Rozdział II
Kilka dni minęło od „dintojry”9, która odbyła się w mieszkaniu Reginy nad Wołkowem.
Były to dni ciężkich przejść również dla Anieli, która miała możność przekonać się, że również ludzie nocy nie są lepsi...
Pewnego razu, gdy wysiadła z tramwaju, poczuła, że w ślad za nią opuściła wóz pewna elegancko ubrana kobieta. Szła ona krok w krok za Anielą.
Na dworze panował lekki mróz. Padał drobny śnieżek. Biel napełniała duszę Anieli nadzieją, że jutro będzie lepsze i przychylniejsze dla niej. Nie mogła zapomnieć o Janku, którego na próżno usiłowała wymazać ze swego serca. Przeciwnie, powoli zaczynała wierzyć w to, że właściwie winę za fatalne wypadki sama ponosi. Czyniła sobie wyrzuty z powodu zachowania wobec Janka u siebie w pokoju.
Myśli te przebiegały mózg Anieli, gdy szła rojnymi ulicami. Ściągała swoim wyglądem uwagę przechodniów. Było jej do twarzy w czarnym, wąskim palcie, przybranym lisem. Modna czapeczka dodawała jej główce wiele uroku i wdzięku młodości. Uśmiech, który zakwitał od czasu do czasu na jej ustach, mile oddziaływał na przechodniów, którzy darzyli ją przelotną sympatią.
Aniela posuwała się szybkim krokiem po chodniku, jakby miała coś pilnego do załatwienia. Tłok na ulicy w pewnej chwili zatarasował drogę Anieli, która wykorzystała to, by nerwowo odwrócić się i sprawdzić, czy tajemnicza kobieta w dalszym ciągu kroczy za nią.
Aniela nie mogła wytłumaczyć sobie tego faktu i postanowiła pozbyć się tej „asysty”, usiłując zboczyć w jedną z przecznic. Ale oto kobieta ta zbliżyła się do Anieli i zapytała:
— Przepraszam panią, proszę mi łaskawie wskazać drogę do Dworca Głównego.
Aniela wytłumaczyła jej, którędy ma iść, radząc przy tym, by wsiadła do tramwaju.
Aniela uczyniła krok naprzód. Bała się tej kobiety, która na nią spoglądała dziwnymi oczyma. Domyślała się, że ta kobieta nie zaczepia jej bez powodu i że to pytanie o kierunek drogi do dworca było tylko pretekstem. Ale nie zdążyła się oddalić, gdy naraz zatrzymała się taksówka i zanim zdołała pisnąć słówko, została zawleczona do auta. Czuła tylko, że znajduje się w silnych ramionach, z których nie mogłaby się wyzwolić. Auto pomknęło z niebywałą szybkością.
Chciała krzyczeć, wzywać pomocy, ale poczuła naraz mdłości. Siły ją opuszczały. Popadła w sen. Straciła przytomność. Na sekundę przed jej utratą poczuła na sobie pożądliwe pocałunki...
Gdy się obudziła, doznała nowego wstrząsu. Zobaczyła siebie na kozetce w obcym mieszkaniu. Wnet do jej pokoju weszła owa podejrzana kobieta w towarzystwie Moryca.
— Jak się czujesz? — zapytał drżącym głosem Moryc.
— W jaki sposób dostałam się tutaj?! — krzyknęła Aniela nieswoim głosem. — Gdzie moja odzież? Przeklęci nikczemnicy!!!...
— Nie gniewaj się, droga moja — uspakajał ją Moryc. — Co prawda ta pani zwabiła cię tutaj, ale nie chciałem cię skrzywdzić, gdy cię uśpiono...
„Zimna kokota”, która była świadkiem tej rozmowy, cynicznie się uśmiechała. Była zazdrosna o piękne kształty i urodę Anieli.
— Coście tu ze mną uczynili? — zawołała Aniela. — Wy... Podli ludzie!!!
Aniela wybuchnęła płaczem.
— Za późno na lamenty... — odezwała się szyderczo „Zimna kokota”.
I chociaż Moryc zapewniał ją, że nie wyrządził jej krzywdy, Aniela szlochała z bezsilności.
Moryc tłumaczył się, że sprowadziła go do tego mieszkania „Zimna kokota” i że nie wiedział wcale o tym, że uśpiła chloformem Anielę i ją tu podstępem zwabiła. Nie tylko, że nie skrzywdził Anieli, ale przeciwnie — nie opuścił tego mieszkania w obawie, by jej nie skrzywdzono.
Aniela włożyła palto i skierowała się do wyjścia. Ale „Zimna kokota” zatarasowała jej drogę.
— Z mego domu tak prędko wydostać się nie można! — roześmiała się na głos.
Moryc odepchnął ją i usiłował Anielę wyprowadzić na ulicę, ale wtem zjawiło się dwóch zbirów, którzy porwali Anielę i przemocą starali się ją wepchnąć do drugiego pokoju.
Aniela stawiała opór. Jeden z drabów zatkał jej szmatą usta, usiłując ją przemocą zawlec do drugiego pokoju. Ale naraz stało się coś niespodziewanego. Naraz drzwi otworzyły się i na progu stanął Klawy Janek z rewolwerem w ręku.
— Co się tu dzieje? — zawołał na widok draba, mocującego się z Anielą.
Zobaczywszy Janka, Aniela rzuciła mu się na szyję z płaczem.
Janek przez chwilę spoglądał na Moryca, jakby niemym wzrokiem dopytywał się o szczegóły niezwykłego zdarzenia. „Zimna kokota”, przeczuwając, co się święci, ukryła się w drugim pokoju.
— Ja jestem niewinny — wyjąkał Moryc przerażony. — „Zimna kokota” ją tu zwabiła.
Twarz Janka zsiniała z wściekłości. Żyły na czole napęczniały z naprężenia, jakby za chwilę miało się stać coś niezwykłego.
— Zwabiliście ją tu i... Gadaj do rzeczy i mów tylko prawdę, bo zastrzelę cię jak psa!...
— Żadna krzywda jej się tu nie stała. Nie pozwoliłem na to.
Janek zmierzył Moryca przejmującym spojrzeniem i rzekł:
— Daję ci trzy dni czasu na wyjazd do Ameryki i obym cię więcej nie widział na oczy. Sądzisz, że nie wiem o tym, żeś się zakochał w niej...
Co rzekłszy, Janek ujął Anielę pod ramię i zawołał:
— Chodź ze mną najdroższa! Ja już im dam nauczkę!
Na odchodnym, stojąc już we drzwiach, odgrażał się pięścią pod adresem „Zimnej kokoty”:
— Popamiętasz mnie jeszcze!
— Doskonale pamiętam, że policja poszukuje cię.
— Sądzisz, że jestem Wołkow? Ja tu od razu mogę skończyć z tobą!
— Kocham cię! — zawołała. — Musisz być moim! Żadna przeszkoda nas nie rozdzieli...
— Nienawidzę kapusiów — odparł Janek z odrazą. — Patrzeć na ciebie nie mogę...
— Pamiętaj: albo będziesz mój, albo będziesz niczyim. Za kratami będzie najlepsze dla ciebie miejsce. Tam twoje złodziejskie oczy nie będą więcej hipnotyzowały nas, kobiet...
Janek dobył rewolweru. Aniela chwyciła go za rękę. Rewolwer wypalił, ale kula na szczęście chybiła. Strzaskała lustro wiszące na ścianie, które rozleciało się w drzazgi.
W chwilę potem Janek znalazł się po drugiej stronie drzwi. Tulił się do Anieli, którą na nowo odzyskał. Znów czuł ją przy sobie, najukochańszą, najpiękniejszą. Dręczyła go tylko niepewność, czy czasem w mieszkaniu „Zimnej kokoty” nie skrzywdzono Anieli... Bał się ją o to pytać. Aniela pierwsza odezwała się, a w głosie jej przebijała nuta zazdrości:
— Skąd się tam wziąłeś? Na pewno umówiłeś sobie tam spotkanie z ulicznicą?
— Przysięgam, że to nieprawda. Jedynie przypadek zaprowadził mnie tam. I przyszedłem, jak widać, w samą porę. „Zimna kokota” wielokrotnie zapraszała mnie do siebie. Przyrzekałem, ale nie przychodziłem. Dziś akurat znajdowałem się w pobliżu. Wiedziony przeczuciem, wstąpiłem tam na chwilę. Kto wie, gdybym nie przyszedł, co uczyniliby z tobą.
— Uśpili mnie — wyjąkała Aniela.
— Co? Uśpili cię? Ja ich...
Janek rzucił się z całych sił z powrotem, by pomścić krzywdę, ale Aniela nie pozwalała mu na to.
— Dzisiejsi wspólnicy! — oburzał się Janek. — Świat sparszywiał. Przyjechał ci wspólnik aż z Ameryki, by mnie wyciągnąć z więzienia, a tymczasem odbija mi narzeczoną. Jak to można dziś komuś zaufać!... — Rozłożył bezradnie ręce.
Janek wstydził się za cały świat podziemi, za Moryca, za „Zimną kokotę” i kamratów.
— Dokąd idziemy? — wyrwała Janka z rozmyślań.
Janek zauważył, że ma łzy w oczach.
— Płaczesz?
— Jakże nie mam płakać, gdy na każdym kroku przekonywuję się o waszej podłości i nikczemności. Moja miłość do ciebie w tym czasie wiele ucierpiała.
Janek milczał. W duchu przyznawał jej rację. Kilkutygodniowa rozłąka z Anielą utwierdziła go w tym, że ich miłość nie wytrzyma próby życia. Jest zbyt uczciwa na to, by zostać żoną złodzieja, a on zbyt podły, by móc ją naprawdę kochać wielką miłością. Ale teraz uczucie miłości wezbrało w nim na nowo. Czuł się szczęśliwy, że ją odzyskał i znów są razem. Wyrzucał z siebie urywane słowa:
— Kocham cię... Wiem, że nie jestem ciebie wart... a jednak...
Aniela spojrzała nań smutnymi oczami i odrzekła:
— Dziś prowadź mnie, dokąd ty chcesz. Tyś mnie ocalił, ciebie za to pragnę wynagrodzić...
— Znów igrasz ze mną? — czynił jej zarzut.
Akurat mijała ich spóźniona taksówka. Wsiedli do wozu, który zaprowadził10 ich za miasto. Szczęśliwi i przytuleni mknęli gładką szosą wśród cieni drzew i ciszy nocnej.
Po obu stronach szosy pogrążone we śnie zimowym stały wille, pałacyki i domy. W zadumie oczekiwały wiosny i promiennego słońca, które sprowadzi tu liczne rzesze „letniaków”. Poświata księżycowa srebrzyła śniegiem pokryte drzewa, które były niemymi świadkami wielu tajemnic miłosnych, rozgrywających się rokrocznie pod osłoną ciepłych nocy letnich.
Gdy przebyli wielki szmat drogi, długości kilkudziesięciu kilometrów, szofer zapytał, gdzie ma się zatrzymać.
— Przed hotelem najbliższego miasteczka — padła odpowiedź Janka.
Auto znów pomknęło, by po niedługim czasie zatrzymać się na opustoszałym rynku małomiasteczkowym przed odrapaną dwupiętrową kamienicą, na której widniał już wyblakły szyld: „Hotel Warszawski”...
Janek uiścił należność szoferowi i skierował się z Anielą do hotelu.
Policjant odziany w kożuch zbliżył się do pasażerów, zaniepokojony ich nagłą nocną wizytą. Aniela instynktownie drgnęła, chwytając Janka za rękę. Ale Janek, pewny siebie, zawołał na posterunkowego:
— Co to za porządki u was?... Do hotelu w nocy człowiek dostać się nie może!... Ach, prowincja!...
Posterunkowy zaspanym głosem uspakajał Janka:
— Właściciel pokoi umeblowanych śpi... Pewnie zaraz otworzy...
— Jesteśmy turystami z zagranicy — wyjaśniał dalej Janek łamaną polszczyzną — Odwiedzamy małe mieściny.
Podejrzenie zrodzone w duszy policjanta rozwiało się. Zewnętrzny wygląd Janka i Anieli wzbudziły, widać, jego ufność. Wkrótce potem znaleźli się w hoteliku.
Już zaczęło świtać. Gospodarz wraz z rodziną żywo krzątali się dokoła „Amerykanów”, jak ich nazywali już w myśli. Oddano im najładniejszy apartament, ale ledwie znaleźli się w pokoju sam na sam, Janek przekręcił klucz w drzwiach i porwał Anielę w ramiona...
— Zbytnio ryzykujesz twoją wolnością — szepnęła. — Mieścina jest malutka, a za kilka godzin wszyscy już będą wiedzieli o naszym przyjeździe.
— Nie lękaj się, moja droga, znam to otoczenie. Gdy zapragnę, mogę jeszcze się tu świetnie zabawić i doczekam się wizyty burmistrza... Zresztą, zabawimy tu dwie godziny i... wracamy do Warszawy.
Przywarł do niej i tulił ją do siebie, obsypując płomiennymi pocałunkami.
Teraz — przebiegła jego mózg myśl — teraz, nareszcie, dopnie swego... Ach, jak długo tęsknił za tą chwilą szczęścia... Długo... Ileż razy rezygnował! Ale teraz... teraz... nareszcie!
Wyrzucał z siebie słowa gorące, słowa których się właściwie nie słyszy, lecz odczuwa. Przepraszał ją za zmartwienia i przykrości, których był przyczyną. Zapewniał o dozgonnej miłości, wierności, tęsknocie. Przysięgał, że bez niej życie i świat nie mają dlań wartości.
Jego oczy pożerały Anielę, która cała jakby stanęła w ogniu. Dreszcz niepohamowanej namiętności wstrząsał jej ciałem. Jej gorący oddech budził w nim utajone pragnienie.
Ale Janek silił się w podświadomości na spokój. Chciał panować nad namiętnościami, które już rozpętały w duszy burzę uczuć. Przywodził na pamięć owe chwile, kiedy potęga żądzy wyciskała na jego twarzy piętno zwierzęce. Piętno, które budziło w Anieli odrazę do tego stopnia, że resztkami sił wyzwalała się z jego objęć, bo nie mogła dłużej patrzeć na jego twarz wykrzywioną i oczy nabiegłe dziką, złą krwią.
Ale świadomość, że są teraz sami w pokoju, że nikt mu nie może przeszkodzić w osiągnięciu szczytu marzeń i pełni szczęścia, nie dawała mu spokoju.
Aniela czuła, co się dzieje w sercu Janka.
— Janku, jakże cię kocham za twoje zmaganie się ze złymi instynktami i za pokonywanie w sobie bestii...
Na dworze już świtało. Janek stał nasrożony. Jego uszy i oczy były nastawione „na wszelki wypadek”, podchwytywał najmniejszy szmer, który dolatywał z korytarza czy ulicy. Stali tak przytuleni do siebie, niby dzieci. Ona oparła głowę na jego ramieniu, a on wsłuchiwał się w ciche łkanie jej serca gorącego i wiernego. Zrozumieli siebie. Jankowi imponowała skromność i niewinność Anieli. Przy niej czuł się jak nowo narodzony.
— Po co tu przybyliśmy? — wyrwała go z zadumy. — Co zamierzasz tu czynić?
— Myśl, która skłoniła mnie, bym cię tu zaprowadził, już opuściła mnie — rzekł Janek ze smutkiem w głosie.
— Chciałeś mnie skrzywdzić? — zapytała z wyrzutem.
— Tak. Ale odtąd możesz być pewna, że będę panował nad sobą.
— Nie sądź, że kierują mną tylko cnoty. Pragnę przede wszystkim nauczyć cię walki ze sobą, walki ze złymi instynktami, które w tobie głęboko są zakorzenione.
Janek zaczął krążyć nerwowo po pokoju. Naraz stanął przed Anielą i zapytał:
— Chcesz ze mną wyjechać za granicę?
— Pojadę z tobą wszędzie, gdzie tylko zażądasz, bylebyś tylko zerwał ze swoją przeszłością. Nawet dziś. Przekąsimy tu coś i wracamy do Warszawy.
— Dlaczego się tak spieszysz? Tu jest nam tak dobrze ze sobą. Czuję, że serce twoje należy do mnie. Nasze dusze tu się złączyły.
— Sercem od dawna należę do ciebie. Twoją pozostanę na zawsze dopiero po spełnieniu jednego warunku.
Janek podniósł oczy na Anielę.
— Po roku, gdy przekonam się, że zmieniłeś dotychczasowy tryb życia.
— Zbyt długi to termin — uśmiechnął się z goryczą.
Naraz rozległo się pukanie do drzwi, za którym dał się słyszeć głos szofera.
Po upływie kwadransa oboje siedzieli już w taksówce, którą ze wszystkich stron obstąpili małomiasteczkowi gapie. Janek polecił szoferowi, by jechał do Warszawy „pełnym gazem”.