Melancolia

Żyje we mnie jakiś głuchy płacz — jakiś szloch i płacz żyją we mnie —

niby w grocie kropel wieczny szmer, monotonnych kropel tajny jęk.

Ach, to pewno przez zbójców zamkniona ze złotymi włosami królewna,

(kasztelanka lub może pasterka) — z pól słonecznych, zielonych porwana,

zapomniana i w grocie zamknięta i na ostrych się głazach krwawiąca

złotowłosa mej duszy królewna.

Łzy jej płyną jak zimne opale — łzy jej płyną wśród nocy bez końca

i w kryształy się lodów zwisają — w zamyślenia wiszące kryształy.

Raz przypełznął za szmerem do groty — wąż kusiciel tych głuchych podziemi,

usta chciwie przyłożył do zdroju, lecz się wzdrygnął przed blaskiem nieznanym.

A wtem ujrzał w szafirach królewnę — i swe oczy głębokie, zielone —

swoje oczy widzące w ciemnościach utkwił w bladą płaczącą królewnę —

i mądrymi oczyma pocieszał i prowadził ją w otchłań głęboką —

fosforycznie oczyma przyświecał — i prowadził ją w otchłań głęboko.

Aż pod ręką skrwawioną, co szuka w mroku oparcia

grać poczęły jak dzwony bólów zamarzłych kryształy:

chór wyklętych pielgrzymów nuci pieśń grobu świętego,

tarcze błyskają, miecze — wśród kolumn czarnych bazaltu —

wstają z grobów olbrzymy — szał rozpędzonych rumaków

niesie ich w ogniach kłębiących przed gniewny w piorunach Majestat.

Nagle śpiewy zamilkły — głucha rozwarła się otchłań —

widać wśród ścian obślizgłych mgłą wirujące jezioro.

I na zwilgłym grobowcu drżąca spoczęła królewna

w otchłań patrzy bezgwiezdną — w świątyń zagasłych jezioro.

Wtem ją mocne ramiona objęły w krzyku bezdźwięcznym

i uniosły nad otchłań skrzydeł sześcioro

i ujrzała cudowną w blasku miesięcznym — twarz Lucifera.

*

Oto mej duszy świątynia — z czarnych, jak miłość, marmurów,

gdziem lud spiżowych posągów zaklął nad głębią rozpaczy.

Niech wicher morski gra, niech strąca lwów — Poskramiaczy

w płynny wulkanów żar — w ogniowy pałac Ahurów.

Tu napowietrzny most z bolesnych krwawych stygmatów

między górami na morzu, jakoby nici pajęcze —

i tu Cię będę niósł, jak chmura porwaną tęczę,

na ten najwyższy cypl — w zorzy polarnej dwóch światów.

I Tobie oddam regiony, co w skalnych zboczach mej duszy,

jak ametysty lśnią: sny prerye; sny jak miesiąc w borze,

i tę ścieżynę modlitwy, ktorą szedł Chrystus raz w mroku.

A dla mnie to bezbrzeżne kraterów gasnących morze,

upiory świateł, wieczność, której już nic nie poruszy —

chyba ten Bóg — co przyszedł mię potępić — w Twoim wzroku.

Kain2

Wyszła mi z boru — w złocie warkoczy

z twarzą indyjskiej Bogarodzicy —

w błękitnych iskrach — w srebrnej przeźroczy —

nadksiężycowej wieszczka świątnicy...

Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy —

ach, — i zabrzęczał łańcuch mej ciemnicy.

Jak wulkan krwawy w łonie Arymana,

jak Samum, gdy się wichrami rozuzda —

tak we mnie otchłań — gwiazdami przetkana

leciała w państwo słoneczne Ormuzda.

Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy —

ach, i zabrzęczał łańcuch mej ciemnicy.

Nie wzbraniał mi jej smok, żelazna wieża,

zdradny labirynt, ni królewskie ramię —

miłość zwycięży wszystko — wszystko złamie —

ale nie miłość drugą do pasterza

Więc Śmierć przyzwałem — i śmierć odtąd żyje —

i wszechświat cały grobowcem przywarła —

— — — czuję mdły powiew — —

— — w oczeretach gnije — —

z tęsknoty — u nóg mych — umarła.

Na pustej trzcinie rozpiąłem jej włos —

nad śniącą rzeką schyliły się drzewa —

wiatr cicho płacze — ptak mogilny śpiewa —

to los mój — los!...

głębiny tajne pruć —

milczenia głuche mącić —

jako stracona łódź

od brzegu się odtrącić —

mieć gwiazdy — gwiazdy rzucić —

i tylko piosnkę nucić —

to los mój — los!...

*

Magia mej duszy niechaj Cię wywoła

z zarzewia komet czy z mroku przepaści —

przyjdź — ustroimy w lotus nasze czoła

i gibkie ciała nasze nard namaści.

Pachną mi dziwnie Twoje złote włosy,

jak prześwietlone senne kłosy.

Twych oczu lazur, jak górskie jeziora,

w których się pławi czarna sykomora.

A Twoje usta, pachnące jak róże —

chłodne — jak płomień zaklęty w marmurze.

W ogrodach piersi kwitnące jabłonie,

jakoby księżyc w mgieł srebrnych oponie.

Biodra toczone ze słoniowej kości,

jako indyjska świątynia miłości.

O przyjdź — na liściach zwiędłych piszę

ten sen mój obłąkany —

rzucam je w strumień łez moich wezbrany —

niechaj w anielskie odpłyną zacisze — —

Ale mi włócznią swą miedzianą

potrząsasz — i groźna jak mrok —

roździerasz serce moje —

czarną pianą

dysze mi toń — ja pieczar tych smok —

weź moje skarby i Twe zimne serce —

opasz — niech błyszczy!

Szmaragd Ci wspomni te zielone łąki,

po których szliśmy strojni w asfodele —

rubin — czyścowe jeziora rozłąki —

i miłość, którą oddałaś w kościele

innemu — a dyament — moje serce dumne,

stopione w ogniach i rzucone w trumnę.

Na czole Twoim płomień chryzolitów,

abyś widziała gwiazdy konające —

ortoklast zimny, smutny jak miesiące

zamrozi w oczach Twoich sen błękitów.

Ale ci jeszcze składam te szafiry

i perły jak chmury bezdomne,

i krwawej jaszmy obłąkane wiry —

na znak, że Ciebie nigdy nie zapomnę —

pierścień Ci włożę z mrocznych karbonatów,

bo się spotkamy — za progiem tych światów.

*

Kiedy Cię moje oplotą sny —

jak białe róże —

nie bój się kochać — ja — i ty

w nieba lazurze.

Ziemia, jak echo minionych dni,

grające w borze,

a nasze duchy wśród martwych pni

wieszają zorze.

Serce mi splatasz koroną gwiazd,

hymnem warkoczy —

podemną góry, wieżyce miast —

nademną — oczy.

Dziwnie się srebrzysz, aniele mój,

w tęczowem piórze —

fontanny szemrzą, gwiazd iskrzy rój —

wonieją róże...

*

Jest serca kraj na modrej morza fali,

gdzie Centaur dzikiej poucza mądrości,

gdzie bór indyjskie rozwiesza wonności

i w wodospadach rzeka się krysztali.

Tam żyjesz Ty — i Bóg mi Cię zazdrości —

i weźmie Cię — gdy serce moje spali.

*

Błękitnym echem letniej żarzy,

szumem kwiecistych traw —

głęboko na dnie lśni i marzy

w czarze krateru staw.

Podziemnych duchów serce szklane

gra Bogu dziwną pieśń —

jak Anioł dumne, nieskalane

przez łzy, ni pleśń.

Tu chciałbym marzyć w noc gwiaździstą

na czole mieć Twą dłoń —

i zejść przed jutrznią w uroczystą

głęboką zimną toń.

Lecz wiem, że wznosząc nad anioły

rajów Ci oddam moc —

sam w głuche muszę iść padoły

w głęboką zimną noc.

*

Na księżycu czarnym wiszę

patrząc w gwiazd gasnących ciszę.

W mroku dumnym i bezgłośnym

ze strzaskaną harfą snów

płynę — szukam jej —

nie odnajdę już.