Rozdział III
„Lipa” w przeciwieństwie do swojej córeczki był tego dnia w lepszym humorze niż zwykle.
Spojrzał na Anielę, która smutna i zamyślona siedziała przy kasie, i litość go ogarnęła.
„Moja Aniela jest zakochana. Ale w kim?... — myślał w duchu. — Nieszczęsna, nie widzi, co się koło niej dzieje. Myśli, że potrafi go wyrwać z błota. O, nie!... Kto się raz poślizgnie, to już przepadł. Wiele razy i ja próbowałem... Zupełnie wyrwać się jednak nie mogę”.
Przechadzał się po lokalu z rękami w tył założonymi, rozmyślając o czymś. Lokal opróżnił się już do reszty. Patrzył w okno na nadchodzący poranek, myśląc o wypadkach ubiegłej nocy.
„Na pewno go wychlali. Pozbędę się go nareszcie. Mojej córki mu się zachciewa. Dosyć moja rodzina wycierpiała w tym przeklętym życiu! Dosyć ja cierpię... Nie! Nigdy!...”
W lokalu pozostali tylko dwaj mężczyźni, którzy przedtem po cichu kłócili się ze sobą w kącie sali. Biegali teraz zdenerwowani po sali, spoglądając co chwila na zegar.
— Co za cholera?... — odezwał się jeden. — Zerknij, Antek, na bimber, jest już po dziesiątej, a jego jeszcze nie ma... Bardzośmy źle zrobili, uciekając w innym kierunku.
— Hm... — odezwał się zagadnięty. — Wychlaliby nas razem. Głowę daję, że on już kiwa.
Aniela przysłuchiwała się rozmowie i nie rozumiała jeszcze, o co im chodzi. Słabo znała żargon, którym posługiwali się ludzie nocy w rozmowie.
— Co tu począć? — zawołał Felek. — A może?...
Antek nie dał dokończyć zdania i zatkał mu usta ręką.
— Zamknij jadaczkę... Słyszysz... Wszystko, ale nie to... — wykrzyknął, domyślając się, do czego tamten dąży.
— Wszystko jest możliwe w dzisiejszych czasach — odparł Felek filozoficznie.
— Ja ci mówię, żebyś się przymknął! — ryknął wściekły już Antek. — Jak śmiesz podejrzewać własnego wspólnika?...
— Nie denerwuj się tak, brachu — odparł Felek. — Na taką okrągłą sumkę, jaka była w tece, każdy by się połaszczył.
Nie zdążył jeszcze wymówić ostatniego słowa, gdy Antek wyrżnął go pięścią między oczy. Felek upadł na drzwi, za którymi siedział Stasiek Lipa zatopiony w myślach.
— Bez awantur, proszę — zwrócił się do Antka, ściągając groźnie brwi. — Mój lokal to nie karczma.
— Zasłużył i dostał w nos — odparł Antek. — Na „Klawego” nie dam gadać. Powiedział, że zwiał z forsą.
— Zwiać to nie zwiał, ale może być zasypany — odrzekł Lipa poważnie.
— Ale tyle forsy!... Tyle forsy!... — krzyknął Felek, ocierając obojętnie krew z nosa.
Antek spojrzał z ukosa i z żalem wyrzucił:
— Daj gęby, Felek. Dzisiaj taki dzień, że zwariować można. Tyle ryzyka i pracy poszło na diabła. Sto lat nasz brat musi czekać na taki kaber.
— Wszystkiemu tylatorka winna. Narobiła rejwachu11, jakby ją ze skóry obdzierali — dodał, już udobruchany, Felek.
Antek biegał po pokoju tam i z powrotem, wreszcie zatrzymał się przed Staśkiem.
— Co ty na to, brachu? — zapytał.
— Moim zdaniem „Klawy” leży. Menty rozstawione po rogach ulicy bez wątpienia musieli usłyszeć krzyk i capnęli go.
— Nie! To niemożliwe. Klawy Janek nie daje się tak prędko wychlać — zawołał Antek z przekonaniem.
Nagle w drzwiach stanęła Aniela. Utkwiła w ojcu oczy pełne wyrzutu.
— Co się stało? — Zerwał się Lipa.
— Jeszcze go nie ma... — Wybuchła płaczem.
— Tylko z tego powodu płaczesz? — uśmiechnął się gorzko Lipa.
— Powiedz, gdzie się podział mój Janek?
Lipa przybrał nagle groźną postawę, chwycił córkę za rękę i krzyknął:
— Od kiedy ten łobuz jest twój?! Mów!
— Puść mnie! Puść! — prosiła Aniela, chcąc uwolnić rękę.
— Gadaj, mówię ci! Co zaszło między wami?! — Ściskał jeszcze bardziej rękę córki, zgrzytając zębami ze złości. — Jestem twoim ojcem! Muszę o wszystkim wiedzieć!
Aniela gwałtownie wyrwała rękę z uścisku. Dłuższą chwilę ojciec i córka mierzyli się wzrokiem, po czym Aniela śmiało odparła:
— Ojcze, obrażasz mnie. Źle mnie zrozumiałeś. Janek mi nic złego nie uczynił. Nasza miłość jest czysta...
— Ha, ha, ha — roześmiał się Lipa, robiąc krok w tył. — Klawy Janek kocha platonicznie moją córkę! Ładny idealista... Nie ma co!
— Nie naigrywaj się tak ze mnie, ojcze — odparła dumnie Aniela. — Nie on jest winien, że został przestępcą. Tacy ludzie jak ty i podobni tobie zrobili z niego złodzieja — wyrzuciła jednym tchem.
Lipa pozieleniał. Ledwo się opanował, aby nie rzucić się po raz pierwszy w życiu na własną córkę. Milczał przez chwilę, sapiąc ciężko, po czym, nieco uspokojony, odezwał się:
— Pięknie mówisz do własnego ojca. Jesteś stokroć gorsza od frajerów. Jak widzę, nie podobam ci się. Może się mnie wstydzisz?
— Nie, ciebie się nie wstydzę, ojcze — odparła zalana łzami. — Gardzę tylko twoimi czynami i twoim otoczeniem.
— Więc tak! — Wykrzywił usta. — Gardzisz złodziejami i dlatego zakochałaś się w Klawym Janku.
— Serce, gdy kocha, nie odróżnia złodzieja od porządnego człowieka. Postawiłam sobie za zadanie zrobić z niego uczciwego człowieka i cel swój osiągnę. Janek pochodzi z porządnego domu, a taki człowiek winien się opamiętać. Moja miłość go nawróci... — zakończyła z rozjaśnionymi oczami.
Lipa zamyślił się, nie patrząc na córkę. Zbliżył się nagle do Anieli i pocałował ją w czoło.
— Ojcze!... Ojczulku kochany — Złożyła Aniela ręce jak do modlitwy. — Porzuć to przeklęte życie, sprzedaj hańbiący lokal. Zerwij z tymi ludźmi! Błagam cię!...
Tu wskazała z pogardą na wspólników Janka.
— Nas proszę nie wtrącać — odezwał się Felek.
— Każdy z nas chciałby zerwać z przeszłością, ale czy frajerzy się na to zgodzą?
— Właśnie — przytaknął Antek.
— Wmówiliście sobie sami — odparła zirytowana Aniela. — Chcecie kraść, rabować pod pretekstem, że społeczeństwo nie daje wam możności pozostać uczciwymi ludźmi. Znamy waszą złodziejską politykę.
— Nie rozumiesz nas, Anielo — uciął ojciec — nie wtrącaj się.
Trójka pozostała dłuższą chwilę bez ruchu i w milczeniu.
— Serce mi się kraje z żalu, kiedy pomyślę, że Klawy Janek już „leży” — odezwał się pierwszy Antek. — Trzy dni sterczeliśmy w piwnicy. Ledwo dokopaliśmy się sufitu. Trzy fury ziemi wyrzuciliśmy. Pudło rozpruliśmy w niespełna godzinę. Klawy Janek to genialny fachowiec. Środkowe zamki przerzucił raz-dwa. Forsę wpakował do teki i nie dał nikomu się dotknąć. Ja stałem „na cynk” i już mieliśmy się ulotnić, gdy Felek, niedołęga, zaczepił nogą o jakiś przedmiot i przewrócił go. Nagle usłyszeliśmy krzyk przez ścianę i wołanie o pomoc.
Nie było czasu do namysłu. Każdy wiał w inną stronę. Służba w nocnej bieliźnie pędziła za nami. Dobiegłem do taksówki. Szofer na szczęście był blatny12 i bez ceremonii odstawił mnie tu, Felek wpadł zaraz za mną.
— Blitu13 w kasie nie było? — zapytał nagle Lipa.
— Wszystkiego tam było do cholery i trochę — objaśnił mu Felek płaczliwym głosem. — Nawet perły i klejnoty rodowe.
Lipa był teraz pewien, że Janek już kiwa14. Cieszył się w duchu, że nareszcie pozbył się kandydata na zięcia.
— Może i Felek ma rację — odparł Lipa — „Klawy” mógł nawalić dolę. Nic dziwnego nie byłoby w tym, gdyby poleciał na taki skarb.
— Znam „Klawego” — odezwał się Antek, waląc pięścią w stół. — Klawy Janek nie zamieni złodziejskiego honoru na skarby.
— Jak długo się znacie, że taki pewny jesteś? — zapytał Lipa drwiąco.
— Pracujemy razem już kilka lat. Niejedno pudło rozpruliśmy. Takiego złodziejskiego charakteru na całej kuli ziemskiej nie znajdziesz. Cwańszy jest od nas wszystkich, nawet i od ciebie, Stasiek.
— Masz rację — roześmiał się Lipa. — Janek jest mądrzejszy i cwańszy od nas wszystkich. Najlepszy dowód, że zginął z forsą. Przysiągłbym, że ten spryciarz już buja gdzieś za granicą.
— Ja też tak myślę — zawołał Felek.
Wtem ozwał się dzwonek przy drzwiach.
Lipa otworzył drzwi. Aniela wpadła do pokoju, wymachując gazetą, i krzyknęła zadyszana:
— Czytajcie! Dranie! Wasza robota!...
Nikt nie miał odwagi zajrzeć do gazety.
— Dlaczego nie czytacie? Brak wam odwagi? Co? Podli!...
Sama schwyciła gazetę i poczęła czytać na głos, akcentując każde słowo:
NIEBYWAŁE WŁAMANIE
Dzisiejszej nocy dokonano wielkiego włamania, jakiego kroniki policyjne nie notowały już od szeregu lat. Do pałacu hrabiny M. dostali się włamywacze przez podkop z piwnicy. Kasa ogniotrwała w gabinecie hrabiny została ogołocona doszczętnie. Jak nas informują, łupem złodziei padło przeszło sto tysięcy dolarów i inne obce waluty. Warto zaznaczyć, że hrabinę M. kilkakrotnie usiłowano już okraść.
Aniela wyprostowała się, obrzucając obecnych pogardliwym wzrokiem, po czym dodała głosem prokuratorskim:
— Czy nie macie wyrzutów sumienia?
— Na razie nie — uśmiechnął się Antek.
— Ładna robótka, nie ma co — dorzucił Lipa.
— Cudowna! — zawołał Felek, po czym, zwracając się do Antka, rzekł zdecydowanym głosem: — Chodźmy stąd.
— Masz rację,— rzekł Antek. — Na dziś mamy dość tych morałów. Idziemy!
Aniela niespodzianie zastąpiła im drogę.
— Nie odchodzić! Nie wszystko przeczytałam!
Groźny Antek i Felek spojrzeli po sobie i nie ruszyli się z miejsca.
Aniela czytała dalej na głos:
TAJEMNICZE ZAMORDOWANIE POLICJANTA
Dzisiejszej nocy została popełniona ohydna zbrodnia, która postawiła policję na nogi. Na rogu jednej z ulic przedmieścia Warszawy znalezione zostały zwłoki posterunkowego. Policja przypuszcza, że morderstwo to pozostaje w związku z włamaniem u hrabiny M. Policja jest już na tropie zbrodniarzy.
Aniela odrzuciła gazetę, nie spuszczając ich z oka. Chciała wyczytać z tych twarzy zbrodniczych, jakie wrażenie zrobi na nich ta nowina.
Przez dłuższą chwilę panowała przygnębiająca cisza. Siedzieli jak przykuci do miejsca, nie śmiejąc podnieść oczu.
Najbardziej przygnębiony siedział „Groźny Antek”. Zwątpił już w złodziejski charakter Klawego Janka. „Gdyby był aresztowany — myślał — doniosłyby o tym gazety”.
Felek jakby odczytał myśli kolegi i triumfalnie zawołał:
— Miałem rację, kochany brachu, czy nie? Jestem teraz przekonany, że...
Groźny wzrok Antka nie pozwolił mu dokończyć zdania.
— Ale policjanta kto zamordował? — zdziwił się Lipa.
Wszyscy troje zamienili się porozumiewawczymi spojrzeniami. Spostrzegła to Aniela.
— Nie!... Nie!... Mój Janek nikogo nie zamordował... Gdyby nie wy, już dawno porzuciłby to pieskie życie. Nie możecie się obejść bez niego!...
Nagle Antek zerwał się z miejsca, pociągając za sobą niezdecydowanego Felka.