Rozdział XII

„Klawemu” udało się co prawda uniknąć aresztowania i szubienicy, ale czuł się jeszcze bardziej nieszczęśliwy niż przedtem.

Dręczyły go wyrzuty sumienia, że tak nieludzko postąpił z Anielą — oddał ją w takich okolicznościach w ręce policji.

Przebrany w elegancki garnitur i kosztowne futro, wyglądał nie do poznania. Czarne wąsiki, które sobie przypiął, i duże amerykańskie okulary upodabniały go raczej do zagranicznego agenta handlowego niż do herszta podziemi.

Opierając się na srebrnej rękojeści wytwornej laseczki, przechadzał się wolnym krokiem przed gmachem teatru „Nowości” na Bielańskiej.

Różne myśli i plany przesuwały się przez jego zmęczony mózg. Wiedział, że Aniela znajduje się obecnie na Daniłowiczowskiej i kto wie, czy nie wzięto jej w „krzyżowy ogień” pytań i nie dręczą z jego winy.

Zdobył się na ucieczkę z hotelu pod wpływem pierwszego odruchu. Gdyby się przez chwilę zastanowił, nigdy by nie ratował siebie, pozostawiając ją w rękach policji.

Układał w myśli coraz to inne plany, jak ratować Anielę. W pewnej chwili był nawet zdecydowany udać się do Urzędu Śledczego i wyznać:

— Jestem „Klawym Jankiem”, którego poszukujecie. To ja dokonałem włamania u hrabiny; ja zamordowałem policjanta; ja jestem sprawcą wszystkich zbrodni. Ona jest niewinna! Jestem gotów. Prowadźcie mnie czym prędzej na szubienicę. Niech się to już raz skończy!...

Opanował jednak ten rozpaczliwy odruch. Zrozumiał, że pomysł oddania się w ręce policji dla uwolnienia Anieli — jest niedorzecznością.

— A co uczynię, jeśli jej nie zwolnię?... Nie, ten pomysł nie prowadzi do celu. Trzeba coś innego postanowić, by w jakiś sposób ją ratować.

Najlepiej byłoby — wypadła mu nowa myśl do głowy — dowiedzieć się, kiedy i którędy odprowadzą Anielę do więzienia kobiecego, by przy pomocy kilku zuchów odbić ją konwojentom.

Ale i ten pomysł odrzucił wnet jako niewłaściwy. Przy takim starciu mogłoby dojść do wzajemnego obstrzału. A kto zaręczy, że jedna z kul nie ugodzi Anieli?

Z palcem na cynglu rewolweru, ukrytego w kieszeni futra, kroczył Klawy Janek pewnym krokiem Placem Teatralnym, nie zważając na policjanta, który stał na rogu ulicy i rozglądał się na wszystkie strony.

W godzinach wieczornych Plac Teatralny roi się od ludzi. Elegancko ubrane panie i wytworni panowie zdążają do teatrów miejskich.

Klawy Janek swobodnie poruszał się w tłumie, obserwując mijające go kobiety.

Różne typy kobiet przesuwały się przed jego oczami. Wszystkie młode (warszawianki się nie starzeją...); uszminkowane, powabne, kuszące, obnoszące swe wdzięki na pokaz, mężczyznom na zatracenie...

Gdy się widzi taką kobietę, wydaje się, że można by oglądać tysiące jej podobnych, a oko nie nasyciłoby się ich widokiem. Lecz gdy się zdobędzie jedną, odpada chęć do pozostałych... Wszystkie te kobiety są podobne do siebie, jak gdyby jedna matka je wydała na świat. Wszystkie mają na sobie te same szminki, pachną tymi samymi perfumami, wyprodukowanymi w tych samych laboratoriach kosmetycznych...

Również ich smukłe, wiotkie kibicie są produktem żmudnej pracy gorseciarek, krawców, modystek...

Wszystkie te kobiety są modelowane na jeden wzór. Mają ten sam program życiowy. A najważniejszą dźwignią w ich życiu jest pieniądz...

Zapada noc, gdy stolica otwiera podwoje lokali rozrywkowych i kabaretów, gdzie aż do utraty przytomności można zabawić się przy szampanie i likierze w towarzystwie na wpół obnażonych kobiet...

W godzinach tych, w pięknie urządzonych salonach rozpoczyna się dzień dla tych, którzy mają specjalne wymagania.... Pod względem życia nocnego Warszawa nie ustępuje innym wielkim stolicom świata, gdzie pieniądz i zbrodnia idą w parze. Kto może korzysta z uciech i radości życia. Wyżywa się erotycznie bez cierpień, bez miłości doznaje rozkoszy rodzinnych bez kłopotów familijnych.

W godzinach tych w różnych potajemnych melinach rycerze nocy szykują się do ataku na tzw. wyższe sfery. Z chwilą gdy Warszawa zaczyna się bawić i muzyka rozbrzmiewa w setkach lokali, „rycerze nocy” wyłażą ze swych nor, by pod osłoną nocy realizować swe dzieło.

Klawy Janek kroczył po Placu Teatralnym tam i z powrotem.

Widział, jak przed gmachem Teatru Wielkiego zatrzymywały się jedna po drugiej eleganckie limuzyny, i bunt rodził się w jego sercu:

„Czemu świat jest tak zbudowany, że jeden czerpie z życia pełnymi haustami, a drugi musi kraść, by się utrzymać na powierzchni?!... Aby korzystać z uciech życiowych, trzeba mieć pieniądze, dużo pieniędzy. A więc, człowieku, rób, pracuj, handluj, produkuj, oszukuj, kradnij, rabuj nawet, ale miej pieniądze, by górować nad innymi. Dla wszystkich, którzy mają pieniądze, życie jest piękne, urocze. Żywot ludzi bogatych usiany jest kwiatami i uśmiechami pięknych kobiet. Pałace, brylanty najkosztowniejsze zachcianki — to ich przywilej...”

Tak... te godziny nocne mają w sobie dużo uroku; gdy bogaci zbliżają się do biednych, oczywiście na tyle tylko, by zaspokoić swe zachcianki, żądze i swe zdegenerowane pragnienia...

Smutek ogarnął Klawego Janka. Pożerał po prostu wzrokiem wszystkie parki, które mijały go, przytulone do siebie.

„Jakże byłbym szczęśliwy — myślał Janek, — gdybym tak mógł swobodnie spacerować z mą Anielą, kochać ją, niekrępowany nikim i niczym. Kto wie, czy będę ją jeszcze mógł kiedykolwiek przytulić do swego serca... Co za frajer był ze mnie, że nie skorzystałem z okazji w hotelu!”

Opanowała go niepohamowana żądza, tak że odruchowo zaczął się rozglądać za kobietą. W takim nastroju zabłąkał się w jedną z bocznych ulic.

Jakaś kobieta zatrzymała go i zapytała, która godzina. Zorientował się od razu, że należy do tego typu kobiet, które w podobny sposób zaczepiają wszystkich eleganckich panów. Spotkały się ich spojrzenia. Ale w tejże chwili przesunął się przed jego oczyma obraz Anieli. Nie odpowiadając na zapytanie nimfy nocnej, poszedł dalej.

„Nie! Od tej chwili, gdy ją poznałem, nie wolno mi tak postępować!” — karcił siebie w duchu.

Naraz doleciał go apetyczny zapach potraw. Rozejrzał się: stał przed restauracją. Pusty żołądek dopominał się o swoje prawa.

Wszedł do podrzędnej knajpy. Wszystkie stoliki były zajęte. Pijane okrzyki mężczyzn mieszały się z wyuzdanym śmiechem podejrzanych kobiet, które czuły się tu, jak w swoim żywiole...

Nie wiedząc czemu, Klawy Janek poczuł wstręt do tego otoczenia. Zajął miejsce w kąciku, by móc jak najlepiej obserwować innych, pozostając samemu w cieniu. Postanowił siedzieć tu przez całą noc, a rankiem zabierze się do ratowania Anieli.

Zajadał z apetytem, od czasu do czasu spoglądając na gości, czy nie dojrzy jakiejś twarzy, z którą by się nie chciał spotkać...

W pewnej chwili drzwi się rozwarły i do knajpy weszła kobieta w towarzystwie przodownika, zmierzając wprost w stronę, gdzie siedział Janek.

Kelner skłonił się nisko i przystawił stolik tuż obok stolika „Klawego”.

Klawy Janek nie zdradził się najmniejszym ruchem, że nowo przybyły sąsiad zainteresował go.

Przodownik zaś, tak był zajęty swą uroczą towarzyszką, że nie zwracał na nikogo uwagi.

Klawy Janek siedział wpatrzony w gazetę, ale z nastroszonymi jak zając uszami wsłuchiwał się w każde słowo „męty”.

Słyszał, jak przodownik zamówił najdroższe trunki i zakąski. Po czym bawił swą towarzyszkę zabawnymi historiami z praktyki policyjnej. Oczywiście przodownik był zawsze tym bohaterem, który demaskuje i wyławia przestępców.

Naraz o uszy Janka odbiło się jego imię... Padło słowo „Klawy Janek”! Słyszał najwyraźniej, że przodownik wspomniał o nim, opowiadając o włamaniu u hrabiny...

— Sam wytropiłem tego niebezpiecznego ptaszka w hotelu — chwalił się policjant. — Byłem w stu pro centach pewny, że mam go już w swych rękach. Ale bądź tu mądry, kiedy pokój jego łączył się z sąsiednim numerem, którego okno wychodziło na inną zupełnie stronę. „Klawy Janek” zwiał!... Ale ja go pochwycę! — zawołał posterunkowy po chwili zastanowienia. — To jest obecnie głównym celem mojego życia.

— Widzę, kochany, że masz krótką pamięć — zarzuciła mu piękna brunetka, uśmiechając się czarująco. — Przedtem mówiłeś, że ja jestem jedynym celem twojego życia, a teraz znów jakiś złodziej...

Przodownik roześmiał się, ucałował panią w rączkę i rzekł:

— O tobie nie ma mowy. Wiesz, że jesteś dla mnie najdroższą istotą na świecie.

— Gdybyś mnie naprawdę tak kochał, jak powiadasz, zerwałbyś ze swoją żoną.

— Cóż cię to boli? Czy nie dbam tylko o ciebie? Czy brak ci pieniędzy? Zerwanie z moją żoną byłoby niewygodne dla nas obojga.

— Dlaczego?

— Dlaczego. Zapominasz, że jestem w policji... Gdybym porzucił żonę, wzięto by mnie za bardzo na oko — dodał ciszej.

Nalał sobie kieliszek koniaku i wypił jednym haustem.

Klawy Janek natężył całą swoją uwagę. Uszy jego, przyzwyczajone do chwytania najminimalniejszych szmerów, starały się nie opuścić ani jednego słowa. Wpatrywał się uważnie w twarz policjanta, by ją sobie dobrze zapamiętać. Jego bystre oko zauważyło natychmiast, że przodownik jest większym złodziejem od niego. Rozumiał, że ma nieczyste sumienie, gdyż pensja policjanta nie wystarczała na utrzymywanie kochanek, na kupno futer karakułowych i srebrnych lisów.

Niespostrzeżenie obserwował kochankę przodownika. Nabrał przekonania, że piękna kobieta pochodzi z nizin i trzyma policjanta pod pantoflem. Różne myśli przeszły mu przez mózg. Cieszył się z przypadku, który pozwolił mu poznać tajemnicę przodownika.

— Gdybyś wiedziała — opowiadał dalej przodownik — z jak piękną dziewczyną bawił „Klawy Janek” w hotelu. W życiu nie widziałaś tak czarującej niewiasty. Powiadam ci, paluszki lizać.

— Ładniejsza ode mnie? — śliczna brunetka wydęła kapryśnie wargi.

— Niestety, piękniejsza...

— Coście z nią zrobili?

— Chciałem ją, co prawda, wziąć „na spytki”. Już by ona mnie wszystko wyśpiewała. Ale komisarz się uparł, że sam ją przesłucha. Zawsze czyni mnie na przekór. Nie lubimy się nawzajem...

— Czy aresztował ją?

— Oczywiście. Już raz wpadła w nasze ręce, ale on ją zwolnił nie wiadomo czemu.

— Uważaj, by jej nie zwolnił po raz drugi. Skoro jest tak piękna, jak powiadasz, wszystko jest możliwe...

Klawy Janek łykał każde słowo.

— Muszę jeszcze dzisiaj przetrząsnąć kilka melin. Złapię go: żywego czy martwego...

— A co to za typ zbrodniarza?

— Włamywacz! — wyjaśnił posterunkowy fachowym tonem.

— Więc dajcie mu pokój. Cóż to was boli, że opróżnia kasy burżujów. Licho ich nie weźmie. A gdy go prześladujecie, musi się ratować...

— No, daj spokój ze swymi poglądami. Nie zapominaj, że jestem przodownikiem. Mnie nie wolno słuchać podobnych słów.

— Mnie nie obchodzi twój mundur. Dla mnie jesteś tylko moim najdroższym. Radziłabym ci w ogóle, kiedy masz już tyle pieniędzy, wystąpić z policji.

— Cicho! — zawołał przodownik blednąc i rozglądając się na wszystkie strony.

Klawy Janek przesłonił sobie twarz gazetą.

— Ciekawa jestem, jak wygląda ten Klawy Janek ? — rzekła zaintrygowana towarzyszka przodownika.

— Na pewno by ci się spodobał — uśmiechnął się policjant. — Wysoki, smukły, o dużych, czarnych oczach, mężczyzna, jakiego wy, kobiety, lubicie.

Przy tych słowach przodownik wyjął z teczki fotografię i pokazał ją swej towarzyszce.

— To jest jedyna fotografia, którą posiadamy w naszym albumie policyjnym — rzekł, po czym odłożył fotografię do teczki.

— Morowy chłop! — zawołała zachwycona kobieta.

— Tylko nie zakochaj się, bobyś się musiała z nim szybko rozstać. Już stryczek czeka na niego.

— O, „Klawy Janek” nie wygląda na takiego, który by się dał złapać przez takiego niedojdę, jak ty — rzekła z przekąsem.

— Jak widzę, jesteś już „zagazowana”. Musimy się pożegnać. Dzisiejszą noc spędzisz beze mnie — szepnął jej do ucha.

— Obejdzie się! — zawołała kobieta.

Klawy Janek uregulował rachunek, po czym wstał i korzystając ze stanu podchmielenia sąsiadów, zabrał leżącą na krześle teczkę policjanta. Wyszedł niespostrzeżony. Zadowolony ze zdobyczy, „Klawy” zatrzymał mijającą go taksówkę i kazał się wieźć na Pragę.

Zapukał do domu dobrego znajomego, który był właścicielem pokoi umeblowanych, a gdy znalazł się sam w numerze, sprawdził, czy rewolwer jest nabity. Zorientował się też co do możliwości ucieczki, na wypadek, gdyby zawitała policja, po czym zabrał się do przeglądania teczki policjanta. Fotografię swoją schował do kieszeni, a pozostałe papiery i dokumenty, które nie miały nic wspólnego z jego sprawą, odłożył z powrotem do teczki. Przy czym załączył liścik następującej treści:

Panie przodowniku!

Zwracam panu tekę. Zabrałem tylko swoją podobiznę. Uczyniłem to dlatego, gdyż nie chcę, by moja fotografia znajdowała się w tak brudnych rękach. Niech pan unika spotkania się ze mną, bo to się źle może skończyć.

Panna, którą pan aresztował w hotelu, jest niewinna. Gdyby ją spotkała krzywda, zemszczę się na panu. Niech się pan strzeże, gdyż koniec pana będzie smutny!...

„Klawy Janek”.

Następnie Klawy Janek wezwał do siebie gospodarza i wziął u niego „złodziejskie słowo honoru”, że zaraz następnego dnia odeśle teczkę przodownikowi do domu. Adres przodownika znalazł Janek wśród dokumentów.

Klawy Janek położył się na odpoczynek, ale nie mógł zasnąć. Zastanawiał się nad każdym słowem przodownika. Nie mógł sobie też przypomnieć, gdzie widział jego towarzyszkę, która mu się wydawała dziwnie znajoma. „Gdybym się mógł z nią zetknąć — rozumował Klawy Janek — na pewno bym zdobył niejedną tajemnicę kompromitującą tego przodownika”.

Wzrok jego padł na fotografię, którą znalazł w teczce przodownika. Na odwrotnej stronie wypisane było jego nazwisko, data urodzenia, data sporządzenia zdjęcia itd. „Klawy” zdecydował, że właściwie nie powinien przechowywać takiego zdjęcia i podarł fotografię.

W nocy dręczyły go złe sny. Zmęczony strasznymi widziadłami, zbudził się nad ranem i wezwał do siebie gospodarza.

— Czy mógłbym się u ciebie zatrzymać na kilka dni? — zapytał gospodarza Klawy Janek.

— Widzisz, ja bym bardzo chętnie ciebie tu gościł, tylko że... policja ma mnie na oku.

— A zatem muszę wiać...

— Czym prędzej, przyjacielu! Nie chciałbym, żebyś wpadł u mnie.

— No to bądź zdrów! — wyciągnął „Klawy” rękę na pożegnanie. — Ile ci płacę?

— Obrażasz mnie, przyjacielu. Za kogo mnie bierzesz? Myślisz, że jeżeli zmieniłem tryb życia, to już zupełnie wyzbyłem się złodziejskiego honoru? O, nie! Od takich, jak ty, nie biorę za gościnę pieniędzy. Powiedz, nie wstydź się: może ci potrzeba forsy, mów!...

— Dziękuję ci, przyjacielu, tak źle jeszcze nie jest. O jedno cię tylko poproszę. Wyjdź na ulicę i rozejrzyj się, czy się nikt, „z nich” nie kręci. Wnet się stąd wyniosę.

— Bądź spokojny. Przez całą noc dbałem o to, by cię tu nikt nie niepokoił. Nie zmrużyłem oka i sam stałem „na cynku”. Chodź ze mną. Wyprowadzę cię przez ogród na boczną uliczkę. Dojdziemy do rogu, do postoju dorożek i taksówek. Już cię zawiozą, dokąd zechcesz...

W kilka minut później Klawy Janek w towarzystwie gospodarza opuścił pokój; obaj udali się w stronę postoju pojazdów.

Nadjechała właśnie wolna taksówka i towarzysz Janka zatrzymał ją.

Klawy Janek pożegnał się serdecznie z „przyjacielem” i wsiadł do taksówki. Był spokojny i pewny, że w tej chwili znikąd mu nie grozi niebezpieczeństwo... Tym bardziej, że właściciel pokojów umeblowanych zauważył: „Możesz jechać z tym szoferem dokąd chcesz; to nasz”. {To go jeszcze bardziej upew[niło]}

Otulony w futro, zaszył się Klawy Janek w kąt taksówki; kazał się wieźć na Złotą. Zmęczony i niewyspany od kilku dni, zdrzemnął się.

A taksówka mknęła z niezwykłą szybkością, co go jeszcze bardziej ukołysało do snu...

Naraz taksówka stanęła i w tejże chwili Klawy Janek przebudził się; szeroko otworzył oczy.

Szybko nachylił klamkę u drzwiczek, ale zamek nie ustępował. Spróbował wyjść drugimi drzwiczkami, ale i te były zamknięte. Straszliwa myśl przeszyła jego mózg. Spojrzał przed siebie — przy kierownicy nie było nikogo...

I naraz, zanim jeszcze Klawy Janek zdołał się zorientować, gdzie się znajduje i co zaszło, drzwi taksówki się rozwarły...

Już teraz Klawy Janek nie miał potrzeby się domyślać... Sprawa była zupełnie jasna...

W jednej chwili taksówka została otoczona policjantami.

— Wyłaź! — padł rozkaz.

Odruchowo sięgnął ręką do kieszeni, gdzie przechowywał rewolwer. Nie zdążył go nawet wyjąć. Dwie silne dłonie schwyciły go za ramiona.

Wszystko to spadło na niego tak nagle, niespodziewanie, że nie zdążył nawet zebrać myśli, by się na coś zdobyć.

Cyniczny śmiech szofera, w którym rozpoznał teraz przodownika z restauracji, uderzył go niby obuchem po głowie.

Nie próbował nawet się bronić; wiedział z góry, że jego wysiłek jest niecelowy.