VIII
Tak upłynęło pierwsze półrocze nauki. Uczyłem się wzorowo, więc rebe twierdził, że jeżeli dalej będę się tak uczył, to wkrótce zostanę przeniesiony do drugiego oddziału.
O godzinie czwartej każdego dnia opuszczałem jeszywet, gdyż była to godzina obiadowa, a każdy jeszywetanin udawał się na swój „dzień”, by zjeść obiad. Jest tam bowiem zwyczajem, że biedni uczniowie stołują się co dzień w innym domu żydowskim20, a dla tych, którzy nie mają wszystkich „dni” w tygodniu, specjalnie gotuje się kocioł w jeszywecie. Ci biedacy, których karmi kocioł, wyglądają bardzo źle, gdyż te obiady są kraszone najwyżej cebulą i pietruszką. Na temat tego pokarmu krążą różne dowcipy wśród słuchaczy. Między innymi pamiętam taki:
— Mojsze, masz dziś dzień?
— Nie, jem dzisiaj z kotła.
— A wiesz, co dzisiaj na obiad?
— Nie wiem, a ty wiesz?
— Miałbym nie wiedzieć? — odpowiada z goryczą dowcipniś o ascetycznym wyglądzie, czteroletni stołownik kotła. — Dziś na obiad jest „cymes”21 okraszony cebulowymi łzami.
Dla pełności obrazu jeszywetu muszę tu parę słów poświęcić „szamesowi22”, ważną rolę odgrywającemu w naszej gromadzie. Szamesem był ruchliwy Żydek o czarnej, koziej bródce, ślepy na jedno oko, który jednak wszystko widział. Nieraz bywało, że dojrzał i złapał zgłodniałego biedaka, który się pośpieszył „wypić” swój obiad i stanął jeszcze raz w ogonku, by nabrać tego specjału po raz drugi.
Otóż ten to szames, oprócz oficjalnej funkcji zarządzania kotłem, prowadził jeszcze własny handel, składający się z rozmaitych środków żywnościowych dozwolonych nam do spożywania na śniadanie.
Po ukończeniu rannej modlitwy, która trwała przeszło godzinę, niemal wszyscy udawali się do rudery w podwórzu jeszywetu, stojącej prawie do połowy w ziemi. Po prawej stronie, przy wejściu do rudery była jedna olbrzymia izba, w której było więcej okien wybitych niż całych. W izbie tej stało kilka żelaznych łóżek z brudnymi siennikami. Było to pomieszczenie dla bezdomnych uczniów, czyli — że tak się wyrażę — wytrwałych kandydatów na rabinów i zbawców Izraela. Po lewej stronie mieścił się sklepik szamesa, czyli bufet. Co rano można było spotkać stojącą za bufetem żonę szamesa, osóbkę ciężkiej wagi.
Wzdychała zawsze nabożnie, jak grzesznik przed śmiercią. Pomagała jej w pracy osiemnastoletnia córka Zełda, która obsługiwała każdego z tajemniczym uśmiechem na zmysłowych wargach.
Klienci jedli nabyte śniadanie, składające się z chleba, mleka, kawy, bułki, masła lub śledzi, na stojąco. Ryby i gęsie wątróbki należały już do delikatesów. Na nabywców tych ostatnich patrzono jak na wielkich łakomców, a co gorsza, nawet rozrzutników. Można także było często widzieć takiego biedaka, co zamiast „dnia” u ludzi, otrzymał od nich pięć kopiejek na całodzienne utrzymanie. Śniadanie takiego „kapitalisty” najczęściej składało się z gotowanego grochu, który nabywał za dwa grosze.
W każdą niedzielę, gdy ojciec przyjeżdżał do Ł., to zwykle poświęcał kilka minut, by mnie odwiedzić. Gdy go do godziny czwartej po południu nie było, wiedziałem, że nie ma czasu. Udawałem się wtenczas sam do hotelu, gdzie w jego pokoju, na znanym mi miejscu leżała zwykle paczka dla mnie, przysłana przez matkę. Były to prawie zawsze same smakołyki.
Ojciec podczas odwiedzin u mnie był zwykle tak zajęty swymi myślami o interesach, że nie spostrzegał tej wielkiej zmiany, jaka we mnie zachodziła i jak bardzo źle wyglądam.
Upłynęło pół roku. Nadchodziły święta, większość uczniów wracała do rodzin na czas świąteczny, toteż z utęsknieniem czekałem tej chwili, by ujrzeć drogą swą matkę. Nareszcie w jeszywecie ogłosili, że kto chce, może jechać do domu. Tego dla mnie nie potrzeba było dwa razy powtarzać. Tego samego dnia byłem jednym z pasażerów, który udawał się do rodzinnego miasteczka.
Droga ta była bardzo nudna, furmanka, którą jechałem z piętnastoma osobami, toczyła się po roli, ciągnęła ją para koni, a raczej szkielety końskie. Żydek, znany mi furman, którego pradziadek po tej drodze jeszcze furmanił, całą prawie drogę wykrzykiwał na biedne koniska. Przy tym okładał je batem, gdzie popadło. Żal mi ich było, więc dla ulżenia tym szkapiskom więcej szedłem pieszo niż jechałem, drepcząc w błocie za furmanem.
Pasażerowie byli mi wszyscy znani, więc musiałem im się popisywać z mej mądrości, którą nabyłem w jeszywecie. Zadawali mi oni wiele pytań z Talmudu — choć z niechęcią, musiałem na wszystko odpowiadać.
Jazda ta była dla mnie prawdziwą torturą i dziwiłem się, jak ludzie mogą jeździć w ten sposób. Na niekorzyść tych pasażerów muszę to powiedzieć, że żaden z nich nawet pod górę nie zszedł, chociaż patrzyli, jak wraz z furmanem pchałem wóz, by koniom ulżyć. Bo po cóż to, czy nie zapłacili dwadzieścia pięć kopiejek za tę przyjemność?
Biedny furman prosił i błagał ich, by zeszli z wozu, później groził, wreszcie doszło do wzajemnego obsypywania się obelgami i przekleństwami. Po pięciogodzinnej takiej jeździe nareszcie ujrzałem wieżycę kościoła naszego miasteczka, która trzy wiorsty przed miasteczkiem była już widoczna. Dopiero tu wsiadłem z furmanem, a konie ruszyły jakoś żwawiej, pewno przypomniały sobie obrok, który na nich oczekiwał.
Późna już była noc, gdy zapukałem do drzwi rodzinnego domu.