Rozdział XXI

Nadchodząca jesień napełniała ludzi nocy nadzieją na lepsze czasy. Dzień się kurczył, a noc się wydłużała. Noc, pełna tajemnic, jest odwieczną pomocnicą ludzi podziemi.

„Karpie głowy” świata podziemnego zjeżdżały się z różnych uzdrowisk, przygotowując się do nowego „sezonu”. Opuścili lokale rozrywkowe, gdzie mieszali się z rozbawioną burżuazją, sypiąc pieniędzmi na lewo i na prawo.

Ci ludzie ufają swojej gwieździe i talentowi. Są pewni, że noce zimowe zwrócą im przehulane pieniądze z procentami...

Komisarz Żarski siedział za biurkiem pogrążony w rozmyślaniach. Szukał sposobu uchwycenia Janka, by wreszcie wyjaśnić tajemnicę zabójstwa policjanta. Ta siprawa ciążyła na jego sumieniu.

Obławy, rewizje, pościg i wiele innych przedsięwzięć przeprowadzonych przez władze śledcze nie dawały rezultatu. Wywiadowcy i wywiadowczynie ofiarowali swoje usługi — „Klawy Janek” jakby ulotnił się z tego świata.

Polecił wezwać aspiranta Wołkowa. A gdy ten się zjawił, komisarz Żarski wyczytał z jego twarzy ślady niepokoju.

— Co się z panem dzieje?

— Nic. Jestem tylko trochę niewyspany — odparł Wołkow, siląc się na uśmiech.

— Przy czym się pan tak nadwyrężał?

— Co znaczy „przy czym”? Postanowiłem zlikwidować bandę „Klawego Janka” i muszę tego dokonać.

— Hm, bandę... Ale oni są sprytniejsi od nas. Dziś dokonali włamania do kolektury na Placu Teatralnym. I to jest ich robótka. To samo cięcie kasy.

— Już bym dawno zlikwidował tę bandę, gdyby nie...

— Gdyby nie co?

— Gdyby nie pan, panie komisarzu!

— Dlaczego to ja przeszkadzam panu?

— Bo pan stale odnosi się podejrzliwie do moich przedsięwzięć. Wyczuwam to z każdego pańskiego ruchu, słowa, decyzji. Często ręce mi opadają.

— Przesadza pan. Ja i samego siebie podejrzewam niekiedy... Mam wrażenie, że zaawansował pan na aspiranta nie bez mojej pomocy.

— Uczciwie sobie na to zasłużyłem.

— Nie przeczę i zapewniam pana, że w razie zlikwidowania bandy „Klawego Janka” dołożę starań, aby pan, panie aspirancie, dalej awansował...

Wołkow z jeszcze większą podejrzliwością przyjął te słowa, ale odrzekł tylko:

— Rozkaz, panie komisarzu!

— I zapewniam pana, że z chwilą wytropienia zabójcy policjanta, natychmiast przedstawię pana do awansu na komisarza.

Żarski nie spostrzegł, jak przy tych słowach Wołkow silnie zbladł. Udało mu się ukryć swoje zmieszanie, pogrążając się w czytaniu pewnych dokumentów leżących na stole.

— Podejmuję się „wykończenia” tej bandy pod jednym warunkiem: zaufania mi w stu procentach i zezwolenia, aby nikt nie towarzyszył mi w pracy. Dopiero gdy wszystko będzie przeprowadzone, zażądam pomocy.

— Czyń pan, jak uważa za potrzebne!

Uścisnęli sobie ręce. Wołkow opuścił gabinet Żarskiego uspokojony, nie wiedząc o tym, że dopiero teraz spotęgował podejrzenie komisarza.

W kilka minut potem Żarski otrzymał telefoniczne połączenie z Poznaniem. To dzwonił do Warszawy komisarz Barewski, który poinformował Żarskiego o dokonaniu wielkiego włamania do jednego z poważnych banków.

— Sądząc ze sposobu rozprucia kasy — mówił dalej komisarz Barewski — jest to robota warszawskich cwaniaków. Zrabowano dużą sumę. Wiem, że u was w mieście dokonano wielu podobnych włamań, proszę przeto pana, panie komisarzu, o pofatygowanie się do Poznania.

W Poznaniu komisarz Żarski stanął wobec zagadki. Rozpruwacze kasy nie pozostawili żadnego śladu, który by mógł naprowadzić policję na trop przestępców.

— O to właśnie chodzi — rzekł komisarz Barewski. — Nie wiem, od czego zacząć. Może tymczasem udamy się na posiłek?

— Dziękuję — rzekł Żarski zamyślony. Ale zaraz dodał, przechadzając się po pokoju i przysłuchując odgłosom własnych kroków. — Czy panów nie zainteresowała sprawa, jakim sposobem rozpruwacze dostali się do banku?

— To oczywiste — odparł komisarz Barewski — Przy pomocy podrobionych kluczy, bo w banku nocą czuwa specjalny dozorca.

— Nie, nie! — przerwał mu zniecierpliwiony komisarz Żarski. — Tu pod nami — w tym momencie uderzył kilkakrotnie nogami — nie ma podłogi. Czy pan nie wyczuwa tu pustki?

W kilka minut później świetnie dopasowane posadzki zostały wyjęte, a pod nimi, zamiast normalnej podkładki podłogi, znajdowały się szmaty, którymi rozpruwacze wyścielili wolną przestrzeń, by się podłoga nie zawaliła...

Po nitce do kłębka został wykryty tunel podziemny, w którym rozpruwacze nawet przeprowadzili instalację elektryczną. Przekręcono kontakt. Teraz zauważano, że podkop prowadził do tunelu kanalizacyjnego.