Psychologia sukcesu

Czytam w dziennikach głosy prasy o wystawie Styków i bawię się serdecznie. Bawi mnie bezradność krytyki wobec niezrozumiałego dla niej dylematu: czemu, wobec tego, że wystawa Styków nie posiada prawie wartości artystycznej, że znawcy stwierdzili to z rzadką jednomyślnością, mimo to, „przysłowiowo dla sztuki obojętna Warszawa zapełnia i przepełnia sale wystawy”, ba, nawet raz po raz szkoły organizują zbiorowe wycieczki, które wodzi się i oprowadza po „bogato przystrojonej sali i tajemniczo mrocznych salkach, gdzie mieszczą się arcytwory Styków”. Czytam to i uśmiecham się, bo — wiem czemu.

Jana Stykę275 pamiętam od dziecka. Oglądałem tego barczystego, rumianego mężczyznę, ubierającego się wówczas w czamarę276, sunącego w niedzielę do kościoła z wielką książką do nabożeństwa w ręku, z płową bródką, obleśnym spojrzeniem — kombinacja dobroduszności i chytrości. Zagłoba i Tartufe277. Wśród malarzy uchodził za pacykarza, to co wystawiał było zawsze jakąś imitacją: to coś z Matejki278, to z Grottgera279, to z Siemiradzkiego280, to zarywał niby Jackiem Malczewskim281, ale płodził dużo, uprawiał wszystkie rodzaje, wszędzie go było pełno. Jako humorystyczna lektura kursował tomik jego poezyj, częstochowskich wierszy, pełnych „bogo-ojczyźniackiego” frazesu, oddychających naiwną megalomanią282. Utkwił mi w pamięci jeden wiersz, zatytułowany Do Juliusza Słowackiego na grobie jego na Montmartre, (a może do Adama Mickiewicza, już nie pamiętam). Oto cały ów wiersz:

Na tym grobie

Powiem tobie,

Że laur temu służy wiernie,

Kto za życia nosił ciernie.

I tyle.

Ośmieszony w Krakowie Styka przeniósł się do Lwowa, skąd do zdumionej malarskiej braci doszła wieść, że obraz jego, Polonię, zakupiła rada miasta celem zawieszenia go w wielkiej sali posiedzeń. Znacie wszyscy bodaj z reprodukcji ten straszliwy bohomaz. Otóż w ślad za wieścią o tym wydarzeniu, które było podstawą wielkiej kariery Jana Styki, przyfrunął komentarz, jak się to stało. Styka, który miał szeroki gest, osiadłszy we Lwowie i zdobywszy trochę zamówień, wystawił sobie willę, ale z należnością architekta było krucho. Architekt był jednym z najwpływowszych radnych miejskich; otóż Styka podsunął mu takie wyjście: niech Lwów zakupi Polonię, a architekt pokryje się z tej sumy. I tak się stało, co chyba nie zdziwi nikogo znającego tajniki wszelkich gospodarek miejskich.

Niebawem twórca Polonii skombinował nową aferę w związku ze zbliżającą się wystawą krajową: panoramę Racławic. Nie tyle pinxit283, ile combinavit284 Styka. Malowało ją wielu: on na szczęście najmniej, i dlatego panorama była niezła. Wojsko malował Kossak285; do pejzażu sprowadzono z Monachium specjalistę Bollera286, tak, że tę „krwią przesiąkłą ziemię racławicką” odrabiał, popijając piwo, flegmatyczny Niemiec, zresztą wyborny praktyk, a pomagał mu młody Jan Stanisławski287. Tetmajer288 miał wydział kosynierów. Styka malował mało: cały był pochłonięty oprowadzaniem zwiedzających roboty dostojników; wówczas pokazywał, objaśniał, gadał, przy czym oczywiście on był twórcą wszystkiego. Pamiętam, jak Włodzio Tetmajer na ciepło odgrywał te paradne sceny, śmiejąc się i wściekając po trosze, bo nieraz zdarzało się, że Styka pokazywał, jako swoją, grupę jeszcze mokrą od pędzla Tetmajera. Gorzej było, kiedy próbował wywłaszczać Kossaka! Po wizycie jakiegoś arcyksięcia, gdy Styka zanadto właził Kossakowi w szkodę, temperamentowy Wojtek gonił go po rusztowaniach, chcąc go obić, aż dopiero spokojny Niemiec Boller musiał godzić zwaśnionych racławicczyków.

Wyżyłowawszy ojczyznę, mistrz przeszedł na niwę malarstwa religijnego. Zaczął kropić święte pańskie, opowiadał o swoich nadprzyrodzonych wizjach i nawiedzeniach, o których jeszcze więcej podobno mogłyby opowiadać hoże289 mołodycie290 rusińskie, służące zażywnemu artyście za modelki. „Wizje” Styki, z jego postawą i gębą jurnego rabelesowskiego291 mnicha, to było coś nieopłaconego! Niebawem wyjaśniło się, że to było preludium292 do nowej kombinacji: Golgota! — panorama wystawiona przy ulicy Karowej w Warszawie, później szczęśliwie pocięta na kawałki. Co się działo przy malowaniu tej Golgoty, to jeszcze opowiadają naoczni świadkowie: ile się Styka należał krzyżem, jak posyłał palety do święcenia papieżowi do Rzymu, jak miał specjalnie skonstruowany aparat do tego, aby całą panoramę móc malować na klęczkach! W sumie — nowy bohomaz, i znów tłumy. Dowcipnisie mówili, że frekwencję panorama zawdzięcza temu, iż księża zadają ją jako pokutę, dawkując wedle miary grzechów: trzy razy panorama Styki, pięć razy panorama Styki...

Po tym wyczynie dla Styki było w kraju za ciasno. Przeniósł się do Paryża. I o dziwo, ten człowiek, który mimo wszystko w kraju zawsze miał opinię pacykarza i nie liczył się prawie do malarstwa, w Paryżu zdobył sobie pewną „markę”. W niewielkiej Polsce, gdzie się wszyscy znali, zbyt zuchwały humbug293 obijał się o opinię, której ton dawali artyści; na światowym rynku natomiast reklama mogła zdziałać cuda. Rozwinął ją Styka po mistrzowsku. Zaczął od tego, że wynajął pracownię po świeżo zmarłym wówczas Puvis de Chavannes294. To go postawiło. Uczepił się — „jak rzyp psiego ogona” — Henryka Sienkiewicza, wyjednał sobie prawo ilustrowania Quo Vadis, w kulminacyjnym momencie powodzenia tej powieści. Niebawem zaczęły się w paryskiej prasie takie wzmianki: „Nie wiadomo, jak długo będzie czytana powieść Sienkiewicza, ale udział największego polskiego malarza Styki zapewnia jej wieczność”, i tym podobne.

W Paryżu Styka odmienił znów manierę: patriota i religiant przeobraził się w poganina: Wenery, bachantki295, nagie ciała, kuszące wymiona, etc. Przeszedł na Rubensa296. Wśród tego dorastali dwaj synowie Styki, co pozwoliło mistrzowi rozszerzyć przedsiębiorstwo. Stary budrys wezwał nie trzech, ale dwóch synów i podzielił między nich królestwo pędzla297. Tadé, zdolny chłopak, od szesnastego roku odkomenderowany na portrecistę światowych pań, zdobywał kosmopolityczny Paryż; drugi Adam, tępszy, poszedł na rodzajowego malarza widoczków z Maroka. Stary kupił mu nawet używanego wielbłąda, aby mógł swoje Maroko kropić i na miejscu.

Odtąd mistrz Styka siedział za granicą, gdzie interes szedł coraz lepiej. Malował sam, malowali pod jego okiem synowie, administracja była wspólna. Jedna willa pod Paryżem, druga willa na Capri. Dla kraju zachował zawsze życzliwość. Pamiętam raz w Krakowie Towarzystwo dziennikarzy urządzało bal prasy i przesłało wszystkim malarzom ćwiartki bristolu z prośbą o ozdobienie karnecików. I do Styki na Capri poszło takie zaproszenie. Przesłał, z uprzejmym listem, dwie główki... Chrystusa, zresztą okropne. Na karneciki balowe. Cały Styka!

Ale jeszcze raz przeznaczone mu było napełnić wrzawą i śmiechem Polskę. Przyszła epoka, w której nieomylnym węchem zwietrzył aferę: Grunwald. Jakże by Styki tam nie było! Na rok przed pięćsetną uroczystością Grunwaldu Styka zjechał do Krakowa z nową kombinacją. Jeszcze jedna panorama. Znalazł budynek jak stworzony do tego, bo z natury okrągły: prastary „rondel”, czyli barbakan naprzeciw bramy Floriańskiej. Wszystko miał przygotowane, na wszystko miał odpowiedź: jak umieścić rusztowanie żelazne, aby płótno nie wilgło, jak zbudować dach szklany, jak wzmocnić mury, aby się nie rysowały, co poszerzyć, co zaadaptować, wszystko. Panoramę miał malować z synem Tadé, z którym przyjechał; coś w rodzaju Velasqueza298, jak mówił. Konserwatorów krakowskich aż zatknęło z oburzenia. Barbakan, jeden z bezcennych zabytków średniowiecza, unikat w Europie, i — dach szklany, i panorama, i do tego Styki! Ale konserwatorowie to brzmi jak konserwatyści, a wówczas kurs konserwatystów stał w radzie miejskiej fatalnie. Świeża secesja prezydenta Leo do obozu demokracji stworzyła w Krakowie miodowy miesiąc demokratyzmu, a ostatecznie od rady miejskiej zależało wszystko. Znakomicie to wyczuł Styka. Jeżeli Lwów kupił Polonię, czemuż Kraków nie miałby się zgodzić na wypacykowanie barbakanu Grunwaldem? Zaczęło się działanie na opinię przy równoczesnym obrabianiu radców. Styka posunął się do sposobu, którego próbował już we Lwowie, kiedy chciał gmach powystawowy oszpecić cyklem historii polskiej i kusił radnych miejskich że w historycznych postaciach odmaluje ich konterfekty299. To samo w Krakowie. Zaczęły się w pismach przegrywki patriotyczne, sokolskie300: „czuj duch” — „tęż się”, etc., sławiące projekt panoramy jako jedyny czyn godny wielkiej rocznicy. Styka dokazywał cudów. Wzdychał po kościołach, łykał po handelkach, bratał się z łykami301, całował z dubeltówki, przebierał się po sokolsku, chodził na strzelnicę i strzelał do kura, pochlebiał, karmił, poił, obiecywał, namawiał, kadził, gromił, grzmiał, huczał, kazał, dreptał, urabiał, obrabiał, i w rezultacie miał za sobą bardzo poważną większość. Łyki były oczarowane. To mi artysta! — mówili.

Wówczas, z dumą mogę to powiedzieć, ocalił Kraków od nawały Styków Zielony Balonik302. Radę miejską mocno trzymał w garści prezydent Leo, który, mając ambicje wybiegające w przyszłości poza horyzont miejski, bardzo był czuły na śmieszność. Tak jak dziś się pytają: „co mówi Pim”, tak on zaglądał zawsze na barometr: „co mówi Zielony Balonik?” Bo też Zielony Balonik to była esencja kulturalnego Krakowa.

Gotowaliśmy się oczywiście w Baloniku poświęcić parę słów projektowi Styki, który mnie polecono „zreferować”. Ale nie spodziewaliśmy się, że on sam się zgłosi po naszą opinię. Otóż, Styka, niestrudzony w „urabianiu”, dowiedziawszy się, że w Krakowie istnieje „kabaret artystów”, objawił chęć odwiedzenia go. Oczywiście wysłaliśmy mu natychmiast zaproszenie (bez zaproszenia nikt tam się dostać nie mógł) — obmyślając zarazem, jak by tę wizytę dla celów wesołości wyzyskać. Tego wieczora Jama Michalikowa303 była przepełniona: gruchła wieść, że mają być Stykowie i że... coś się stanie. Do ostatniej chwili nie dowierzało się: przyjdą, czy nie przyjdą. W pewnym momencie któryś z malarzy wszedł jak herold i obwieścił grzmiącym głosem: „Jaśnie wielmożni Jan i Tadeusz Styki!” Szmer oczekiwania i — zawód, bo wszedł całkiem kto inny. Wreszcie ktoś ze stojących na czatach rzucił gorączkowym szeptem: „Idą”. Zupełnie scena, jaką opisuje Sienkiewicz w oblężeniu Zbaraża, kiedy to pan Michał w zasadzce szczypie Skrzetuskiego w udo, szepcąc: „Idą na pewno”. Jakoż, prowadzony przez Aksentowicza, zjawił się potężny posturą mistrz, w którego cieniu, zahukany, słabo rozumiejący po polsku, wszystkim jakby zdziwiony, wsunął się młody Tadé Styka. Przyjęto Stykę grzmiącym i długim oklaskiem; dziękował ręką w krąg, w poczuciu, że nareszcie, po tylu atakach znalazł bratnie dusze. Kiedy już mistrz się usadowił, po paru numerach programu zaczęła się kronika Balonika w okolicznościowych krakowiakach, które śpiewali na przemian przytupując na estradzie, Teofil Trzciński i młody adwokat Zakrzewski, w czerwonych krakuskach na głowie. W pewnym momencie drzwi się otwarły i wniesiono na kiju świetną karykaturę Frycza, przedstawiającą dwóch Styków, rondel krakowski i małego pieseczka, równocześnie zaś Zakrzewski huknął na nutę „siedziała na lipie”:

Zobaczył pan Styka

jak raz mały kondel

podniósł zadnią łapkę

i spaskudził Rondel 304

oj dana!

I przyszła mistrzowi

do głowy myśl słodka

a gdyby to samo

zrobić ode środka

oj dana!

Że ludzie ofiarni

są w tych czasach rzadcy

Więc mu deputację

ślą dziękczynną radcy

oj dana!

Tak to z małych przyczyn

skutki są ogromne —

z niepozornej psiny

dzieło wiekopomne

oj dana!

Lecz w czym niezbadane

losów tajemnice

nie wie nikt o piesku,

a każdy o Styce,

oj dana!

Patrzyliśmy wszyscy spod oka na Stykę i podziwialiśmy wyrobienie tego człowieka. Ani mrugnął. Bił brawo, potem pił z nami i ściskał się do rana. Jeszcze w parę lat potem posyłał mi czułe widokówki. To był wyga305 nad wygami.

Niebawem piosenkę o Styce śpiewało całe miasto; Leo dał znak i projekt barkabanu, już niemal obrobiony, przy głosowaniu upadł.

Uwieczniliśmy z Witoldem Noskowskim całe to zdarzenie w Szopce Krakowskiej wystawionej już po obchodzie grunwaldzkim. Pyszną lalkę Styki ulepił rzeźbiarz Jan Szczepkowski: olbrzymi Styka, w obszernym płaszczu, miał pod pachą przyszytego do niego małego Tadé. Na jego widok, obecny na scenie Mangha (Feliks Jasieński)306 ucieka, wołając:

Jezusie, Marjo, kto żyw, niech umyka,

idzie tu jeden w dwóch osobach Styka.

Po czym Styka:

Przebóg! przerwijcie wasz turniej próżności

Słuchajcie! przez me usta krzyczą bohatyrów kości:

Zbudź się i walcz! sokole skrzydła wdziej!

Czuj duch: słyszycie jęk grunwaldzkich kniej?

Proporce, skrzydła, wichrowe poświsty —

(Nie panorama, lecz obraz kolisty)

Już mam na wszystko plany

klatka żelazna, dach szklany

olbrzymów godne dzieło — wid ponad człowieczy

(Rondel się od wypadku w „Feniksie” ubezpieczy)

Gdy się w ten obraz wpatrzą nasze sokolice,

rodzić będą bohatyrów już wyszedłszy na ulicę.

Więc czuj duch! Niech serce narodu zabije goręcej

Polsko, czy żałujesz swemu synowi głupich pięćset tysięcy?

(Śpiewa na nutę: „Pomoc dajcie mi rodacy”).

Pomoc dajcie mi, rodacy

bo olbrzymia myśl mnie nęka,

kilometrów zbożnej pracy

pragnie ma mocarna ręka.

Wielkie duchy ojców wskrzeszę

witołdowym święte czynem

bohatyrów zbudzę rzesze

razem z Tadziem, moim synem.

Kto mi w sprawie dopomoże

ten duch bratni, Polak szczery

Za to gębę jego włożę

między zbrojne bohatery.

Miedniak będzie więc Jagiełłą

Kosobucki Piotr — Melsztynem,

Velasqueza godne dzieło

stworzę z Tadziem, moim synem.

Choć ród ducha gasicieli

żółcią plwa i jadem syczy

serc nam w piersiach nie spopieli,

nie przygasi polskich Zniczy.

Dalej druhy, ramię w ramię!

tężmy się sokolim czynem

ja przy świętym czuwam chramie 307

razem z Tadziem, moim synem.

Lecz jeśli nasz czyn ofiarny

z waszych duchów w moc nie wstanie,

pluniem na ten naród marny

i wrócimy na wygnanie.

I w Salonie, hen paryskim

ozdobimy skroń wawrzynem

może nawet z większym zyskiem —

razem z Tadziem, moim synem.

Niech tylko nikt nie przypuszcza, że Styka sobie na zimno kombinował to wszystko. Nie, on taki był, z bożej łaski. Lepiej może od długiego komentarza, odmaluje go ten drobny epizod:

Umarł w Krakowie nie pamiętam już kto, ktoś znany. W jakiś czas po tej śmierci, żona otrzymuje z zagranicy starannie opakowaną sporą przesyłkę. Nadawca: Jan Styka, Capri. Stroskana wdowa otwiera, w jednym opakowaniu znajduje drugie, trzecie, wreszcie, po odwinięciu znacznej ilości papierów, pudełko, w którym znowuż kilkakrotnie opakowana — pestka. Równocześnie przychodzi list, w którym Styka objaśnia przesyłkę. Mianowicie, nieboszczyk był raz w jego willi, gdzie, w cieniu pigwy, wiedli z sobą długą i podniosłą rozmowę. Posyła tedy Styka wdowie pestkę z onej pigwy, iżby ją zasadziła na grobie męża, aby kiedyś, po latach, ta pigwa szumem swoim przypominała nieboszczykowi chwile spędzone w willi Styki.

Teraz rozumiecie, czemu my, starzy krakowianie, uśmiechamy się, czytając biadania warszawskiej krytyki? Tej wystawie, na którą się tłoczy publiczność, patronuje duch Jana Styki, niespożytego kombinatora palety, renesansowego bufona. Jest tam wszystko, od przesławnej Polonii począwszy, Grottgery i Elidy, cycki i ojczyzna, nagusy i Chrystusy, Joanna d’Arc i Pola Negri, i Tadé ze swymi szatańskimi dekoltami, i Adam ze swoim afrykańskim panoptikum308, jest cały interes Styków, pół wieku grandy malarskiej. A choć zamknął powieki ten, który był jej twórcą, z jego kości jest i z jego krwi, i jego to kalibański duch magnetycznie zza grobu ściąga tłumy. I kiedy stałem na tej wystawie przed którymś z jego autoportretów — są dwa: jeden a l’artiste309, drugi z polska w kontuszu — miałem uczucie, że Jan Styka, herbu Wczele, mruży do mnie przyjaźnie oko i mówi: A co? moje za grobem zwycięstwo...

To był typ! Już tacy się nie rodzą.