Rozdział V

Zimowy, mroźny dzień.

W kilku punktach Warszawy umieszczone były żelazne piecyki. Ogień buzował wesoło na powitanie tych, którzy przystawali, by rozgrzać zmarznięte członki.

Przy jednym z takich piecyków, gdzie zgrupowało się więcej ludzi, znalazł się Klawy Janek .

Upłynęło już kilka dni od krytycznej nocy. Klawy Janek błąkał się po uliczkach, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Nawet nocami nie zaznawał spokoju. Dłużej ponad godzinę nie mógł usiedzieć na jednym miejscu. Strach i trwoga opanowały go, gnając jak zwierzę uporczywie tropione przez myśliwych.

Zmienił się nie do poznania. Policja, która go tropiła, zwątpiłaby na pewno, czy ma przed sobą groźnego Janka, o pochwyceniu którego marzył niejeden policjant.

Stał teraz przy jednym z ulicznych piecyków i trząsł się z zimna. Nie dlatego, że brakło mu ciepłego przyodziewku. Miał wszak do dyspozycji kilka drogich futer i parę tuzinów ubrań. Ale pragnął jak najmniej być podobnym do siebie, do owego niebezpiecznego przestępcy, którego policja znała jako eleganta. Miał na sobie zniszczone ubranie robocze. Stare, wytarte futerko z podniesionym kołnierzem upodobniło go do parobka wiejskiego. Podarta maciejówka15 i zabłocone chłopskie buty uzupełniały jego strój.

Błąkał się od jednego dworca do drugiego, z jednego przystanku tramwajowego do drugiego. Zatrzymywał się tylko tam, gdzie grupowało się więcej ludzi. Nie gościł długo przy jednym piecyku. Nie chciał po prostu rzucać się w oczy.

Czuł się tak zmęczony, że chwilami wolałby znaleźć się w celi więziennej. Zatęsknił do celi więziennej i trwałego punktu oparcia. Zgiełk i ruch uliczny doprowadzały go do wściekłości. Głośniejsze okrzyki przechodniów trwogą odbijały się o jego uszy. Zdawało mu się, że każdy napotkany człowiek ściga go i lada chwila bransoletki16 zatrzasną mu się na rękach.

W zbolałej głowie wciąż kołatała jedna i ta sama myśl. Myśl, która może doprowadzić do samobójstwa.

„Co powiem moim wspólnikom?... Mieć w ręku taki skarb i postradać go w tak głupi sposób! Mnie... Klawemu Jankowi żeby coś podobnego się przytrafiło... Wspólnicy nigdy nie uwierzą, że zgubiłem tekę”.

Chętnie naplułby sobie we własną gębę. Zapragnął jak najsurowiej siebie ukarać. Miał chęć zgłosić się osobiście na policję i otwarcie powiedzieć:

— Macie tego niedołęgę... Zróbcie z idiotą, co wam się żywnie podoba...

Jedynie myśl, że nie ujrzałby odtąd ukochanej, powstrzymała go od szalonego kroku.

Najbardziej gnębiło go zabójstwo policjanta. Czytając o tym w gazecie, nie dowierzał własnym oczom. Jak opętany pobiegł na miejsce wypadku, aby przekonać się, czy rzeczywiście coś podobnego zaszło.

Był bliski obłędu, gdy przekonał się, że wszystko jest prawdą. Przejęty zgrozą i strachem stał dłuższą chwilę pomiędzy gapiami ulicznymi, przyglądając się trupowi. Rosły policjant, który rozpędzał zbiegowisko, zmusił go do odejścia.

„Komu zależało na tym, aby dokonać tego ohydnego mordu na moje konto?” — zapytywał siebie w myśli, błądząc błędnymi oczami wokoło.

Pewny był, że zabity jest tym samym policjantem, któremu sprzątnął karabin. Ten sam znalazł zapewne tekę.

Dłuższy czas medytował, przemyślając po raz setny znane mu triki złodziejskie.

— Kto mógł być zabójcą? Gdzie się podziała zrabowana teka z forsą?

Daremnie próbował podejrzewać o to wspólników, że oni to zauważyli policjanta z teką i zamordowali go. Myśl ta nie znalazła jednak potwierdzenia w jego mózgu.

Zupełnie wyczerpany rozmyślaniem, nie dbał o posiłek. Gdyby nie stary przyjaciel Bajgełe, który zmusza go do jedzenia, rozchorowałby się z głodu.

Zaprzysiągł sobie w duchu, że na własną rękę musi odnaleźć zabójcę. Z całej duszy gardził „mokrą” robotą. Bandytów i innych nożowców chorobliwie omijał; był gorącym zwolennikiem operacji „na cicho”.

Sam się nie orientował, kiedy i jak znalazł się na schodach domu, który zamieszkiwała Aniela. Jak zahipnotyzowany wszedł na górę. Pragnął usprawiedliwić się przed nią, upaść jej do nóg i przysiąc, że nie jest zabójcą. Chciał po raz ostatni zajrzeć w jej piękne oczy i dowiedzieć się, czy nie pogardza nim. Stracić Anielę uważał za cios boleśniejszy od utraty wypchanej teczki.

Zrozumiał dobrze, że policja poszukuje sprawców włamania i zbrodni. Wierzył zabobonnie, że przelana krew woła o pomstę do nieba. Zabójca musi otrzymać zasłużoną karę. Tak czy owak, musi się znaleźć „ofiara”, aby zaspokoić opinię publiczną i udowodnić, że coś się robi...

Bez trudności otworzył wytrychem drzwi z korytarza prowadzącego do pokoju Anieli. Po cichu wślizgnął się do wewnątrz i upadł zmęczony na fotel.

Słyszał wyraźnie zdenerwowane kroki ukochanej dziewczyny i basowy głos ojca.

— Nieprawda! — wołała Aniela. — Janek nie ma nic wspólnego z mordem policjanta.

Janek zerwał się i wytężył słuch. Zrozumiał, że są sami w pokoju. Podsłuchał spór między ojcem a córką.

— Dziwi mnie to, ojcze, że ty, który tyle wycierpiałeś, zabraniasz mi podać rękę nieszczęśliwemu Jankowi.

— Lepiej znam tych ludzi niż ty — odparł „Lipa”. — Przez te kilka tygodni przebywania między nimi niczego dowiedzieć się nie mogłaś. Nasz świat to jedna wielka, niezbadana tajemnica. My sami siebie nie znamy...

— Więc dobrze... Powiedz ojcze, jacy są ci ludzie? Co za rolę ty odgrywasz wśród nich? Wszystko, co mnie otacza, jest tajemnicą. Powiedz mi wszystko... Na pamięć mojej matki zaklinam cię, ojcze...

— Tylko nie na pamięć matki. Nie wspominaj mi tej podłej kobiety...

— Ty jesteś podły, a nie moja matka! — krzyknęła w uniesieniu Aniela.

Janek słuchał z natężeniem, by nie uronić ani słówka z tej rozmowy. Wiedział, co prawda, coś nie coś o przeszłości Lipy, ale teraz miał okazję usłyszeć coś, co dotyczyło jego ukochanej Anieli.

Na dłuższą chwilę rozmowa jak gdyby się urwała, po czym usłyszał smutny głos Lipy:

— Tak!... Tak!... Masz rację, mówiąc, że jestem podły. Ona nie... Tylko ja... Całe życie starałem się wychować ciebie z dala od mojego środowiska. Czy wiesz, że matka twoja zostawiła ciebie, gdy miałaś dwa latka, by uciec z kochankiem? Tak, moja córeczko, masz zupełną rację. Jestem złodziejem, wyrzutkiem społeczeństwa, ale jedno wiem, że nie z mojej winy... Moi rodzice byli już tacy i mnie tego przeklętego „fachu” nauczyli. Gardzę nimi, gardzę sobą... Gardzę całym światem i ludźmi, których zmuszają tkwić nadal w tym bagnie. Tak, kochane dziecko, twój ojciec jest urodzonym złodziejem... Tylko jedno pamiętaj! Złodziej także może być dobrym ojcem... Przekonałaś się sama, że nie chciałem wychować ciebie w atmosferze, którą sam oddychałem.

Strzegłem swojej tajemnicy przez długie lata, nie chciałem sprawiać ci bólu, bo po prostu wstydziłem się i czułem się winny wobec ciebie. Wpojono we mnie w młodości żal i wstręt do wszelkich oskarżycieli i moralistów. Widziałem w tobie przyszłego prokuratora, który pewnego pięknego poranka zawoła: „Oskarżam cię, ojcze”...

Lata mijały, a ty rosłaś, rozwijałaś się fizycznie i umysłowo. Żyłem w strachu i obawiałem się tej chwili, kiedy przejrzysz moją grę; zobaczysz innego ojca, niepodobnego do tego, któremu ufałaś jako dziecko.

Krytyczna chwila nastąpiła, gdy stałaś się pełnoletnia. Czułem, że dłużej już nie będę mógł ukrywać przed tobą swej tragedii. Ojcowskie serce nie mogło jednak zdecydować się na sprawienie ci takiego bólu. Milczałem i odkładałem wyznanie z dnia na dzień. Później nawet, gdy się już zdecydowałem odkryć karty, nie mogłem ci wyznać wszystkiego... Teraz, czego nie dopowiedziałem, sama się już domyślasz... Na pewno zrozumiesz, dlaczego nigdy się nie zgodzę, aby moja Aniela poślubiła złodzieja.

Janek słuchał i łzy ściskały go za gardło. Przyznawał w duchu rację staremu Lipie. Czuł, że gdyby on sam był ojcem takiej córki, nie zezwoliłby nigdy na taki związek. Chciał wynieść się po cichu i wyrwać Anielę na zawsze ze swego zbrodniczego serca, zapomnieć zupełnie o jej istnieniu. Widać takie kobiety nie są stworzone dla zbrodniarzy — im pozostają tylko „kontrolne” i „z amatorstwa”. Głos Anieli przykuwał go jednak do miejsca i słuchał dalej.

— Podziwiam cię, ojcze, skąd do ciebie17 takie piękne myśli. Mówisz do mnie i rozumujesz jak najuczciwszy człowiek pod słońcem, a jednak...

— Wszyscy tacy jesteśmy... Złe i dobre myśli ścierają się w nas przez całe życie, tylko zawsze zło ostatecznie zwycięża.

— Teraz, kiedy już wszystko wiem o moim ojcu, powiedz mi, kim była moja matka i gdzie ona teraz jest. Czy w ogóle żyje?...

— Żyje. A jakże, jeszcze jak żyje... Jest bogata, przystojna, zdrowa, ładna i mieszka w pałacu. Ale wiedz, że ona ciebie nigdy nie ujrzy...

Janek słuchał, jak Lipa biega po pokoju tam i z powrotem. Chciał wejść i powiedzieć otwarcie, że zniknie raz na zawsze, nie będzie mu więcej psuł szyków nędzną osobą; bał się jednak stanąć oko w oko z tym groźnym człowiekiem, którego dobrze znał. Wiedział, że Lipa nigdy nie uwierzy w jego szczerość.

— A jednak kochałeś matkę, ojcze — usłyszał znów głos Anieli. — Więc dlaczego nie możesz być na tyle wspaniałomyślny, by jej przebaczyć? Rozumiem, nie chciała żyć w brudach.

— Ha, ha, ha, — gorzko roześmiał się Lipa. — Uciec z kochankiem i porzucić dziecko to nie brud? Ona jedna zdolna była wyciągnąć mnie z tego błota, wolała jednak pozostawić mnie własnemu losowi. Nienawidzę jej!...

— Nie przeżyję tego wszystkiego — zapłakała zrozpaczona Aniela. — Wyjadę z powrotem za granicę i poświęcę się studiom, by zapomnieć o wszystkim.

Janka zakłuło coś w sercu. „Więc ona chce mnie opuścić. Nie kocha mnie więcej!...”

Postanowił się z nią rozmówić po raz ostatni, zapominając już o współczuciu dla ojca.

-– Nie zostawisz mnie samego — usłyszał znów głos Lipy. — Bez ciebie żyć bym nie potrafił. Pokładałem w tobie nadzieję, że wyrwiesz mnie raz na zawsze z tego bagna. Ach, żebyś ty wiedziała, jak tęskniłem za tobą... W murach więziennych nie przestawałem myśleć o tobie, moje dziecko. Gdyby nie ta jedyna nadzieja, że kiedyś w przyszłości będę mógł przytulić ciebie do mego serca ojcowskiego, dawno już skończyłbym ze sobą w tych murach nędznych. Całe życie kradłem, by ci nie zbywało na niczym. Dbałem o twoje wygody na wolności, nawet wtedy, gdy mi głód kiszki skręcał w więzieniu. Tak, kochana córeczko, żyłem tylko dla ciebie i dla ciebie żyję do dziś dnia. Czy można nieszczęśliwemu ojcu odwdzięczać się w taki sposób?...

— Nie mogę już żyć tak dłużej!

Zabastuję! Przysięgam, że zabastuję...

Janek, na ten wykrzyknik, uśmiechnął się pod nosem. „My wszyscy bastujemy” — pomyślał.

— Nie wierzę ci, ojcze. Nie mogę ci ufać, a dłużej nie mogę tu pozostać. Czuję wstręt do tego świata. Muszę uciekać, gdzie mnie oczy poniosą...

— Do Klawego Janka, co?!

— Może. Moja miłość go nawróci.

— Wybij go sobie z głowy. Mam narzeczonego dla ciebie. Moja córka musi mieć przyzwoitego męża, a nie Klawego Janka.

Janek jeszcze bardziej przywarł głową do drzwi. Chciał usłyszeć odpowiedź Anieli.

— Dziwny ten wasz świat — usłyszał gorzki śmiech. — Jeden drugim pogardza. Dziękuję za wybór, pozostaw go mnie.

— Jestem twoim ojcem i pragnę wydać cię za mąż.

Aniela zaśmiała się głośno.

— Jeżeli obowiązek ojca polega na tym, by wydać córkę za mąż, to twoją misję dawno już spełniłeś.

— Zastanów się, córko. Powiem ci jeszcze coś, czego nie domyślasz się nawet. Wiedz o tym, że ten twój wybrany chodził na mokre roboty...

Janek dłużej już nie mógł wytrzymać za drzwiami. Ten zarzut był dla niego obelgą. Chciał już pchnąć drzwi; opanował się jednak i słuchał dalej.

— Co to znaczy? Nie rozumiem.

Mokra robota to po naszemu morderstwo.

— Kłamiesz! Do tego nigdy nie był zdolny.

— Jesteś za uczciwa, córko. Ale w złodziejskim „fachu” różnie bywa.

— Tak nisko nie upadł. Nie uwierzę! On nie wygląda na mordercę!

— Pozory mylą. Ja też nie wyglądam!

— A zamordowałeś?... Gardzę tobą, ojcze!

— Milcz, bo cię!...

— Można się wszystkiego spodziewać po takim „pięknym” ojcu.

— Twój kochanek musi wisieć... Uduszę! Uduszę, zanim będziesz jego żoną!...

Nagle drzwi się otwarły i Janek wkroczył zdecydowany do pokoju.

Lipa był tak zaskoczony tym zjawiskiem, że ręce, którymi przed chwilą wygrażał Anieli, opadły mu bezwładnie.

Oboje padli sobie w objęcia, nie zwracając wcale uwagi na skamieniałego Lipę.

— Jesteś, kochany?... Jesteś wolny, Janku?

Lipa, zgorszony tym widokiem, zasłonił oczy lewą ręką, prawą zaś szukał czegoś w tylnej kieszeni. Janek nie spostrzegł nawet podejrzanych ruchów Lipy.

— Jak widzę, nie krępujecie się już wcale moją obecnością. Ochłodzę was zaraz z ognia miłości! — krzyknął, grożąc im rewolwerem.

— Może byś tak nie przeszkadzał? — odparł Janek cynicznie.

— Co?... Jak ty śmiesz! Jestem jej ojcem czy nie?

— Skąd ona ma o tym wiedzieć? — odparł z lekceważeniem Janek, tuląc do siebie mocniej przelęknioną Anielę.

Lipa skakał groźnie wokoło nich, wymachując rewolwerem. Aniela wyrwała się z objęć Janka i zasłaniając go sobą, wołała:

— Ojcze, wpierw mnie zabijesz!

— Starczy ołowiu dla was obojga!

Janek siedział flegmatycznie, jakby mu nic nie groziło. Uśmiechał się szyderczo i obojętnie odparł:

— Nie wrzeszcz tak głośno. Zapominasz, że już noc zapadła.

— Bandyto!... Ty morderco!...

— Ha, ha, ha... Stara odwieczna historia; czym człowiek sam jest, tym innych tytułuje.

— Daję ci trzy minuty czasu, byś się stąd wyniósł. Jeśli nie, to...

— Zabijesz mnie — ironizował Janek. — Schowaj lepiej spluwę. Zagalopowałeś się, brachu. Nie przyszedłeś na „stój”, abyś straszył frajera minutami.

— Nie drażnij, bo cię zastrzelę. Nigdy moim zięciem nie będziesz!...

Janek zapalił obojętnie papierosa i odparł:

— Myślę jednak, że „Klawy Janek” i Stasiek „Lipa” nie powinni sobą pogardzać. Obaj jesteśmy dobrze urodzeni. Czyż może być lepiej dobrana para?

— Przestań — wtrąciła się Aniela. — Po co prowokujesz ojca?

— Ja go zastrzelę jak psa!

— Doprawdy, umiesz strzelać?

Lipa skierował na niego lufę rewolweru. Aniela stanęła między ojcem a Jankiem, krzycząc:

— Zlituj się nade mną, ojcze, nie przeżyję tego!

Lipa odepchnął córkę i wrzasnął:

— Myślisz, że nie wiem o tym policjancie, które go ochłodziłeś? Będziesz wisiał!

To poskutkowało. Janek zerwał się i chwycił Lipę za kołnierz.

— Stary kapuś! Jeszcze jedno słówko powiesz, to cię...

Aniela znów stanęła między nimi. Lipa wycelował w kierunku głowy Janka. Ten zręcznym ruchem wybił mu rewolwer z ręki, podniósł broń i wyjął naboje, rzucając pusty browning na biurko. Usiadł spokojnie z powrotem na krześle i patrzył pobłażliwie na miotającego się Lipę.

— Nigdy jeszcze nie miałem krwi na sumieniu i nie chcę jej mieć — wycedził przez zęby. — Czuję wstręt do mokrej roboty. Bezpodstawnie mnie oskarżasz.

— Mówiłam ci, ojcze, że to nie on zamordował tego policjanta — zawołała Aniela uradowana.

— Co za różnica którego — uśmiechnął się Lipa.

— Słuchaj, stary, uspokój się — zawołał już poważnie Janek. — Czy chcesz krzykiem sprowadzić tu ludzi? Myślę, że tobie nie będzie bardzo przyjemnie, kiedy hinty się dowiedzą, że jesteś Stasiek „Lipa”.

— Cicho! — zawołał Lipa.

— Po co policja ma wiedzieć, że mieszkasz w Warszawie na „lewe” nazwisko — uśmiechnął się Janek. — Jesteś nie mniej znany niż ja.

Lipa poprawił się na krześle, ciężko oddychając. Ocierał pot z czoła, patrząc na córkę. Aniela poczuła litość i zbliżyła się do ojca.

— Tato, uspokój się.

Janek podniósł się i podszedł do Lipy.

— Słuchaj, Stasiek, czy mogę z tobą pomówić bez krzyku i hałasu, jak swój ze swoim, a nie jak przyszły zięć z teściem?...

— Nie mamy nic do gadania na ten temat. — Uspokoił się Lipa.

— A jednak muszę z tobą pomówić. W Warszawie nie mogę dłużej pozostać. „Tajniaki” depczą mi po piętach.

— Uciekłeś z więzienia? Gdzie spędziłeś te kilka dni? — zawołała podejrzliwie Aniela.

— Na razie jeszcze nie byłem aresztowany.

— Ojciec mówił, że siedzisz.

— Ojcu wszystko wolno, nawet i kłamać — odparł Janek filozoficznie.

Lipa wpatrywał się dłuższy czas w jeden punkt sufitu, po czym złamanym głosem wyszeptał:

— Jestem jej ojcem, serce mnie boli...

Złapał się prawą ręką za serce, spuszczając oczy, w których zabłysły łzy.

— Przebacz — zawołał Janek. — Ale powiedz szczerze, dlaczego nie chcesz mnie za zięcia? Przeszkadzasz naszemu szczęściu.

Lipa głaskał córkę pieszczotliwie po włosach, wzdychał, spluwał i mruczał coś pod nosem.

— Nie chcę widzieć własnego nieszczęścia. Wy oboje to dwa różne światy, które się nawzajem nie rozumieją. Ona jest za uczciwa, aby mogła patrzeć na twoje podłości, a ty jesteś zanadto zdemoralizowany, abyś mógł ocenić jej uczciwość. Nie mogę własnymi rękami przyczynić się do unieszczęśliwienia mojej córki. Sam jestem blatniakiem18 i wiem doskonale, co za przeklęty los czeka żonę takiego jak ty czy ja. Nie chcę, aby moja córka chodziła z „wałówkami”19 pod więzienie.

Janek posmutniał, zwiesiwszy beznadziejnie głowę. Patrzył przez chwilę na Anielę i jej ojca, po czym trzasnął nagle pięścią w stół.

— Przysięgam na pamięć mojej matki, którą kochałem, że od dziś będę uczciwym człowiekiem.

— Ha, ha, ha... — roześmiał się Lipa. — Odwieczna nasza piosenka. Nie tak łatwo przekreśla się przeszłość... O nie! I ja nieraz próbowałem.

— Aniela będzie moim bożyszczem. Dla niej wszelkie trudności przezwyciężę. Muszę zasłużyć na jej uczciwą miłość.

— Uczynisz to, Janku? — zawołała teraz Aniela. — Obiecujesz? Wydźwignę cię z bagna! Sam, ojcze, mówiłeś przed chwilą, że matka mogłaby ci dopomóc w tym. Dlaczegóż ja nie mam naprawić błędów matki i obu was wyrwać z podziemnego świata?

— Tak! Klnę się na twoją czystą miłość, w którą wierzę, że gotów jestem wszystko uczynić. Rozkazuj, a nawet w ogień skoczę, gdy tego zażądasz!

Lipa przyglądał się przez dłuższą chwilę Jankowi ze współczuciem, po czym rzekł:

— Proszę cię, nie praw mi tylko tutaj frajerskich kawałów. Nie poznaję ciebie: stajesz się sentymentalny i tracisz na wartości. Miłość to pusty frazes. Jej matka też mnie kochała. Niechże się spali cała miłość.

— Nie wszystkie kobiety potrafią naprawdę kochać — odparła dumnie Aniela.

— Ale kogo?... Kogo pokochałaś?... „Klawego Janka”, króla włamywaczy? — szydził Lipa.

— Wierz mi, brachu kochany, że gdybym wiedział na początku naszej znajomości, że ona jest twoją córką, nigdy bym jej nie pokochał. Znam dobrze etykę złodziejską — odparł Klawy Janek.

— „Odkochasz” się, jak to nieraz u naszych chłopaków bywało. Trajluj frajerów, ale nie mnie. Wiele razy byłeś tak zakochany?

— Zmienię charakter.

— Garnitur i rękawiczki można zmienić, ale nie charakter naszego chłopaka. Po co zawracasz gitarę? Złodziej pozostanie złodziejem, a frajer frajerem do końca życia.

— Co ty, brachu, wygadujesz? Że żaden nasz brat nie może się już nawrócić?...

— Może i tak, ale niezupełnie.

— Mylisz się — wtrąciła Aniela. — Nauka dowodzi, że nikt nie rodzi się przestępcą. Dziedziczności nie ma pod tym względem.

— Głupstwo — odparł z przekonaniem Lipa. — Mój ojciec i matka byli złodziejami, więc i ja nim jestem.

— Tato, nie mów tak, przerażasz mnie!

— Ale ja pochodzę z uczciwego domu! — oświadczył Janek. — Mój ojciec był znanym krawcem damskim; miał największy magazyn w Odessie.

— To na jedno wychodzi. Zresztą twój dziadek albo pradziadek był oficjalnym złodziejem, bo nieoficjalnych jest bardzo dużo.

— No, a twoja córka?... Czy nie jest wzorem uczciwości?

Lipa uśmiechnął się ironicznie.

— Czy nie zakochała się w tobie, złodzieju?...

Janek posmutniał. Musiał w duchu przyznać Lipie rację. Szukał słów na usprawiedliwienie i odparł:

— Może i masz rację. Przekonany jestem, że gdyby mnie nie prześladowano, wziąłbym się za uczciwą pracę.

— Bujać to my, a nie nas — uśmiechnął się Lipa. — Któż by się bawił po kabaretach? Kto piłby szampana, nosił eleganckie futra, jedwabną bieliznę i brylantowe pierścienie, gdyby podobni tobie chcieli pracować uczciwie?...

— Częściej cierpiałem głód i nędzę, niż opływałem w bogactwie. Nie warto być złodziejem.

— Masz rację. Prawda, Janku, że więcej nie będziesz? — Zaglądała mu badawczo w oczy Aniela.

— Nabroił już i tak dosyć, wystarczy. Dwadzieścia lat więzienia mało by było na uregulowanie długów, jakie zaciągnął wobec sprawiedliwości. Za późno, panie Janku — rzekł z szyderstwem Lipa.

— Lepiej później niż nigdy. Zresztą urządzę się tak jak ty: będę mieszkał „na lipę” — odciął się Janek.

— Możesz sobie mieszkać, na jakie nazwisko chcesz, ale bez mojej córki.

— Po co ta gadanina — zawołał stanowczym głosem Janek. — Co począć, gdy się kochamy.

— Nie, Janku, ty nie kochasz Anieli...

Janek zaprzeczył ruchem głowy. Lipa skinął ręką, aby milczał, i ciągnął dalej:

— Gdybyś Anielę kochał naprawdę, uciekłbyś od niej jak najdalej. My obaj wiemy najlepiej, że ziemia pali ci się pod nogami. A po tym...

Janek począł biegać nerwowo po pokoju. Aniela wodziła oczami za Jankiem, rzucając równocześnie spojrzenia na smutnego ojca. Nagle Janek zatrzymał się przed Lipą i ujął go za klapy marynarki; popatrzył mu prosto w oczy:

— Lipa, stary przyjacielu. Pomówmy ze sobą wreszcie jak blatny z blatniakiem. Po co te frajerskie wykręty?

— Słuchaj, Janek — zawołał Lipa uroczyście. — Jeżeli wyznasz przed Anielą szczerą prawdę, a po tym wszystkim zechce ona zostać twoją żoną, nie będę wam przeszkadzał.

— Prawdę?... Prawdę, z którą całe życie byłem na bakier?...

W pokoju zapanowała cisza, która silniej podziałała na nerwy niż najgłośniejszy hałas. Cała trójka zagłębiła się w rozmyślaniach: Lipa i Klawy Janek o smutnej przeszłości, Aniela o swoim nieznanym losie.

— Kto jak kto — odezwał się pierwszy Lipa, widząc, że trafił w słabą stronę Janka — ale ty, brachu, wiesz, że złodziejowi nie wolno unieszczęśliwiać córki złodzieja. Czy brak córek frajerskich?...

Aniela uśmiechała się smutno do ojca. Była przejęta do głębi sposobem rozumowania tych ludzi i ze współczuciem zawołała:

— Jesteś dobrym ojcem.

— Ale ty nie jesteś dobrą córką, moja kochana — odparł smutno Lipa.

Janek zatrzymał się nagle przy Anieli. Blade elektryczne światło jeszcze bardziej uwydatniało jego wzruszenie.

— Anielo! Postanowiłem wyspowiadać się przed tobą.

— Właśnie tego chcę — zawołał triumfalnie Lipa. — Jestem pewien, że gdy usłyszy prawdę, dowie się, czym zalatujesz, nie tylko się „odkocha”, ale poczuje wstręt do ciebie. Jeszcze ci coś powiem, czego nawet jej nigdy nie powiedziałem. Gdyby Aniela wiedziała wszystko o przeszłości ojca... Często zapytuję siebie samego, skąd do mnie20, Staśka „Lipy”, i jego przewrotnej żony taka uczciwa córka.

Aniela wybuchła płaczem. „Lipa” starał się ją uspokoić.

— Powiedz mi, Janku — zawołała przez łzy — czy masz krew ludzką na sumieniu... — Wzdrygnęła się ze wstrętem na dźwięk słowa „krew”. Janek pochylił głowę i zawzięcie milczał. Wyglądał jak skazaniec. Chciał zaprzeczyć, ale nie mógł wydobyć głosu. Czuł, że jego wyznanie podziała na Anielę jak trucizna.

Poczuł wyrzuty sumienia. Wiedział, że Aniela jest za czysta, aby mogła te brudy wysłuchać. Bał się tego wyznania, a zarazem kochał ją i nie chciał przed nią nic ukrywać.

Przed jego oczami przesunęły się dokonane przestępstwa. Widział siebie od pierwszej kradzieży do dnia dzisiejszego. Wszystko kolejno wlokło się długim szeregiem, poczynając od groszowych „robótek”, aż po grube tysiące. Blade twarze okradzionych proletariuszy i spaśne kołduny bankierów. Pod koniec widział niewyraźnie tych, którzy po obrabowaniu odebrali sobie życie. Mrowie przeszło mu po ciele. Widział, jak gdyby ręce jakieś wyciągnięte do jego szyi. Zrobił krok w tył, a zimny pot wystąpił mu na zmęczone czoło.

Otrząsnął się cały, jakby chciał zrzucić z siebie olbrzymi ciężar, który go przygniatał i dusił.

W miejsce poprzednich koszmarów przyszły teraz dawno zapomniane epizody, fakty z lat dziecięcych — twarze o wiele sympatyczniejsze od oglądanych w ostatnich latach.

Widzi przed sobą jak na dłoni ojca i matkę — ludzi, z których Bóg i ludzie są zadowoleni; widzi siebie jako małego pędraka w szkole, potem w gimnazjum, gdzie był wzorowym uczniem. Minione szczęśliwe i wesołe dni młodości. A teraz...

Podniósł głowę, wytężając wzrok, jakby chciał lepiej przyjrzeć się zapomnianym i miłym twarzom. Wszystko uciekło jednak, wstydząc się zapewne zajrzeć mu w oczy.

— Za nisko upadłeś. — Słyszy głos oskarżycielski, pełen wyrzutu.

Serce rwie się ze wstydu. Przeciera oczy, jakby przebudzony z letargu. Spojrzenie jego krzyżuje się z przenikliwym wzrokiem Anieli.

— Co się z tobą dzieje? Chciałeś mi przecież coś wyznać... Powiedz, wyznaj wszystko, co ci leży na sumieniu. Prawda, Janku, że nie zamordowałeś tego policjanta?

Janek zrobił krok, jakby chciał wybiec z pokoju. Aniela chwyciła go za rękę.

— Mów! — Utkwiła w nim podejrzliwy wzrok.

— Czego chcesz ode mnie? Dlaczego mnie męczysz? — zwrócił się do niej z wyrzutem. — Policjanta nie zamordowałem!

— Ani jednego człowieka — uśmiechnął się Lipa.

Janek milczał.

Aniela zerwała się z miejsca, chwytając go za ramię.

— Czemu milczysz? — krzyknęła z rozpaczą. W oczach jej zabłysły ogniki obłędu.

— Co tu dużo gadać. On milczy, więc ja ci powiem. Janek jest zawodowym złodziejem, królem kasiarzy. Najgorsze jest to, że policja poszukuje go za stare grzechy. W Argentynie zamordował rywala. Powiedz teraz, czy chcesz zostać jego żoną?

— Dosyć! — krzyknęła Aniela, chcąc wybiec z pokoju.

Lipa zastąpił jej drogę.

— Tu zostań! Powiedz teraz, czy kochasz go jeszcze? Jeżeli tak, natychmiast udzielam wam swego błogosławieństwa.

Aniela przystąpiła do Janka.

— Więc masz krew ludzką na sumieniu? — zapytała.

— Nie pamiętam.

— On nie pamięta, ilu ludzi „ochłodził” — uśmiechnął się Lipa. — W naszym życiu różnie bywa.

Janek zapalił papierosa i nasłuchiwał.

— Wszystko w porządku. W moim domu jesteś zupełnie bezpieczny, radzę ci jednak wynieść się stąd. Diabeł nigdy nie śpi — rzekł Lipa.

— Masz rację, muszę już iść. Prawda, Anielo? — dodał, uśmiechając się gorzko.

— Tak, możesz iść. Sądziłam, że tak nisko jeszcze nie upadłeś. Jestem za słaba, by cię z tego bagna wydźwignąć.

Janek uśmiechnął się, puszczając dym nosem.

— Jak, wy, kobiety, prędko zmieniacie swoje zdanie. Moja ostatnia godzina miłości, szczęścia i wolności już wybiła. Nie chcę, aby mnie tutaj aresztowano.

— I ja nie chcę.

— Masz rację, brachu. Aniela nie jest dla „Klawego”...

— Nie upadaj jednak na duchu, bracie — odparł współczująco Lipa. — Forsa zarobiona u hrabiny umożliwi ci wyjazd za granicę; tam będziesz mógł żyć wygodnie. Postaram się o „lewy gryps” dla ciebie. Pojedziesz sobie, gdzie zechcesz i zapomnisz o wszystkim. Mnie zostawisz tylko tysiąc dolarów. Już wiesz na co... Możliwe, żeś ty nie zamordował posterunkowego. Faktem jednak jest, że mord ten przypisują temu, kto opróżnił kasę hrabiny.

— Nie mam forsy... — odmruknął Janek.

— Co? Gdzieś ją podział? — zerwał się Lipa jak rażony piorunem.

— Zgubiłem, uciekając, tekę z forsą.

— Tylko proszę cię, nie zalewaj. Zgrywasz ze mnie.

— Wiedziałem, że nikt mi nie uwierzy — uśmiechnął się Janek gorzko.

— Nie udawaj głupiego. Antek i Felek szukają cię po całej Warszawie. Uważają, żeś drapnął, zabierając „dolę”.

— Niech i tak myślą, mnie tam już wszystko jedno — odparł smutno. — Zwariuję z tego wszystkiego. Pech mnie prześladuje jak nigdy. Uciekając, przesadziłem płot i w tym momencie upuściłem tekę. Chciałem się zawrócić, tylko myśl, że mogę się natknąć na policjanta, który mnie ścigał, a którego musiałbym „sprzątnąć”, powstrzymała mnie. Po prostu nie chciałem go „ochłodzić”. Nie rozumiem tylko tego, kto mógł znaleźć tekę i zamordować policjanta.

— Ja także nie rozumiem — uśmiechnął się Lipa. — Ciekaw jestem jednak, czemuś tak od razu stchórzył. Mnie się zdaje, że niejednego policjanta masz na sumieniu.

— Co? — krzyknęła przerażona Aniela. — Zamordowałeś już kiedyś policjanta?

— A jak tak, to co? — zawołał w uniesieniu Janek.

Aniela zasłoniła sobie twarz rękami i krzyknęła:

— Podły morderco! Gardzę tobą!

— Tak! Raz zabiłem, ale tylko we własnej obronie. Zawsze pogardzałem „mokrą robotą”. Nigdy nie zabiłem w celu rabunkowym.

— Co za różnica, w jakich okolicznościach zabiłeś! Fakt, że jesteś mordercą!!

Janek uśmiechnął się gorzko.

— Gdy porządni ludzie mordują się nawzajem na wojnie, czy nie są mordercami?

— Znam dobrze wasze wykręty. Między nami wszystko skończone. Łudziłam się, że ty, którego pokochałam, przypadkowo znalazłeś się w światku występku, widzę jednak, że pomyliłam się. Zanadto zabrnąłeś w błoto, abym cię mogła oczyścić. Zbyt wiele grzechów masz na sumieniu i policja cię zbyt energicznie prześladuje, abym mogła moją miłością wyrwać cię z rąk przeznaczenia.

— Nie kochasz mnie już? — wykrztusił.

— Lituję się tylko nad tobą, nieszczęsny... Moje serce nigdy nie będzie należało do innego, ale żoną twoją być nie mogę!

Lipa wzruszony słowami córki zawołał uradowany:

— Cieszy mnie to, że wreszcie przejrzałaś. Zlikwiduję moje interesy i wyjeżdżamy za granicę.

Aniela dłuższą chwilę przyglądała się ojcu i odparła:

— Masz rację, ojcze, przejrzałam i właśnie dlatego jadę, ale bez ciebie.

Lipa opadł bezwładnie na krzesło.

— Chcesz unieszczęśliwić starego ojca?

— Trudno. Ciebie ciągnie do świata podziemnego, a mnie do porządnych ludzi.

— W obu tych światach nie brak podłości.

— To ty, ojcze, tak sądzisz. Dziękuję ci za to, żeś mnie wydał na świat w tak miłe środowisko. Opuszczam twój dom. Nie mogę już więcej... — wybuchnęła głośnym płaczem.

Lipa siedział blady jak ściana. Dobrze znał córkę i wiedział, że gdy coś postanowi, wykona. Podziwiał nieraz jej żelazną wolę w dążeniu do dobrego, która przemogła nawet jego skłonności w złym kierunku.

Żałował już w duchu, że namówił Janka do „roboty” u hrabiny, by go w ten sposób „spławić”. Był pewien, że jest to „robota” niewykonalna i że padnie ofiarą, jak inni „fachowcy” przed nim. Nie miał ochoty rozstawać się z córką.

— Dziecko moje! — błagał. — Wiesz, czym jesteś dla mnie. Nie chcesz przecież, aby twój ojciec gnił na starość w więzieniu. Jeśli mnie opuścisz, nie mam już nic do stracenia. Zlituj się nad twoim nieszczęśliwym ojcem.

— Tak postanowiłam, ojcze.

Tu zwróciła się do Janka:

— A ty uciekaj za granicę. Nie życzę ci wpaść za kraty. O mnie zapomnij!

— Gdy ciebie stracę, mogę stracić i wolność — odparł złamanym głosem. — Niech raz skończy się to piekielne życie. Dość już strachu i niepewności... Niech się dzieje wola Boska.

— Boga wzywasz — uśmiechnęła się smutnie Aniela, podając mu rękę na pożegnanie. — Do Niego zwrócić się nigdy nie jest za późno.

Janek pokrył jej ręce gorącymi pocałunkami, zraszając je łzami.

— Żegnaj, Anielo. Nie myśl źle o mnie. Zgrzeszyłem przeciwko całemu światu, ale tobie nigdy bym nie uczynił nic złego, bo cię szczerze kocham. Żegnaj! Postaram się nigdy więcej nie wchodzić ci w drogę.

Zwrócił swe zapłakane oczy w stronę Lipy.

— Żegnaj, brachu, i przebacz... Gdybym był ojcem tak pięknej i uczciwej córki, za żadną cenę nie chciałbym „Klawego Janka” za zięcia.

Rozpłakał się szczerze, po raz pierwszy w życiu złodziejskim. Otarł łzy, jakby się wstydził chwili słabości. Prędkim krokiem skierował się ku drzwiom. Aniela instynktownie uczyniła gest, jakby chciała go zatrzymać. Lipa wyciągnął prawą rękę, gotów do przytrzymania córki.