Wielki Kraków
W szeregu felietonów, którym oto pragnę dać zwięzłą konkluzję, odmalowałem przemiany, jakim uległ dawny Kraków w ciągu lat kilkunastu. Miasto, o którym wprzódy przejeżdżający do wód warszawiak mówił lekceważąco; „Kraków? Co to jest Kraków? Ot, Sukiennice i Hawełka”, stało się czymś, co zaczęło niepokoić, intrygować całą Polskę. Legendą stał się Pawlikowski i jego teatr. Legendą Paon i jego sabbaty. Tu warto zanotować jeden epizod. Pod wpływem dziwnych wieści, zjechali z Warszawy do Krakowa, niby dwaj rewizorzy, Piotr Chmielowski i Antoni Sygietyński, uprzedzeni bardzo niekorzystnie, zaniepokojeni pogłoskami, że Przybyszewski „rozpija młodzież”. Zaszli do Paonu i, powitani tam serdecznie... dowiedli, że in puncto alkoholu, krakowskie dzieci szatana były istotnie dziećmi wobec wyczynów uspołecznionych warszawiaków. Nad ranem, dwóch rewizorów, wpół żywych, trzeba było odwieźć do hotelu; ale wyjechali uspokojeni...
Potem poszła na Polskę legenda tej dziwnej zjawy astralnej, jaką był Wyspiański. Legenda miasta malarzy, miasta witraży, miasta poezji, miasta grobów, miasta życia, miasta sztuki — Krakowa.
Wśród tych duchowych przemian, materialnie Kraków zmienił się bardzo niewiele. Trochę oczywiście miasto rosło, ale jakże wolno, jak nieśmiało. Wspominałem już, jak specjalne warunki Krakowa hamowały jego rozwój gospodarczy, przemysł, handel... Przeważał w mieście żywioł urzędniczy, ale i tu godzi się zauważyć pewien paradoksalny symptom. Cechą każdej stolicy jest, że skupia ona elementy najbardziej rzutkie, ambitne, najzdolniejsze. Otóż, w Krakowie, też niewątpliwej stolicy na swój sposób, było pod tym względem wręcz odwrotnie. Co rok odbywał się tu połów najzdolniejszych sił, które zabierano do Wiednia do ministeriów. Zostawały ciury, albo też ci, którzy, wszedłszy pod urok artystyczno-cygańskiego Krakowa, mniej dbali o kariery. Stąd przy klanie artystów pasało się sporo takich estetyzujących urzędników, kibiców sztuki, czytających, dysputujących, interesujących się wszystkim.
Dam jeden przykład owej supremacji sztuki w Krakowie. Był pewien młody inspektor gorzelniany (solidna rządowa posada), przy tym amator-muzyk. Zakochał się i oświadczył o pannę. Zgodziła się, ale pod warunkiem, że zmieni fach i zostanie „prawdziwym artystą”. Rzucił posadę, zaczął się forsownie kształcić, pobrali się, wyjechali do Paryża, cierpieli prawie nędzę; on jest dziś jednym z naszych zasłużonych muzyków. Wedle tradycji matrymonialnych, normalniejsza byłaby rzecz odwrotna, aby panna odpowiedziała artyście, że wyjdzie za niego, o ile rzuci mrzonki i zdobędzie solidną posadę. Ale taki był ówczesny Kraków.
Mimo wszystko, doczekało się miasto i na polu gospodarczym doniosłego zdarzenia: z małego stało się wielkim Krakowem. Wskażę w kilku słowach, jak i ta przemiana wynikła raczej z duchowych niż materialnych wartości Krakowa.
Wszystko w tym mieście było paradoksalne. Śmierć stawała się elementem życia. Ważnym faktem krakowskiej kroniki były — pogrzeby. Mając i Wawel, i Skałkę, Kraków stał się wielkim domem przedpogrzebowym całej Polski. Od niezapomnianego pogrzebu Mickiewicza, iluż dostojnych umarłych ciągnęło przez te ulice: Kraszewski, Lenartowicz, Matejko, Asnyk, Wyspiański... Znamienne jest, że pierwsze występy poetyckie, jakimi Kazimierz Tetmajer, późniejszy piewca Wenus Kallipygos i Skalnego Podhala, zwrócił na siebie uwagę, to były dwa konkursowe wiersze na sprowadzenie zwłok: Mickiewicza i Kraszewskiego. Tak młodość była zmuszona akomodować się do warunków. „Przystaniesz sobie za trumienką z boku, posłuchasz śpiewu i żałobnych mów, dziewczątko małe uszczypniesz gdzieś w tłoku, już się od dawna tak nie czułeś... zdrów!” — śpiewałem później w Baloniku.
(Jak długo przetrwało w Krakowie to spoufalenie się z życiem grobów, niech świadczy następujący autentyczny fakt. Kiedy przed kilku laty teatr Szyfmana wystawił w Warszawie Bolesława Śmiałego, pożyczono część rekwizytów od teatru krakowskiego, między innymi trumnę św. Stanisława. Otóż chodziło o wypróbowanie trumny i przyrządzenie jej tak, aby statyście idącemu w trumnie nie było widać nóg, jak je było widać na krakowskiej premierze. Karol Frycz, malarz-dekorator Teatru Polskiego, pojechał do Krakowa, kazał sobie wynieść ze składu tę teatralną trumnę św. Stanisława, wlazł w nią i chodził w niej po ulicy Radziwiłłowskiej w samo południe, nie budząc zbytniego zdziwienia przechodniów; aż dopiero dziecko jakieś przelękło się i rozpłakało).
Oczywiście, przy wszelkich żałobnych okazjach pierwszą figurą był gospodarz miasta: w czarnym kontuszu, w kołpaku z kitą, czuł się niemal spadkobiercą Jagiellonów, Zygmuntów... Było zresztą zatrzęsienie nie tylko pogrzebów, ale wszelakich obchodów. Polskie i austriackie, na przemian. Tu wizyta Franciszka Józefa czy jego następcy, tu Muzeum Narodowe lub restytucja Wawelu; otwarcie nowego teatru, pięćsetlecie Akademii Umiejętności czy inauguracja Akademii Sztuk Pięknych; odnowa kościoła Mariackiego czy zjazd Słowian, pomnik Mickiewicza lub Jagiełły, to znów przyjęcie dla ministra... Fety, bankiety, mowy, toasty. I wciąż na pierwszym miejscu krakowski Wierzynek, nieustający jubilat — prezydent miasta.
I tu godzi się zanotować rzecz znamienną. Osoba gospodarza miasta była poniekąd projekcją duchowego Krakowa.84 Wedle tego, czym był w danej chwili Kraków, głowa jego bywała na przemian albo dostojnym prezydentem, albo pociesznym burmistrzem. Nasilenie duchowego życia miasta wzdymało samopoczucie i ambicję jego gospodarza. Kraków Matejkowski wydał Zyblikiewicza. Kraków młodopolski szczęśliwie uderzył do głowy Juliuszowi Leo.85 W epokach duchowego marazmu na stolcu burmistrza zasiadały ciury. Zostawszy burmistrzem Krakowa, na który wówczas zwrócone były oczy całej Polski, Leo uczuł się prezydentem wielkiego miasta. Skoro materialna rzeczywistość temu nie odpowiadała, postanowił zmienić rzeczywistość. Tak powstała w jego głowie idea Wielkiego Krakowa.
A była to głowa ambitna i zdolna. Ten profesor Almae matris wyrzekł się kariery naukowej dla prezydentury miasta, w której może widział odskocznię dla wielkiej kariery politycznej, może tekę jakiego ministra skarbu?... Tak czy owak, faktem jest, iż powziął zuchwały zamiar podciągnięcia Krakowa do wyżyn jego znaczenia moralnego.
Idea ta miała dwie fizjognomie: jedną nadającą się do łatwych żartów, drugą w istocie płodną i twórczą. Wielki Kraków! w zestawieniu tych słów był kontrast, który budził uśmiech. O co chodziło? O stopienie gmin okalających Kraków i wcielenie je w miasto. To była myśl, do której urzeczywistnienia Leo dążył przez szereg lat z wytrwałym uporem. Łatwo było z tego żartować: czyż mały Kraków powiększy się, czyż urośnie przez to administracyjne przesunięcie granic? A jednak tak. Rzecz była dla Krakowa kwestią wprost życia. Jak wspomniałem, jednym z kalectw Krakowa było sztuczne zduszenie go w strefie „fortecy”. Udaremniało to rozwój przedmieść, hamowało ruch budowlany, bo na pierwsze żądanie wojskowości wszelki dom położony w tej strefie musiał być zburzony (tzw. rewersy demolacyjne). Forteca ta nie miała od dawna żadnej wartości strategicznej, ale tępy konserwatyzm austriackich generałów bronił jej uparcie. Trzeba było wielu lat starań i walki z szykanami, nim Leo zdołał uzyskać zniesienie fortyfikacji, a tym samym wolny oddech dla peryferii Krakowa.86 Natychmiast z ogromnym impetem zaczął wytyczać plany nowego „wielkiego” Krakowa. Rozmach i ambicje tej piatiletki87 Lea były wielkie, niekiedy budziły uśmiech swą megalomanią; np. wspaniali konni policjanci, „regulujący ruch” w miejscu, gdzie ledwie snuło się paru ospałych przechodniów. Ale w zamian trzeba było widzieć tę konną policję, jak dziarsko wyglądała na jakimś pogrzebie czy obchodzie! A czyż dolą Krakowa nie było żyć od obchodu do obchodu?
Przepowiadano Leowi, że doprowadzi miasto do bankructwa, że gospodarka jego jest nierealna, lekkomyślna. Jak byłoby się to skończyło w ówczesnych warunkach, trudno zgadnąć. Ale dziś wystarczy przejść się po ślicznych dzielnicach powstałych w dawnej fortecznej strefie, gdzie przed niewielu laty jeszcze były ogrody warzywne i ugory, aby zrozumieć znaczenie jego czynu dla Krakowa. Dał miastu ramę dla przyszłego rozwoju na lat sto. I w tym oryginalność, że nie napór życia stworzył te nowe dzielnice, ale że raczej wartości duchowe miasta, obudziwszy ambicję jego gospodarza, kazały mu wytyczać wspaniałe ulice i bulwary w pustce, niby Piotrowi Wielkiemu ulice Petersburga.
Leo był popularną postacią w Zielonym Baloniku. Mimo wielu istotnych różnic, czuliśmy w nim bratnią duszę. I jemu, jak nam, było ciasno w Krakowie, i on starał się powiększyć go fikcją, zmienić bieg życia. Odwrócenie przez prezydenta Leo biegu maleńkiej Rudawy może się wydać symboliczne. W Szopce Zielonego Balonika Leo był dorocznym Herodem (raz tylko, w dobie burz w Akademii Sztuk Pięknych, zastąpił go w tej roli Fałat). Jemu to Trzej Królowie przynosili mniej lub więcej groźne wieści; on, trawestując starodawny tekst szopki, obwieszczał: „Jam jest władca potężny, który ma trzy części świata, Europę, Afrykę i pamiętne lata; króluję w wielkiej chwale, u Puzyny i w kahale... A hasło moje: Bóg nad nami — i salami”... (Była to aluzja do jego władzy, opartej na potężnej korporacji rzeźników i masarzy). Tak dworowaliśmy sobie z lekka z naszego burmistrza, ale był to stosunek życzliwy, mimo iż nie można rzec, aby to był stosunek Moliera do Ludwika XIV-go, bo — wręcz przeciwnie — Kraków artystyczny czuł się w mieście królem, a Kraków mieszczański był jego nadwornym komikiem.
Nic dziwnego, że wzięliśmy skwapliwie na języki ów zamierzony Wielki Kraków oraz fantastyczny plan podzielenia przyszłego miasta na dzielnice zawodowe: „Nasz wielki Kraków, nowiusieńki gród, dziwuje mu się z całej Polski lud; tak równiutko podzielony, na dzielnice rozłożony, wszystkie profesyje zmieści, jeszcze przestrony... — W pierwszej dzielnicy ma Kraków wielki, świętość narodu, swoje handelki; wśród klombów fontanna z piwem, tryska źródłem wiecznie żywem, wszystkie ludu łączy stany wspólnem ogniwem. — Koło handelków, w drugiej dzielnicy, mieszkają radcy i urzędnicy: niańki, mamki, babki, sługi, małe dzieci, duże długi: dwa są piękne dni w miesiącu, pierwszy i drugi. — W trzeciej dzielnicy... bardzo przestrono: przemysł i handel ma tam być pono; w czwartej same profesory, w piątej księża i doktory, szóstą zasię pan prezydent dał na amory”...
Cóż dopiero, kiedy przyszedł sam obchód Wielkiego Krakowa, kiedy usłużna prasa zaczęła grzmieć w surmy reklamy, kładąc nam co dnia w uszy specjalnie ukuty termin „powiększonej ojczyzny”. Uroczystość spaliła po trosze na panewce, dla bardzo prostej przyczyny. Kraków był wyspecjalizowany w uroczystościach żałobnych, a nie radosnych; nauczony był spoglądać w przeszłość, a nie w przyszłość. Przy tym Wielki Kraków to było pojęcie zbyt abstrakcyjne. Z czego się miał cieszyć mieszkaniec Zwierzyńca, że odtąd jego prastara dzielnica miała się nazywać Kraków XIII? Z czego się miały cieszyć Grzegórzki, że będą się zwały Kraków VII czy IX? To pachniało przymusem bruków, szkół, kanalizacji, powiększeniem podatków... Słowem, feta, zakrojona na największe rozmiary, z banderiami, krakusami, strażą ogniową, sztandarami, zmieniła się w sztywną galówkę dość kpiarsko przyjętą przez stary Kraków, który nie takie Lejkoniki widywał! W dodatku urozmaicił tę uroczystość dość niemiły incydent, w którym ktoś złośliwy mógłby dojrzeć symboliczny omen. Na koniec obchodu, z wieczora, pod kościołem franciszkańskim, sąsiadującym z gmachem magistratu, zaaranżowano fotografię dla „Nowości ilustrowanych”; nastąpił wybuch magnezji, przy czym siła wybuchu uszkodziła słynny witraż Wyspiańskiego, Św. Salomeę, a sam Leo oberwał coś odłamkiem szkła.
Jak tu nie wyzyskać takiej okazji! Urządziliśmy tedy w Baloniku parodię całego pochodu, który przeciągał tryumfalnie przez cukiernię Michalika, sam zaś incydent opiewany był na nutę piosenki Grzmią pod Stoczkiem, zmodernizowanej okolicznościowo na: „grzmią przed Lejem wiwaty, błyszczą białe krawaty”... Po wyliczeniu wspaniałości obchodu, samą katastrofę tak utrwaliliśmy, wspólnie z Tolem Noskowskim: „Skoro takie dziś czasy, że ni kroku bez prasy, więc wezwano w cichości fotografa z „Nowości”. Leo wyszedł zza kulis, wzrok natchniony wzniósł w górę, a tymczasem już W. Lis wycelował nań rurę. — Błysło, hukło i trzasło, szyby prysły jak masło; tłum się zwalił na ziemię, Lej się złapał za ciemię. I wyleciał zza bramy franciszkański braciszek: »A łajdaki, a chamy, Salomea, Franciszek!«...”
Ale kończyła się pieśń optymistycznym akordem: „Więc się nie smuć, narodzie, rany zrosną się w blizny, a my cieszmy się w zgodzie z powiększonej ojczyzny”.
Tak więc, bohaterski okres Krakowa zamknął się podwójnym faktem: Wielki Kraków i Zielony Balonik: podwójna synteza, uroczysta i kpiarska, dualizm na wskroś krakowski. Wielki Kraków był syntezą materialną, Balonik duchową. Dałem wprzód wykład tego zjawiska racjonalistyczny; rozebrałem elementy, przyczyny, starałem się wytłumaczyć co, jak i czemu. Teraz spróbuję dać wykład mistyczny, jedyny, jaki w sprawach ducha jest realny. Otóż, Zielony Balonik zaczął się tuż po wybuchu rewolucji rosyjskiej, skończył się w okresie wojny bałkańskiej. W tej właśnie dacie, 1905–1912, można by znaleźć głęboki sens. Wszak 1905, to rok, w którym rozpoczęło się owo podziemne drżenie, mające doprowadzić do wielkich wydarzeń i do naszej wolności. Otóż zastanawiam się dzisiaj, czy najistotniejszym motorem naszych balonikowych zabaw nie było instyktowne antycypowanie tej wolności? Czy nie były one najskwapliwszą rewindykacją prawa do śmiechu, do swobodnego spojrzenia na świat, zdjęciem żałoby, jak gdyby w przeczuciu, że czas jej niebawem ma się skończyć? Czy nie były już rewizją, odrzuceniem wielu szacownych przeżytków, które rychło miały się stać niepotrzebne, wielu pobożnych kłamstewek hodowanych w niewoli? Czy nie były próbą przestrojenia tonu? Sądzę, że w sprawach ducha takie antycypowanie zdarzeń jest rzeczą zwyczajną. „Dusza nie zna interwallów”, jak mawiał Przybyszewski. A czas to jest pojęcie na wskroś użytkowe, lansowane przez zegarmistrzów i fabrykantów kalendarzy...
Przypisy:
1. znasz-li (daw.) — czy znasz; dziś popr. pisownia: znaszli. [przypis edytorski]
2. Znasz-li ten kraj?... — w wydaniu źródłowym figuruje 55 ilustracji. W niniejszym wydaniu ich podpisy podano w odpowiednich miejscach w przypisach. [przypis edytorski]
3. łyk (daw., pogard.) — mieszczanin. [przypis edytorski]
4. loco (łac.) — na miejscu. [przypis edytorski]
5. kokotka a. kokota — kobieta lekkich obyczajów; prostytutka; tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Kokota krakowska (patrz Słówka), rys. K. Frycz. [przypis edytorski]
6. wykipia — dziś popr.: kipi. [przypis edytorski]
7. czamara (daw.) — rodzaj płaszcza, noszony przez mieszczan i chłopów w XVI-XVIII w. [przypis edytorski]
8. sokoli — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Sokół (rys. W. Jarocki) z „Liberum Veto”. [przypis edytorski]
9. dołman a. dolman — daw. kurtka wojskowa. [przypis edytorski]
10. zza kordonu — tu: z innych zaborów. [przypis edytorski]
11. Wieża Floriańska, zawiana trochę, chwiała się na nogach, jak to uwiecznił Szczygieł w swoim fresku. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem:Kabaret szalony do wiersza E. Leszczyńskiego malował K. Sichulski (Z wnętrza cukierni Michalika). [przypis edytorski]
12. burberry — luksusowa brytyjska marka odzieżowa; tu prawdopodobnie mowa o słynnym płaszczu typu trencz tej firmy. [przypis edytorski]
13. dla — tu: z powodu. [przypis edytorski]
14. Śmieszne. Ale co na tym tle nie było śmieszne? — tu w tekście umieszczono dwie ilustracje z podpisem: Z cyklu Wawele, K. Frycza. Projekt Rady Miejskiej (z wnętrza cukierni Michalika); z cyklu Wawele, K. Frycza. Projekt socjalistyczny (z wnęrza cukierni Michalika). [przypis edytorski]
15. Robert de Flers (1872–1927) — fr. komediopisarz, librecista i dziennikarz. [przypis edytorski]
16. Cécile Sorel (1873–1966) — własc. Cécile Émilie Seurre, aktorka fr., wieloletnia narzeczona amerykańskiego milionera Witneya Warrena, następnie żona aktora Guillaume’a de Sax (księcia de Ségur). Jej małżeństwo było wyjątkowo nieudane i dostarczało ciągłych tematów dla plotkarzy. [przypis edytorski]
17. Tarnowski — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Dwaj rektorowie. St. Tarnowski i L. Wyczółkowski (rys. K. Frycz). [przypis edytorski]
18. rekuza — odmowa. [przypis edytorski]
19. Jedną tylko historyjkę o Mycielskim — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Mycielski i Morstin (Karykatura K. Frycza w porze wystawienia Legionu, z aluzją do miesięcznika „Musaion”). [przypis edytorski]
20. Kommen sie doch nach Konopisch, Herr Graf? Ja wohl, kaiserliche Hochheit, wenn ich dieser Gnade würdig bin... (niem.) — Czy przyjedzie pan do Konopisch, panie hrabio? Oczywiście, wasza wysokość, skoro zostałem zaszczycony zaproszeniem. [przypis edytorski]
21. Nie wzięliśmy lalki Mycielskiego, której tekst był zresztą mocno ośmieszający. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Lalki z Szopki Zielonego Balonika. U dołu Mycielski (rys. K. Frycz). [przypis edytorski]
22. blitz (niem.: błyskawica) — tu: ekspres, przesyłka ekspresowa a. pociąg ekspresowy. [przypis edytorski]
23. das verrückte Kanguru (niem.) — ekstrawagancki kangur. [przypis edytorski]
24. redaktor Czasu — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Rudolf Starzewski w insygniach Stańczyka, w ręku kaduceus z główką Stanisława Koźmiana (według portretu Jacka Malczewskiego). [przypis edytorski]
25. Mój Boże, ten Kraków... ileż wspomnień na każdym kroku! — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Jacek Malczewski (rys. S. Wyspiańskiego). [przypis edytorski]
26. spektator (z łac. a. z fr.) — widz. [przypis edytorski]
27. „Stasinek” stanął na estradzie i ujął chwiejną czasem dłonią kaduceus conférenciera, na wpół bezwiednie wchodząc w uroczysty styl krakowskich mistrzów ceremonii — Oto krakowiak Tadeusza Zakrzewskiego, przeprowadzający paralelę między Tarnowskim a Sierosławskim: „Dwie postacie historyczne miasto Kraków sławi, wielkiego Stasia ze Szlaku i Stasinka z Pawiej./ Obaj dzielni publicyści, zasłynęli w prasie, pisując czasem dla »Czasu« artykuł na czasie./ Każdy inną miał zasadę, głosił ją z godnością;/ jeden wołał: „bądźmy trzeźwi”, drugi: „precz z trzeźwością”/ Zgodność życia z swą zasadą podziwiano w świecie;/ jeden tron miał w Akademii, drugi w kabarecie./ W małych ciałach wielkie dusze i gest wielkopański:/ o tym pisał Przybyszewski, o tamtym Wyspiański./ A pod świętym Stanisławem, w zasłużonych grobie,/ złożymy kiedyś na Skałce te wielkości obie./ I zapłaczem nad mogiłą tych, co Kraków sławi,/ wielkiego Stasia ze Szlaku i Stasinka z Pawiej... [przypis autorski]
28. Noskowski — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Witold Noskowski (rys. K. Sichulski). [przypis edytorski]
29. Żuk-Skarszewski recytował swój „tryptyk” o Złotym Runie z okazji nadania orderu Złotego Runa Andrzejowi Potockiemu — W długim tym żartobliwym poemacie była taka apostrofa do znanego ze sknerstwa hr. Potockiego, namiestnika Galicji: „Dzieckiem w kolebce kto urwie łeb hydrze — Głupcem! Lecz wełnę kto wszyściutką wydrze/ Z baranów, kto ich wystrzyże, wyiska/ Wydoi, paszę odejmie od pyska/ I wszystką wełnę, co dają barany/ Spienięży, złoży na procent składany/ Ten, wzrósłszy w męża, zabłyśnie jak łuna./ Istnym bez trwogi ten rycerzem RUNA!/ A gdy nad RUNO nic nie masz na świecie/ Jak twą wspaniałość opiewać poecie?” [przypis autorski]
30. z okazji nadania orderu Złotego Runa Andrzejowi Potockiemu, właścicielowi słynnego pałacu „pod Baranami”, którego fronton zdobiły w istocie trzy baranie głowy. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Motyw z portalu w pałacu „pod Baranami”. W środku głowa Andrzeja hr. Potockiego, namiestnika Galicji (z „Liberum Veto”). [przypis edytorski]
31. Młody adwokacik, Zakrzewski, dzięki swoim piosenkom zyskał sympatię Starzewskiego — Oto jeden z krakowiaków Zakrzewskiego pt. „Baranie głowy”: „Sercem Polski nasze miasto, kto przeczy, bluźnierca, a sławny rynek krakowski sercem tego serca./ W nim całego życia obraz, każdemu tak znany: Friedlein, wieża Maryjacka, Hawełka, Barany./ Wszak te cztery rynku rogi, to przyznacie z góry, są gdyby słupy wytyczne dla naszej kultury./ Z jednej strony hejnał z wieży, co pod niebo sięga, głosi o tym, jaka była przeszłości potęga./ Z drugiej strony naszych czasów symbol masz gotowy: w melancholii zadumane trzy baranie głowy./ Od wieku nieporuszone, tego miasta strzegą, by przypadkiem coś nie wyszło z trybu codziennego./ Z dobrotliwym pobłażaniem pilnują tej rzeszy, co pod tablicą przysięgi (Kościuszki) z pieśnią nieraz śpieszy./ To znowu niechętnym wzrokiem śledzić muszą czasem, gdy tłum z czerwonym sztandarem przechodzi z hałasem./ Nic powagi ich nie mąci i nie budzi strachu, póki dumnym stąpa krokiem żołnierz na odwachu./ W czarno-żółtą patrzą budkę z wyrazem ufności, każąc ją mieć za fundament szczęśliwej przyszłości./ Kto tej budki świętość uzna, tego mają w pieczy, i zdrój łask na niego spływa, gdy jak baran beczy./ Jeśli tylko zręcznie umie wdziać baranią skórę, na wszystkie szczeble kariery szybko pnie się w górę./ A naród, choć czasem szemrze i skarży się na nie, przecież robi, co mu każą te głowy baranie!” [przypis autorski]
32. w takt jakiejś melodii, którą podśpiewywał sobie, a do której tekst już chodził mu po głowie. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Boy (rys. K. Sichulski). [przypis edytorski]
33. krząkać — dziś: chrząkać. [przypis edytorski]
34. Kraków tłoczył się na Wystawę — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Wiosna na Plantach krakowskich (rys. C. Młodzianowskiego z „Abdery”). [przypis edytorski]
35. jak w owym „dobrze myślącym”, estetyzującym Krakowie. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Ach, czy już pani wie/ Moja pani, moja pani... (Słówka Boya). Lalki z „Szopki krakowskiej” Ludwika Puget. [przypis edytorski]
36. Ces dames permettent? (fr.) — czy panie pozwolą. [przypis edytorski]
37. Tak górnie się piało w owym Krakowie, a miasto wyglądało mniej więcej tak jak na rycinie. I kiedy patrzę na tę dorożkę — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Drynda krakowska: gondola miłości (Rysunek W. Wyrwińskiego z „Abdery”). [przypis edytorski]
38. gdyby była była taka — daw. konstrukcja w czasie zaprzeszłym, wyrażająca przypuszczenie, które nie może się już ziścić. [przypis edytorski]
39. dwudziestoletnia oblubienica zdawała się o wiele lepiej panować nad sytuacją — W odziedziczonych rękopisach z jakiejś ówczesnej filantropijnej „jednodniówki”, znalazłem wiersz narzeczonej Sienkiewicza, przepisany do druku ręką Kocia Górskiego. Wiersz ten figurował w jednodniówce tuż obok drobiazgu Sienkiewicza pt. Osiczyna. Miało to wyraźny charakter anonsu: „Henryk Sienkiewicz i Maria ... zaręczeni”; sprawiło też nie lada sensację w mieście, mimo iż jednodniówka wyszła w maju, a ślub odbył się w lutym. Wiersz narzeczonej Sienkiewicza, to już (zdaje mi się) historia literatury; więc go tu przytaczam. Tytuł: Riwiera. Na srebrnej, cichej, przeźroczystej wodzie,/ Cicho ligurskie kołyszą się łodzie,/ W oddali góry jasne i zamglone/ Jakby w muślinu spowite zasłonę./ Przy brzegu, ponad śpiących wód lazury,/ W koronkę willi rzeźbione marmury,/ Wśród dwóch błękitów świecą się i bielą/ Jak białe lilie, marząc nad topielą./ Głębiej cyprysów czerń, tam róż kaskady,/ I oliwniki. Bluszcz i winogrady/ Stroją mur, zębem wieków poszczerbiony,/ W ciemnej i jasnej zieleni festony./ Tam znów gaj pinii. Rozłożyste sosny/ Sennemu morzu nucą śpiew miłosny,/ A w chór złączone, złotolistne palmy/ Grają, jak harfy, dawidowe psalmy./ Różowem kwieciem kapią z gór migdały,/ Anemonami porastają skały,/ Czasem rybacka pieśń zabrzmi echowo.../ Wietrzyk przynosi woń pomarańczową. Powiedzcie: kiedy się człowiek wychował w tak dystyngowanej epoce, czy nie może mu zostać na resztę życia niejaka skłonność do używania ciężkich słów? [przypis autorski]
40. Doprawdy, w ciągu tych ośmiu lat, Kraków dużo przeżył. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Wiatr nad Krakowem (rys. Iwo Gall, z „Abdery”). [przypis edytorski]
41. parzenica — charakterystyczny motyw zdobniczy w sztuce ludowej z okolic Zakopanego, haftowany m.in. na spodniach góralskich. [przypis edytorski]
42. Vous appelez ça „parzenica” (fr.) — pan nazywa to parzenicą? [przypis edytorski]
43. zza kordonu — tu: zza granicy zaborów. [przypis edytorski]
44. można by o Stanisławskim powiedzieć: figura rabelesowska. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Lekcja Stanisławskiego (rys. S. Rzeckiego w „Liberum Veto”). [przypis edytorski]
45. krytyk Nowej Reformy, Władysław Prokesch — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Mały Prokesch (rys. L. Wyczółkowski, z „Liberum Veto”). [przypis edytorski]
46. Chwalił Rostanda, że „otworzył szarą przędzą pleśni od dawna zasnute okno i wpuścił przez nie powiew świeżych prądów po stęchliźnie szpitalnej jaką daje literatura modernistyczna” itd. — Cytaty te przepisuję dosłownie z książki Kotarbińskiego W służbie poezji i sztuki, gdzie przytoczone są zupełnie poważnie... Poczciwy Józefek! [przypis autorski]
47. enfant terrible ówczesnego Krakowa, Feliks Jasieński — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Feliks Jasieński, zwany Manggha. [przypis edytorski]
48. zestawił najsławniejsze bąki Prokescha, między innymi ową sławną recenzję z Wesela — Egzemplarz „Nowej Reformy” z ową słynną recenzją zniknął tak doszczętnie, że nie ma go podobno nawet w Bibliotece Jagiellońskiej. [przypis autorski]
49. Przyjechał tu do nas Włodzio Tetmajer — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Włodzimierz Tetmayer (rys. S. Wyspiański). [przypis edytorski]
50. „Życie” — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Na początku była CHUĆ... (rys. E. Muncha z „Życia” Przybyszewskiego). [przypis edytorski]
51. Sewer — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Sewer Maciejowski (portret pośmiertny Jacka Malczewskiego). [przypis edytorski]
52. Stach — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Przybyszewski (Rys. S. Wyspiański). [przypis edytorski]
53. Przybyszewski (...) miał diabelskie poczucie humoru. Otóż uderzające jest, że życie tego poety (...) było, niemal do końca, jakąś makabryczną farsą, która wciągała w grę całe otoczenie. Czemu, jak, przez co: gdzie indziej starałem się to wytłumaczyć — Ludzie żywi. [przypis autorski]
54. Stach, podrażniony jakimś przycinkiem, w nocy, na Rynku, zrzucił z nóg buty pożyczone od Gabryelskiego, nie chcąc zachować nic od „tego człowieka”, i w skarpetkach dumnie powędrował do domu. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Dom (róg ul. Siemiradzkiego i Karmelickiej), gdzie na parterze mieszkał w Krakowie w r. 1898/9 Przybyszewski. [przypis edytorski]
55. Muzyka brzmiała w domu Przybyszewskich ciągle. Dagny grała Szumana — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Dagny Przybyszewska. [przypis edytorski]
56. Stasinek (Sierosławski) siadał posłusznie do fortepianu — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Stasinek. [przypis edytorski]
57. les paons blancs, les paons nonchalants (fr.: białe pawie, leniwe pawie) — cytat z wiersza Ennui (Nuda) Maurice’a Maeterlincka. [przypis edytorski]
58. nie sah ich die Nacht beglänzter (niem.) — cytat z wiersza Gebet der Sucht Richarda Dehmela. [przypis edytorski]
59. nas, którzy stanowiliśmy, prawem kaduka, codzienną kompanię Stacha. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: „Sylwester” w Paonie (od lewej do prawej: Rakowski, Boy, Dagny, Janikowski, Oszacki, Antoni Wysocki, Przybyszewski, Starzewski, aktorka d’Yllier, Alfred Wysocki). [przypis edytorski]
60. Messieurs, chapeau bas, c’est un génie (fr.) — panowie, czapki z głów, to geniusz. [przypis edytorski]
61. Być może, iż właśnie pewna mierność, pewne ograniczenie są warunkiem produkcji, że konieczny jest pewien aliaż, a czyste złoto niezdatne jest do użytku... — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Szatan (rzeźba Vigelanda, za którą prokuratura krakowska skonfiskowała numer „Życia”). [przypis edytorski]
62. Apud Polonos nunquam sine clamore et strepitu gaudia fiunt (łac.) — u Polaków radość nie obejdzie się bez krzyków i hałasu (cytat z Pana Wołodyjowskiego H. Sienkiewicza). [przypis edytorski]
63. w Prusiech — dziś popr.: w Prusach. [przypis edytorski]
64. Pożeracze gazet — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Pożeracz gazet (rys. K. Sichulski z „Liberum Veto”). [przypis edytorski]
65. I stałem długo przed tą klepsydrą, w pustej ulicy krakowskiej, w błoto i w deszcz, niczym Hamlet nad czaszką Yoricka. — tu w tekście umieszczono dwie ilustracje z podpisami: Sztuka a życie: p. Sulima w roli Racheli z Wesela; Sztuka a życie: Rachela autentyczna w kawiarni. [przypis edytorski]
66. Pamiętam scenę, jak Stach dawał restauratorowi Turlińskiemu skrócony kurs literatury polskiej. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Sala w kawiarni Turlińskiego (Od lewej ku prawej; M. Dobrowolski, Alfred Wysocki, Dagny, W. Tetmajer, K. Żelechowski, K. Rakowski, T. Żeleński (Boy), S. Przybyszewski i in.). [przypis edytorski]
67. o tym objaśnia monografia cukierni, której autor podpisał się skromnie Zenon. Trzeba by z kolei objaśnić w kilku słowach, kto jest Zenon. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Zenon (rys. K. Sichulski). [przypis edytorski]
68. Dość spojrzeć na ten reklamowy portret, który stanowił radość artystów, a na którym Jan Apolinary tak łudząco podobny jest do króla Jana III-go z pudełka od zapałek. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Jan Apolinary Michalik. [przypis edytorski]
69. I kiedy od stolika malarskiego w jego cukierni padło, rzucone przez J. A. Kisielewskiego, hasło kabaretu — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Jan August Kisielewski (rys. S. Wyspiański). [przypis edytorski]
70. Jestem przekonany, że Wyspiański bez wahania byłby się podjął dekorowania kawiarni: inna rzecz, że urządziłby ją w stylu Bolesława Śmiałego. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Fragment dużej sali. Po lewej gablotka z lalkami; po prawej karykatura Frycza, przedstawiająca J. Mycielskiego, gdy trzyma (w marzeniu) do chrztu latorośl Habsburgów i Radziwiłłów. [przypis edytorski]
71. I tu nie obyło się bez zabawnego konfliktu. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: St. Rzecki. [przypis edytorski]
72. Trudno się dziwić, że z tego wszystkiego w głowie Jana Apolinarego Michalika musiał zapanować chaos. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Po kabarecie nad ranem (mal. H. Szczygliński). [przypis edytorski]
73. Teofil Trzciński dostał taki pozew o trzy korony z halerzami — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Teofil Trzciński (rys. K. Frycz). [przypis edytorski]
74. w Baloniku zdobył pierwsze oklaski. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Stolik Zielonego Balonika (mal. K. Frycz). [przypis edytorski]
75. Ale nieraz długo musiał Stasinek uderzać kaduceusem swoim o deski i wołać sakramentalne „Mak”, co oznaczało w skróceniu: „Cicho, do cholery, jak makiem zasiał”. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: „Mak”! (rys. E. Kazimirowski). [przypis edytorski]
76. Na tym filozoficznym gruncie zyskaliśmy w Jaworskim prawdziwego entuzjastę. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Wł. L. Jaworski, entuzjasta Zielonego Balonika (rys. K. Sichulski). [przypis edytorski]
77. Bo mieliśmy i wrogów. Jednym z najzaciętszych był Wilhelm Feldman — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Wilhelm Feldman, wróg Zielonego Balonika. [przypis edytorski]
78. Kochany Edzio Leszczyński! — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Edward Leszczyński (rys. W. Wojtkiewicz). [przypis edytorski]
79. Herbaczewski uważa, że przed laty nie został zrozumiany, że był prorokiem futuryzmu literatury, a zwłaszcza prozy polskiej. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Józef Albin Herbaczewski. [przypis edytorski]
80. Jana w dwóch osobach Styki — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Jan Styka, ofiara Zielonego Balonika (rys. K. Sichulski). [przypis edytorski]
81. Opowiadałem gdzie indziej o przyjęciu Jana w dwóch osobach Styki — Dzieje pewnego sukcesu (Zmysły... Zmysły...). [przypis autorski]
82. Frycz — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Karol Frycz. [przypis edytorski]
83. Zielony Balonik zrobił mnie, ot tak, od niechcenia, pisarzem — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Zaproszenie na wieczór Zielonego Balonika (rys. W. Wojtkiewicz). [przypis edytorski]
84. I tu godzi się zanotować rzecz znamienną. Osoba gospodarza miasta była poniekąd projekcją duchowego Krakowa. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Nowy pomnik. [przypis edytorski]
85. Kraków młodopolski szczęśliwie uderzył do głowy Juliuszowi Leo. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Juliusz Leo, prezydent Wielkiego Krakowa (rys. K. Sichulski). [przypis edytorski]
86. jednym z kalectw Krakowa było sztuczne zduszenie go w strefie „fortecy”. (...) Trzeba było wielu lat starań i walki z szykanami, nim Leo zdołał uzyskać zniesienie fortyfikacji, a tym samym wolny oddech dla peryferii Krakowa. — tu w tekście umieszczono ilustrację z podpisem: Miejsce dzisiejszej Alei Słowackiego, wówczas strategiczna kolej „cyrkumwalacyjna”, dławiąca pierścieniem Kraków. Pejzaż ten, o różnych porach dnia i roku, wielokrotnie powtarzał Wyspiański, jako jedyny dostępny mu z okna domu u wylotu ul. Krowoderskiej, gdzie był wieziony chorobą. [przypis edytorski]
87. piatiletka (z ros.) — plan pięcioletni. [przypis edytorski]