XI

Nadszedł rok 1911 i życie w domu płynęło zwykłym trybem, a ja przyszedłem ostatecznie do zdrowia. Zacząłem więc opuszczać mieszkanie, by odetchnąć świeżym powietrzem nadchodzącej wiosny. Nie omieszkałem też pobiec nad brzeg Narwi, by przyglądać się, jak powłoka lodowa zaczęła się ruszać. Słychać też już było świergot ptasząt, a lasy powoli zmieniały kolor. Przyroda rwała się ku życiu. Były to ostatnie dni marca. W miasteczku panował ruch. Zapach macy czuć było wokoło. Nadchodziły bowiem tradycyjne święta żydowskie „Pejsach”31. W samym rynku mieszkańcami byli wyłącznie Żydzi, co chwila można było widzieć, jak z jakiegoś domu wynoszą kosze macy o różnych rozmiarach, przykryte białym prześcieradłem. Co dziesiąty dom piecze mace, więc śpiew i śmiech młodych dziewcząt tam zatrudnionych zewsząd dolatywał do uszu przechodnia.

Getto żydowskie rwie się do życia. Najbiedniejszy jest zadowolony z tych świąt macy, gdyż bezpłatnie otrzymuje wtedy wszystko, czego wymaga rytuał. A także prorok Eliasz odwiedza biedaka, by wypić u niego swój kielich lichego wina, jak u bogacza wina „Karmel”. U nas w domu panuje ruch. Biorę w nim czynny udział i pomagam domownikom.

Ojciec teraz najwięcej przebywał we młynie, położonym o siedem wiorst od naszego miasteczka. Na trzy dni przed świętami wrócił do domu. Był jakoś podrażniony. Krzyczał, przeklinał na wszystkie strony, a przy byle jakiej i okazji denerwował się. Dziwiło mnie to bardzo, gdyż sprzeczne było z jego charakterem. Mnie, najstarsze z dzieci, jakby naumyślnie upatrzył, by na każdym kroku prześladować i cynicznie przezywać „jeszywe bocher32. Gdy matka próbowała go uspokoić, to ją nawet raz odepchnął tak brutalnie, że upadła mdlejąc. Gdy patrzyłem na to, cała moja czternastoletnia dusza zbuntowała się przeciwko ojcu. Do dzisiejszego dnia obraz ten pozostawił w mej pamięci wrażenie niezatarte. Ojciec co prawda zaraz potem przepraszał matkę, a ta święta kobieta przebaczała mu, ja jednak w głębi duszy nigdy mu tego nie przebaczyłem.

Nadszedł wreszcie pierwszy dzień świąt. W domu zamiast nastroju świątecznego panowała jakaś naprężona atmosfera. Ojciec był czymś nadzwyczaj zajęty. Całe osiem dni świąt chodził jak obłąkaniec. Przeglądał wciąż jakieś rachunki i książki. Matka też coś tam liczyła.

Nareszcie dowiedziałem się, co było przyczyną tego zdenerwowania. Otóż ojciec stał pod groźbą bankructwa — brat jego, związany z ojcem finansowymi sprawami, zrujnował się doszczętnie w interesach i uciekł do Ameryki. W następstwie kilka piekarń ogłosiło także bankructwo, każda narażała ojca na kilka tysięcy rubli. Epilogiem tego było wystawienie na licytację parowej cegielni stryja, z lasem i zabudowaniami. Po spieniężeniu tego wszystkiego brakowało jeszcze piętnastu tysięcy rubli, by pokryć długi stryja. Ojciec zaczął więc układy z wierzycielami, które odbywały się u nas w domu, a podczas których nie obeszło się bez awantur.

Widząc to, wierzyciele ojca pośpieszyli także po swoje długi. Pamiętam jak dziś ten przykry dzień. Było to w sobotę wieczorem. Wierzyciele zgłosili się naraz po swe należności. We wszystkich pokojach pełno było ludzi. Powierzyli oni w swoim czasie ojcu swe zaoszczędzone pieniądze na procent, uchodził on bowiem za majętnego człowieka. Teraz zaś, gdy usłyszeli o bankructwach, nie orientując się w sytuacji i nie pytając, czy i ojciec należy do grona upadłych firm, przyszli i krzyczeli, by im natychmiast zwrócił krwawo zapracowane pieniądze.

Ojcu nie dawali dojść do słowa i kto wie, jak by to się skończyło, gdyby w porę nie przybył ksiądz proboszcz Ch., staruszek szanowany w całym miasteczku nawet przez Żydów, jego uwadze nie uszło żadne poważniejsze zdarzenie w okolicy.

Po zauważeniu go wszyscy ucichli i skierowali swe oczy w stronę przybyłego.

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! — powitał ich staruszek.

Na te słowa obecni, nie wyłączając i Żydów, porwali czapki z głów. Po serdecznym przywitaniu się ze zgromadzonymi ksiądz porozumiał się z ojcem. Potem zwrócił się do obecnych i przemówił:

— Panowie, opamiętajcie się! Strach przed stratą waszych pieniędzy opętał was do tego stopnia, że sami nie wiecie, co robicie. Pan F...cz33 w zupełności jest w stanie pokryć wszystkie swoje zobowiązania w każdej chwili. Możecie więc iść w spokoju do domu, a w poniedziałek o godzinie szóstej wieczór każdy, o ile chce wycofać swe pieniądze, niech przyniesie weksle czy kwity, a otrzyma należność z procentami.

Spojrzeli po sobie pytająco z pewnym niedowierzaniem, wątpiąc, czy nie będzie już za późno. Myśleli, że jak stryj zrobił plajtę, to i ojca może spotkać to samo. Spostrzegłszy wahanie, ksiądz proboszcz jeszcze raz zapewnił ich, że każdy otrzyma swą należność i że on za to bierze na siebie odpowiedzialność. To ich ostatecznie upewniło. Jeden za drugim zaczęli opuszczać mieszkanie. Po tym zajściu, w rezultacie zostało kilka połamanych krzeseł.

W poniedziałek o umówionej godzinie ojciec zaczął wypłacać wszelkie należności swym wierzycielom. Każdy otrzymał swoje co do grosza. Większa część prosiła ojca, aby z powrotem wziął pieniądze na procent, lecz ojciec stanowczo odmawiał.

Wspominając dość często przykrą sytuację ojca z owej soboty, zadawałem sobie pytanie, czy ten szanowny staruszek, który wybawił ojca z opresji i zażegnał większą awanturę, także nie posiadał duszy, jak to rebe określił. Mocno zwątpiłem w prawdomówność rebego.

Zastanawiałem się również często nad tą sprzecznością, która zabrania Żydom zawierać bliższą łączność z gojami, a jednak w życiu jest inaczej, bo z nimi się łączą i współpracują. Patrzyłem na to codziennie. W domu naszym stałymi gośćmi byli ludzie rzekomo nieposiadający duszy, a jednak mile widziani, bo od nich zależały nasze interesy. Nie mogłem wówczas należycie zrozumieć tego, że w chederze uczą, by się z nimi nie stykać, a w domu bez nich obejść się nie mogą, a ojciec prowadzi z nimi największe interesy.

Muszę jeszcze o jednym z tych ludzi bez duszy wspomnieć, szlachetność jego bowiem pozostawiła we mnie niezatarte wspomnienia. Był nim hr. K.34, człowiek nader dobry. On to założył straż ogniową w miasteczku, której był naczelnikiem.

Przyjazd jego do nas był zazwyczaj związany z pewną ceremonią, gdy bowiem nadjeżdżał swą karetą zaprzęgniętą w czwórkę ładnych koni, lokaj stawał przed gankiem, a hrabia, nie wysiadając, głosem doniosłym sylabizował nazwisko ojca, a nawet śpiewał te sylaby tak długo, aż ktoś nie usłyszał. Wówczas ojciec i matka śpieszyli ku drzwiom, witając go mniej więcej słowami: „najniższy sługa jaśnie wielmożnego pana hrabiego” i powtarzali to przy otwieraniu drzwi licznych pokoi, prowadząc go do salonu. Hrabia krokiem wolnym posuwał się naprzód i wreszcie siadał na podsuniętym fotelu. Podczas rozmowy żartował, rzucając tłuste dowcipy zagraniczne, które często przez słuchaczy nie były zrozumiane. Odwiedziny te były dość częste, gdyż hrabia przesiadywał większą część roku w Monte Carlo. Zmuszony więc był biedak w progi ojca często zaglądać. Wizyta jego u nas nie trwała dłużej niż dwadzieścia minut. Czas ten regulował, kładąc swój złoty zegarek na stole. Był bardzo punktualny. Punktualność jego nieraz przysporzyła ojcu zmartwienia. Zdarzało się to wówczas, gdy hrabia potrzebował większej sumy na termin.

Przyszły już i święta. Wiosna zapowiadała się przepięknie. Wszyscy jeszcze byli pod wrażeniem przebytych dopiero co świąt. Biedacy kończyli resztki macy, a zamożniejsi spieszyli do dentysty, by leczyć zęby. Była to przymusowa kuracja po macach, którymi w przeciągu siedmiu dni przymusowo się odżywiali.

Pewnego dnia przed wieczorem matka znów wzięła się za mnie. Musiałem pokazać otrzymane od niej dziesięć rubli w złocie. Spojrzawszy na datę roku, oddała mi z powrotem, dodała jeszcze rubla na własny użytek, przy czym zawiadomiła, że tym razem sama pojedzie ze mną do Ł. i pomyśli, gdzie ma mnie umieścić. Przy tym wyjazd został wyznaczony na następny dzień.

Próbowałem delikatnie wspomnieć, że pragnąłbym pozostać na tej samej stancji, lecz matka badawczo spojrzała na mnie i zaznaczyła, że nim zdecyduje, musi najpierw pomówić z moją byłą opiekunką, teraz nic nie wie. Zapewniła mnie wszakże, że mogę być spokojny, gdyż otrzymam dobrą stancję.