Rozdział VIII

Szary zimowy poranek. Chłopskie wozy i platformy wielkomiejskie, przeładowane towarami, wlokły się ospale po moście Kierbedzia z Pragi do Warszawy.

Wielkie miasto budzi się do codziennej pracy i walki o byt. Tramwaje, taksówki i dorożki mijały się w pośpiechu, jakby chodziło o wygranie zakładu, kto pierwszy zdąży na miejsce przeznaczenia.

Człowiek ubrany w łachmany snuje się tam i z powrotem przy barierze mostu. Staje co chwila, spoglądając na Wisłę, która uparcie tkwiła jeszcze w swych zimowych leżach. Szuka, widać, wygodnego miejsca, gdzie najlepiej będzie mógł urzeczywistnić postanowienie, by położyć kres niecnej wędrówce na ziemi.

Stójkowy zdążył go już zaobserwować. Zrozumiał, że ma do czynienia z desperatem.

— Czego tam zaglądacie? — zagadnął go. — Marsz stąd. Radzę wybrać lepszy sposób od skoku do Wisły. Woda za zimna jeszcze — roześmiał się dobrodusznie.

Człowiek spojrzał na wpół przytomnie, zawrócił, nie odpowiadając słowem. Począł się prędko oddalać, co bardziej wzmocniło podejrzenie policjanta. Chciał już krzyknąć „stój”, kiedy nieznajomy wskoczył do przejeżdżającego tramwaju i znikł.

Na Krakowskim Przedmieściu przesiadł się do innego tramwaju. Na rogu Gęsiej i Smoczej wysiadł i pośpiesznie wszedł do podwórka jednego z odrapanych domów.

Zatrzymał na chwilę wzrok na długiej, wąskiej posesji. Wszystko wyglądało tu jak zamarłe. Nie słychać było najmniejszego szmeru. Tylko firanki w oknach świadczyły o tym, że oficyny są zamieszkiwane przez ludzi. Po schodach dostał się na ciemny korytarz, obsadzony z obu stron wąskimi drzwiami pokojów pojedynczych. Nagle natknął się na rosłego osobnika, który zaświecił mu latarką elektryczną w oczy.

— Kto?

— Ja.

— Co za ja? Kogo szukasz? — zawołał podejrzliwym głosem, zastępując mu drogę.

— Szukam tego, który jest mi potrzebny — odparł człowiek pewny siebie, odpychając przeszkodę.

— Stój! — zawołał tamten ostrzegawczo. — Kim jesteś?

Człowiek wyrzucił jedno tylko słówko.

— „Rozpruwacz”.

Osobnik odskoczył momentalnie na bok i przyświecając lampką, poprowadził przybyłego z respektem na czwarte piętro, pod strych.

Tutaj uderzył porozumiewawczo kilkakrotnie w drzwi, które natychmiast otworzyły się. Człowiek przekroczył próg i wyrzekł to samo hasło.

— „Rozpruwacz”.

— „Radab” — padła odpowiedź.

Mały pokoik był wypchany ludźmi. Ciemno tu było, choć na ulicy już świtało. Naftowa lampka rzucała słabe światło na bladą twarz wchodzącego. Obecni dopiero teraz zauważyli, jakiego mają gościa. Kilku z nich krzyknęło na głos:

— „Klawy Janek”!...

— Tak, to ja — odparł przybyły i zrobił krok naprzód.

Pokój był tak ciasny, że Janek już u wejścia natknął się na łóżko. Kilka złamanych krzeseł i wykrzywiona komoda uzupełniały umeblowanie. Pułap czarny od dymu był tuż nad głową. Stęchłe powietrze nigdy niewietrzonego pokoju było wprost nie do zniesienia.

Kilkanaście osób różnego wieku i rozmaicie ubranych stało wokoło połamanego żelaznego łóżka, na którym leżał owinięty w brudną kołdrę garbaty staruszek. Czerwony nos i kwadratowa łysa głowa upstrzona kilkoma sterczącymi siwymi włosami tworzyły iście komiczną postać.

Twarz żółta jak pergamin była tak ściągnięta, tak pełna zmarszczek, że czyniła go więcej podobnym do mumii niż do żywego człowieka. Małe, hipnotyzujące oczki świdrowały Klawego Janka przez dłuższą chwilę, po czym starcza twarz skrzywiła się, co oznaczało uśmiech, pokazując przy tym jedyne dwa zgniłe, czarne zęby.

— Kogo widzę? — syknął przez zęby. — Wszystkiego się spodziewałem, ale ciebie, Janku, tu, u mnie, nigdy.

Garbus wyrzucił te parę słów ze zdziwieniem. Język miał jeszcze dość ruchliwy, choć ciało było już na wpół sparaliżowane.

— Chodź bliżej, brachu. Siadaj, o tu, na łóżku. Musiało zajść coś ważnego, że zdecydowałeś się znowu do nas zawitać. Wiem... Wszystko wiem. — Kiwał współczująco głową.

Janek zbliżył się i nie bez obrzydzenia usiadł na brzegu łóżka.

Stary to zauważył.

— Co?... Brzydzisz się mego legowiska... Jak doczekasz się, brachu, mojego wieku i przejdziesz tyle kolejek w życiu co ja, to kto wie, czy nie będziesz gorzej wyglądał.

Starzec zamyślił się i po chwili ciągnął dalej:

— Dla siebie już dawno umarłem, brachu. Tylko dla was, dzieci, żyję i wegetuję na tym marnym świecie. Tak, tylko dla was... Nie istnieje już dawny „Herszełe Rozpruwacz”, przed którym drżeli kapitaliści i bankierzy. Teraz jedynym moim celem jest opieka nad członkami naszego zgromadzenia. Pragnę i dążę do tego, jak głosi nasz program, aby każdy z was nawrócił się. Bóg nie odpycha największego nawet grzesznika od siebie. Każdy z nas musi pamiętać: „Lepiej później niż nigdy”...

Obecni słuchali uważnie. Garbusek umiał zainteresować pupilów proroczymi wywodami. W mig zrozumiał, dlaczego Janek rzuca niepewne spojrzenia wokoło siebie, i zawołał:

— Same swoje „rozpruwacze”, brachu. Przygotowuję ich do nowego życia. Forsy mają dość i najwyższy czas „bastować”. „Kapusiów” między nami nie znajdziesz. Każdego pouczam, że grunt złożyć losy w ręku Boga.

Janek machnął lekceważąco ręką.

Garbusek wyprostował się na barłogu i groźnie zawołał:

— Łajdak jesteś! Należysz do zakonu „Rozpruwaczy” i przeszło rok czasu nie przychodziłeś. U naszego brata grunt to wiara! Słyszysz, wiara!...

— Głupstwa. Mam z tobą, stary, coś ważnego do omówienia.

— Nie chcę cię znać. Nie wart jesteś tego, by być naszym członkiem. Wykreślę...

— Słuchaj! Jak widzę, zidiociałeś już do reszty. Powołujesz się stale na Boga. Jesteśmy przecież złodziejami i robimy wszystko na przekór temu, co Bóg przykazał.

— Precz stąd!... Zginiesz marnie bez wiary. Kiedyś też byłem takim „cwaniakiem”, dziś jednak wierzę w istnienie Boga, który za grzechy karze, a dobre uczynki wynagradza. Każdy w życiu może zbłądzić, ale trzeba być człowiekiem. Ten, co nie wierzy, nie jest człowiekiem. Właśnie ta wiara odróżnia nas od zwierząt.

Janek przyglądał mu się bacznie i uśmiechał zagadkowo. „Herszełe-Rozpruwacz” kazał obecnym wynieść się z pokoiku.

— Słuchaj, stary, przyszedłem po radę, a nie wysłuchiwać morałów.

— Jak przyszedłeś do mnie, to musisz mnie słuchać. Należysz do naszego zakonu czy nie?...

— Należę i potrzebuję teraz jak nigdy twojej rady. Jest źle ze mną. Bardzo źle... Pragnę szczerze zerwać z dawnym życiem...

— Nawróć się, a przekonasz się, że lżej ci będzie żyć na świecie. Będziesz jak nowo narodzony. Bóg ci pomoże. — Stary jeszcze bardziej się uniósł i zawołał: — Trzeba wierzyć, a nie próbować.

— Dobra, dobra — odparł już poważnie Janek, patrząc uważnie na Herszka, który szeptał coś nabożnie, robiąc przy tym różne grymasy. Janka chwycił strach zabobonny; bał się spojrzeć w oczy garbuska, które żarzyły się chorobliwym, tajemniczym blaskiem.

— Źle być złodziejem, co?... — zagadnął go staruszek znienacka.

— Źle! Bardzo źle!... Ratuj!...

Herszełe przyglądał mu się przez dłuższą chwilę i odezwał się po ojcowsku:

— Zbyt daleko zabrnąłeś, mój synu. Radziłem ci wszak, abyś porzucił chleb złodziejski. Nie posłuchałeś mojej rady. Teraz, jak tkwisz już w błocie po szyję, przychodzisz tutaj. Wyznaj wszystko, może znajdę wyjście z sytuacji.

— Jestem zgubiony — wybuchnął Janek. — Nie widzę ratunku. Policja depcze mi po piętach. Pozostało mi tylko strzelić sobie kulę w łeb albo pozwolić się wychlać i zaprowadzić za kratki, a może i na dyndówkę.

— Głupstwa pleciesz! Śmierć nigdy nie zmywa grzechów. Myślisz, że jak sobie życie odbierzesz albo pójdziesz kiwać za kratkami, wszystkie grzechy okupisz? Jaką korzyść da komu twoja śmierć albo cierpienie?... Moim zdaniem winieneś teraz dokonać tyle dobrego, wiele23 złego już uczyniłeś w życiu. Tylko w ten sposób możesz naprawić błędy młodości. By dokonać tego, musisz jednakże być na wolności. W więzieniu będziesz tylko żywym trupem, który już nie może czynić ani źle, ani dobrze...

— Nie widzę dla siebie ratunku, nie widzę — powtarzał Janek w rozpaczy.

Stary uśmiechnął się pogardliwie i zagadnął.

— Słuchaj, „Klawy”, czy czasem sukienka nie wlazła ci w paradę?... Hm?... Wyglądasz mi na zakochanego.

Janek zawstydzony opuścił głowę.

— Zgadłem więc! — triumfował stary.

— Tak...

— Ha, ha, ha... Zakochany jesteś... Ty, „Klawy Janek” i miłość... Zawsze uważałem cię za wielkiego grzesznika, ale nigdy za głupca...

— Miłość uchodzi za głupstwo dla starych niedołęgów — odparł Janek.

Stary roześmiał się na głos. Janek nie wiedział, co ma robić ze sobą; rozglądał się po pokoju, jakby chciał zwiać. Stary spostrzegł jego zamiary i rzekł już poważnie:

— Byłem i ja kiedyś młody. Kochałem i cierpiałem. Bo miłość to jeden wielki łańcuch cierpień. Nigdy jednak nie byłem tak złamany na duchu jak ty. Nie narzekałem nawet wtedy, kiedy przestrzelono mi kręgosłup i stałem się niedołężnym kaleką na całe życie. Bóg mnie skarał za moje grzechy, mówiłem sobie. Wybij sobie z głowy twoją głupią miłość. Mówię ci to z dobrego serca.

Janek doznawał różnych uczuć. Czuł się bardzo głupio, że on, młody, zdrowy mężczyzna, zwraca się o pomoc do schorzałego dziwaka. Zadrwił w duchu ze swego tchórzostwa.

Zerwał się z miejsca i zrobił krok ku drzwiom. Stary jakby wyczuł jego myśli i zawołał:

— Uciekasz? Nie wierzysz w skuteczność rad zidiociałego starca, za jakiego mnie uważasz? Ale wiedz o tym, że siła fizyczna nie zawsze świadczy o harcie ducha.

Janek stał ze spuszczoną głową i zawstydzony odparł:

— Zwątpiłem już w siebie, zwątpiłem w Boga i ludzi. Nie mam zaufania do nikogo z mego otoczenia. Zły jestem na słońce i księżyc, które świecą mi w oczy. Mam wrażenie, że chcą mnie zdradzić i oddać w ręce policji.

— Jak widzę, stałeś się też i filozofem, Janku — uśmiechnął się stary. — Tak, brachu. My, wykolejeńcy, musimy patrzeć na życie ze strony filozoficznej. Inaczej biada nam.

Dłuższą chwilę spoglądali na siebie, jakby jeden chciał wyczytać myśli drugiego. Stary pierwszy się odezwał.

— Zbytecznie narzekasz... Dolary hrabiny mogą ci ułatwić życie. Teraz najwyższy czas „zabastować”.

— Niestety. Niech diabli porwą tego, co wymyślił forsę. Gdyby nie pieniądz, nie byłoby na świecie „Klawych Janków” i innych podobnych draniów. Pieniądze ma kto inny, nie ja...

— Nie rozumiem...

— Ja także nie — odparł Janek, opowiadając przy tym o zajściach pamiętnej nocy.

Herszełe kiwał niedowierzająco głową.

— Tobie żeby się to wydarzyło?... Teraz już rozumiem, dlaczego wspólnicy szukali ciebie w moim domu. Trudno brachu, w życiu wszystko bywa. Mnie przydarzyło się w Paryżu coś podobnego. Było to... Zaraz, zaraz. — Uderzył się prawą ręką w czoło. — O ile się nie mylę, miało to miejsce w 1897 roku. Złote czasy były wtedy dla naszych chłopaków. Nie było jeszcze takiej konkurencji jak dziś...

Twarz Herszka zmieniła się nie do poznania. Blady uśmieszek zaigrał na jego wynędzniałej twarzy na wspomnienie dawnych, lepszych czasów. Uśmieszek ten znikł jednak naraz, a jego twarz przybrała znów poprzedni, surowy wygląd ascetyczny.

— Strata pieniędzy, uważam, nie powinna cię martwić — dodał.

— Stratą wcale się nie martwię — odparł dumnie Janek. — „Frajerom” nie brak forsy. Boli mnie to, że na moje konto zamordowany został policjant.

— Tak, tak — zamyślił się stary. — Najgorzej jest, kiedy się ma ludzką krew na sumieniu... Brr... Dużo nabroiłem w swoim podłym życiu, ale „mokrą robotą” brzydziłem się. A ty, Janku?

Janek machnał ręką, spluwając ze wstrętem raz po raz na podłogę.

— Poradź lepiej, co robić. Policja prześladuje mnie. Wspólnicy także. Nigdy przecież nie uwierzą, że zgubiłem forsę. Na domiar złego jestem zakochany...

— To jest najgorsze. Wszędzie kobiety. Przekonany jestem, że gdyby nie kobiety i forsa, nie byłoby przestępstw na świecie — zadecydował staruszek. — Ach, te kobiety...

Pogroził niewidzialnym wrogom wychudłymi palcami w powietrzu. Obrazy przeszłości przesunęły mu się przed oczami. Trząsł się na wspomnienie minionych lat i zawodów w życiu doznanych przez kobietę. Janek również myślał o Anieli, ale w jakże odmienny sposób.

— No, co radzisz? — Zerwał się jak ze snu. — Zwariuję chyba.

— Słuchaj, Janek. — Staruszek poprawił się na barłogu. — Odpowiedz mi na trzy pytania, które ci zadam, a potem zadecyduję, co masz robić.

Głos kaleki był silny i energiczny w przeciwieństwie do jego wyglądu chorobliwego. Barczysty Janek wyglądał teraz jak najsłabsze stworzenie, zdane na łaskę innych.

— Pierwsze i najważniejsze, co muszę wiedzieć — pytał garbus, świdrując go oczami — czy dysponujesz większą sumą pieniędzy? Po drugie, czy myślisz tym razem szczerze wypełnić zobowiązania względem zakonu i więcej nie kraść? Po trzecie, co to za kobieta, którą pokochałeś?

— Forsy mam bardzo niewiele, ale posiadam kilkadziesiąt karatów blitwodów, które można spieniężyć. Przyznam się też, że teraz „zabastować” na gołego nie mam wielkiej ochoty. Po jaką cholerę ryzykowałem tyle lat i cierpiałem, żeby teraz „zabastować” bez forsy. Uważam, że muszę się teraz postarać o dużo pieniędzy. Z forsą będzie mi łatwiej unikać sideł, które policja nastawiła na mnie. Chcę być na wolności, a do tego potrzebna jest forsa. Muszę mieć co wsunąć w łapę i dysponować lewymi grypsami, za które trzeba drogo płacić. Muszę być elegancko ubrany i mieszkać wśród takich ludzi, żeby policja nie „sporutowała”, kim jestem. Pewny jestem, że posiadając pieniądze, nie będę „kiwał”. Biada mi, jeżeli będę goły. Raz-dwa i „wtrynią” mnie za kratę... Kobieta, którą pokochałem, jest córką złodzieja — zakończył Janek spowiedź.

— Aha... Rozumiem. Złodziej nie chce złodzieja za zięcia. Po złodziejsku tak właśnie być powinno. Ja także nie zgodziłbym się na coś podobnego. Czy można wiedzieć, jak się nazywa jej ojciec?

— Owszem, Stasiek „Lipa”.

— Stasiek „Lipa”? Nie mylisz się? Czy to ten, który mieszkał w Odessie?

— Tak, ten sam. Mieszka obecnie w Warszawie i ma urodziwą córkę, Anielę.

— Jak pragniesz wolności: powiedziałeś prawdę?

— Tak. Na honor złodziejski, że to prawda.

— Ty draniu... — irytował się stary. — Córki złodzieja ci się zachciewa?! Mało ludzi unieszczęśliwiłeś, chcesz swego pogrążyć w nieszczęście?! Znam dobrze Staśka „Lipę”. Jego trzeba szanować... Możesz zapomnieć o jego córce. Zapewniam cię, że jego zięciem nie będziesz. Trafiła kosa na kamień, mój brachu...

Janek nie spodziewał się sprzeciwu z tej strony. Ba, wierzył raczej, że stary się wstawi za niego u „Lipy”, aby ten zgodził się na małżeństwo z Anielą. Stary tak się rozzłościł, że przez dłuższą chwilę nie mógł słowa wymówić i mierzył go tylko pogardliwym wzrokiem.

— Ja także jestem ojcem! — wołał. — Wychowałem w ten sposób córkę, że nie wiedziała, kim jest jej ojciec. Wyszła w Paryżu za inżyniera, a sama jest doktorem filozofii. Tak złodziej powinien wychowywać swoje potomstwo. Słyszysz, łajdaku jeden!...

— Słyszę, słyszę — obraził się Janek. — Nie przyszedłem po morały, a po radę.

— Idź na złamanie karku! — krzyczał coraz głośniej stary. — zdechniesz złodziejem!... Jazda z mego domu!

„Klawy Janek” nie wiedział, co robić ze sobą. Spodziewał się innych wskazówek na swoją korzyść, a tu zastał zgorzkniałego starca, który prawi mu morały i zabrania nawet kochać córkę złodzieja.

Chciał wyśmiać jego poglądy i skreślić go z listy „Rozpruwaczy”, których ten stary idiota, jak go nazwał teraz w duchu, był przewodniczącym. Ale magnetyczne spojrzenie starca przykuwało go do miejsca.

— Nie wiem, czemu się tak unosisz, nie rozumiem twojego gniewu.

— Jak mam się nie gniewać, kiedy przychodzisz po radę i opowiadasz o nowych przestępstwach, których masz zamiar dokonać, by zdobyć dużo forsy. Według statutu naszej organizacji, której poświęciłem resztki sił w życiu, udzielam rad tylko tym, którzy szczerze chcą się nawrócić. Członek może mieć tysiące przestępstw na sumieniu, nie obchodzi mnie to wcale. Gardzę tylko tymi, którzy chodzili na „mokrą robotę”. Wyznaj mi zaraz, zamordowałeś policjanta?

— Przysięgam więc na grób mojej matki, którą kochałem, że nie zabiłem.

Herszełe odetchnął, jakby mu stukilowy ciężar zdjęto z garbu i uspokojony zawołał stanowczo:

— Więc słuchaj, Janek! Moja rada jest taka: masz natychmiast spieniężyć rzeczy wartościowe, które pochodzą z kradzieży albo zostały nabyte za kradzione pieniądze. Połowę tej sumy oddasz dla biednych rodzin więźniów, co gniją po więzieniach, a za resztę pieniędzy postaram się o „lewy gryps” zagraniczny. W obcym kraju znajdziesz uczciwą pracę. Pozostałe pieniądze zapewnią ci przez jakiś czas egzystencję. Masz jakiś fach w ręku?

— Tak — uśmiechnął się Janek.

— Nie o ten fach chodzi — odparł stary również z uśmieszkiem. — Uczciwy fach mam na myśli.

— W cywilu... jestem damskim krawcem. Moi rodzice byli właścicielami „domu mód” w Odessie i tam się tego fachu nauczyłem.

Stary podrapał się zakłopotany w głowę i odparł:

— Niezły fach. Ale najgorsze, że trzeba mieć do czynienia z kobietami. Tacy goście jak ty powinni się trzymać jak najdalej od tego szkodliwego rodzaju ludzkiego. Ten fach nie dla ciebie, brachu.

— Innego frajerskiego fachu nie znam.

— Zostaniesz kupcem. Mogłeś być złodziejem, potrafisz być kupcem...

— I to wszystko? — ironizował Janek.

— Nie wszystko, brachu — odparł, nie zważając na urągliwy uśmieszek Janka. — Musisz sobie wybić z głowy córkę „Lipy”. Ja ci to rozkazuję!... Nie brak córek frajerskich albo prostytutek, co chętnie zabawią się z tobą. Po co unieszczęśliwiać uczciwą córkę złodzieja?

Janek wybuchnął głośnym śmiechem i zawołał cynicznie:

— Stary idioto! Gwiżdżę na twój związek i twoje przekonania. Aniela musi być moja!

Zanim stary zorientował się, co zaszło, Janek trzasnął drzwiami i wyszedł.

„Herszełe-Rozpruwacz” został sam w pokoju. Słychać było tylko miarowe tykanie starego zegara i ciężkie westchnienie chorego gospodarza. Zmęczony był przydługą rozmową z „Klawym Jankiem”.

Płakał teraz ze złości, że nie może dopędzić łobuza i spoliczkować.

„Taki cham śmiał mnie obrazić — myślał. — Niech tylko przyjdą moi ludzie... Wytoczę mu dintojrę... Nauczę go, jak trzeba szanować rebego. Złodziejskiej córki mu się zachciewa...”

Kipiał ze złości, rzucając się konwulsyjnie na barłogu. Zsunął się nawet z łóżka, by zapukać do drzwi na wiernego „sługę”, tego samego, który wprowadził nieokiełznanego Janka.

Ambicja jednak nie pozwoliła mu poniżyć się w oczach sługi. Złodziejski „rebe” znał dobrze psychologię zwolenników i wiedział, że gdy dowiedzą się, że został wyśmiany przez Klawego Janka, zmniejszy to autorytet w ich oczach. Wiedział, że zwolennicy szanują Klawego Janka, może nie mniej niż jego samego. Uważają go nawet za ewentualnego „następcę”.

„HERSZEŁE-ROZPRUWACZ”

Herszełe był dobrze znany „ludziom nocy” całego świata pod przezwiskiem „Rozpruwacza”. Oryginalne przezwisko zawdzięczał znajomości „fachu”, w którym po prostu dokonywał cudów. Był niekoronowanym królem kasiarzy.

Bardzo charakterystyczne były okoliczności, które wprowadziły go do świata podziemnego. Przeżył wielką tragedię w życiu, zanim stał się wykolejeńcem, a wreszcie nawróconym pokutnikiem.

Urodzony w małym miasteczku nad Donem, jako dziecko zamożnych, inteligentnych rodziców, już za młodu wykazywał wielkie zdolności w matematyce. Rodzice umieli wykorzystać zamiłowanie dziecka i kształcili go w tym kierunku. W dziesiątym roku życia budował skomplikowane zabawki dziecinne. Wykazał już wtedy wielki spryt i zacięcie konstruktorskie.

Skończył gimnazjum ze złotym medalem, po czym wstąpił na politechnikę, a po jej ukończeniu na uniwersytet. Otrzymał dyplom inżyniera mechanika i doktora filozofii.

Stał u progu wielkiej kariery naukowej. Los jednak płatał mu jedną niespodziankę po drugiej.

Wkrótce po otrzymaniu obu dyplomów zmarł mu ojciec. Matka, która nie mogła przeboleć tego ciosu, poszła wkrótce w ślady ojca.

Herszełe ukończył wówczas trzydziesty rok życia. Był jedynakiem i odziedziczył po rodzicach pokaźny majątek. Przystąpił do spółki akcjonariuszy zarządzających wielką fabryką kas ogniotrwałych i innych przeszkód dla złodziei. Został też wkrótce naczelnym dyrektorem towarzystwa akcyjnego. Zakochał się w jednej z zatrudnionych w tej fabryce dziewcząt. Nic nie stało mu na przeszkodzie i nie potrzebował nikogo pytać o zezwolenie na poślubienie wybranki swego serca. Dziewczyna, też sierota, zapewniała go o swojej gorącej miłości. Poślubił ją i czuł się szczęśliwy.

Szczęście małżeńskie spotęgowało się z chwilą, gdy żona urodziła mu piękną córeczkę. Był dumny, że dziecko jest udane, choć sam nie zaliczał się do „przystojniaków”.

Wkrótce jednak przekonał się, że szczęście jego w małżeństwie było iluzoryczne. W jego życiu nastąpił przewrót.

Był to piękny wieczór majowy. Elegancka willa na Krymie, którą zamieszkał, tonęła po prostu w zieleni i kwiatach. Zmęczony nadmiarem pracy w fabryce wstąpił przed wejściem do domu do ogrodu, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Usiadł na jednej z ławek, zatopiony w nowych planach dotyczących wynalazku udoskonalonej kasy. W pewnej chwili głośne pocałunki odbiły się24 o jego uszy.

„Pewnie nasza Sońka flirtuje z naszym kozakiem” — pomyślał.

Kilka kroków zaledwie dzieliło go od wejścia do domu, kiedy stanął nagle jak wryty. Wśród zarośli spostrzegł sylwetkę żony, która biegła do tylnej werandy.

W pierwszej chwili podejrzane myśli przebiegły mu przez głowę. Po chwili zastanowienia wyśmiał samego siebie, dochodząc do wniosku, że uległ halucynacji. Był pewien, że myśląc o Marusi, wywołał jej zjawę. Mógłby nawet przysiąc, że jest niewinna.

Gdy wszedł do domu i zastał żonę w pokoju dziecinnym, przy córce, poczuł się tak szczęśliwy, że obsypał ją pocałunkami. Doznał po prostu wyrzutów sumienia, że mógł posądzać żonę o zdradę. Nazajutrz przyniósł jej w prezencie brylant, jakby tym chciał wynagrodzić krzywdę, którą mimo woli jej wyrządził.

Głęboko jednak, gdzieś w duszy, czaiła się od tego pamiętnego wieczora pewna nieufność. Unikał często żony i wstydził spojrzeć się jej w oczy. Dziwne myśli prześladowały go. Zmienił się nie do poznania, schudł i zaniedbywał interesy, żona wydawała się już nie ta sama. W nocy zrywał się często ze snu i kontrolował, czy jest obecna w domu. Począł ją też ukradkiem szpiegować.

Wyrzucał sobie nieraz, dlaczego ją szpieguje, kiedy nie ma żadnych poszlak w ręku. Myśl, że owe pocałunki pochodziły ze słodkich ust jego Marusi, doprowadzała go do szaleństwa. Robak zazdrości toczył go tym silniej, gdy dowiedział się od służącej, że to nie ona była wtedy w ogrodzie.

Nieprzeznaczone mu było zbyt długo się łudzić. Pewnego dnia ujrzał to, czego się obawiał. Został uderzony jak obuchem w głowę.

Zdarzyło się pewnego razu, kiedy po obiedzie szedł do fabryki, by pracować, jak zwykle, do późnej nocy, że poczuł się nagle niedobrze i zawrócił do domu.

W drzwiach natknął się na biegnącą służącą, która udawała, że go nie widzi i pędziła do dalszych pokojów.

Krew uderzyła mu do głowy. Zrozumiał, że coś jest nie w porządku. Popędził za służącą i zatrzymał się przy drzwiach wiodących do pokoju żony, które zatrzasnęły się przed jego nosem. Począł się gwałtownie dobijać.

Dopiero po dłuższej chwili żona otworzyła mu drzwi ze słodkim uśmieszkiem na ustach i zagadnęła zdziwiona:

— Skąd się tu wziąłeś, mój drogi?... Myślałam, że jesteś w fabryce...

— Kto tu był u ciebie? — krzyknął zirytowany.

— Co to ma znaczyć? — odparła niewinnie. — Nie poznaję cię wcale.

— Zaraz mnie poznasz — odparł i brutalnie odsunąwszy żonę, wpadł jak bomba do sypialnego pokoju. Oczy jego natknęły się na otwarte okno: na parapecie stały w nieładzie rozsunięte wazony.

— Kto wyskoczył oknem? — zawołał.

— Nikt — wykrztusiła i wybuchła spazmatycznym płaczem.

Trzasnął drzwiami i wpadł do kuchni. Nie wiedząc, co robi, chwycił służącą za gardło.

— Mów mi zaraz, kto był u pani!... Tyś ich ostrzegła. Gadaj, bo cię uduszę...

— Puść pan!... Puść!... Wszystko powiem!

Puścił służącą, oddychając ciężko. Ciemno mu się zrobiło w oczach, że musiał oprzeć się o ścianę.

— Kozak był u pani — wyrzuciła służąca ironicznie.

— Co?... Wasil?... Mów!...

— Tak. Kozak Wasil, co zawsze przychodzi.

— Ale do kogo?...

— Do mnie nie!... — zadrwiła służąca.

Wiedział już wszystko... Krew uderzyła mu do głowy. Nie wiedząc sam, co robi, wpadł do gabinetu, a stamtąd do pokoju wiarołomnej żony...

Dwa strzały, jeden za drugim, przerwały jej szlochanie. Kariera jego była skończona.

*

Pięć lat katorgi zapoznało go z różnymi przestępcami. Po opuszczeniu więzienia, pełen nienawiści do świata i ludzi, przystąpił do szajki. Jako inżynier konstruktor kas ogniotrwałych łatwo wyróżnił się jako „specjalista”. Stał się głośnym „rozpruwaczem”, przed którym świat finansowy drżał.

Wyższe wykształcenie i znajomość języków obcych dopomogły mu dostać się tam, gdzie jego koledzy nigdy by wstępu nie mieli. Złoto płynęło ze wszystkich stron na jego konta w zagranicznych bankach.

Omijał tylko kobiety i nigdy nie przebywał w ich otoczeniu. Był zawsze gotów dopomóc biednym. Większą część zarobków wydawał na utrzymanie dzieci, których rodzice przebywali w więzieniach.

Jedyną córeczkę wychowywał w pierwszorzędnym internacie w Paryżu. Dbał o nią za pośrednielwem swego adwokata, aby nie zbywało jej na niczym. Córka nigdy nie dowiedziała się, jaka tragedia rozegrała się między rodzicami, pozostało też dla niej tajemnicą wykolejenie ojca.

Równie prędko, jak został przestępcą, opamiętał się i chciał zawrócić z błędnej drogi. Powrotna droga okazała się jednak bardziej oporna25, niż mu się wydawało.

Płynęły lata, a staczał się coraz niżej i niżej. Krytyczny moment nastąpił w 1908 roku.

Po odsiedzeniu dwuletniej kary udał się wraz ze wspólnikami na „pewną” robotę do Berlina.

Policja otoczyła bank, który miał zostać ograbiany. Policja przestrzeliła mu podczas pościgu kręgosłup i tylko dzięki wiernym wspólnikom został przy życiu. Na plecach, ryzykując życiem, unieśli go ze sobą i oddali pod opiekę słynnego chirurga. Niedołężnym kaleką pozostał już na zawsze.

Doktor, pod którego opieką odbył kurację, zainteresował się jego przeszłością. Leczył nie tylko jego ciało, ale i duszę.

Czas spędzał godzinami przy jego łóżku. Prowadzili ze sobą długie filozoficzne rozmowy. Za jego namową „Herszełe” postanowił rozpocząć nowe życie.

Po wyjściu ze szpitala, złamany fizycznie i moralnie, zakomunikował swoim kolegom, że kategorycznie zrywa raz na zawsze z tym wszystkim, co pachnie złem i krzywdą bliźniego.

Towarzysze daremnie próbowali go przekonać, że nie warto... Szkoda było im rozstać się z takim remiechą, jakim był Herszełe. Proponowali mu równą „dolę” z łupu, aby wydawał tylko rozkazy i uczył „fachu”, nie biorąc osobiście żadnego udziału w „robotach”. Pozostał jednak nieubłagany.

Pierwszą rzeczą, której dokonał na drodze uczciwej, była sprzedaż biżuterii i kosztowności swoich i rozdzielenie pieniędzy wśród ubogich. Sobie zostawił najgorszy garnitur i trochę tylko gotówki, tyle akurat, aby wystarczyło urządzić się w ciasnym pokoiku na Smoczej ulicy w Warszawie.

Świat podziemny ogłosił go „świętym”. Ze wszystkich stron zwracano się do niego z prośbami o poradę. Niejednego odwrócił mądrymi wywodami od złego.

Największe asy świata występku szanowały go i z respektem wymawiały jego imię. Nie przyjmował żadnego wsparcia od byłych kolegów, utrzymywał się wyłącznie z pieniędzy, które otrzymywał od córki z Paryża.

Największą przyjemnością dla niego było wygłaszanie morałów. Kiedy był sam, czytał książki naukowe w kilku językach, których miał kilka skrzyń pod łóżkiem.

Pisywał dla biednych prośby do władz, szczególnie dla żon aresztowanych. Niejeden raz prośba taka odnosiła pożądany rezultat. Ministerstwo, prokuratorowie i sędziowie głowili się nieraz nad tym, kto jest autorem tych przemawających do serca próśb, którym nie można odmówić.

Siedział teraz „Herszełe-Rozpruwacz” na barłogu i dumał nad swoim upadkiem. Bolała go obraza, której doznał przed chwilą od Klawego Janka. Złość zmieniła się powoli w litość do tego zdrowego, zakochanego mężczyzny, który może błądzi tak samo jak on kiedyś, będąc w jego wieku.

Jak przez mgłę widział teraz siebie jako dziecko przy rodzicach: widział uczelnie, na których studiował, fabrykę, gdzie pracował, piękną willę wśród kwiatów i pamiętny wieczór, kiedy wbiegł do pokoju żony z rewolwerem w ręku. Lata katorgi i poniżenia: różne typy przestępców. Nad tym wszystkim górowała postać urodziwego kozaka.

„Herszełe-Rozpruwacz” naciąga brudny koc na głowę, jakby chciał zasłonić się przed koszmarem. Daremny wysiłek. Zjawy stają się jeszcze wyrazistsze i zimny pot spływa mu z rozgorączkowanego czoła.

Siada raptownie na łóżku, rozglądając się po brudnym pokoju. Wyrzuty sumienia występują, jak gdyby morderstwa żony dokonał dopiero wczoraj...

— Jak ja, który byłem zawsze rozsądny i logicznie myślący — wyrzucał sobie — mogłem popełnić takie głupstwo?... Dlaczego nie zrozumiałem od razu, że ta piękna kobieta nie mogła pokochać naprawdę takiej karykatury, jaką ja byłem. Dlaczego nie zastanowiłem się nad tym, że zaimponowałem biednej dziewczynie raczej bogactwem i stanowiskiem niż męskością...

Rzucał się na swoim barłogu i jęczał z bólu. Krzyczał, wyrzucając sobie na głos:

— Byłem wielkim egoistą... Chciałem biedną dziewczynę otumanić tytułem inżyniera. Biedna Marusia... — krzyczał. — Zamordowałem ciebie... Siebie unieszczęśliwiłem.... Jaka głupia jest miłość.

Był tak zajęty myślami, że nie usłyszał, jak drzwi się otworzyły.

— Tak... Tak... Bardzo głupia miłość — potwierdził wchodzący.

Stary Herszełe zawstydził się, gdy zauważył przybyłego. Zawołał:

— „Lipa”!...

— Tak, ten sam. Jak żyjesz, brachu?...

— Dzięki Bogu, nieźle. A ty?

Dłuższą chwilę spoglądali na siebie przyjaźnie, po czym „Lipa” zawołał:

— Jak długo nie widzieliśmy się już?

— O, już od dawna. Ale chodź no bliżej, siadaj na łóżku.

Znów zmierzyli się wzrokiem.

— Źle wyglądasz. Gdyby nie twoje duże, czarne oczy, nie poznałbym cię, „Lipa”.

„Lipa” usiadł i rozglądał się po pokoju. Stary uśmiechnął się smutno.

— Jak podoba ci się mój pałac?... Mieszkam jak w raju. Patrz, nawet kraty kazałem wmurować sobie w małe okienko.

— Po co ci to?

— Tak sobie. Z tego świata już nie chcę korzystać.

— Źle robisz jednak, że tak zaniedbujesz się. Wyglądasz strasznie, przyjacielu.

— Dobrze mi tak, jak jest. Długo już i tak nie wytrzymam. „Zakituję” lada dzień i chcę się przyzwyczaić do grobu.

— Ten sam filozof z ciebie co dawniej — zauważył „Lipa”.

— Tak. Tylko w innym kierunku, przyjacielu.

„Lipa” pokiwał współczująco głową. Stary zauważył to i zawołał:

— Tylko nie lituj się, proszę, nade mną. Żyję, jak chcę, i nikomu nic do tego. Człowiek, który złego nie czynił, nie potrafi odróżnić dobrego od złego. Dobre uczynki może spełniać tylko taki człowiek, który wpierw czynił źle. Ja dwojako już próbowałem, dlatego jestem zadowolony z mojego losu i nie narzekam.

— To ci dobrze, jeżeli tak się zapatrujesz na życie.

— A tobie źle?

— Bardzo źle... — odparł smutno „Lipa”.

Stary przytaknął głową i rzekł:

— Słyszałem... „Klawy Janek” chce cię uhonorować i zostać twoim zięciem. Wszystkiemu sam jesteś winien, stary grzeszniku. Najwyższy czas, abyś zupełnie zerwał z dawnym życiem. Po co ci ten kabaret? Nie rozumiem, dlaczego utrzymujesz jeszcze kontakt.

— A ty? — uśmiechnął się „Lipa”. — Też nie możesz całkowicie zerwać z tym życiem.

— Ja? — krzyknął stary. — Muszę życie zakończyć między tymi ludźmi. Moim zdaniem są to najnieszczęśliwsi z nieszczęśliwych. Kto będzie im służył radą w dobrym kierunku, jak nie stary Herszek. Nasz chłopak nigdy nie będzie miał tyle zaufania do frajera, by szczerze wyznać wszystko, co mu dolega. Ale ty to co innego. Sam niby to nie grzeszysz, a czerpiesz zyski z grzechów innych.

„Lipa” zawstydzony opuścił głowę.

— Masz rację, stary przyjacielu. Przyszedłem po radę. Chcę teraz zakończyć swoją karierę. Dość mam tego.

— Dobra, dobra. Bardzo mnie to cieszy — zachęcał stary, prostując się na swoim barłogu.

— Poradź, przyjacielu, co robić. Policja, zdaje się, wpadła już na mój trop; może już zdemaskowała moją „lipę”. Córka uciekła ode mnie... Jednym słowem nieszczęścia zwaliły się na mnie ze wszystkich stron naraz.

— Co, uciekła? Z „Klawym”? — Zerwał się stary z posłania.

— A skąd ty wiesz o tym?

— Janek był przed chwilą u mnie.

— U ciebie? Po co?

— Jest przecież „Rozpruwaczem”, jak i ty.

— Tego łobuza też przyjąłeś do zakonu? Ja występuję.

— On już jest skreślony z listy członków. Trzeba wyrwać twoją córkę z jego łap.

— Jesteś w błędzie, brachu. Moja córka nie uciekła z „Klawym”. Wstydzi się już własnego ojca, opuściła mnie z własnej woli.

Stary uspokojony pokiwał głową i odezwał się z zadowoleniem:

— Ładna córka! Życzę wszystkim złodziejom takie przyzwoite dzieci.26

— Ale od własnego ojca uciekać! — krzyknął „Lipa”.

— Od takiego ojca jak ty, to nie szkodzi.

— Zwariowałeś!

— Na razie nie. Jak widzę, masz porządną córkę. Ręczę, że jeżeli nie zepsuła się w twoim otoczeniu, to gdzie indziej na pewno się to nie stanie.

— Ale piękna i młoda dziewczyna osamotniona, bez opieki?

— Kto nie ma złych skłonności, nie potrzebuje opieki nad sobą, ale złemu i opieka nie pomoże.

— Jak tak rozumujesz, to się już nie dogadamy — obraził się „Lipa”.

— Porozumiemy się, brachu; nie jest jeszcze tak źle. Moja rada jest taka: zmykaj z Warszawy póki czas, a córka, jak zobaczy, że zerwałeś z tym światem, sama wróci do ciebie.

— Już kilka dni upłynęło, jak jej nie ma. Oszaleję chyba. Bez niej życie nie przedstawia dla mnie żadnej wartości.

— Forsy dużo miała ze sobą?

— Właśnie o to chodzi, że nie miała ani grosza. Nie rozumiem, jak można sobie poradzić, nie mając wcale gotówki.

— Uczciwi ludzie nigdy nie mają forsy, a jednak żyją — odparł Herszek.

— Dowiedziałem się nawet poufną drogą, że została aresztowana podczas obławy i co mnie najbardziej dziwi, została natychmiast zwolniona.

— Bardzo proste. Nie zareklamowała się jako twoja córka, więc ją zaraz puścili.

— Obawiam się, żeby nie popełniła samobójstwa — zawołał zrozpaczony Stasiek.

— Głupstwo. Obawiasz się raczej, żeby nie wpadła w szpony „Klawego”.

— Do tego na pewno nie dojdzie. „Klawy” wygłupił się swoją spowiedzią przed nią. Ona teraz czuje do niego prędzej wstręt niż jakieś uczucie.

Stary „rebe” roześmiał się i odparł:

— Oj, „Lipa”, i ty to mówisz. Małą nauczkę dała ci twoja własna żona... Moim zdaniem kobieta im bardziej gardzi, tym bardziej trzeba się obawiać, żeby nie pokochała. Pamiętaj, że u nich od nienawiści do miłości, i na odwrót, tylko jeden krok.

— Nie znasz mojej córki, a po drugie sami wspólnicy go „ochłodzą”. Klawego Janka najmniej się boję.

— Twardy chłop z niego. Podziwiam jego energię. Daleko zajdzie; jak nie na „dyndówkę”, to w każdym razie wysoko.

— Prędzej na to pierwsze — zadecydował „Lipa”.

— Kto wie. On się zawsze potrafi wykręcić. „Remiecha” z niego pierwszorzędny. Ty wiesz, on miał wyrok na osiem lat katorgi, a już po trzech miesiącach zwiał.

— W jaki sposób? — zainteresował się „Lipa”.

— Bardzo prosto. Piękny chłop jest z niego. Naczelnik więzienia poszukiwał wśród aresztowanycn damskiego krawca i trafił oczywiście na Janka. Uszył dla pani naczelnikowej kilka sukien, a nawet palto. Naczelnik rad, że wyelegantował mu tak żonę, wziął go za „dieńszczyka”27 do swego domu. Baba, jak to baba, tylko czekała na to. Sprawiała sobie coraz to nowe gałganki, aby tylko Janek brał miarę. Mierzył, dopasowywał... Tak długo, aż pewnego pięknego poranka małżonek nie zastał ani żony, ani „Klawego”.

— No i co dalej?... — zainteresował się „Lipa”.

— Nic. Wlókł ją ze sobą przez dwa tygodnie i zostawił w podrzędnym hoteliku w Tomskiej guberni z „żywą pamiątką”... Cwany łobuz.

— Ale tym razem trafiła kosa na kamień. Nie „skantuje” córki Staśka „Lipy”.

— Kto wie? Nie wierzę w uczciwość bab...

„Lipa” słuchał cały czas uważnie, lecz w duchu myślał: „Herszek już całkiem zbzikował. Już nie można traktować go poważnie. Szkoda. Idąc do niego, byłem pewien, że będzie z kim gadać, ale on już do niczego. Prawi morały jak prawdziwy rebe...”

Pomacał się po kieszeniach. Stary zrozumiał, o co mu chodzi.

— Obrażasz mnie, Stasiek. Nic od nikogo nie przyjmuję, nawet od takiego przyjaciela jak ty. Najlepszą nagrodą dla mnie będzie wypełnienie przez ciebie zobowiązania względem naszego zakonu i zerwanie raz na zawsze z tym życiem.

„Lipa” objął oczami nędzny pokoik i ironiczny grymas wykrzywił jego usta. Stary zauważył to i rzekł:

— Nie lituj się nade mną. Jesteś ze swoim bogactwem bardziej godny pożałowania ode mnie. Nie mam nic, nie potrzebuję nic. Byt mam zupełnie zabezpieczony. Rano dostaję szklankę mleka z bułką, obiad jadam wieczorem, ale bez mięsa; kolacja dla mnie nie istnieje. Co pierwszego córka przysyła mi, ile mi potrzeba, a od życia bardzo mało wymagam. Jałmużny jeszcze „Herszełe Rozpruwacz” nie przyjął w swoim życiu i na pewno nie przyjmie, choćby miał zdechnąć z głodu pod płotem.

„Lipa” wyciągnął do niego rękę.

— Żegnam cię wobec tego.

— Już uciekasz? Nie chcesz ze mną „pokrakać” o dawnych czasach. Kiedyś prędzej „zarabialiśmy” rubla, niż cesarz go wybił. Pamiętasz ten kaber, który razem rozpruliśmy w Moskwie?

— Owszem, pamiętam. To wszystko było dawniej.

— Tak, tak, dawniej, bardzo dawno... A czym jestem dziś? Żywym trupem. Ale wiesz co, „Lipa”, żałuję z całego serca, że zostałem przestępcą. Nie opłacało się...

— Jak dla kogo — uśmiechnął się „Lipa”.

— Dla nikogo — uniósł się stary, przybierając kaznodziejski ton. — Wszystko zło należy wykorzenić ze świata. Na pierwszy ogień trzeba wziąć tych, którzy dostali się na wysokie stanowiska społeczne i zmuszali innych do popełniania przestępstw.

— Kogo masz na myśli? — zawołał „Lipa”.

— Jeszcze się nie domyślasz? Wszystkich pasibrzuchów, kapitalistów i fabrykantów. Oni są winni, że istnieją bezrobotni, złodzieje, przestępcy i więzienia. Kto, jak nie oni, fabrykuje armaty, karabiny, bomby i gazy trujące? Kto wywołuje wojny i inne nieszczęścia? Kto szczuje jednych na drugich, by się mordowali nawzajem, podczas gdy oni opływają w rozkosze? Wierz mi, „Lipa”, gdyby nie ci wszyscy kombinatorzy, istny raj byłby na ziemi.

„Lipa”, widząc, że zanosi się na dłuższą rozmowę, wyciągnął rękę na pożegnanie.

— Bywaj zdrów, przyjacielu, muszę już iść.

Stary niechętnie podał mu wychudłą rękę; w oczach jego zabłysły łzy.

— Idź z Bogiem. Tylko jedną prośbę mam do ciebie, przyjacielu: jak się spotkamy na tamtym świecie, nie „przypucuj” się, że byłeś moim kolegą... — roześmiał się z goryczą i dodał: — A wiesz dlaczego, kochany brachu? Dlatego, że ci wszyscy, co na tym świecie uchodzą za wielkich „chojraków”, tam będą tacy jak ja dziś.

„Lipa” przyglądał mu się przez dłuższą chwilą ze współczuciem, po czym jeszcze bardziej złamany na duchu, niż przed tym, opuścił pokój.