XIII
Nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć z wrażenia, gdy ktoś zapukał do drzwi. Zapanowała cisza jak za dotknięciem różdżki. Zapukano jeszcze raz. Nikt się jednak z nas nie odzywał. Źle, co robić? Wtem, o zgrozo, ktoś kluczem otwiera drzwi. Strach nas opanował nie do opisania, gdyż dowody naszych przestępstw, jak brzytwy, miseczki z mydłem, kilka książek treści beletrystycznej itd. mieliśmy przy sobie. Rozmyślaliśmy nad tym, kto to może być.
Upłynęła męcząca chwila i oto w drzwiach stanął szames w całej swej okazałości, uśmiechając się chytrze i mrugając przy tym swym zdrowym okiem.
— No i co? Ładnie wszyscy pogoleni! Muszę iść po rosajszywę, niech wie, kogo on tu ma...
I chciał już zawrócić. Wtem główny organizator całej imprezy, to jest mój przyjaciel, ujął go za kołnierz i przykładając pięść do nosa, począł recytować słowo za słowem:
— Pamiętaj, jeżeli komu piśniesz chociaż słówko, to ci drugie oko wydłubię.
Wszyscy struchleli, widząc taki obrót rzeczy. Szames zbladł jak trup, bo tak silnie ujął go za klapy, że o mało go nie udusił. Skończyło się na tym, że każdy z nas, a była to sama jeszywecka śmietanka, dał mu po pięćdziesiąt kopiejek, za co miał milczeć. Po wtóre musiał się liczyć z tym, że najwięcej targował właśnie od nas za te specjały, które co dzień na śniadanie jego żona z córką nam sprzedawały, dał więc spokój!
Od chwili wykrycia naszej kryjówki obraliśmy sobie na schadzki inne miejsce. Było ono już daleko poza murami szkolnymi. Tam za to bez obawy praktykowaliśmy wszelkie przez zakon i regulamin jeszywetu zakazane sprawki.
Życie tym razem w jeszywecie szło mi nieźle. Miałem wesołych kolegów. W towarzystwie ich dość często, wprawdzie pod wielkim sekretem, udawałem się co sobotę do Turka na kawę i ciastka. Zastanawiając się nieraz nad tymi występkami, czyniłem sobie każdorazowo wyrzuty, że chcąc być rabinem, nie można tak się prowadzić. Ale cóż, byłem tylko człowiekiem, więc i skłonny do grzechu.
Pewnego sobotniego wieczoru, gdy wyszedłem na spacer do ogrodu, ujrzałem, że przy kinie gromadzą się ludzie, więc i ja też się zatrzymałem. Czytając afisz, nic nie mogłem zrozumieć, co składa się na program, ale za to przemawiały do mnie obrazki. Rozglądając się wokoło, czy nie widzi mnie ktoś ze znajomych, wślizgnąłem się do środka i stanąłem przy kasie. Niecierpliwie czekałem na bilet z myślą, że gdyby mnie ktoś ze znajomych ujrzał, miałbym się z pyszna. Nareszcie dostałem bilet i wszedłem do poczekalni. I to, com ujrzał, zdziwiło mnie ogromnie. Nie dowierzałem własnym oczom. Zdjąłem więc szkła, lecz wzrok mój mnie nie mylił. Oto ujrzałem córkę dyrektora jeszywetu w towarzystwie mego przyjaciela Z., tego właśnie, który nas golił. Gdy mnie ujrzeli, zbliżyli się, witając. Powitanie nasze jednak było takie, jakbyśmy się spotkali w piekle, wierząc, że za życia byliśmy najcnotliwszymi ludźmi. Po porozumieniu się obiecaliśmy sobie dla wspólnego dobra nasze spotkanie zostawić w tajemnicy.
Zawstydzony siedziałem w czasie seansu w pobliżu pięknej córki głowy jeszywetu. Śmiała się cały czas, trącając swego przyjaciela, istne żywe srebro i nawet pozwalała się całować, gdy było ciemno. To całowanie się denerwowało mnie bardzo i nie wiedziałem, gdzie mam patrzeć, czy na ekran, czy na całujących się obok.
Ta przyjaciółka z pierwszego seansu wyszła później za mąż za prawdziwego rabina i dziś jest rabinową, a co jeszcze mi kolega powiedział w sekrecie o niej, to nikomu już tego nie powiem...
Pomimo wszystkich mych dziecięcych wybryków, w nauce byłem jednak pilny i rosajszywe obiecał, że po skończeniu półrocza nauki przeprowadzi mnie do drugiej klasy. Nie omieszkałem o tym donieść matce. Wiedziałem, że nic dla niej nie jest milsze niż moje postępy w nauce. Była jeszcze za granicą. Pisała do mnie nieomal co dzień, a do domu raz na tydzień. Doszło nawet do tego, że gdy ojciec przyjechał w niedzielę, to pytał mnie, co słychać u matki. Żalił się przy tym, że do niego nie pisze. W jeszywecie płynęło życie spokojnie, nie było tam żadnego bicia za występki, jeżeli uczeń coś przeskrobał, to bywał tylko przedstawiony przed rosajszywę, a ten umiał tak długo do ucznia przemawiać, że najzagorzalszy grzesznik musiał okazać skruchę, o czym też sam przekonałem się rychło.