultes, étant pour la jeunesse de beaucoup trop difficile et trop sérieux. Mais l’effet en fut immédiat. Les potaches, les fillettes, les vieux marcheurs, tous entraient avec un air innocent dans la librairie et emportaient dans leur manchon ou sous le manteau leur Descartes; puis ils couraient à la maison, verrouillaient leur porte et se plongeaient dans le livre, pour voir quelle était cette méthode mystérieuse qu’ils ne connaissaient pas encore. Grâce à cela, Le discours de la méthode obtint en peu d’années quatre éditions en polonais, succès qui dépassa assurément les rêves de ce philosophe.
Ai-je besoin d’ajouter que mon travail n’est pas fini? Peut-être il n’est que commencé. Mon père a vécu 84 ans; j’espère vivre au moins autant: le plaisir conserve. En ce moment je continue mon édition complète de la Comédie humaine, j’en suis à la moitié. Longtemps j’ai résisté à cette folle idée de traduire tout Balzac, mais je n’ai pas pu: il m’empoigna, et Balzac était le plus fort. Toutefois, dernièrement je lui ai fait une petite infidélité: il y a quelques mois j’ai publié L’esprit des lois de Montesquieu: c’est notre ministre de la justice lui-même qui a fait la correction des épreuves. C’est chic, n’est-ce pas?
Je reste tout confus après cet acte d’exhibition, pour lequel j’implore humblement votre indulgence. Il me tenait à cœur de vous persuader d’une chose: c’est que, si je me suis donné à la littérature française, je m’y suis donné non pas à la manière froide et méthodique d’un pion, mais comme il faut se donner à elle: avec amour, avec passion, avec joie. Et comment pourrait-il en être autrement? Comme vous avez pu le voir par cette confession, c’est à la France que je dois tant; c’est elle qui m’a élevé, éveillé, délivré, c’est elle qui a changé ma lamentable existence en un plaisir continuel, c’est elle qui m’a fait écrivain et homme. Aussi, malgré tout ce que je pourrais faire pour lui témoigner ma reconnaissance, je resterai toujours son débiteur.
Discours prononcé au banquet du Cercle littéraire présidé par M. Fortunat Strowski, professeur à la Sorbonne, membre de l’Institut, à Paris le 21 février 1927.
Monsieur le Président, Mesdames, Messieurs.
Il me serait bien difficile d’exprimer tout ce que je ressens en ce moment. Je vous l’ai déjà dit avant-hier, m’étant trouvé sur l’estrade de l’amphithéâtre de la Sorbonne: cela me semblait plutôt un songe qu’une réalité. Or je continue de marcher dans le pays des songes. Je vois à cette table la littérature française. Jusqu’ici, la littérature française c’était en quelque façon pour moi un mythe: c’étaient des livres, des titres, des noms: combien m’apparaît-elle encore plus charmante, du moment qu’elle se change en hommes vivants, en chair et en os, et si accueillants, si simples, si pleins de bonté. Croyez-moi, cette soirée restera pour moi inoubliable, elle donnera, à mes yeux, à la littérature française une toute nouvelle face: lire les livres des hommes avec lesquels on a dîné, cela vous a encore une toute autre saveur!
Messieurs, je vous remercie de tout mon cœur de m’avoir accueilli si gracieusement parmi vous. Je suis amoureux de la France depuis toujours, de Paris depuis vingt-cinq ans: eh bien, j’ai parlé au public parisien, j’ai fait rire la Sorbonne, j’ai embrassé un ministre français, j’ai dîné avec les gloires de la France et la fleur de Paris. Je peux mourir en paix. Mais pas ici, rassurez-vous, Messieurs.
Discours prononcé au banquet des Compagnons des Professions intellectuelles, présidé par M. Jacques Bertal, à Paris le 21 Mars 1927.
Monsieur le Président, Mesdames, Messieurs!
Je remercie de tout mon cœur les Compagnons des Professions intellectuelles qui m’ont honoré de ce charmant dîner. C’est à peine que je peux exprimer, combien je suis profondément touché de cet accueil que j’ai trouvé à Paris, de ces manifestations de sympathies que j’y rencontre chaque jour. Seulement, il y a une chose. On me parle trop de mon travail et de mes mérites; cela me rend vraiment un peu honteux et confus: et puis, j’ai alors toujours l’impression qu’on parle de quelqu’un d’autre, pas de moi. Car, à la vérité, ma vie ne fut qu’une longue flânerie et qu’un plaisir continuel. J’avais ces dispositions dès ma jeunesse. J’étais paresseux, je ne respectais pas grand-chose, j’aimais les femmes: j’avais beaucoup de chances de tourner mal. Et c’est à ce tournant dangereux de ma vie, que je fus envahi par l’amour de la littérature française; et bientôt, sans bien savoir comment cela arriva, je me donnai presque entièrement à elle; et cela fut peut-être parce qu’elle ne me demandait pas de renoncer à mes vices: elle les accepta avec un sourire indulgent. La littérature française fut pour moi la délicieuse Abbaye de Thélème, où je me plaisais à vivre, où je me promenais en tous sens, en y trouvant des charmes toujours nouveaux. Parcourir ses sentiers jolis, souvent mystérieux et pleins de terreur, ce fut une douce flânerie pour ma paresse; jouir de sa diversité et de ses détours imprévus, ah, combien cela amusait mon scepticisme puéril; que de volupté trouvai-je enfin dans les caresses de ses styles si multiples et dans le charme presque sensuel de cette langue unique. Et c’est ainsi que, tout en m’adonnant à mes douteux penchants, tout en restant le mauvais garçon que j’étais il y a vingt ans, je devins, peu à peu et sans le vouloir assurément, le personnage grave et vénérable qui est ici devant vous. Il n’y a que la littérature française qui soit capable de faire de tels miracles. Et le secret en est peut-être sa profonde humanité. Elle est indulgente, elle est intelligente, elle est pleine de compassion. Elle ne veut pas que l’on soit autre que l’on n’est. Et puis, elle est un peu femme; elle ne demande pas que l’on soit sans défauts; elle demande seulement qu’on l’aime. Ah, je l’ai aimée, je peux le dire; à ce point que ce serait peut-être indiscret d’en parler ici au dessert, de cet amour; je ne veux pas violer sa pudeur. Nous sommes à table; eh bien, je lève mon verre à la gloire de la littérature française, au rayonnement triomphal de la pensée française, et à la victoire finale de l’effort commun des Compagnons intellectuels que nous sommes tous, pour la fraternité des peuples.
Przypisy:
1. Ça sent la m...e et les lilas... (fr.) — pachnie g...m i bzem. [przypis edytorski]
2. Rosa Bailly (1890–1976) — fr. poetka, propagująca kulturę polską we Francji. [przypis edytorski]
3. Les amis de la Pologne (fr.) — przyjaciele Polski. [przypis edytorski]
4. Les deux nigauds (fr.: dwie niezgraby) — książeczka dla dzieci, autorstwa księżnej Sophie de Ségur, opublikowana w 1863 r. Opowiada o przygodach rodzeństwa z prowincji w Paryżu, gdzie Innocenty i Simplicja zaprzyjaźniają się z dwoma polskimi żołnierzami-emigrantami. [przypis edytorski]
5. Sophie de Ségur, z domu Sofija Fiodorowna Rostopczina (1799–1874) — córka rosyjskiego arystokraty, który wyemigrował do Paryża z powodu niełaski, w jaką popadł, ratując Moskwę przed Napoleonem w 1812 r. Została pisarką już jako babcia, spisując bajki, które opowiadała swoim wnukom. Książki księżnej de Ségur ukazywały mniej wyidealizowany obraz świata, niż większość ówczesnych publikacji dla dzieci, co zyskało jej przydomek Balzaka literatury dziecięcej. [przypis edytorski]
6. pour les petits Polonais (fr.) — dla polskich dzieci. [przypis edytorski]
7. Czerwona Czapeczka — Czerwony Kapturek. [przypis edytorski]
8. biały terror — represje przeciw zwolennikom rewolucji i Napoleona Bonaparte po jego upadku. [przypis edytorski]
9. Od pierwszych słów Boy trafił do serca makończyków, mówiąc im, że przed podróżą do Francji, chcąc poprawić sobie akcent, czytywał głośno „Jocelyna”: nie można było bardziej ucieszyć dusz makońskich — Mâcon jest to rodzinne miasto Lamartine’a przesiąknięte tradycjami poety, który był trzykrotnym prezesem tamtejszej akademii. [przypis autorski]
10. je sais (fr.) — wiem. [przypis edytorski]
11. robić księcia — udawać księcia, grać rolę księcia (kalka składniowa z fr.). [przypis edytorski]
12. tendresse, caresse, maîtresse, ivresse, sans cesse (fr.) — czułość, pieszczota, dama serca, upojenie, nieustająco. [przypis edytorski]
13. Félix Mayol (1872–1941) — piosenkarz, autor i wykonawca setek piosenek; niepotwierdzone, ale powracające plotki dotyczyły jego orientacji seksualnej. [przypis edytorski]
14. Cécile Sorel (1873–1966) — własc. Cécile Émilie Seurre, aktorka fr., wieloletnia narzeczona amerykańskiego milionera Witneya Warrena, następnie żona aktora Guillaume’a de Sax (bratanka pisarki, księżnej de Ségur), to małżeństwo było wyjątkowo nieudane i dostarczało ciągłych tematów dla plotkarzy. [przypis edytorski]
15. je m’en fous! (fr.) — nie dbam o to; gwiżdżę na to. [przypis edytorski]
16. ...disait très bien le mot (fr.) — tu: świetnie powiedziane. [przypis edytorski]
17. bilet wyglądał tak — tu w wydaniu źródłowym zamieszczono obrazek, przedstawiający w niewyraźny sposób kilka liter arabskich w otoczeniu kwiatów. [przypis edytorski]
18. mi-carême (fr.) — półpoście; trzeci czwartek Wielkiego Postu, uroczyście świętowany. [przypis edytorski]
19. Est-ce monsieur Boy (fr.) — czy to pan Boy? [przypis edytorski]
20. Oui, madame (fr.) — tak, proszę pani. [przypis edytorski]
21. Włodzimierz Terlikowski (1873–1951) — malarz, związany z École de Paris. [przypis edytorski]
22. causeur (fr.) — gawędziarz, mówca, rozmówca. [przypis edytorski]
23. Passez l’hiver à Pau, l’été à Aix-les-Bains (fr.) — spędź zimę w Pau, lato w Aix-les-Bains. [przypis edytorski]
24. Viens chez moi, je serai bien polissonne (fr.) — chodź ze mną, zrobię, co zechcesz. [przypis edytorski]
25. Monsieur, où est la Seine? (fr.) — Proszę pana, gdzie jest Sekwana? [przypis edytorski]
26. La Seine est grande (fr.) — Sekwana jest duża. [przypis edytorski]
27. Cochons! cochons! (fr.) — świnie, świnie. [przypis edytorski]