Rozdział XIII
Minęło kilka tygodni. Wiosna była już w całej pełni. Krygier i Janek czynili przygotowania do opuszczenia Polski. Po klęsce, jaką Janek doznał62 w Warszawie, pragnął czym prędzej opuścić kraj. Ale Ada zwlekała z dnia na dzień, jak gdyby czekała na coś, co ma niebawem nastąpić.
Także Krygier zaniedbał się trochę w obowiązkach. Szukał okazji, by być jak najbliżej Janka i jego kochanki. Żadna kobieta nie pociągała go tak, jak Ada. Nie śmiał o tym mówić otwarcie. Jeszcze trwał w walce ze sobą, z ukrytymi uczuciami, które uważał za ośmieszające go.
Krygier zdawał sobie sprawę z tego, że Ada z rozmysłem zwabia go w swoje podstępne sieci kokoty. I postanowił wytrwać. Nie poddać się.
Ada nie ustępowała. Czytała z jego twarzy, że stoi wobec pokusy. Robiła, co mogła, nie przepuszczając najmniejszej okazji. Starała się urządzać tak, by coraz częściej pozostawać sam na sam w pokoju z Krygierem. Wiedziała, że gdy zdobędzie go, otworzą się przed nią wszystkie tajemnice tej bandy.
Ada, widząc, że ta droga zawodzi, usiłowała rozpalić w Janku pożogę zazdrości, by rzucił się na Krygiera. Działała w myśl zasady, że gdzie dwaj się kłócą, tam konfident uzyskuje informacje...
I oto pewnego wieczora, gdy Krygier przybył do pokoju Janka, by omówić pewną „robotę”, którą63 pilnował w Warszawie, zastał tam tylko Adę. Przywitała go serdeczniej niż zwykle. Od razu wskazała mu miejsce na kozetce, siadając tuż obok niego. I już po chwili znalazła się na jego kolanach.
Krygier był oszołomiony. On, człowiek o niebywale silnej woli, poczuł się słabym młodzieńcem, którego uwodzi wyrafinowana kobieta.
Ale zanim Krygier zdążył jej coś powiedzieć i przestrzec, że z nim nie da sobie rady oraz że oprze się każdej pokusie, drzwi się otworzyły i na progu pokoju stanął Janek. To, co ujrzał, wprowadziło go w stan osłupienia.
Janek i Ada zamienili ze sobą spojrzenia, jakby spotkali się na innym świecie. Ada jednak w lot zorientowała się, co ma zrobić.
Zwinnie zeskoczyła z kolan Krygiera i filuternie zaśmiała się.
— Brawo! Brawo! — zawołała radośnie — Jesteś zazdrosny!... Janek jest o mnie zazdrosny! Ha, ha, ha. Chciałam to sprawdzić na sobie i nareszcie przekonałam się! Założyłem się z Krygierem, który utrzymywał, że z ciebie nie taki głupi chłopak, byś miał być zazdrosny... Wygrałam zakład!... Daj no szybko te pięćdziesiąt rubli!... — zawołała radośnie do Krygiera. — Przegrałeś, więc płać!...
Krygier nie ruszał się z miejsca. Jego oczy dziwnie patrzały na Adę. Czoło jego pokryły zmarszczki, które świadczyły, że dokonał odkrycia. Istotnie przejrzał teraz tę kobietę.
Janek, jak każdy zakochany, przyjmował słowa Ady z ufnością. Oboje padli sobie w objęcia i usta ich połączyły się w pocałunku.
— Czego siedzisz tak, jakbyś znieruchomiał? — zawołał Janek do Krygiera. — Nie sądź, że jestem taki głupi i uwierzyłem, żeś chciał mi odbić przyjaciółkę. Zresztą ufam jej i jestem przekonany, że nie byłaby do tego zdolna. Ale najważniejsze, że Ada nie jest znowu taka głupia, by chciała mnie zastąpić tobą.
Krygier wymusił na sobie uśmiech, nie odpowiadając ani słowa. Wstał z kozetki i zamierzał odejść.
— Wpierw oddaj mi pięćdziesiąt rubli, które przegrałeś — wyciągnęła do Krygiera rękę uśmiechnięta Ada.
Krygier zmierzył ją ostrym spojrzeniem od stóp do głowy. Ada straciła w jego oczach wszystko. Przekonawszy się, że Janek jest usidlony przez niebywale niebezpieczną kobietę, powziął raptownie decyzję.
— Janku, musisz ze mną natychmiast pójść. Ale już! Niezwłocznie! Musimy omówić pewną ważną sprawę.
Ale Ada próbowała obrócić poważny nastrój. Nadal żartowała.
— Jak to, panie Krygier, nie płaci pan przegranego zakładu? Gotowam pomyśleć, że pan nie jest dżentelmenem!...
Janek obserwował ich, nie rozumiejąc niczego. Dostrzegł tylko, że Ada dziwnie ściągała powieki, a twarz jej pokrywały na przemian to rumieńce, to bladość.
Ale Krygier, jakby nie zważał na nią i ostro pociągnął Janka za sobą:
— Chodź! Muszę z tobą pomówić w bardzo ważnej sprawie. Zapominasz się.
Do rozmowy wtrąciła się Ada:
— Janek teraz nie pójdzie! — pociągnęła go za ramię ku sobie, spoglądając ostro w stronę Krygiera.
— A ja ci powiadam, że pójdzie ze mną! — Utkwił swój wzrok w twarzy Ady. Zwracając się do Janka, Krygier rzekł: — Zapomniałeś już, że w tamtej sprawie umówiliśmy się na trzecią w nocy w Warszawie. Musimy się stawić na czas.
— Tamta sprawa to nie zając i nie ucieknie! — odparła Ada, śmiejąc się na głos. — W ogóle więcej mu nie pozwolę na uczestnictwo w tamtych interesach... Dosyć! Nie chcę, aby więzienie nas rozłączyło! Słyszysz? Nie chcę...
Janek stał niezdecydowany. Nie mógł umysłem ogarnąć tego, co między nimi zaszło. Ada zmuszała go spojrzeniem do posłuszeństwa. W duchu Janek staczał walkę: kogo tu słuchać? Adę czy Krygiera?
Janek przemówił niepewnym głosem:
— Co się pali? Później opowiesz mi o tym, co jest takie pilne. W Warszawie możecie to wykonać beze mnie.
Krygier nie wyrzekł ani słowa. Trzasnął drzwiami. Czuł się do żywego dotknięty. Teraz nie miał żadnej wątpliwości, że Janek dostał się w sieci, do których wciągnął także swoich towarzyszy. Gdy przypomniał sobie wszystkie rozmowy, które prowadzono w obecności Ady, doszedł do przekonania, że Ada jest wyrafinowaną i przewrotną konfidentką i że wie już zbyt wiele o całej bandzie.
W godzinę potem Krygier mknął już autem w kierunku Warszawy.
Gdyby tak zapytano Krygiera o powód jego pośpiechu, nie umiałby na to pytanie udzielić usprawiedliwiającej odpowiedzi. Czuł, że gna go jakaś tajemnicza siła. Chciał się wyrwać z piekielnego kręgu myśli, które go trzymały w napięciu i podnieceniu. Zdawał sobie sprawę z tego, że powinien na zimno wszystko rozważyć i załatwić, by czym prędzej opuścić Polskę. A załatwić miał jeszcze sporo spraw.
Musi zlikwidować sprawy wiążące go z Jankiem, Milczkiem, Antkiem, Bajgełem, „Zimną kokotą”...
O Wołkowie najmniej teraz myślał. Dokument, który miał przy sobie, z podpisem Wołkowa, wystarczał mu, by móc go trzymać w szachu. Szczupaka i jego wywiadowców najmniej się teraz obawiał.
Najwięcej niepokoiła go Ada, kochanka Janka. Na wspomnienie o licznych znajomościach zawartych za jej pośrednictwem w pensjonacie pomyślał ze strachem, czy nie było wśród nich konfidentów, którzy bawili się z nim w kota i myszkę.
— Czym prędzej uciekać stąd — mawiał do siebie Kryger.
Do Warszawy auto jego przybyło o drugiej w nocy. Krygier kazał siebie zawieźć do jednego z nocnych lokali. Wiedział, że w tym stanie podniecenia, w jakim się znajdował, nie będzie mógł zasnąć. Nadto spodziewał się, że w tym lokalu zastanie swoich towarzyszy.
Krygier wszedł do lokalu krokiem pewnym siebie. Panowała tu specyficzna atmosfera, przesiąknięta zapachem potraw, trunków i perfum. Wydekoltowane panie siedziały obok wyfraczonych panów.
Orkiestra grała sentymentalne tango. Krygier przystanął, by ostrym spojrzeniem objąć tańczące pary oraz siedzących przy stolikach.
W półmroku, który teraz zapanował, parki posuwały się po śliskiej posadzce. Twarze pań wyrażały triumfalną pewność z tego, że mężczyźni, którzy krzątają się dokoła, są igraszką w ich ręku.
Krygier nie znosił teraz triumfujących oczu kobiet. Ruchy ich ciał w tańcu sprawiały na niego64 wrażenie tańca węży. Wydusiłby je teraz!... Teraz oskarżał w duchu kobiety, że dla nich ludzie giną, dla nich dostają się do więzień!...
Usiadł z boku, przy wolnym stoliku. Nie odpowiadał na prowokujące uśmiechy wydekoltowanej „świeżej” blondynki. Nie mogąc się pozbyć natrętnych spojrzeń, odwrócił się od niej nerwowo.
Kelner, dobry psycholog, spostrzegłszy ruch gościa, pośpieszył doń, by go wyrwać z opresji...
— Sługa jaśnie pana dyrektora — skłonił się przed Krygierem.
— Szampana! — rzucił Krygier krótko.
Po pierwszym kieliszku humor poprawił się Krygierowi. Mimo woli wzrok jego błądził po obnażonych plecach tancerek i eleganckich pań. Cała sala przedstawiała mu się jak we mgle.
Dziwił się, że Milczek i Antek tu nie przybyli. Tak umówili się, że na pewno tu zajrzą, czy przyjechał. Może wsypali się?... Mieli tu być punktualnie o trzeciej. Ludzie nocy są zazwyczaj bardzo punktualni. Wiedzą, że do pracy muszą się stawić z zegarkiem w ręku. Od jednej minuty zależna jest ich wolność, a czasem i życie! Jedna minuta może zaważyć na wymiarze kary! A skoro jednak się spóźnili, musi w tym coś być. Krygier był zaniepokojony. Nerwowym ruchem wyjmował co pewien czas zegarek.
Krygier wstał od stolika, by udać się na pierwsze piętro, gdzie również mieściła się sala. Ostrym spojrzeniem Krygier jakby sfotografował obecnych na górnej sali, jego towarzyszy i tu nie było. Pewnym krokiem skierował się ku drzwiom. Wtem spostrzegł kogoś, na widok którego nawet stalowe nerwy Krygiera nie wytrzymały. Silny dreszcz wstrząsnął nim. U wejścia stanął oko w oko ze Szczupakiem.
Krygier usiłował odwrócić głowę, udając, że go nie widzi. Ale komisarz policji z uśmiechem zadowolenia na twarzy zbliżył się do Krygiera i szepnął mu na ucho:
— Panie Krygier, pan jest aresztowany!...
Krygier próbował przybrać niewinny wyraz twarzy, ale komisarz dodał stanowczym głosem:
— Jeżeli panu zależy na wywołaniu zbiegowiska, proszę bardzo. Mnie się jednak wydaje, że dla nas obu będzie lepiej, gdy to przeprowadzimy dyskretnie i spokojnie. Po co goście lokalu mają wiedzieć, kim pan jest naprawdę.
Szczupak jakby teraz urósł o kilka głów wyżej. Jego twarz wyrażała triumf, pewność siebie, zwycięstwo. A silnie zbudowany, rosły Krygier naraz poczuł się słaby, maluczki, bezsilny niby dziecko. Spotkanie to nastąpiło nadspodziewanie szybko. Był zaskoczony. W lot zorientował się, że stawianie w tej sytuacji oporu byłoby bezcelowe. Obaj wyszli spokojnie na ulicę. Nikt z gości nawet nie zauważył sceny, która rozegrała się we drzwiach.
Obaj szli chodnikiem ulicy obok siebie, nie zamieniając ze sobą ani słowa. Krygier dziwił się, że komisarz nie wzywa pomocy policji. Nie pojął pewności siebie, która biła z tej drobnej postaci.
Skręcili do bocznej uliczki. Naraz Szczupak przystanął:
— Pan wybaczy, panie Krygier, ale.... Proszę pozwolić swoje ręce.
Żelazne kajdanki zadzwoniły w uszach Krygiera, który panował nad sobą i odpowiedział spokojnie:
— Czego się pan tak śpieszy?
— Tempo! Tempo! — rzekł lekceważąco Szczupak.
— I pan naprawdę zamierza mnie odprowadzić do Urzędu Śledczego?
— Co w tym dziwnego? No, dawaj prędzej łapki. Później pogadamy ze sobą. Szkoda czasu. Czekają na nas w Urzędzie Śledczym.
Krygier był więcej niż pewny, że pozostaje pod ukrytą obserwacją ludzi Szczupaka, w przeciwnym razie nie zachowałby się tak spokojnie i pewnie.
Szczupak robił dziwne wrażenie z rewolwerem w jednej, a kajdankami w drugiej ręce, wobec wysokiego i rosłego Krygiera.
— Zbyt wielki spotkałby pana zaszczyt, gdyby pan osobiście mnie zaprowadził do Urzędu Śledczego.
— O to mnie właśnie chodzi! Zresztą nie uważam pana za tak głupiego, by nie domyślił się, że moi ludzie mają tu pana na oku. Radzę przeto panu nie próbować stawiania oporu. Powiem panu więcej. Cała pańska „paczka” jest już dawno w moim ręku. Każdej chwili mogę ich osadzić w więzieniu, jak to uczyniłem dziś z panem. Co słychać w Zakopanem?
— Świetnie — odparł Krygier z uśmiechem. — Klawy Janek rozkoszuje się tam urodziwą waszą konfidentką. Tym razem (muszę panu zrobić komplement) konfidentka gra swoją rolę wybornie.
— A pana ta kobieta nie zaintrygowała? — uśmiechał się Szczupak.
Krygier zagryzł wargi i rozglądał się z lękiem dokoła.
— Czego się pan tak rozgląda? Daremnie. Pan tu nikogo nie zauważy. Moi ludzie są dobrze ukryci w bramach domów. Także twoi ludzie trzymają mnie pod obserwacją. Pozwól nałożyć sobie kajdanki na ręce, a zaoszczędzisz mi alarmu.
— Pan mówi to poważnie?
— Wszystko co robię, jest poważnie pomyślane.
— Ja także — uśmiechnął się Krygier.
— Wiem o tym, ale zapewniam pana, że teraz już nic się nie da zrobić. Niejedną rwałem noc bezsenną z twego powodu i twoich kompanów, już najwyższy czas, abyście zaznali odpoczynku za kratami.
Krygier rzekł z wymuszonym uśmiechem:
— Mam nadzieję, że pan komisarz i teraz mnie puści wolnym.
— Z jakiej racji?
— Bo ocaliłem panu życie w swoim czasie, w naszej piwnicy. Takie rzeczy się pamięta. Człowiek winien być wdzięczny.
— Niestety, tym razem nie mogę bawić się w ciuciubabkę i udawać „dżentelmena”. Daj pan lepiej swoje ręce.
Krygier patrzał na niego obojętnie, nie ruszając się z miejsca.
Krygier w czasie rozmowy kręcił nerwowo laską, jakby rozmyślał nad tym, jak postąpić. Nie mógł się zdecydować. Komisarz nie spuszczał zeń oka, śledząc za najmniejszym jego ruchem. Krygier nie mógł pojąć, dlaczego z nim kontynuuje rozmowę, nie alarmując posterunkowych czy ukrytych wywiadowców.
— Chodźmy! — rozkazał komisarz. — Radzę panu nie próbować ucieczki, gdyż jestem doskonałym strzelcem.
— Wszyscy detektywi lubią się chwalić — roześmiał się Krygier.
— Idziemy! — ponowił rozkaz Szczupak.
— Nie ma rady! — żartował Krygier. — Trzeba iść. O ile pan koniecznie obstaje przy żądaniu, proszę, oto moje ręce. Nie chcę, by panu serce waliło ze strachu...
Krygier wyciągnął ręce, by Szczupak założył mu kajdanki.
Szczupak potrząsnął głową na znak, że już zrezygnował z tego pomysłu.
Obaj szli w milczeniu, każdy pogrążony w rozmyślaniach. Szczupak nie wątpił, że uda mu się osobiście odprowadzić Krygiera do Urzędu Śledczego. Serce jego rozpierało uczucie radości, że będzie mógł zaimponować Wołkowowi.
W rzeczywistości Szczupak nie miał nikogo do pomocy. Wszedł do nocnego lokalu i przypadkowo natknął się tam na Krygiera. Zdawał sobie sprawę z tego, że tylko odwagą i samozaparciem zrealizuje to niebezpieczne przedsięwzięcie.
Dobrze znał karpie głowy świata podziemnego, do których zaliczał się Krygier. Wiedział z doświadczenia, że tacy ludzie nie mają przy sobie broni, a nawet gdy ją mają przy sobie, nie robią z niej użytku. Rozpruwacze nienawidzą „mokrej” roboty. Szczupak postanowił grać rolę bohatera nieustraszonego do końca. Był pewien, że Krygier nie pozna się na tym i że nie będzie próbował ucieczki.
Dzieliła ich już niewielka odległość od Urzędu Śledczego, jeszcze jedna uliczka!...
— O ile się nie mylę, wnet będziemy na miejscu... — odezwał się Krygier. — Czy można wiedzieć, za jakie przestępstwa pan mnie aresztuje?
— Rozumiem pana. Ma pan tyle przestępstw na swoim sumieniu, że nie orientuje się pan w sytuacji... Bądź pan spokojny o to, już sporządzimy odpowiedni spis. Przede wszystkim interesuje nas sprawa włamania do skarbca.
— O jakim skarbcu pan mówi?
— O tym pomówimy w Urzędzie Śledczym. Zresztą już jesteśmy bardzo blisko.
Zegar na ratuszu wybił godzinę piątą, gdy obaj znaleźli się na schodach wiodących do Urzędu Śledczego. Szczupak był tak wyczerpany ze strachu i triumfu, że Krygiera odprowadził do pierwszej celi aresztu, gdzie Regina zakończyła tak tragicznie młode życie. Żelazne drzwi zatrzasnęły się za Krygierem. Pozostał sam w celi.
Krygier parsknął głośnym śmiechem. Nie mógł opanować wybuchu dobrego humoru. Ale już po chwili nastrój mu się zmienił.
— Co za idiota ze mnie! — wołał, przemierzając celę nie wiadomo po raz który. — Po co szedłem do tej konfidentki?... Pomknąłem z Zakopanego do Warszawy?... Jakże nieostrożnie zachowałem się, wstępując do nocnego lokalu!... Ale dlaczego ani Milczek, ani Antek nie uprzedzili mnie o grożącym niebezpieczeństwie?
Rzucił się na drewnianą narę65 ustawioną w celi. Wzrok utkwił w ciemnym suficie. W celi robiło się coraz jaśniej, ale w jego sercu — coraz ciemniej. Przyszłość zapowiadała mu się w świetle ponurym.
Nie po raz pierwszy trafił do więzienia. Niejednokrotnie przymierał głodem. Ale to było dawniej. Tyle już czasu upłynęło. Szczęście mu sprzyjało. Dziesięć lat bez przerwy bawił na wolności. Używał. Pieniędzy mu nie brakło. Prowadził wytworny tryb życia. Nie było jednak więzienia, z którego by mu nie udało się uciec. Ale teraz czuł się złamany. Zdawał sobie sprawę z tego, że policja miała go od dłuższego czasu na oku i że śledziła każdy jego krok. Nie mógł sobie wybaczyć, że on, Krygier, doświadczony król rozpruwaczy, dał się wodzić za nos przez wyrafinowaną konfidentkę.
— Ach, gdybym się teraz wydostał stąd, udusiłbym ją! — wołał Krygier w rozpaczy. — Własnymi rękami udusiłbym ją!
Krygier nigdy nie popełnił zbrodni. Nie zrobiłby tego za żadną cenę. Ale tę kobietę, która podstępem dostała się do ich bandy, by ją wydać w ręce policji, gotów był zgładzić ze świata. Uczyniłby to na zimno.
— Kto wie, czy Klawy Janek już nie powędrował za kraty? — przebiegła jego mózg złowroga myśl.
Wielki żywił teraz żal do Janka, bo gdyby nie uganiał się o jej względy66, nie doszłoby do tego.
Naraz przypomniał sobie Reginę.
„Gdzie to naraz zniknęła bez śladu?” — zapytywał siebie Krygier w duchu.
Różne myśli napływały mu teraz do głowy. Nie mógł się nadziwić postępowaniu komisarza Szczupaka. Dlaczego na przykład nie poddał go rewizji, zanim zamknął w celi, jak to zazwyczaj się robi z aresztowanym, którym wyjmuje się wszystko z kieszeni?
Krygier rzekł do siebie:
— Zapewne wezmą się zaraz do mnie. Oni są pewni, że tu niczego nie zdołam wymyśleć.
Wzrok jego spoczął na grubych kratach. Zerwał się z posłania, by zbliżyć się do okna. Ręką namacał kraty. Uśmiech zgorzkniały wykrzywił jego usta:
— O, te kraty są za grube! Mój włos będzie bezsilny wobec nich! A zresztą zbyt wiele czasu trzeba było stracić, a kto wie, czy zaraz odeślą mnie do więzienia.
Krygier stale nosił przy sobie włos angielski, ukryty w obcasach swoich pantofli angielskich. Z tego względu nigdy nie przerażał się faktem aresztowania.
Zaczął badać okiem dziedziniec, na który okno wychodziło. W lot zorientował się, że ta droga nie prowadzi na wolność.
Zbliżył się do drzwi. „Fachowo” je obmacał ze wszystkich stron. Wyczuł nawet wytrzymałość rygli, umieszczonych po tamtej stronie. Jako inżynier zdawał sobie sprawę z tego, jaka czekałaby go praca, gdyby zdecydował się na tę robotę. Pragnął za wszelką cenę jeszcze tej nocy odzyskać wolność. Dręczyła go niepewność, czy zostawią go na noc w tej celi. Wiedział z doświadczenia, że takie karpie głowy67 jak on nie trzymają długo w areszcie Urzędu Śledczego. Nie ufają im. Wolą ich trzymać w pewniejszych więzieniach.
Słońce rozgościło się w jego celi. Krygier dla zabicia czasu zaczął odczytywać napisy na ścianach.
Były to wyryte imiona i nazwiska, przydomki i przezwiska, aforyzmy i powiedzonka, przekleństwa i wyzwiska — wypisane ołówkiem czarnym lub kolorowym, albo wyryte w ścianie, niektóre porysowane paznokciem! Autorami tych wypowiedzi byli ludzie nocy, dzieci podziemi. Krygier z zainteresowaniem odczytywał te uwagi o życiu, o szczęściu, wolności, miłości, pieniądzach i wielu innych najważniejszych sprawach, które wypełniają treść naszego życia.
Wtem usłyszał on twarde kroki. Potem rozległo się silne uderzenie do drzwi.
„Aha, sprowadzają nowego gościa! — pomyślał w duchu Krygier. — Kto wie, może jeden z moich ludzi?”
Klucz zgrzytnął w zamku. Drzwi otworzyły się z łoskotem.
Do celi weszli dwaj wywiadowcy. Ostro spojrzeli na Krygiera. Z ich twarzy biła surowość i stanowczość. Jeden z nich rzucił rozkazującym tonem:
— Opróżnić kieszenie!
Bez słowa protestu Krygier wyłożył wszystko, co miał w kieszeniach. Powoli i systematycznie Krygier wyjmował cenne przedmioty i klejnoty: złoty zegar wysadzony brylantami, złotą papierośnicę, brylantowy pierścionek, drogie pióro wieczne, spinki wysadzone diamentami, no i sporą sumę pieniędzy.
Wywiadowcy spoglądali na te przedmioty pożądliwym okiem. Krygier ironicznie uśmiechał się, badając wywiadowców, czy czasem nie da się z nimi ubić interesu.
Jeden z wywiadowców wyrwał Krygiera z kręgu jego rozmyślań krótkim pytaniem:
— Czy pan wszystko wyłożył?... Muszę pana poddać osobistej rewizji!
— Czyńcie waszą powinność! — odrzekł oschle Krygier.
Wywiadowcy zamienili się spojrzeniami.
— Zdejm pan marynarkę! — rozkazał jeden z wywiadowców.
Krygier spełnił rozkaz bez szemrania. I nie czekając na dalsze ich zarządzenia, zdjął także kamizelkę, spodnie.
Wywiadowcy obmacali go, przetrząsnęli jego odzież, po czym wydali mu polecenie, aby się ubrał.
Krygier drżał na myśl, że mogą jeszcze oderwać jego obcasy. Ostatnią nadzieję odzyskania wolności pokładał w ukrytych tam włosach angielskich. Innego wyjścia nie widział na razie. Agenci, którzy na pewno uchodzili za najpilniejszych w tym Urzędzie, nie pomyśleli jednak o tej ewentualności.
— Czy ma pan jakieś życzenie? — spytali przed odejściem.
— Nie — odparł Krygier dumnie.
— Może coś zjeść?
— Nasycił mnie wasz widok.
— Stul pysk! U nas odpowiada się tylko na pytanie. Będziesz śpiewał tak, jak ci zagramy — dodał agent z wyraźnym zadowoleniem, że może zadać Krygierowi ból moralny.
— To będzie zależało ode mnie — ironizował Krygier w dalszym ciągu.
— I od nas — jednocześnie odezwali się obaj wywiadowcy.
Krygier odwrócił się od nich, pogwizdując sobie znaną melodię. Agenci byli dotknięci lekceważącym ich zachowaniem się Krygiera.
— Uważaj, bo źle na tym wyjdziesz — odgrażał się jeden z nich.
— Do widzenia! — rzeki Krygier spokojnie. — Zróbcie mi tę grzeczność i uwolnijcie mnie od nieprzyjemnego towarzystwa... Domyślacie się chyba, że mam teraz nad czymś ważniejszym do zastanowienia się, niż prowadzić z wami „miłe” pogawędki. Zresztą waszą powinność spełniliście, a zatem wasza rola skończona. Czego jeszcze chcecie? Będę gadał tylko z sędzią śledczym, a z wami: nie!
— Pan jest cwany, panie Krygier. Albo pan udaje niewiniątko. Przecież wiemy, że nie po raz pierwszy trafił pan do ula. Pan zapewne także wie z doświadczenia, że zanim pana przedstawimy sędziemu śledczemu, będziemy musieli „rozmówić się”... To stara metoda, jak świat...
Krygier nie odpowiedział. Utkwił wzrok w ścianie i odczytywał napisy. Wywiadowcy, zranieni w najczulszym miejscu ambicji, zatrzasnęli za sobą drzwi.
Krygier naraz zauważył na ścianie, tuż obok okna, napis treści następującej:
„Towarzysze, w razie gdyby ktokolwiek z was przeczytał słowa niniejsze, proszę was, powtórzcie je Krygierowi, że ja Regina, kochałam go prawdziwie. Serce mi mówi, że już go więcej nigdy nie ujrzę!
REGINA”.
Krygierowi wydawało się, że te słowa rozlegają się jakby zza grobu. Był wstrząśnięty. Zapomniał naraz, gdzie przebywa, co się z nim stało. Przed oczyma stanęła mu żywa postać Reginy, która czyniła mu wyrzuty.
Wydawało się Krygierowi, jakby cały świat się zawalił i że on tylko jeden pozostał na tej ziemi, by zbadać przyczynę jej tajemniczego zniknięcia.
Nie wątpił, że te słowa napisane zostały ręką Reginy. Poznawał jej charakter pisma.
Odczytywał te słowa niezliczoną ilość razy, jakby chciał odcyfrować zakute w te słowa przeżycia psychiczne tej kobiety. Usiłował wyjaśnić tajemniczy splot przeżyć Reginy.
— W jaki sposób tu się dostała? — rozpaczał Krygier. — I dokąd znikła68 po pobycie w tej celi?
Nadaremnie natężał umysł, by rozwikłać te zagadkę. Przywodził na myśl różne wypadki, które przechodzili ludzie nocy za grubymi murami więziennymi, zazdrośnie strzegącymi swych dziwnych tajemnic... Mury więzienne milczą jak zaklęte!
Odkrycie dokonane przez Krygiera na murze w celi aresztu — napis Reginy — wstrząsnęło nim. Krygier domyślił się, że tu zaszła jakaś straszliwa rzecz, że Regina wpadła w sieci intrygi i że teraz kolej na niego. Krygier, zastanawiając się nad splotem tych spraw, przychodził69 do wniosku, że niebezpieczeństwo, które mu grozi, jest daleko większe, niż to sobie początkowo wyobrażał. Dziwił się, że Szczupak wcale się nie zgłasza. Jego spokój i cierpliwość dawały Krygierowi wiele do myślenia.
Krygier pędził ze zdenerwowania z kąta w kąt po wąskiej, małej celi. Był głodny. Nie zapukał jednak do drzwi, by wezwać klucznika. Wiedział z doświadczenia, że każdy aresztowany musi przejść „kurację głodową”. Pogodził się z losem.
Wyczerpany fizycznie i moralnie, położył się na narze drewnianej i zasnął. Słodkie sny przesłoniły mu gorzką rzeczywistość. Gdy przebudził się, w celi znów było ciemno. Minął zatem dzień. Ponura cela oddziaływała na Krygiera deprymująco. Był wściekły na siebie, na ludzi nocy, na prześladowców, na starość, która już mu dokuczała.
Musiał wytężać siłę woli, by zdławić w sobie uczucie głodu. Nadaremnie chciał zapomnieć o tym, ale żołądek upominał się o swoje prawa.
A w głowie mu huczało: Wołkow i Regina. Co między nimi zaszło? Tylko Wołkow mógłby wyjaśnić tę tajemnicę i wskazać adres jej pobytu.
Depresja przytłaczała Krygiera. Coraz częściej wypływała myśl o samobójstwie.
Życie mu obrzydło. Z odrazą myślał o nicości i pustce życia ludzkiego, świat wydawał mu się terenem zaludnionym przez komediantów, hieny i sadystów, którzy czyhają na swoje ofiary. Machinalnie zdjął szelki i wypróbował ich moc. Ale już po chwili rzucił je o ziemię.
— Ja, Krygier, postrach policji i właścicieli kas ogniotrwałych nie skończę w tak sromotny sposób. Walczyć będę do ostatka! Nie skończę jak tchórz!
Głód zaczął mu dokuczać w niemożliwy sposób. Już nie mógł o niczym innym myśleć, prócz o jedzeniu. Miał widziadła, w których tematy obracały się dokoła restauracji, kawiarń i cukierń. Widziadła te doprowadzały go do szaleństwa. Doznawał zawrotu głowy.
W pewnym momencie rozległy się kroki na korytarzu. Krygier nadsłuchiwał. Może już idą po niego. Ale kroki ucichły. Staczał ze sobą walkę: przypuścić szturm do drzwi i przypomnieć klucznikowi o swoim istnieniu, czy też wytrwać do końca.
Ostatnią nadzieją Krygiera był Wołkow. Pół życia gotów był teraz oddać, by móc zapytać Wołkowa, co zamierza z nim uczynić.
Krygier pocieszał się, że Wołkow tak będzie manewrował, by go puścić wolnym. Dokument podpisany przez niego przyda mu się teraz. Jeżeli wypadnie mu siedzieć, to i Wołkow powędruje za kraty więzienne. Krygier był zadowolony, że nie miał przy sobie dokumentu, w którym Wołkow przyznawał się do zabójstwa policjanta i jego obrabowania.
Ale głód raz po raz odzywał się i upominał o jedzenie.
Krygier postanowił do ostateczności walczyć z głodem. Był niemal pewny, że policja zajęta jest likwidowaniem jego bandy i dlatego nikt nie zajmuje się nim. Ten stosunek władz do Krygiera wytrącał go z równowagi.
Tracił siły. Nie mógł się utrzymać na nogach. Położył się na narze. Jak we mgle przesuwały się przed jego oczyma obrazy z dawnej przeszłości. Przypomniały mu się lata dzieciństwa... rodzice, którzy byli poczciwymi ludźmi... różne przestępstwa... paczki banknotów... wspólnicy... kobiety, które dawały mu chwile rozkoszy, ale których nienawidził z całej duszy... Koszmarne wizje ciągnęły się w nieskończoność... Całą noc prawie przetrwał w tym stanie ni jawy, ni snu. Głód stawał się dokuczliwszy z minuty na minutę. Nie mógł zasnąć, a na jawie nie mógł panować nad nerwami.
W pewnym momencie zerwał się z posłania, by zabrać się do dzieła.
Postanowił wydostać się z celi za wszelką cenę. Zrzucił z siebie pantofle i zaczął odrywać obcasy, które kryły w sobie ostatnią nadzieję.
Ale wtem stało się coś takiego, co mogło przyprawić Krygiera o utratę zmysłów. Chwycił obuwie w ręce i podbiegł z nimi do okna. Tam z przerażeniem stwierdził, że to nie jego obuwie, lecz bardzo podobne do jego pantofli. W jaki sposób dostały się do jego rąk, nie mógł sobie wytłumaczyć...
Ze zmartwienia począł biegać po celi więziennej na wpół oszalały. Rwał sobie włosy z głowy, nadaremnie usiłując zrozumieć, co zaszło. Ale naraz zaświtało mu w głowie.
Obaj agenci zamienili mu obuwie w momencie, gdy Krygier przebierał się. Znany był im widać trick z ukrywaniem włosów angielskich w obuwiu. Przynieśli zapewne ze sobą podobne pantofle. Krygier w pośpiechu i zdenerwowaniu nie spostrzegł się, co zaszło.
Krygierowi wzbierało się70 na płacz i śmiech zarazem. Podobała mu się pomysłowość agentów, wściekał się na myśl o swojej bezbronności. Teraz już rozumiał pewność siebie Szczupaka i innych ludzi z Urzędu Śledczego, z jaką zachowywali się wobec niego, zamkniętego w celi aresztu.
Krygier począł zmagać się z kratami więziennymi. Nie ustępowały jego mięśniom.
Klęska jego była kompletna. Nie widział znikąd ratunku dla siebie.
Siły go stopniowo opuszczały. Powieki jakby same się przylepiały do snu. Głowa mu ciążyła niby ołów. Nogi uginały się pod nim.
„Jak długo tak pociągnę bez jedzenia?” — zapytywał siebie w duchu.
W pewnej chwili drgnął. Nie wiedział, czy to przywidzenie, czy naprawdę podchwycił tajemnicze szmery na korytarzu. Raptownie usiadł na posłaniu i wytężył słuch.
Kroki stawały się coraz wyraźniejsze. Ucichły. Przekręcają klucz w drzwiach.
— Wołkow... Wołkow... — szepnął do siebie Krygier.
Drzwi otworzyły się możliwie jak najspokojniej. Wołkow wślizgnął się, zamykając za sobą drzwi.
— Szszsz... cicho... to ja...
Krygier zeskoczył z posłania. Przez krótką chwilę obaj spoglądali na siebie, chociaż z powodu ciemności nie mogli siebie widzieć dokładnie.
— Masz, zjedz wpierw coś. Jesteś głodny zapewne.
Wołkow wypowiedział te słowa dziwnym głosem. Łatwo można było wyczuć, że coś ukrywa. Wołkow podsuwał Krygierowi paczuszkę, ale ten jej nie odbierał. W ciszy słychać było przyśpieszone bicie ich serc.
— Dlaczego nie bierzesz?
Krygier nie odpowiadał. Przypominał sobie teraz różne wypadki z kryminalistyki, kiedy to wywiadowcy o nieczystym sumieniu pozbywali się w „cichy” sposób niewygodnych ludzi, którzy mogliby coś opowiedzieć... Krygier był zbyt doświadczony w tej dziedzinie, by się dał wziąć na „kawał”.
Fakt, że Regina przebywała w tej celi, dawał mu wiele do myślenia i nakazywał wielką ostrożność.
Wołkow domyślił się, że Krygier nie żywi do niego zaufania.
— Nie wierzysz mi, co?
— A ty wierzysz mi? — uśmiechnął się gorzko Krygier.
Krew nabiegła Wołkowowi do oczu... Kurczowo ściskał rękojeść rewolweru w prawej ręce.
Wołkow wnet opanował się i odparł:
— Słuchaj, Krygier. Mamy mało czasu na rozmowę. Zjedz coś, a potem zastanowimy się nad sposobem przywrócenia ci wolności. Musimy to tak urządzić, by podejrzenie nie padło na mnie.
Krygier zbliżył się do Wołkowa, by spojrzeć mu w oczy. Ale Wołkow cofał się. Oparł się o mur celi.
— Boisz się, że chcę cię otruć?
— Może tak...
— Skoro tak, daremne są moje zabiegi — odparł Wołkow z żalem w głosie. — Mnie masz do zawdzięczenia, że jeszcze tu przebywasz, w tej celi. Szczupak od razu chciał cię przetransportować do więzienia. Zabroniłem mu wykonanie71 tego zamiaru. Stąd łatwiej mi będzie cię uwolnić. Wiedz o tym, że Szczupak mnie podejrzewa o współudział w waszej bandzie. Muszę zachować ostrożność...
— I nie bałeś się tu przyjść do mnie w nocy? A może cię szpiegują?...
— Bądź spokojny. Szczupaka gdzieś wysłałem. Nie ma go w Warszawie. Zleciłem mu dochodzenie w sprawie wymordowania całej rodziny gdzieś w małej mieścinie prowincjonalnej.
— A więc troszczysz się o mnie? — roześmiał się Krygier. — Powiedz mi, dlaczego nas nie uprzedziłeś, że dokoła nas kręci się konfidentka? I powiedz mi także, czy Janek oraz moi towarzysze są już aresztowani?
Wołkow przyjął wyraz twarzy zdziwionego człowieka i zapytał:
— Nie rozumiem twego pytania: o jaką konfidentkę ci chodzi? Nie mam pojęcia o niczym. Co się tyczy twoich wspólników, przebywają oni na wolności.
— Możesz udawać, to mnie nie obchodzi. Pragnę cię tylko uprzedzić, że gdyby się ze mną coś stało, spotka cię to samo z mojej strony. Mam na ciebie bicz. Będziesz leżał razem ze mną...
Wołkow, choć był oburzony, odparł ze spokojem:
— Szczupak teraz pracuje na własną rękę. O konfidentce, o której wspomniałeś, dopiero się od ciebie dowiaduję. Gdybym wiedział o jej istnieniu, uprzedziłbym was. Zjedz coś, a potem pogadamy...
— Głód już minął. Słucham cię, mów.
— Jeżeli nie masz do mnie zaufania i nie chcesz spożyć tego, com ci przyniósł, nie będę wcale z tobą mówić.
Krygier znów roześmiał się na głos.
— Nie śmiej się tak głośno — strofował go Wołkow. — Mogą jeszcze usłyszeć na korytarzu.
— Słuchaj mnie, skoro nie chcesz mówić — odezwał się Krygier. — Gdzie jest Regina?
Nadaremnie Krygier wpił się wzrokiem w twarz Wołkowa. Z powodu mroku, który panował w celi, nie mógł pochwycić tych tajemnych drgnień na twarzy Wołkowa, których spodziewał się.
— Ty mnie o to pytasz? — odparł Wołkow. — Skąd mam o tym wiedzieć? Zapewne uciekła za granicę po wyłudzeniu ode mnie kolii brylantowej.
— Więc nic ci nie wiadomo o Reginie? — ironizował Krygier.
— Co ci znowu strzeliło do głowy? Czyż muszę wiedzieć wszystko o Reginie? Sądzisz, że nie mam poważniejszych trosk? Ty z twoimi kompanami wdarliście się do mego życia i od tej chwili nie mam spokoju. Szczupak szpera, szuka dowodów przeciw mnie. Można oszaleć. W ogóle nie rozumiem, dlaczego jeszcze przebywacie w Polsce.
— Chcesz się nas pozbyć?
— Byłoby lepiej dla nas wszystkich, gdybyśmy się rozstali. W przeciwnym wypadku czeka nas smutny koniec.
— Dobrze, że zdajesz sobie z tego sprawę — uśmiechnął się gorzko Krygier. — A jednak twierdzę nadal, że tylko ty możesz nam wyjawić tajemnicę zniknięcia Reginy.
— Nie rozumiem twego uporu, z jakim stale wracasz do kwestii Reginy, jakby to było w tej chwili najważniejsze. Jestem zdania, że musimy się zastanowić nad sprawą twego uwolnienia.
— To rzecz bardzo prosta — odparł Krygier. — Zwrócisz mi tylko moje obuwie, które zabrali agenci, a resztę zostaw mnie.
— Owszem, twoja garderoba jest u mnie, ale sam rozumiesz, że jej wydać ci nie mogę.
— Nie chcę niczego od ciebie. Możesz iść.
— Wyrzekasz się mojej pomocy?
— Powiedz mi wprzód, gdzie jest Regina?
— Znowu wyjeżdżasz z Reginą. Niestety, nic ci nie mogę powiedzieć, bo nie wiem.
Krygier podbiegł do muru, na którym widniał napis Reginy. Wołkow nie ruszał się z miejsca.
— Chodź tu, nie lękaj się. Wytłumacz mi, skąd się tu wzięła Regina? Data tu podana zgadza się z datą jej nagłego i tajemniczego zniknięcia.
Wołkow naraz zrobił krok naprzód. Niespodziewanie podskoczył do Krygiera i chwycił go za gardło.
Obaj stoczyli ze sobą zacięty bój. Wołkow miał przewagę nad wygłodzonym Krygierem. Z całych sił zaciskał palce dokoła szyi Krygiera. Już był bliski triumfu, że wnet pozbędzie się najzaciętszego wroga, którego od dawna chciał uprzątnąć...
Krygier leżał przyduszony butem Wołkowa i czuł, że go siły do reszty opuszczają, jego mózg z gwałtowną szybkością przebiegały różne myśli, ścigane tajemniczą siłą. Jego oczom ukazała się śmierć w okrutnej postaci.
To, co nastąpiło, spadło na niego tak niespodzianie, że stawiał słaby opór. Teraz już zrozumiał, jak zginęła Regina.
W celi odbił się echem kaszel przechodzącego korytarzem. Wołkow przerażony puścił na chwilę ofiarę. Krygier wykorzystał ten moment, by resztkami sił rzucić się z kolei na Wołkowa.
Okropna świadomość, że tu chodzi o śmierć lub życie, przywróciła Krygierowi siły i odwagę. Znał lepiej technikę walki od Wołkowa. Wnet też zyskał przewagę nad przeciwnikiem. Zręcznym ruchem Krygier wyciągnął rewolwer z kieszeni Wołkowa. Bez namysłu rąbnął go w skroń rękojeścią browninga. Wołkow runął na ziemię.
Krótką chwilę Krygier stał oszołomiony. Przerażenie malowało się w jego oczach. Dreszcz wstrząsnął jego ciałem. Nienawidził „mokrą” robotę72.
W pośpiechu zaczął ściągać odzież z Wołkowa. W ciągu kilku chwil Krygier miał już na sobie mundur komisarza. Wołkow leżał nieruchomy z na wpół otwartymi oczyma, jakby udawał, że nie widzi, co się w celi dzieje.
Krygier, przekonawszy się, że Wołkow jeszcze żyje, rozglądał się za czymś, co mogłoby zastąpić powróz dla związania przeciwnika. Ale oto Wołkow wskoczył na równe nogi i jednym skokiem rzucił się na Krygiera i powalił go na drewnianą narę. Znów wpił się palcami w gardło Krygiera, usiłując go udusić.
Twarz Wołkowa aż zsiniała z natężenia. W jego oczach błysnęły złe ogniki... Nie zależało mu tyle na śmierci Krygiera, ile na ocaleniu własnego życia. Rozpaczliwie bronił swego istnienia. Nie wątpił w to, że, o ile nie wykończy przeciwnika, padnie jego ofiarą.
Teraz staczali ze sobą walkę niby dwa wilki gotowe się zagryźć na śmierć. Gdy Wołkow dusił Krygiera, ten bił go rękojeścią rewolweru po głowie, gdzie się dało.
Walka toczyła się we mrokach i ciszy, jakby między nimi stanęła umowa, że nikt z nich nie będzie krzyczał ani wzywał pomocy.
Wołkow czuł, jak po jego twarzy sączy się wąski strumyk ciepłej krwi. Siły opuszczały go. I naraz poczuł ukłucie w sercu. W oczach mu ściemniało. Ręce jego uwolniły szyję Krygiera. Wołkow potoczył się z nary na ziemię.
Krygier leżał przez pewien czas, nie ruszając się z miejsca. Nie mógł zrobić większego wysiłku po tej wyczerpującej walce. Ale instynkt pokonywa największe niebezpieczeństwo. Zerwał się z nary. Potknął się o Wołkowa. Ledwie utrzymał się na nogach. Okoliczność, że Wołkow nie drgnął nawet, przeraziła Krygiera.
Pochylił się nad leżącym. W tym momencie zauważył, że Wołkow jeszcze się rusza.
— Potworze, ty! Jeszcze zipiesz?
Krygier wyrzucił te słowa pół szeptem. Ręce jego wyciągnęły się ku szyi Wołkowa...
Wołkow zaśmiał się dziwnie. Od tego śmiechu Krygierowi zrobiło się nieswojo.
— Oszalał! — szepnął Krygier.
Gdy niesamowity chichot ustał, Krygier przeraził się, sadząc, że Wołkow już nie żyje. Przyłożył ucho do jego serca. Dosłyszał słabe bicie. Wyjął z paczki przyniesionej dlań przez Wołkowa butelkę wódki i wlał ją komisarzowi w usta.
„Czy aby tylko ta wódka nie była zanieczyszczona trucizną?” — zapytywał siebie w duchu Krygier.
Wołkow nieco ożywił się, ale nie odzyskał sił. Od czasu do czasu tylko wybuchał dziwnym chichotem.
Krygier postanowił czym prędzej wydostać się z celi. Zdarłszy z komisarza koszulę, związał mu ręce i nogi, po czym wsunął go pod narę.
Wygładziwszy na sobie mundur, Krygier opuścił celę. Ostrożnie prześlizgnął się przez korytarz i kluczami, które zabrał u Wołkowa73, wydostał się do wyjścia. Na ulicy przechadzał się policjant, będący w tym miejscu na warcie. Na widok wychodzącego komisarza zasalutował...
Krygier był na wolności.
Przypisy:
1. Bajgełe — przezwisko utworzone od rzeczownika pospolitego oznaczającego rodzaj bułki, obwarzanek, bajgiel. [przypis edytorski]
2. stawiał opór przy jego aresztowaniu — dziś popr.: stawiał opór przy aresztowaniu. [przypis edytorski]
3. blatny (gw. środ.) — przekupny, przekupiony; działający dla pieniędzy; blat: pieniądz. [przypis edytorski]
4. dowcipkował się — dziś popr.: dowcipkował. [przypis edytorski]
5. menta — policjant. [przypis edytorski]
6. Zuchthaus (niem.) — zakład karny. [przypis edytorski]
7. dziesięć minut czasu — błąd logiczny: pleonazm. [przypis edytorski]
8. wymagalni — dziś popr.: wymagający. [przypis edytorski]
9. dintojra (gw. środ.) — zemsta. [przypis edytorski]
10. zaprowadził — dziś: zawiózł. [przypis edytorski]
11. nie dawał za przegrane — dziś popr.: nie dawał za wygraną. [przypis edytorski]
12. Spojrzenia Janka i Anieli pokrzyżowały się — dziś popr.: (...) skrzyżowały się. [przypis edytorski]
13. podarła kopertę — dziś raczej: rozdarła kopertę. [przypis edytorski]
14. Cofnęła się w tył — błąd logiczny: cofanie się jest z definicji ruchem do tyłu. [przypis edytorski]
15. parol — tu: hasło. [przypis edytorski]
16. podsłyszy — dziś popr.: podsłucha. [przypis edytorski]
17. odmalowała się pogarda i uczucie zemsty — dziś raczej: (...) i chęć zemsty. [przypis edytorski]
18. Proszę mi wybaczyć za wszystko — dziś raczej: Proszę mi wybaczyć wszystko. [przypis edytorski]
19. Skąd oni do pani — dziś raczej: gdzie im do pani. [przypis edytorski]
20. dosyć miał stosunki ze światem podziemi — dziś popr.: dosyć miał stosunków ze światem podziemi. [przypis edytorski]
21. Na pana mogę polegać — dziś popr.: na panu mogę polegać. [przypis edytorski]
22. Zalewacz — przezwisko utworzone od pot. znaczenia czasownika zalewać: łgać, kłamać. [przypis edytorski]
23. schytrzyć — dziś raczej: przechytrzyć. [przypis edytorski]
24. po coście (...) wzywali — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: po co wzywaliście. [przypis edytorski]
25. Policja ją poszukuje — dziś popr.: Policja jej poszukuje. [przypis edytorski]
26. upatrzyły sobie jego (...) za obiekt (...) zabawy — kontaminacja dwóch zwrotów: „upatrzyć kogoś sobie” oraz: „obrać sobie kogoś jako” (obiekt żartów itp.). [przypis edytorski]
27. zwolniła się z jego objęć —popr.: uwolniła się (...). [przypis edytorski]
28. serce mi boli — dziś popr.: serce mnie boli. [przypis edytorski]
29. nienawidzę tę bandę!... — dziś popr.: nienawidzę tej bandy. [przypis edytorski]
30. by czym więcej wydobyć od niego — popr.: by tym więcej (...). [przypis edytorski]
31. zakładać „sieci” — popr. zastawiać sieci. [przypis edytorski]
32. rzucił na nią „oko” — popr.: wpadła mu w oko. [przypis edytorski]
33. uprzypadabniały — popr.: upodabniały. [przypis edytorski]
34. nie ustąpić z raz powziętej decyzji — popr.: nie odstąpić od raz powziętej decyzji. [przypis edytorski]
35. paser — pośrednik pomagający sprzedać skradzione przedmioty. [przypis edytorski]
36. dowiedziawszy się przedtem (...) prawdę o mężu — dziś popr.: dowiedziawszy się przedtem prawdy (...). [przypis edytorski]
37. golem — znana w tradycji judaistycznej postać człowieka bez duszy: utworzonego z gliny niczym pierwszy człowiek (bluźniercze powtórzenie boskiego gestu stworzenia), lecz pozbawionego duszy, a z nią zdolności rozumienia oraz mowy. Jednym z najbardziej znanych opracowań legendy o golemie jest powieść Gustava Meyrinka Golem (Der Golem) z 1915 r. [przypis edytorski]
38. dostrzegł w jej twarzy rysów — dziś popr.: dostrzegł w jej twarzy rysy. [przypis edytorski]
39. wrażenia, jakie wywarły na Wołkowa jego słowa — dziś popr.: wrażenia, jakie wywarły na Wołkowie (...). [przypis edytorski]
40. grozi teraz od strony — dziś popr.: grozi jej teraz ze strony. [przypis edytorski]
41. na tę panią można polegać — dziś popr.: na tej pani można polegać. [przypis edytorski]
42. Nie wszyscy (...) warci są ich stanowiska — dziś popr.: Nie wszyscy (...) warci są swego stanowiska. [przypis edytorski]
43. Kobietę, którą kazałem aresztować, od dawna poszukuję — dziś popr.: Kobiety, którą (...). [przypis edytorski]
44. A tego panu udowodnię — dziś popr.: A to panu udowodnię. [przypis edytorski]
45. co go osławiło — dziś: co go rozsławiło; osławić: okryć złą sławą. [przypis edytorski]
46. odsiedziałem karę pięć lat więzienia — popr.: odsiedziałem karę pięciu lat więzienia. [przypis edytorski]
47. a sam pognał koni — a sam pognał konie. [przypis edytorski]
48. Pan musi nienawidzić kobiety — dziś popr.: Pan musi nienawidzić kobiet. [przypis edytorski]
49. sprawiała na niego niesamowite wrażenie — dziś popr.: sprawiała na nim niesamowite wrażenie. [przypis edytorski]
50. ach, po com to uczynił?... — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: po co to uczyniłem. [przypis edytorski]
51. zaczął się dowcipkować — dziś popr.: zaczął dowcipkować. [przypis edytorski]
52. słuchając tych straszliwych historii, budziło się w niej współczucie — popr.: gdy słuchała tych straszliwych historii, budziło się w niej współczucie. [przypis edytorski]
53. wiele tylko — dziś: ile tylko. [przypis edytorski]
54. co stoi ponad człowieka — popr.: co stoi ponad człowiekiem lub: co wyrasta ponad człowieka. [przypis edytorski]
55. dziesięć dni szybko miną — dziś popr.: dziesięć dni szybko minie. [przypis edytorski]
56. dążył do wygrania na czasie — popr.: chciał zyskać na czasie. [przypis edytorski]
57. domku ustawionego w głąb podwórza — popr.: domku ustawionego w głębi podwórza. [przypis edytorski]
58. butelczynę „dziewięćdziesiątki” — tj. spirytusu; trunku o zawartości alkoholu 90%. [przypis edytorski]
59. nie będę się temu przeciwstawił — popr.: (...) przeciwstawiał. [przypis edytorski]
60. majcher (gw. środ.) — nóż; tu: pchniecie nożem. [przypis edytorski]
61. dobył z kieszeni rewolweru — dziś popr.: (...) rewolwer. [przypis edytorski]
62. klęsce, jaką (...) doznał — popr.: klęsce, jakiej doznał. [przypis edytorski]
63. robotę, którą pilnował — dziś popr.: robotę, której pilnował. [przypis edytorski]
64. sprawiały na niego wrażenie — popr.: sprawiały na nim wrażenie. [przypis edytorski]
65. nara — więzienne łóżko. [przypis edytorski]
66. gdyby nie uganiał się o jej względy — popr.: gdyby nie ubiegał się o jej względy lub: gdyby nie uganiał się za nią. [przypis edytorski]
67. takie karpie głowy jak on nie trzymają długo — dziś popr.: takich karpich głów jak on nie trzymają długo. [przypis edytorski]
68. dokąd znikła — popr.: gdzie znikła. [przypis edytorski]
69. przychodził do wniosku — popr.: dochodził do wniosku. [przypis edytorski]
70. Krygierowi wzbierało się na płacz i śmiech — popr: Krygierowi zbierało się na płacz i śmiech lub: w Krygierze wzbierał płacz i śmiech. [przypis edytorski]
71. zabroniłem mu wykonanie — popr.: zabroniłem mu wykonania. [przypis edytorski]
72. nienawidził „mokrą” robotę — popr. nienawidził „mokrej” roboty. [przypis edytorski]
73. które zabrał u Wołkowa — popr. które zabrał Wołkowowi. [przypis edytorski]