Czemu?...

Znowu miałem atak „gonitwy myśli”. Przyszło mi to w kąpieli, a najdziwniejsze skąd się zaczęło. Bezpośrednio przed wlezieniem do wanny, przeglądałem starą encyklopedię, ową pra-encyklopedię Diderota81 i d’Alemberta82. Jest tam na froncie rycina przedstawiająca nauki zajęte odkrywaniem Prawdy: Prawda w leciutkiej gazie, przez którą widać jej pępek, a dokoła niej tłum dziwek, personifikujących poszczególne nauki. I zamyśliłem się, na czym polega i skąd się wzięło uprzywilejowanie elementu kobiecego we wszelakiej alegorii? Fizyka, metafizyka, chemia, same kobiety; w rezultacie, owa „grupa nauk” — urocza zresztą z tym smaczkiem XVIII wieku — wygląda jak scena z zamtuza83 albo ilustracja do pornograficznego romansu. Ale w ogóle skąd się wzięła i na czym polega płeć rzeczowników? Czemu jedne są żeńskie, drugie męskie? Czemu wszystkie prawie abstrakcje — cnota, wiara, nauka, etc. — są kobietami? Czemu jest ten rozum, a ta wiedza? Na zasadzie jakiej tajemnicy zmienia się często płeć z jednego języka do drugiego? Czemu księżyc jest samcem w Polsce i w Niemczech, a samicą we Francji? Czemu jest ta rzeka, a ten strumień? — niby dlatego że do niej wpada? Czemu jest ta fala a ten bałwan, choć to jedna i ta sama woda? Czemu jest ten koniak, ta wódka, a to whisky? Czemu... czemu... czemu...

I naraz to „czemu” przeciągnęło mi się, wydłużyło, zmiękło, popłynęło melodią. Zaczęło mi w duszy śpiewać:

Czemu dzisiaj tak pobladły listki róży — ach, po-wiedz, skarbie mój! — Czemu fijołek, jak po gradowej burzy — utracił la-zu-ro-wy stró-ó-ój? — Czemu i we mnie dzisiaj smutek gości — o, mój aniele, powiedz mi, błagam cię...

Co to jest? Skąd mi to przyszło? Ach, prawda: to jest pieśń pod tytułem Czemu (Per chè), którą śpiewano za czasów mojej młodości.

I naraz, po latach, uświadomiłem sobie, że przecież te wiersze to jest dość niezdarna parafraza (może via Włochy?) wiersza Heinego84: Warum sind denn die Rosen so blass— o sprich, mein Lieb, warum? — Warum sind denn im griinen Gras— die blauen Veilchen so stumm...

Przepraszam za tę niemczyznę, której większość czytelników nie rozumie, ale mógłbym tak Heinego mówić godzinami, mimo że go nie miałem w ręku od wielu dziesiątków lat. Wynika to z osobliwego nałogu, jaki miałem w młodości; mianowicie, ilekroć byłem sam, a nie miałem co robić z czasem, mówiłem sobie półgłosem wiersze, najczęściej Heinego lub Słowackiego. Na przykład kiedy kobieta spóźniała się na randkę. A w owym czasie kobiet było mało i tak były tym rozzuchwalone, że nieraz spóźniały się o trzy godziny, a czasem w ogóle nie przychodziły.

Ale naraz ten wiersz Heinego wywołuje na srebrnym ekranie mej duszy inny obraz. Widzę siebie, w mundurze austriackiej piechoty (13-ty pułk, najbrzydszy mundur na świecie, granatowy kubrak, kołnierz, epolety85 i mankiety różowe, spodnie koloru nieba), jak stoję na warcie z karabinem, albo obchodzę mój posterunek dookoła i mamrocę wiersze, aby zabić nudę. Znowu Heine:... es duften die Blumen im Abendscheine — die Nachtigall... (Czemu die, niby że słowik?)... die Nachtigall schlägt; — ich such ein Herz so schön wie das meine...

Naraz zimno mi się zrobiło w wannie. Wzdrygnąłem się. Stanęła mi w pamięci scena tak dziwna, tak okropna, że nie wiem jak ją tu opisać: coś przewyższającego najzuchwalsze Wyznania Russa86. Ale muszę: niech mi posłuży wobec potomności jako uniewinnienie, jako obraz owych jakichś niepojętych drgnień duszy, których obsesji podlegam niemal bezwolnie.

Widzę tedy siebie, wciąż w mundurze „jednoroczniaka” 13-go pułku (miałem lat 18, świeżo po maturze, ale byłem bardzo dziecinny), z karabinem, na warcie na munitionsdepie (magazyn amunicji) w Płaszowie. Była to bardzo surowa warta, co do której obowiązków specjalnie nas przełożony uświadamiał. Stoję sobie przed moją budką w samo południe; to znów, dla odmiany, przepisowo obchodzę magazyn, mamrocąc wedle zwyczaju wiersze... Naraz zatrzęsło mną, tak samo jak dziś jeszcze na to wspomnienie. Spadło na mnie coś, co psychiatria nazywa „myślą przymusową”. Mianowicie myśl, że muszę wejść do mojej budki szyldwacha87 i zrobić kaka. Nie żebym właśnie potrzebował; jedynie tak, dlatego że to zbrodnia. Włosy mi stanęły na głowie: gdyby mnie zeszła inspekcja, albo gdyby się potem wydało (a przecież corpus delicti88!) strach co mnie czeka! Służba na warcie podległa prawom niemal wojennym, nic by mnie nie ocaliło: parę lat więzienia, potem degradacja i trzy lata służby jako prosty żołnierz. Zęby mi dzwoniły, równocześnie zaś czułem, że nic nie potrafię przeciwstawić tej obsesji. Prawie jęcząc i płacząc z wściekłości, oparłem karabin o budkę (wypuścić z rąk karabin na warcie! coś potwornego!) i wszedłem do środka... Po chwili wyszedłem, wciąż dzwoniąc zębami, ale równocześnie coś we mnie śpiewało jakiś tryumf wolności ducha, czułem niby skrzydła u ramion. Podjąłem karabin i zacząłem znowu obchodzić moją prochownię, mamrocząc dalej przerwane:... ich such ein Herz so schön wie das meine, so schön bewegt...

Nie wiem, jakim cudem zbrodnia ta nie wyszła nigdy na jaw; ja się do niej nie przyznałem nikomu. Sam zapomniałem o tym, jak się zapomina zły sen. Było to jedno z najdziwniejszych wrażeń w moim życiu: do dziś dnia, kiedy o nim myślę, jest ono dla mnie niewytłumaczone. Czemu ja to zrobiłem? Czemu, perche...

I znów zaczęło we mnie śpiewać: „Czemu dzisiaj tak pobladły listki róży — ach, powiedz, skarbie mój...

Ale obraz był znów inny. Obraz, jaki zawsze wywołują we mnie pewne melodie. Widzę salę Sokoła, w której w owym czasie odbywały się w Krakowie wielkie koncerty, słyszę syczące płomyki gazu, widzę napisy biegnące fryzem dokoła sali: Razem młodzi przyjaciele... dzieckiem w kolebce kto urwał etc., widzę podciągnięte do góry na ten wieczór przyrządy gimnastyczne, sznury, drabiny, trapezy, drgające pod tchnieniem głosu jakiegoś Myszugi czy Floriańskiego. Pamiętam nawet Mierzwińskiego, w jego drugiej fazie, gorszej; widzę tego byczka, o najgłupszej twarzy, jaką oglądałem w życiu, jak, wlepiwszy wybałuszone oczy w trapez pod sufitem, ryczy: Vorrei morir...

Ach, ten repertuar! Niedawno słuchałem Kiepurę przez radio: ze wzruszeniem sprawdziłem, że ten dawny repertuar tłucze się jeszcze po trosze do dziś, z tymi samymi nieprawdopodobnymi tekstami. Jakżem się ucieszył, kiedym usłyszał ową Barkarolę: „Ta błoń, to miłość, łódź sercem się zwie”...

Niestety, nie wszystko przetrwało. Och, jakżebym chciał odnaleźć owego Tostiego: „A czyś ty już zapomniała, jak o minionym śnie, i już byś nie umiała uśmiechem darzyć mnie”... A Dzień Zaduszny Lasssena, bez którego żaden koncert nie mógł się obyć! „Pójdź, luba, dziś, złóż wonny kwiat rezedy— jesiennych astrów też bukiet mi daj — i pozwól niech znów kocham cię jak wtedy — gdy był ten maj, ten cudny maj”... Po czym amant89, chcąc nakłonić lubą, aby mu się oddała, ucieka się do tego niesłychanego wręcz argumentu, że „wszak światło dziś na każdej jest mogile, więc do mnie pójdź, niech wrócą szczęścia chwile”...

Nie ma już dziś takich pieśni. I dlatego błagam Kiepurę, jeśli go przypadkiem dojdą te słowa, aby na najbliższym swoim koncercie zaśpiewał coś specjalnie dla mnie: i Tostiego, i „światło na mogile”, i przede wszystkim owo Czemu (Per chè). I kiedy będzie lał nektar swego cudnego głosu w Filharmonii, niech wie, że gdzieś w ciemnym pokoiku na kanapie leży cień ludzki ze słuchawkami na uszach i z twarzą zalaną łzami wtóruje mu z cicha: „Czemu w mym sercu dzisiaj smutek gości”...

Czemu... czemu... czemu...

Dziwne rzeczy można znaleźć w starej Encyklopedii d’Alemberta!...