Lebedyn
„Ja sierota, babciu moja,
Sierota z Olszany;
Ojca Lachy zamęczyli,
A mnie... zimne ściany
Płakałyby... wspomnieć straszno...
Wzięli martwe ciało...
Nie rozpytuj, babciu moja,
Co się ze mną działo,
Modliłam się i płakałam,
Pierś się rozrywała.
Łzy gdzieś wyschły, dusza marła...
Och! gdybym wiedzała,
Że raz jeszcze go zobaczę,
Że zobaczę znowu, —
Stokroć więcej bym wyniosła
Za jedyne słowo!
Czy ja może przeciw Bogu
Kiedy wykraczała!...
Nie wiem... może za to skarał,
Za to, żem kochała, —
Żem kochała oczy czarne
I duszę i ciało,
Pokochała jak umiała,
Jak serce zachciało...
Nie za siebie, nie za ojca
Błagałam w niewoli,
Nie, babuniu, a za niego,
Za miłego dolę.
Skarż mnie, Boże! — prawdę twoją
Ja wycierpieć muszę...
Strach powiedzieć; już myślałam
Zaprzepaścić duszę...
Gdyby nie on, to może bym
I zaprzepaściła.
Ciężko było! Lecz myślałam:
„O Boże mój miły!
On sierota, — kto beze mnie
Jego tam powita?
Kto o dolę i niedolę
Jak ja go rozpyta?
Kto obejmie? kto podzieli
Duszę po połowie?
Kto sierocie ubogiemu
Kocham ciebie! powie?”
Tak myślałam, babciu moja,
I serce się śmiało:
„Ja sierota, bez matuchny,
Bez ojcam została,
I on jeden w całym świecie,
Tak wiernie mnie lubi;
A posłyszy, żem zginęła
To i siebie zgubi
Czekałam, płakałam:
Nie ma jego, nie przybędzie, —
Sama się zostałam...”
I znów płacze. A czernica100
Koło chorej stoi,
Smutna także.
„Gdzie ja, babciu?”
— „U mnie, serce moje,
W Lebedynie, rybko droga,
Nie wstawaj, ty chora.”
— „W Lebedynie! a od dawna?”
— „Nie, od pozawczora101.”
— „Pozawczora?... Czekaj, czekaj...
Nad wodą się pali...
Żyd, zamczysko, Majdanówka...
Hałajdą go zwali...”
— „I ten także był Hałajda,
Coś z nim przyjechała...
Ten, Jarema...”
— „Gdzie on? Gdzie on?”
Wreszcie zrozumiała.
„On za tydzień obiecywał
Przyjechać po ciebie.”
— Co? Za tydzień? Serce moje!
Boże! Czy ja w niebie?
Babciu moja, skończyła się
Przeklęta godzina!
Ten Hałajda — mój Jarema!...
Cała Ukraina
Mówi o nim. Jam widziała,
Jak płonęły sioła;.
Jam widziała, jak u Lachów
Chyliły się czoła,
Gdy mówiono o Hałajdzie:
Ach, wiedzieli oni,
Kto on taki, skąd przychodzi,
I za kim on goni!...
Mnie on szuka, i znalazł mnie
Orzeł mój zuchwały!
Przylatujże, mój sokole,
Gołąbku mój biały!
Och, jakże mi tu wesoło!
Jak ślicznie i biało!
Wszak za tydzień, babciu moja?...
Trzy dni pozostało...
Ach, jak długo!...
„Zagartuj, mamo, żar, żar,
Będzie tobie córki żal, żal.”
Oj, wesołoż mi na świecie!
A tobie, babeczko,
Czy wesoło?”
— „Ja za ciebie
Cieszę się, rybeczko:;
— „A czemuż ty nie zaśpiewasz?”
— „Jam już odśpiewała...”.
Zadzwoniono na nieszpory;
Oksana została,
A czernica na modlitwę
Z wolna podybała102.
Po tygodniu w Lebedynie.
Cerkiew śpiewem brzmiała:
Przed południem para młoda
U ołtarza stała;
A wieczorem już Jaremę
Żegnała Oksana:
Ot, zwyczajnie — nie chciał Kozak
Gniewać atamana!
— Kończy z Lachem; z Żeleźniakiem,
Z Gontą się zabawia;
W Humańszczyźnie, na pożarach
Weselisko sprawia.
Żona czeka, czy nie idzie
Z bojarami w goście,
By ją przewieźć z celi biednej
W chatę na pomoście.
Ej, nie tęsknij, miej nadzieję
I módl się serdecznie.
A mnie teraz do Humania
Potrzeba koniecznie.
Gonta w Humaniu103
Minęły dni i lato całe,
Odbiegli domów ojciec, mąż;
A Ukraina płonie wciąż;
Po siołach płaczą dzieci małe;
Pożółkłym liściem drżą dąbrowy,
Nie widać słońca spoza chmur,
Nie słychać nigdzie ludzkiej mowy;
Zwierz tylko, wyjąc, rzuca bór
Dla siół, po trupy. Nie chowali,
Wilków Lachami hodowali,
Aż znikli w zaspach śnieżnych gór.
Nie wstrzymała ludu zima
I w pomście i w karach;
Lachy marzną, a Kozacy
Grzeją się w pożarach,
Przyszła wiosna, czarną ziemię
Ze snu rozbudziła,
Ukwieciła ją porostem,
Barwinkiem okryła;
I na polu skowroneczek,
I słowiczek w gaju,
Ziemię strojną w płaszcz wiośniany
Z porankiem witają...
Raj i koniec! A dla kogo?
Czy ludzie go widzą?
Gdzież tam! Spojrzeć nawet nie chcą,
A spojrzą — ohydzą.
Trzeba krwią go domalować,
Oświecić łunami;
Kwiatów mało, słońca mało,
Za dymów chmurami.
Piekła mało!... Ludzie, ludzie!
Kiedy wam dość będzie
Dobra tego, co dziś macie?
Dziwniście wy wszędzie!
Nie wstrzymała ludu wiosna,
Boga się nie boi.
Ciężko spojrzeć; a pomyślisz —
Tak było i w Troi;
Tak i będzie.
Hajdamacy
Hulają, szaleni.
Kędy przejdą — ziemia płonie
I krwią się rumieni.
Przybrał Maksym sobie syna
Zna go Ukraina
Choć Jarema nie rodzony,
Lecz szczera dziecina.
Maksym rżnie — a co Jarema,
Nie rżnie, a katuje,
Z nożem w ręku, na pożarach,
Czuwa i nocuje.
Nie opuszcza, nie żałuje
Nigdzie ni jednego:
Za tytara Lachom płaci,
Za starca świętego,
Za Oksanę... ta i zamrze,
Myśląc o Oksanie.
A Żeleźniak: „Hulaj, synu,
Póki dola wstanie,
Pohulajmy!”
Pohulali —
Kupą koło kupy
Od Kijowa do Humania
Legły polskie trupy. —
Jak ta chmura, Hajdamacy
Humań otoczyli,
O północy; a do świtu
Miasto zapalili;
Zapalili, zakrzyczeli:
„Morduj Lacha znowu!”
Potoczyli się po rynku
Konni Narodowi;
Potoczyli się kalecy
I dzieci, i chore,
Gwałt i hałas. Na bazarze
Jakby krwawe morze.
A wśród morza stoi Gonta
Z Maksymem zawziętym,
Krzycząc we dwóch: „Dobrze, dzieci!
Tak to im przeklętym!”
Wtem gromada Hajdamaków
Z Jezuitą leci,
Z nim dwaj chłopcy: „Gonto, Gonto!
To są twoje dzieci.
Nas mordujesz — i tych porżnij,
Oni katolicy.
Czego stoisz? Czemu nie rżniesz?
Wszak to heretycy!
Póki mali — rżnij! Wyrosną —
To ciebie zabiją...”
— „Zabijcie psa! a szczenięta
Ja i sam pobiję.
Zbierz gromadę. Przyznajcie się,
To nie prawda, może?”
— „Prawda, ojcze... bo nas matka...”
— „O Boże mój, Boże!
Milczcie, milczcie! Wiem już, dosyć!”
Zeszła się gromada,
„Dzieci moje — katolicy...
By nie było zdrady,
By nie było gadaniny,
Panowie gromada,
Jam przysięgał rznąć ich wszystkich,
Biorąc nóż ten w ręce...
Syny moje! syny moje!
Czemu wy maleńcy?
Czemu Lacha wy nie rżniecie?...”
— „Będziemy rznąć, tatku!”
— „Nie będziecie! Nie będziecie!
Przeklęta bądź, matko —
O, przeklęta katoliczko,
Coś ich porodziła!
Lepiej byś przed wschodem słońca
Potopiła była!
Mniej by grzechu: zmarlibyście
Nie katolikami;
A dziś, a dziś... syny moje!
Biadaż mi dziś z wami!
Pocałujcie mnie, dziateczki,
Nie ja was zabiję,
A przysięga.”
Machnął nożem
I dziatki nie żyją.
Popadały krwią oblane:
„Ojcze!” bełkotnęły,
„Ojcze, ojcze... my nie Lachy!
„My...” i zamilczały.
— „Trza pochować?”
— „ Nie potrzeba!
Oni odszczepieńcy.
Syny moje, syny moje!
Czemu wy maleńcy?
Czemu wroga wy nie rznęli?
Matki nie zabili,
Tej przeklętej katoliczki,
Co was porodziła?...
Chodźmy, bracia!”
Wziął Maksyma,
Idą wzdłuż bazaru,
I obydwa wykrzykują:
„Kara Lachom, kara!”
I karali: strasznie, strasznie
Humań się zakrwawił;
Ani zamek, ani kościoł
Nikogo nie zbawił,
Wszyscy legli. Nigdy, nigdy
I w głowach szatanów
Nie postała zemsta taka...
Dom Bazylianów,
Gdzie uczyli się synowie,
Sam Gonta rujnuje:
„Wyście zjedli dzieci moje!”
Ryczy i katuje.
„Wy pożarliście maleńkich,
Czegóż nauczyli?!...
Walcie mury!”
Hajdamacy
Mury rozwalili, —
Rozwalili, — o kamienie
Księży rozbijali,
A uczniaczków żywcem w studni
Wszystkich pochowali.
Aż do samej nocy Lachów mordowali,
A Gonta jak wściekły nie przestaje wyć:
„Gdzie wy, ludożercy? gdzieście się schowali?
Zjedliście me dzieci — ach, ciężkoż mi żyć!
Nie ma z kim zapłakać, pogwarzyć życzliwie.
Syny moje lube, moi czarnobrewki!
Gdzie wy?... Krwi mi dajcie, bo chce mi się pić,
I chce mi się patrzyć, jak ona czernieje,
I chce się pierś zalać... Czemu wiatr nie wieje,
Lachów nie nawieje?... Ach, ciężko mi żyć!
Ciężko mi zapłakać... ach, gwiazdki wy święte!
Za chmurę, za chmurę! Niech żadna nie świeci!
O biada mi, biada! Jam porznął me dzieci!
Gdzie się ja przytulę? O, życie przeklęte!...
I biegał po mieście. A pośród bazaru
Hajdamacy we krwi poznosili ław,
I skąd co wyrwali z napojów i straw —
I siedli wieczerzać. Ostatnia to kara,
Ostatnia wieczerza!
„Pohulaj, gromado!
Bij, dopóki można, — póki starczy, pij!”
Żeleźniak zawrzasnął: „ A nuż, stary dziadu,
Choćby ziemia drżała, nie pytaj a rżnij;
Pohulajmy, bracia! kto wie, co ma być!
Dalejże, Kozacy! Kiedy żyć, to żyć!”
I urznął dziadzisko:
„A mój ojciec arendarz
I rymarz:
Moja matka praczka
I szwaczka.
Bracia moi zuchwali
Przygnali
Czarną krowę spod dąbrowy
I nanieśli korali.
A ja tobie Chryścia104
W koralach,
A na lisztwie liście
I liście,
I buciki i podkówki.
Wyjdę z rana do mej krówki,
I króweczkę napoję,
Wydoję,
Z parobkami postoję,
Postoję.”
„Oj, hop po podkurku105,
Zamykajcie drzwi w podwórku;
A ty, stara, nie lękaj się,
Bliżej do mnie przytulaj się!”
Wszyscy tańczą — a gdzież Gonta?
Czemu nie tańcuje?
I nie pije z Kozakami
I nie wyśpiewuje?
Nie ma jego — biedakowi
Nie do śpiewki marnej,
Nie do tańca.
Ktoż to taki
W kierezyi czarnej
Środkiem rynku się przemyka?
Stanął; między kupy
Lachów martwych, szuka kogoś.
Nagiął się, dwa trupy
Młodociane wziął na barki
I poza bazarem,
Po umarłych depcząc ciałach,
Skrył się za pożarem
U kościoła. Któż to taki?
Gonta — drogie brzemię
Chować niesie, nieszczęśliwy,
Zakopać do ziemi,
By kozacze ciało małe
Psy nie rozrywały.
Ciemniejszymi ulicami;
Gdzie ognie dotlały,
Poniósł Gonta dzieci swoje,
By nikt nie zobaczył,
Gdzie pochowa syny swoje,
I jak Gonta płacze.106
Wyniósł w pole, poświęcony
Wyjął nóż z kieszeni,
I święconym jamę kopie,
A Humań w płomieniach
Świeci Goncie do roboty
I na chłopce107 świeci:
Zda się we śnie leżą biedni.
Czegóż straszne dzieci?
Czemu Gonta niby złodziej
Ze skarbem się tai?
Aż się trzęsie. Od Humania
Słychać, jak hukają
Towarzysze Hajdamacy;
Lecz Gonta nie słyszy,
Synom chatę wpośród stepu
Buduje w zaciszy
I zbudował. Bierze synów,
Kładzie w ciemną chatę,
I nie patrzy, zda się słyszy:
„My nie Lachy, tata!”
Włożył obu — spod zanadrza
Kitajkę108 dobywa;
Pocałował martwych w oczy,
Żegna i nakrywa
Kitajeczką purpurową
Oblicza kozacze.
Odkrył, jeszcze się popatrzył...
Ciężko, ciężko płacze.
„Syny moje, syny moje!
Na tę Ukrainę
Popatrzcie się: i wy za nią
I ja za nią ginę.
Któż to teraz mnie pochowa?
Śród obcego pola
Kto zapłacze nad umarłym?
Doloż moja, dolo!
Dolo moja nieszczęśliwa!
Coś ty narobiła?
Na coś ty mi synów dała —
A mnie nie zabiła?
Im by dla mnie grób budować —
A to ja buduję...”
Pocałował i przeżegnał,
Okrył, zasypuje.
„Spoczywajcie w zimnym grobie —
Taka wola boża!
Nie przydbała109 suka matka
Piękniejszego łoża.
Bez fijołków i bez ruty
Spoczywajcie, dzieci!
I błagajcie, proście Boga:
Niechaj na tym świecie
Na mnie za was spadnie kara,
Biedni heretycy!
Proście, syny! Ja daruję
Żeście katolicy.”
Zrównał ziemię, pokrył darnią,
By nikt nie zobaczył,
Gdzie poległy Gonty dzieci —
Lilije kozacze.
„Spoczywajcie, wyglądajcie,
Oczekujcie na mnie!
Odebrałem ja wam życie,
Bliski czas i dla mnie.
I ja zginę niezadługo —
Któż po mnie zapłacze? —
Hajdamacy... hej, raz jeszcze
Pohulaj, Kozacze!”
Poszedł Gonta pochylony,
Słania się jak pjany110.
Pożar świeci — Gonta spojrzy,
Spojrzy — zadumany —
I uśmiechnie się straszliwie,
Patrząc w step olbrzymi; —
Wstrząsł się wreszcie, otarł oczy
I zniknął gdzieś w dymie.