LVII

Na początku maja 1918 roku we trzech wyjechaliśmy do miasteczka S. na Litwie. Tam dopiero mieliśmy się dowiedzieć, gdzie i co ma być celem naszej wyprawy. Wspólnik mój, „Szofer”, został tam nagle zawezwany przez znanego mu i zaufanego pasera, aby natychmiast przyjechał z dwoma odpowiednimi wspólnikami, ponieważ „jest dobry interes”, który nie cierpi zwłoki.

Właśnie w tym celu pięknego dnia majowego stanęliśmy przed paserem, który nas przyjął z radością.

Muszę tu określić oryginalną postać pasera. Był to człowiek taki, że gdybym nie wiedział, co on za jeden, nigdy nie uwierzyłbym, że należy do naszej branży. Mógł mieć lat około pięćdziesięciu, średniego wzrostu i tuszy, o zdrowym wyglądzie, z czarnymi przenikliwymi oczyma, długą czarną brodą i tegoż koloru długimi pejsami. Każdy na pierwszy rzut oka z jego całej powierzchowności wziąłby go przynajmniej za podrabina.

Mówił cicho i z powagą. Nad każdym słowem się zastanawiał, zanim je wyrzekł, głaskał przy tym pieszczotliwie swoją imponującą brodę. Trudnił się lichwą, a kupował tylko, jak sam mówił, od „pewnych ludzi” i to papiery wartościowe, walutę i szmuk. „Szofera” znał jeszcze z czasów lepszych i jak mówił, tylko jemu ufa i że my dwaj nie jesteśmy godni znać jego.

Mieszkał bardzo przyzwoicie. Był wdowcem. Dom prowadziła starsza córka, lat dwadzieścia pięć, o której mówiono, że przy potrzebie i dla oszczędności zastępuje mu także i żonę. Widocznie też z tego powodu, pomimo że była niebrzydka i niebiedna, nie wydawał jej za mąż.

Miał jeszcze dwie córki, z których średnia nie była tu obecna, a najmłodsza miała lat siedemnaście i była najładniejsza. Przynajmniej ja tak twierdzę. O niej muszę dużo napisać ze względu na ważną rolę, jaką odegrała w moim życiu, ale o tym później opowiem.

Po krótkiej wstępnej rozmowie i zaznajomieniu się zaproszono nas do wspólnego obiadu, przy którym obsługiwani byliśmy przez obie córki. Przy stole wywiązała się rozmowa, a „Szofer” przedstawił mnie paserowi, mówiąc do niego:

— Tu masz okazję omówić trochę Tojre227. On się uczył za rabina.

Paser bardzo się tym ucieszył i zaczął wyłącznie tylko ze mną rozmawiać. Okazało się przy dyskusji, że znał Talmud lepiej niż ja, a to wcale nie przeszkadzało mu należeć do „naszych”. Udowadniał mi on zawzięcie, że goja okradać nie jest grzechem. Opierał swoje wywody na Talmudzie, gdzie w jednym rozdziale pewien rabin tak mówi:

Gezeł kusy muter”. Rabować goja jest dozwolone.

Zaprzeczyłem temu, mówiąc mu, że to tylko podczas dyskusji w podobny sposób się wyraził, iż tak się robi, ale nie jest to ustalone. On jednak uparcie udowadniał mi z różnych źródeł Talmudu i przekonał mnie, że ma rację. Podczas naszej dyskusji, która trwała dość długo i której nie mam zamiaru tu opisać, Antek w najlepsze romansował ze starszą córką. Stary, widząc to, poruszał się coraz bardziej niecierpliwie. „Szofer” i najmłodsza córka ciekawie nam się przysłuchiwali. Ona uparcie patrzyła na ojca, a więcej na mnie, poczułem chęć poromansować i starałem się rozmowę tę zakończyć.

Paser dał znak córkom, aby stąd się wyniosły i przystąpił do omawiania z nami szczegółów wyprawy.

— Robota jest „fajna”, ale bardzo śliska, można tam dobrze trafić. — Tu zamyślił się trochę, po czym ciągnął dalej. — Ja chcę mieć z tego równą dolę. Za dobry wynik wyprawy ręczę. Gotówki tam będzie bardzo dużo i ładny szmuk, a około dziesięciu tysięcy rubli w samym złocie. Wszystko to leży w stalowej kasetce, wmurowanej w ścianę w sypialnym pokoju i przykryte dywanem, tak że nic nie widać. Właścicielem tego jest bogaty kupiec leśny i mieszka z młodą żoną we własnej willi za miastem, niedaleko swoich tartaków i składów drzewnych. Na początku musicie spróbować na czysto to zrobić, a gdy się nie da po cichu, to... — nie domówił, a my spojrzeliśmy po sobie, doskonale zrozumieliśmy, co ma na myśli.

— Czy broń macie przy sobie? — zapytał nagle.

— Nie, nie mamy — odparł „Szofer”, do którego paser przez cały czas się zwracał, na nas wcale nie patrząc.

— Ja nie wiedziałem — dodał po chwili „Szofer” — że to robota na „duś”, wzięliśmy tylko ze sobą „statki” i nic więcej. Po drugie, nigdy bym nie przypuszczał, znając cię, stary, że się zgodzisz na podobne roboty.

— Widzisz, mój bracie — mówił poważnie paser, gryząc przy tym niemiłosiernie swoją brodę. — Co innego było dawniej, a co innego jest dziś. Przed wojną tego, co dla zdobycia pieniędzy zabiłby kogoś, spaliłbym żywcem, a dziś... Wojna pokazała nam, że zniszczyć życie ludzkie to to samo, jak zabić kurę albo zająca. Nie robi to już wcale wrażenia. Miałem sposobność parę razy przekradać się przez front rosyjsko-niemiecki, chodząc po trupach jak po kamieniach, i nic z tego sobie nie robiłem. Teraz ty pomyśl, śmierć tych ludzi nie dała zabójcom ani grosza zysku, a jednak zabijali jeden drugiego. A wy przynajmniej, gdyby do tego doszło, zrobicie to dla własnej obrony. No i dla zdobycia tych pieniędzy. Powtarzam wam jeszcze raz, że o ile wam się uda po cichu, to nie tknąć nikogo, ale jak przebudzą się, wtedy już sami wiecie, co należy robić. Broń wam wypożyczę. U mnie wszystko jest. Dwa rewolwery wam na to wystarczą — dodał, uśmiechając się chytrze.

Obserwowałem tego człowieka i dziwnego doznawałem uczucia, patrząc na jego pobożny wygląd i długi chałat, jak to wszystko było sprzeczne z mową, którą z nami prowadził.

Ten człowiek, jak mi „Szofer” w sekrecie później mówił, pochodził ze znanej rodziny z Rosji, z miasta N. Był kiedyś postrachem policji rosyjskiej, odsiedział też osiem lat katorgi w głębi Rosji, a tu zapuścił sobie brodę i pejsy, ubierał się długo228 i mieszkał nieznany nikomu. Nikt nie wiedział, skąd przybył. Prowadził tu życie spokojne. Tylko od czasu do czasu coś zbroił, nadając robotę u tych ludzi, u których miał interesy finansowe. Komu by to na myśl przyszło, że pod jego długą kapotą kryje się weteran zbrodni i występku?

Po omówieniu różnych szczegółów tyczących wyprawy postanowiono, że „Szofer” i paser mają się tam wpierw udać, gdzie „Szofer” sam obejrzy, jak należy przystąpić do działania. Tegoż dnia wieczorem wyjechali obydwaj. Ja zaś i wspólnik pozostaliśmy tu. Ostrzeżono nas, byśmy nie wałęsali się po mieście i nie pokazywali nikomu. Zająłem się więc po ich wyjeździe młodszą córką, której na imię było Elcia.

Wziąłem się do interesu bardzo gorliwie, czując świeży kąsek, więc mimo zakazu, który otrzymałem od jej ojca, abym nie wychodził z domu, namówiłem ją, aby udała się ze mną trochę na spacer, na co zgodziła się.

Piękna majowa noc rozmarzyła mnie tak, że nie zdążyliśmy ujść kawałka drogi za miasto, a już zaproponowałem jej odpoczynek. Usiedliśmy na trawie, byłem już pewny siebie, że gdyby ona była cnotliwą dziewczyną, nie poszłaby wieczorem z mężczyzną bliżej jej nieznanym za miasto.

Po drugie, mając takiego ojca, na pewno już próbowała zakazanego owocu. Będąc z natury śmiały, czyli jak mnie przezywano „nachalny”, zacząłem jej niedwuznacznie dawać do zrozumienia, co ja od niej chcę. Zdawało mi się, że tu powodzenie pewne, nie zwątpiłem na chwilę, że moje domysły są trafne. Na przykład, gdy usiadła przy mnie, sukienkę tak podniosła, że byłem pewny, iż już osiągnąłem cel.

— Nie powinna pani nosić takiej długiej sukni, takie piękne nóżki to grzech zakrywać — zauważyłem.

Obejrzała się z uśmiechem i wcale nie ściągając sukienki, powiedziała:

— Jak wyjdę za mąż, to włożę jeszcze dłuższą suknię, a teraz niech chłopcy widzą, że mam naprawdę ładne nóżki.

Słuchając takiej odpowiedzi, stałem się pewny siebie i atakowałem śmiało.

Ona zaś śmiała się trzepotliwie, odpowiadając bez ceremonii na moje uwagi o jej piersiach, że okrągłe i twarde, które zacząłem z miną znawcy obmacywać i zachwycać się nimi, czego wcale nie broniła. Posuwałem się coraz dalej, byłem już niemal pewny, iż jestem bliski wygranej... Nagle zerwała się z miejsca z oburzeniem, widząc nareszcie, do czego dążę.

— Pan jest łobuzem, świnią — rzuciła z oburzeniem i poprawiając suknię, odeszła.

Podążyłem za nią. Prosiłem i błagałem, przysięgając się, że nie chciałem jej nic złego zrobić. Po długich ceremoniach i zaklęciach dała się ubłagać i już pogodzeni ze sobą szliśmy z powrotem do domu.

Myślałem sobie, cwana jest, nie darmo jest córką takiego ojca. Na pewno się tylko droży i dałem sobie w duchu słowo, że muszę się przekonać o jej cnocie i że nie ustąpię. Z takimi myślami przybyłem z nią do domu. W domu prowadziłem jeszcze pogawędkę z siostrami, po czym udaliśmy się na spoczynek.

Całą noc nie mogłem zasnąć, kusiła mnie ta nowa znajomość z Elcią. Nie była ona ładna, ale miała coś w sobie, co mnie pociągało, postanowiłem z rana przypuścić nowy atak do jej cnoty.

Dziwna rzecz, gdy ją ujrzałem, wcale nie myślałem o niej. Po takiej kochance, jaką była Frania, pierwsza lepsza spotkana kobieta nie mogła mi się podobać. Udałem się z nią na spacer ot, tak sobie, dla rozrywki. Przypuszczałem atak, jednakże gdy oparła się, zacząłem teraz o niej więcej myśleć i zaczęła mi się podobać.

Myślę, że kobieta niczym tak nie pociągnie mężczyzny, jak oporem. Kobieta łatwa do ustępstwa traci zupełnie na wartości w oczach mężczyzny, choćby nawet w ogóle oddała się po raz pierwszy w życiu. Rozmyślałem też o wspólniku, który tu spał przy mnie, a któremu jako nie-Żydowi lepiej się tu powiodło niż mnie, Żydowi. Mówił mi, że ta starsza o mało go nie udusiła, obejmując go kolanami. Była to rozrosła, tęga dziewczyna, o zmysłowym spojrzeniu i pełna kobiecości.

Tak rozmyślając, dopiero nad ranem zasnąłem. Dnia tego po obiedzie przybył „Szofer” z paserem w bardzo dobrym humorze. Na moje zapytanie, czy wszystko tam zastali po naszej myśli i czy robota da się zrobić, odpowiedział:

— Wszystko dobrze pójdzie, tylko ty przestań się umizgać do tej dziewczyny i nie zrób tu głupstwa, bo stary gotów ci łeb urwać. Ty nie myśl, że to Frania — dodał.

Ojciec patrzył też na mnie podejrzliwie. Ale ja już byłem bliżej wygranej. Czułem, że ona mi długo się nie oprze i postanowiłem iść do celu, nie patrząc, co będzie. Starsza siostra starała się teraz mnie pociągnąć. Zrozumiała, że atakuję Elcię i wolała mi sama dogodzić niż siostrę narażać. Ale ja udawałem, że nie spostrzegam jej uśmiechów i wzywania.

Na robotę postanowiono udać się dopiero w sobotę wieczorem. Ponieważ była dopiero środa, miałem trzy dni czasu na romans z Elcią i starałem się to odpowiednio wykorzystać.

Paser zaprowadził mnie do pewnego domu i tam kazał mi być do piątku rano. Stary twierdził, że u niego przez trzy dni wszyscy być nie możemy, tylko „Szofer” może zostać, a Antka też gdzieś umieścił. Jednak nie dałem za wygraną. Elka przybiegła do mnie przed wieczorem tegoż jeszcze dnia. Już zdążyłem zdobyć jej zaufanie i już się mnie nie bała. Pierwszego wieczoru spędziła u mnie parę godzin na niewinnych pieszczotach i przed dziesiątą czule mnie pożegnała. Drugiego wieczoru znów przyszła i na moje nalegania ustąpiła. Oddała mi się ze łzami w oczach dopiero na moje przysięgi, że gdy przekonam się, że jest niewinna, to jej nie będę wcale ruszał. Uwierzyła mi. Jednak tej próby nie wytrzymałem i cnota jej pękła na niewinnym drewnianym kufrze...

Ze łzami w oczach odprowadziłem ją do domu, przysięgając, że się z nią ożenię. Była ona faktycznie niewinną dziewczynką i do dziś dnia uważam to zajście z nią za największą podłość, jaką kiedykolwiek uczyniłem w swoim życiu. A dlaczego tak uważam, to się okaże.

Na drugi dzień zaraz z rana przybiegła do mnie, wiedząc, że tego dnia wyjeżdżam na robotę, tuliła się do mnie i łkała.

— Co będzie teraz ze mną — mówiła — gdy ojciec się dowie, on mnie zabije.

Pocieszałem ją, jak tylko mogłem i znów, tym razem sama, pociągnęła mnie ku kufrowi i oddała się już namiętnie, wołając:

— O! Nie wiedziałam, że to jest tak dobrze. Prawda, że się ze mną ożenisz? — dodała naiwnie.

— Prawda, moja kochana, przyjadę z roboty do ciebie i poproszę ojca o twoją rękę.

Mówiłem to, nie wierząc sam w swoje słowa.