Hajdamacy1

Świat stoi, a wszystko i mija, i ginie,

Lecz o tym, skąd idzie i kędy przepada —

I dureń, i mądry nie wiedzieć co gada...

Ten żyje, ów kona... Owo się rozwinie,

A tamto zwiędnieje, na wieki zwiędnieje —

I liście pożółkłe gdzieś wicher rozwieje.

A świat tak i będzie, taki sam wschód słońca,

I gwiazdy tak samo popłyną bez końca,

I ty, jak i zwykle, o mój białolicy!

Po niebios błękitach w noc jasną przelecisz,

Popatrzysz się w czyste zwierciadło krynicy

I w morze bez granic — i znowu zaświecisz,

Jak nad Babilonu wiszącym ogrodem,

Nad starą mogiłą i biednym jej rodem.

O wieczny mój! z tobą, sam nie wiem dlaczego,

Jak z bratem czy siostrą rozmawiam z ochotą

I dumkę ci śpiewam z natchnienia twojego...

Ach, radźże mi dzisiaj z tą krwawą tęsknotą!

Nie jestem samotny, nie jestem sierotą...

Mam dziatki — a nie wiem, co robić mam z nimi!

Grzech ukryć je w sobie — te duchy żyjące,

Bo może to braci pocieszy na ziemi,

Gdy ujrzą te słowa i łzy te palące,

Którymi pieśń moja płakała nad nimi...

O, nie! nie ukryję — wszak to duch żyjący!

Jak błękit niebieski bez granic widnieje,

Tak duch bez początku i śmierci istnieje...

Lecz gdzież to on będzie?... dźwięk przemijający!..

Ach! dajcież przynajmniej choć pamięć mi swoją,

Bo ciężką jest piersi bezsławna mogiła...

Kochała was ona, o kwiaty wy moje!

I dolę tę waszą opiewać lubiła...

Tymczasem do świtu zaśnijcie, me dzieci,

A ja wam Watażki2 poszukam po świecie.

*

Hajże, zuchy, Hajdamacy!

Świat wielki do woli,

Lećcie chłopcy, pohulajcie,

Poszukajcie doli.

Syny moje niedorosłe,

Nierozumne dzieci,

Kto was szczerze, sierot biednych,

Przygarnie na świecie?...

Syny moje! orły moje!

Ej, na Ukrainę!

Choć i licho tam się zdarzy,

Toć pośród rodziny.

Tam znajdziecie dusze szczere,

Zginąć wam nie dadzą;

A tu... a tu... ciężko, dziatki!

Kiedy w dom wprowadzą,

Powitają was ze śmiechem,

Ten już zwyczaj mają —

Wszyscy wielcy, drukowani,

Słońce nawet łają...

„Nie z tej strony — mówią — wschodzi,

I nie dobrze świeci,

Tak by — mówią — należało...”

Co tu robić, dzieci!

Trzeba słuchać, któż wie? może

Nie tak słońce wschodzi —

Toć piśmienni wyczytali...

Rozum dziwy płodzi!

A cóż na was rzekną oni?

O, znam waszę sławę!

„Niech, powiedzą, spoczywają

Póki ojciec wstanie

I rozpowie po naszemu

O tym tam hetmanie!

Co tam kiep ten wygaduje

Zmarłemi słowami —

I jakiegoś tam Jaremę

Prowadzi przed nami,

Odzianego w świtę3 szarą

I w łapcie łyczane...

Ej, na próżno widać w szkole

Łatano ci boki!

Po Kozactwie, po Hetmaństwie

Mogiły wysokie,

Nic się więcej nie zostało,

I te — rozkopane.

Próżna praca, panie bracie!

Jeśli chcesz mieć grosze

A w dodatku sławę próżną,

Śpiewaj nam Matroszę,

Lub Nataszę, radost’ naszę,

Sułtàn, parkét, szpory4

Ot gdzie sława!... a on śpiewa

Hraje synie more5,

I sam płacze, za nim szlocha

Siermiężna gromada...”

Prawda, prawda; mędrce moi

Dzięki — i to rada...

Kożuch ciepły, szkoda tylko,

Że nie na mnie szyty,

A rozumne słowo wasze

Łgarstwami podbite.

Wybaczajcie — dla słów takich

Uszu nie ma u mnie.

Nie zaproszę was do siebie!

Wy bardzo rozumni,

A ja dureń; wolę sobie

W kącie mojej chatki

Sam zaśpiewać i zapłakać,

Jak dziecię bez matki.

Oj, zaśpiewam... — igra morze,

Wichry powiewają,

Step czernieje i mogiły

Z wiatrem rozmawiają.

Oj, zaśpiewam... — rozwarły się

Mogiły wysokie,

Zaporoże6 aż po morze

Kryje step szeroki,

Atamani na bachmatach

Poprzed buńczukami7

Przelatują... a porohy8

Między sitowiami

Ryczą, jęczą — gniewają się,

Nucą coś strasznego;

Przysłucham się, rozżalę się,

Zapytam którego:

Czemu, starzy, smutni tacy?

— „Synu! zła godzina...

Dniepr się na nas gniewa czegoś,

Płacze Ukraina!...”

I ja płaczę... A tymczasem

Świetnymi pocztami

Występują atamani,

Setnicy z popami

I hetmani... każdy w złocie,

Chatki mej nie minie...

Weszli, kupią9 się koło mnie,

I o Ukrainie

Rozmawiają, wspominają:

Jak Sicz10 budowali,

Jak Kozacy na bajdakach11

Porohy mijali,

Jak po morzu buszowali,

Grzali się w Skutarze12

I jak lulki13 zapaliwszy

W Polsce na pożarze,

Znów witali Ukrainę,

Jak bankietowali...

„Rżnij, kobzarzu14, lej, szynkarzu!”

Kozacy hukali!

Dziad nalewa, nie poziewa,

Nie odpocznie, rwie się,

Kobzarz uciął, a Kozacy

Aż Chortyca15 gnie się...

Metelice i hopaki16

Hurtem odcinają,

Kufle chodzą i przechodzą,

Tak i wysychają.

Hulaj, panie, nie w żupanie,

Wichrze pośród pola!

Graj, kobzarzu, lej, szynkarzu,

Póki wstanie dola,

W bok się wziąwszy, na przysiadki17

Parobcy z dziadami:

„Ot tak, chłopcy, dobrze, dziatki!

Będziecie panami!”

Atamani wpośród uczty —

Niby jaka Rada —

Chodzą sobie, rozmawiają...

Wielmożna gromada

Nie wytrzyma — i tupnęła

Starymi nogami...

A ja patrzę, wpatruję się,

I śmieję się łzami.

Ach, śmieję się, patrzę, zalewam się łzami, —

Nie jestem sam jeden, jest z kim żyć na świecie;

Wśród domku mojego, jak w stepie gdzieś przecie,

Kozacy hulają, gaj szumi drzewami,

Mogiła śni dumki osnute żałobą,

I morze gra sine, topola powiewa,

Cichuteńko dziewczę Hrycia18 sobie śpiewa,

Nie jestem sam jeden, — jest żyć z kim do grobu.

Ot, gdzie dobro moje, grosze

I sława poczciwa;

A za radę dziękuję wam,

Bo rada zdradliwa.

Póki życia — poprzestanę

Na martwym tym słowie,

By wylewać łzy i smutek...

Bywajcie mi zdrowi!

Czas mi w drogę już wyprawiać

Dziatki serca mego.

Niech ruszają! może znajdą

Kozaka starego,

Co powita syny swoje

Sędziwymi łzami —

Dość mi tego, raz więc jeszcze:

Pan ja nad panami!

*

Tak to siedząc w końcu stoła,

Myślę po kolei;

Kogo prosić, kto powiedzie?...

Na dworze już dnieje,

Zagasł księżyc, słońce świeci,

Hajdamacy wstali,

Pomodlili się, odziali, —

Naokoło stali —

I posępnie, jak sieroty,

Milcząc spoglądali.

„Pobłogosław, mówią, ojcze —

Pokąd silne dzieci;

Pobłogosław szukać doli

Po szerokim świecie...”

— Poczekajcie, świat nie chata,

A wy — małe dzieci,

Głupie jeszcze... Któż na czele

W świat was poprowadzi?

Gdzie watażka? Kto obroni?

Kto w biedzie poradzi?

Jam was chował, wyhodował,

Wzrośliście jak dęby...

W świat idziecie, a tam każdy

Na książkach zjadł zęby.

Wybaczajcie, żem nie uczył:

Bo i mnie choć bili,

Dobrze bili, lecz niewiele

Czego nauczyli!

.............................

.............................

Cóż wam rzekną? — chodźmy, dzieci,

Biedna moja głowa!

Ach, jest u mnie ojciec szczery,

Chociaż nie rodzony,

Da on mi poradę dla was,

Bo sam doświadczony:

Wie, jak ciężko żyć na świecie

Sierocie biednemu.

Nie pogardził on tym słowem,

Co śpiewała jemu

Matka niegdyś, spowijając

I nucąc dziecinie;

Nie pogardził on tym słowem

Co o Ukrainie

Lirnik ślepy tak żałośnie

Śpiewa gdzieś przy płocie!

On je kocha — on najprędzej

Poradzi sierocie.

Gdyby nie on mi dopomógł

O strasznej godzinie,

Już bym dawno leżał w śniegu

Gdzieś w obcej krainie —

A ludzie by powiedzieli:

„Dobrze łajdaczynie!”

Przeszło licho, niech się nie śni,

Chodźmyż więc do niego;

A jeżeli w obcym kraju,

Wspomógł mnie biednego,

Toć was także przyjmie szczerze

Jak własną dziecinę;

A od niego, po modlitwie

Dalej w Ukrainę...

Hej, dobry dzień tacie w chacie!

U twojego progu,

Pobłogosław dziatki moje

Przed daleką drogą.