Rozdział 10
Prezes sądu okręgowego, Turczyński, chodził po pokoju, od czasu do czasu zerkając z ukosa na prokuratora Martynowicza, który zdawał się namyślać.
— Jednak trudno zaprzeczyć faktowi — podjął wobec tego prezes — że kobieta ta ma jakiś instynkt psa policyjnego, czy powiedzmy ozdobniej, urodzonego kryminologa. Wiem od adwokatów, iż wprost im ręce opadają, gdy oskarża ona.
— Bo pani Horn — poprawił się w fotelu Martynowicz — połowę spraw kieruje na umorzenie.
— Właśnie — zatrzymał się przed nim prezes — ma instynkt. Tam, gdzie śledztwo nie daje winowajcy, w którym ona odkryje winowajcę rzeczywistego, nie chce oskarżać. Ale przecież w setce procesów przez nią wszczętych wina była więcej niż wątpliwa, a jednak wyroki musiały być skazujące.
— Nie zawsze — zaoponował prokurator — a sprawa Kuszelskiego? Sam pan przewodniczył rozprawie i Kuszelski został uniewinniony.
— Ba — zaśmiał się Turczyński — ale pani Horn sama mi później mówiła, że pan wbrew jej opinii narzucił jej to oskarżenie.
— Narzucił, narzucił — obruszył się prokurator — nic nie miałem do narzucania. Otrzymałem wyraźny nakaz z ministerstwa. Rząd sobie tego życzył i już.
— Mniejsza o to — upierał się prezes — pozostaje faktem, że Kuszelski był uczciwym człowiekiem i ona to wyczuła.
Przeszedł się jeszcze raz i zawrócił.
— Niezwykła kobieta i do tego piękna jak wszyscy diabli.
Martynowicz uśmiechnął się zjadliwie i odezwał się takim tonem, jak gdyby zmieniał temat rozmowy:
— Jakże, prezesie, nie zamierza pan żenić się?
— Ja? — stanął jak wryty Turczyński.
— No, przecie pan jest kawalerem... hm... że tak powiem, do wzięcia — od niechcenia wyjaśnił prokurator.
— Pan też jest kawalerem — szyderczo zauważył prezes.
— Ja... cóż ja... — bąknął Martynowicz — pan co innego.
— Jesteśmy w jednym wieku.
— Tak, ale pana jeszcze kobiety, panie dobrodzieju, biorą. Może pan godzinami wypowiadać zachwyty...
— Niby ja? — oburzył się prezes.
— Ano pan. Cóż to, przed chwilą chociażby o pani Horn.
— Pani Horn jest prokuratorem i wypowiadałem opinię o jej kwalifikacjach zawodowych.
Martynowicz pokiwał głową.
— No tak, oczywiście. Od dziś dnia będę zwracał baczną uwagę, czy moi podwładni mają kwalifikacje zawodowe, to jest, czy są piękni jak wszyscy diabli, jakie mają rączki, jakie oczka, jakie nóżki...
— Wcale o tym nie mówiłem — zirytował się prezes — a jeżelibym i mówił, to lepiej mówić, niż o tym myśleć i pogrążać się w tego rodzaju kontemplacje.
— Ja też ani mówię, ani myślę.
— Tak? Wobec tego oczerniają pana tu wszyscy.
— Mnie oczerniają?
— Pana, pana, kochany panie prokuratorze. Opowiadają, że pan aż chudnie z miłości do pani Horn.
— Ja? Chudnę? — zaczerwienił się Martynowicz — chudnę, bo piję „Karlsbad”171. A to gniazdo plotkarstwa...
Krótkie silne pukanie do drzwi i wejście Alicji Horn jak nożem ucięło spór.
— Dzień dobry panom — przywitała się z uśmiechem i zaraz rozłożyła przed Martynowiczem jakieś papiery.
Wchodząc, od razu wyczuła, że między obu starszymi panami musiał zajść jakiś spór. Prokurator był czerwony, a prezes nerwowo skubał wąsy. Ze spojrzeń zaś, które ją spotkały, wywnioskowała, że mówili o niej, a była pewna, że nic złego.
Nie było to zresztą dla niej nowiną. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że podkochuje się w niej niejeden mężczyzna w sądzie. Jeżeli nie sprawiało to jej przyjemności, bynajmniej nie było też przykre. Zresztą nie unikała sposobności podobania się tak, jak ich nie szukała.
Pozycja jej była coraz mocniejsza. Nie tylko w pałacu Paca, nie tylko w świecie prawniczym, lecz i w ministerstwie uważana była za jednego z najzdolniejszych członków prokuratury.
Jeżeli w jakimkolwiek stopniu do wyrobienia tej opinii przyczyniła się jej uroda, nie martwiła się tym wcale.
Przecie przede wszystkim była kobietą, inną niż większość, mądrzejszą, inteligentniejszą, niezależną w całym tego słowa znaczeniu, ale tym niemniej kobietą, a dopiero później prokuratorem, co — jak to udowodniła swoją półroczną działalnością — nie tylko nie kolidowało ze sobą, lecz stwarzało całość, z której mogła być dumna.
Oto stała się żywym dowodem pełnego człowieczeństwa kobiety.
Prokurator Martynowicz przejrzał papiery i burkliwiej niż zwykle wypowiedział kilka uwag, po czym skinął głową na znak, że Alicji nie zatrzymuje.
Prezes Turczyński demonstracyjnie wyszedł razem z nią. Na złość Martynowiczowi!
Po drodze wypytywał Alicję o zdrowie, o zamiary na lato, wreszcie przeszedł na stosunki w sądzie, wyraził kilka spostrzeżeń w związku z ostatnimi sprawami i żegnając Alicję przed drzwiami jej gabinetu, powiedział:
— Nauczyłem się wierzyć w pani instynkt kryminologa. Nazywam to instynktem, gdyż zważywszy wiek pani, nie mogę mówić o doświadczeniu. Nie umiem sobie wytłumaczyć tylko jednej rzeczy: — jakim cudem w pani, istocie tak bardzo kobiecej, znalazł się talent od wielu stuleci właściwy wyłącznie mężczyźnie.
— Przywłaszczony przez mężczyznę.
— Powiedzmy — roześmiał się Turczyński — stworzony i zmonopolizowany, tak samo, jak i wiele innych dziedzin: rządzenie, wojowanie, sądzenie.
— Upieram się jednak przy słowie „przywłaszczenie” — zaakcentowała Alicja.
Stali na korytarzu i musieli wciąż odpowiadać na ukłony wielu przechodzących tędy osób.
Pomimo to prezes nie zdradzał widocznie chęci przerwania rozmowy, gdyż zapytał:
— Tedy, zdaniem pani, kiedyś mężczyźni dzielili z kobietami przywilej rządzenia, sprawowania sądów i tym podobne?
— Nie dzielili, gdyż w ogóle go nie posiadali. Przecie pan prezes wie, że pierwotna organizacja społeczeństw ludzkich była oparta na ustroju matriarchalnym172. Patriarchat liczy zaledwie, jeżeli chodzi o Europę, trzy do czterech tysięcy lat...
— Drobiazg — żartobliwie zauważył prezes.
— A tak — poważnie powiedziała Alicja — drobiazg. Malutki ułamek w historii ludzkości. A przedtem długie tysiąclecia panował matriarchat, rządziły tylko kobiety. A widocznie robiły to niezgorzej, skoro dziś świat usta otwiera z zachwytem nad odkryciami etruskimi i egejskimi173 z owej epoki cywilizacji wyższej niż epoka Wersalu174, a kultury wspanialszej i wyższej niż nasza obecna.
— Niestety, nic nie wiem o tym. Nigdy się tym nie zajmowałem — rozłożył ręce prezes — ale przyjmując to do wiadomości, nie przypuszczam, by pani chciała przez to powiedzieć, że świat wraca do ustroju matriarchalnego?
— Któż to może wiedzieć? — uśmiechnęła się Alicja. — Jesteśmy wprawdzie świadkami powrotu kobiety do czynnego życia społecznego i państwowego, lecz zbyt mały mamy wycinek czasu do obserwacji. Jednakże wszystko zdaje się przemawiać za uzasadnieniem... obawy pana prezesa.
— Jeżeli ustrój ten ma nas, mężczyzn, zmusić do abdykacji na rzecz takich kobiet, jak pani, proszę mi wierzyć, że obawy moje zmienią się w szczerą radość.
Powiedział to z tak ujmującą kurtuazją dżentelmena starej, dobrej szkoły, że Alicja podziękowała mu najmilszym i najzalotniejszym ze swych uśmiechów.
Szarmancko pocałował ją w rękę i wyraźnie słyszała, jak, odchodząc, bardzo chrząkał.
Pracowała tego dnia tylko do drugiej. Julka gorączkowo przygotowywała się do egzaminów maturalnych i Alicja poświęcała teraz wiele czasu przerabianiu z nią trudniejszych przedmiotów.
Teraz, gdy oswoiła się już zupełnie z pracą w sądzie, gdy zaprzestała bywania w restauracjach i gdy zabrakło Czuchnowskiego, Alicja niemal całkowicie zajęła się Julką. Kochała ją bardzo i za główny punkt swej ambicji uważała wychowanie Julki na kobietę-człowieka własnego pokroju, na istotę rozumną, duchowo niezależną, a życiowo samodzielną.
Taką odda ją życiu. Uzbrojoną i opancerzoną przed niedorzecznymi wszelkimi uderzeniami, z zewnątrz i z wewnątrz, które Alicja sama musiała przejść i które omal nie zgruchotały jej do cna.
Julka już tego nie będzie musiała przechodzić. Teraz jest jeszcze dzieckiem o naturze zbyt miękkiej, zbyt giętkiej i zbyt skłonnej do wygodnej, a zgubnej dla kobiety roli bluszczu.
Na drodze planów Alicji stała i zmysłowość Julki, wyrażająca się w jej nadwrażliwości na wszelkie tematy erotyczne, jakie spotykało się w mitologii, anatomii, psychologii, historii, czy nawet w starannie selekcjonowanych przez Alicję utworach beletrystycznych. Mała miewała potem sny pełne podniecających wizji i romantycznych sytuacji.
Nauczona od szeregu lat zwierzała się z nich zawsze Alicji, zapłoniona i z lśniącymi oczyma.
Do snów tych Alicja wielką przywiązywała wagę, bacznie je notowała i szukała klucza do nich w psychoanalizie. Nie była bezwzględną zwolenniczką freudyzmu175, lecz brała pod uwagę wiele metod psychoanalitycznych przy wychowaniu Julki.
Widziała też u niej za silny pociąg do pieszczot. Julka od dziecka miała nadmierne zamiłowanie do przytulań się, obcałowywała swoje koleżanki, przepadała za panami, którzy nosili „na barana”, i lubiła wysiadywać na ich kolanach. Teraz zaś kolekcjonowała fotografie artystów filmowych i całe swoje drobne oszczędności wydawała na zakup tych pocztówek.
Wszystko to niepokoiło Alicję.
Sama, będąc dziewczynką — doskonale to pamiętała — była bardzo zmysłowa. Może mniej to uzewnętrzniała niż Julka, lecz za to ileż nocy spędzała bezsennie, spalając się w najwstydliwszych bezwstydnych marzeniach i do krwi gryząc palce, poplamione szkolnym atramentem.
Dlatego nie obawiała się zmysłowości Julki, zmysłowo może równie silnej, lecz równiejszej i nieburzliwej. Co więcej, była przekonana, że z łatwością zdoła rozwinąć w dziewczynie dostatecznie silne ośrodki hamujące, skoro przy swoim własnym, znacznie niebezpieczniejszym usposobieniu, posiadała już jako podlotek tak dojrzałe, że w chwili rzucenia się na nią mężczyzny, w chwili gdy ziszczał się wreszcie wymarzony w długie noce moment oddania się, znalazła w sobie dość siły i dość woli, by uciekać po ciemnym mieszkaniu, walczyć i bronić się do ostatka sił. Jeżeli doznała wówczas szalonej, dzikiej, nieprawdopodobnej rozkoszy, to jednak już w chwilę potem znalazła w sobie dość mocy psychicznej, by oddzielić oszałamiające przeżycie swego ciała od siebie, by wzbudzić w sobie nienawiść, żal i pogardę do tego człowieka. Mniejsza o to, że z biegiem lat, w miarę dojrzewania umysłu, uczucia te poddała rewizji i korekturze. Pozostało faktem, że ośrodki hamujące miała rozwinięte wspaniale.
Tym bardziej uda się je wykształcić u Julki.
Jeżeli to było możliwe, zbliżyły się teraz ze sobą jeszcze bardziej.
Były same. Nikt u nich nie bywał i one u nikogo. Alicja nie uznawała życia towarzyskiego, uważając je za puste, jałowe i odpowiednie wyłącznie dla natur płytkich, pozbawionych treści wewnętrznej i jakichkolwiek aspiracji umysłowych.
Julka, ubóstwiając swą opiekunkę, zgadzała się z nią całkowicie i nie tęskniła za innymi rozrywkami niż teatr, książka, wystawy obrazów czy odczyty. Tego jej nie brakowało.
Zresztą obecnie pochłaniała ją zupełnie nauka. Chwile odpoczynku wypełniała sobie marzeniami o wyjeździe nad morze i co kilka dni dla utwierdzenia swych planów pytała:
— Powiedz, Alu, czy myślisz, że ja łatwo nauczę się pływać?
Albo też:
— Jak wysokie bywają fale na Bałtyku?
Krótkie, informacyjne odpowiedzi Alicji brzmiały dla Julki tak, jak zapewnienie: „Owszem, pojedziemy nad morze”.
Alicja sama sporo o tym myślała, stwierdzając swój zły stan nerwowy. Należało na pewien czas zmienić środowisko. Nie przyznawała się sama przed sobą, że codziennie wieczorem, po zaśnięciu Julki, odczuwała zniechęcenie do wszystkiego i pustkę swego życia. Tłumaczyła to chwilową depresją i gdyby nie natrętne wspomnienia, które — ledwie przymknęła oczy — stawiały przed nią obraz wysokiego, barczystego mężczyzny o przedziwnie złocących się źrenicach, gdyby nie echo jego niskiego przejmującego głosu, które w ciszy dźwięczało niepokojąco, mogłaby uwierzyć, że wymazała z pamięci wszystko, co miało jakąkolwiek łączność z Winklerem.
Nie spotkała go ani razu, co uważała nawet za dziwne: tylu znajomych spotyka się na ulicy.
Zresztą to i dobrze: cóż jej może na tym, a w ogóle na nim zależeć? Mówił, że ich przejście obok siebie jest niemożliwością, a cóż zrobił, by ją zatrzymać? Nic! Dosłownie nic! Zostawił jej możność dostąpienia zaszczytu przez zaliczenie się do haremu jego kochanek! Grubo się pomylił. Bardzo grubo!
Nawet nie raczył zatelefonować. Napisać! Czy postarać się spotkać ją przypadkiem. Palcem nie ruszył!
Zarozumialec! Zdawało się mu, że ona, jak inne, nie potrafi odwrócić się od niego, że z pokorą przyjmie rolę jednej z wielu, że nie potrafi o nim zapomnieć...
Nie umiał poznać się na niej, więc niewart jest ani jej, ani jej pamięci.
Tak dalece niewart, że nie pamiętałaby o nim, gdyby pamięć człowieka od niego samego była zależna.