XLVII
Pewnego dnia zaraz na początku udaliśmy się ze Staśkiem do miasteczka G., położonego nad samą granicą niemiecką. Do tego miasta sprowadził nas pewien Żyd.
Stanęliśmy obydwaj w jego domu dopiero wieczorem o godzinie dziesiątej. Mieszkał przyzwoicie, jako zamożny handlarz bydła. Miał rok więzienia za jakieś „szmukle”208. On to zapoznał się ze mną w więzieniu, a teraz spotkawszy się ze mną, nadał mi robotę u pewnego „waluciarza” i zabrał nas ze sobą, by się odegrać, jak mówił, temu kupcowi, który oskarżył go i przez którego siedział w więzieniu.
Przenocowaliśmy u niego i przez cały dzień nie pokazywaliśmy się nikomu. Dopiero wieczorem wyszliśmy sobie na miasto. Pokazał on nam miejsce zamieszkania tego waluciarza, a zarazem mieliśmy tam parę koni zabrać, by zaraz stąd odjechać. Robota po wielu specjalnych zabiegach, w strachu dokonanych, doskonale się udała, po czym na parze ładnych kasztanów, zaprzęgniętych w sanie, ruszyliśmy w drogę.
Dopiero rano, o godzinie jedenastej, stanęliśmy u pewnego pasera o dziewięć mil od miejsca kradzieży. Paser obejrzał konie i uprząż, pokiwał głową i rzekł:
— Hołotę od was wezmę, ale pieniądze dam wam dopiero w niedzielę, będę w Łomży, tam wszystko zapłacę.
— Dlaczego dopiero w niedzielę? — spytałem.
— Dlatego, mój kochany, że jak mi się zdaje po całym zaprzęgu, to konie te są żydowskie.
— Więc cóż, że żydowskie? — próbowałem zapytać.
Paser spojrzał na mnie ze zgorszeniem i odparł po żydowsku:
— Ny, nie dziwiłbym się temu gojowi, gdyby się o to pytał, ale ty się o to pytasz? — to mnie bardzo dziwi.
— Nic z tego nie rozumiem — odparłem.
Paser popatrzył na mnie chwilę i niedowierzająco zagadnął:
— Jak długo jesteś hołociarzem?
— Ja wcale nim nie jestem, tylko chwilowo to robię.
— Ach, tak, to co innego, więc ci powiem: żaden porządny paser koni kradzionych u Żydów i za darmo nawet nie weźmie. Chamskie konie, to rzecz inna, daj jak najwięcej, a zawsze kupię.
Po tym objaśnieniu, pomimo naszych zapewnień, że konie pochodzą od gojów, paser nam pieniędzy nie dał. Wypito flaszkę pejsachówki i po umówieniu się, co ma nam za konie zapłacić, odstawił nas jego parobek własnymi końmi do Łomży.
W niedzielę przyszedłem do zajazdu, gdzie miałem go spotkać i bez słowa zapłacił umówioną sumę nowymi sturublówkami i kazał więcej takich koni przyprowadzać, to zawsze kupi.
Myślałem w duchu, że nareszcie złapał się paser, konie były naprawdę żydowskie. Dziwiłem się, że przez te cztery dni nie dowiedział się.
Upłynęło już ze dwa tygodnie czasu i pewnego dnia spotkał mnie na ulicy pewien paser zwany „Złoty Ząb”.
— Ach, to ty, „Nachalnik”? Ja cię już właśnie po całym mieście poszukuję. Chodź jeno ze mną.
— Dokąd? — próbowałem się dowiadywać, widząc jego rozgorączkowanie.
— Ny, chodź no ze mną prędzej do Jechona, tam się dowiesz.
Gdy stanęliśmy u tego Jechona, gdzie właśnie paserzy się zawsze zjeżdżali, od razu ujrzałem tego pasera, co kupił od nas żydowskie konie. Ten zaraz od progu skoczył na mnie.
— Ty cholernik „szejgic”209, te konie przecież były żydowskie, co teraz będzie?
— Co ma być? — spytałem ironicznie. — Ten Żyd kupi sobie drugie.
— Ty ze mną nie żartuj — pogroził mi. — Siadaj tu! Musimy pomówić.
Zauważyłem, że jeden z obecnych, których tu było kilku, a którego nie znałem, zamknął drzwi pokoju na klucz. „Dintojra” — pomyślałem.
Jeden z obecnych paserów, między którymi byli i złodzieje, zwrócił się do mnie:
— Jak ty będziesz tak dalej robił, to źle będzie z tobą. Paserowi należy mówić prawdę, skąd kradzież pochodzi, żeby wiedział, skąd i dokąd można towar sprzedać. Czyś ty wiedział, że te hołoty są żydowskie?
— Ja — odparłem — po raz pierwszy byłem w tym miasteczku i na ślepo zrobiłem tę „robotę”, skądże mogłem wiedzieć, że konie te są żydowskie, czy nieżydowskie. Konie nie przemówiły do mnie ani po żydowsku, ani po polsku, gdy im żelazne pęta zdejmowałem i wyprowadziłem ze stajni — zakończyłem szyderczo.
Paserzy spojrzeli po sobie, a jeden z kozią bródką krzyknął:
— Ty nie bądź taki fetniak210. U nas, jak my zechcemy, wnet przestaniesz być mądry.
Zmierzyłem go śmiało i wyzywająco, a kto wie, do czego by doszło, gdyby paser, który żydowskie konie kupił, nie stanął nagle po mojej stronie.
— Słuchaj, „Smerke”, ty go tam nie strasz, on jest dobry „urke” i znają go między naszymi, możemy załatwić po dobremu, on zna prawo złodziejskie lepiej niż ty.
Tu zwrócił się do mnie:
— Konie mnie sprzedaliście, a szmuk211, który zabraliście, komu sprzedaliście? — pogroził mi żartobliwie palcem.
— Nie wiedziałem, że pan żydowską biżuterię kupuje — odparłem.
— Jak to — krzyczał — szmuk ja bym nie kupił? Ładny interes! Ny, co teraz będzie?
— Ale gdzie twoi wspólnicy? Może i ich trzeba zawołać? — zapytał jeden z sędziów.
— To zbyteczne — odparłem — oni zgodzą się na to, co ja zrobię.
— Więc słuchaj, opowiem ci, co zaszło — mówił paser. — Do niedzieli trzymałem konie i nic nie słyszałem, akurat nawinął mi się kupiec i sprzedałem je do Niemiec za dwa tysiące czterysta rubli. Dopiero trzy dni temu, przed wieczorem, przychodzę do bóżnicy, patrzę, jakiś obcy Żyd stoi w kółku i opowiada Żydom, że okradziono bogatego walutnika, który też mieszka w tym domu. Przy tym jemu skradziono konie, które były całym jego majątkiem. A Żydzi mu doradzili, żeby się mnie poradził i... sumienie mnie ruszyło. Zawołałem go do rabina i pod przysięgą, że nie wyda, kto mu zapłacił za konie, bo kupiec zgłosiłby się do mnie i po biżuterię, o której nic nie wiem, więc zapłaciłem mu wartość tych koni. A moje dwa tysiące rubli diabli wzięli — zakończył ze smutkiem.
— Kto się panu kazał przyznawać samemu, gdy nikt o niczym nie wiedział?
— Jak to, ty myślisz, że przez te pieniądze będę miał na sumieniu żydowskie konie? Dotychczas, a już Bogu dzięki dwadzieścia pięć lat, jak paseruję, nie miałem tego na sumieniu, i dalej nie chcę mieć.
Obecni uśmiechnęli się z jego wywodów. Był to znany paser i bogaty handlarz koni. W miasteczku miał ze dwieście własnych domów. Miał też „za Rosji” pięć lat roty, a za co, warto tu nawet wspomnieć, od niego to słyszałem:
Miał zatarg z naczelnikiem tajnej policji rosyjskiej z powodu tego, że za małe łapówki dawał. Oni to umówili się, żeby go wyśledzić. Sam naczelnik go śledził. Był jednakże nieuchwytny. Całe bandy Cyganów dostarczały mu towar. On pchał to wszystko do Niemiec, bogacąc się coraz więcej. Pewnego razu skradziono w okolicy, u pewnego hrabiego, parę wyścigowych koni wielkiej wartości, podobno konie te zastał naczelnik u niego w stajni, gdzie zawsze stało do stu i więcej koni. Spytał go o świadectwo. Ten mówił, że dopiero jutro może je okazać, gdyż syn wyjechał, a ten miał świadectwo przy sobie. Naczelnik obłożył konie aresztem do rana. Rano ten zgłosił się ze świadectwami, gdy jednak udali się do stajni, by obejrzeć, czy opisane znaki z maścią się zgadzają, koni już nie było, a wszystkie zamki były nienaruszone. Policja musiała zapłacić mu za konie. Jednakże zaprzysięgli mu zemstę. Pół roku jeździł naczelnik po jarmarkach w różnym przebraniu, aż pewnego dnia, przebrany za Cygana, nakrył go przy odbiorze pary koni od Cyganów i zaraz go aresztował.
Więc jak z tego wynika, miał niejedne sprawki na sumieniu, a to go nie wzruszało, tylko kradzież koni żydowskiego pochodzenia uznawał za grzech.
Po dłuższej naradzie, na której zostały wchłonięte ze trzy gęsi i kilka flaszek wódki, naturalnie, że na mój koszt, stanęło na tym, że ja i Stasiek mieliśmy w ciągu tygodnia dostarczyć parę dobrych koni, za które nie mieliśmy nic dostać.
Zgodziłem się, widząc, że zadzierać tu nie warto, a gdy potem Staśkowi opowiadałem o tym, od razu też przystał, mówiąc mi, że on zaraz wiedział, iż tak będzie, bo paserzy nigdy żydowskich koni nie kupują.
Upłynęło już dwa miesiące po moim zwolnieniu, stosunki moje z „Kosą Mańką” uznałem od razu za szkodliwe dla mnie. Przez stosunki z nią poznała mnie policja, rekrutująca się przeważnie z Żydów, których musiałem opłacać często.
Pewien starszy agent Żyd B., najsławniejszy pogromca złodziei, zaczął mnie często zapraszać do siebie na obiady. Zrozumiałem, co on ma na myśli i trzymałem się ostrożnie.
Ten sam pan B. był już podobno kilka lat w Ameryce detektywem. Wystarczyło tylko spojrzeć na jego „cyferblat”212, by poznać w nim szpiega. Był wysokiego wzrostu, szeroki w barach, lat czterdzieści sześć, w binoklach. Nos zaś miał taki, że gdyby w Europie ogłoszono konkurs na największy nos, niewątpliwie on dostałby nagrodę. Chytry był jak lis, starał się dla pozoru żyć w przyjaznych stosunkach z lepszymi włamywaczami. Często byłem zapraszany przez niego do jego domu na obiad. A że się go bałem i nie chciałem go sobie zrazić, musiałem dla pozoru przyjmować zaproszenia. Wiedziałem, że on coś knuje, by mnie dostać. Wszakże to mu nie szkodziło, by brać łapówki i różne prezenty w rodzaju sztuki dobrego towaru czy ładnego zegarka itp.
Mieszkał przy ulicy Długiej, żona zaś jego była bezdzietna, więc chętnie mnie po macierzyńsku przyjęła, udzielając rady z serca, bym porzucił to życie. „Szkoda twych młodych lat” — tłumaczyła mi. Ostrzegła mnie też przed mężem, bym mu nic nie opowiadał. Jednym słowem była bardzo szanującą się kobietą, w przeciwieństwie do męża.
Pewnego razu przyszedłem do jednej znajomej dziewczyny z półświatka i ujrzałem tam parę męskich kaloszy stojących przy drzwiach. „Czyje to są?” — spytałem ją. Ta mi odpowiedziała, że pana B. „Był tu — mówiła — kilka godzin temu i zapomniał kaloszy”. Namówiłem ją, by takowe odesłała mu do jego domu. Nie namyślając się długo, zapakowała je i odniosła przez posłańca do jego domu z kartką tej treści: „Zwracam kalosze, które pan zostawił u mnie”. Żona zrobiła mu gwałtowną scenę, nigdy nie dowiedział się, że ja mu to zrobiłem. Dziewczyna tłumaczyła się, że nic złego nie myślała, tylko chciała kalosze oddać, nie wiedząc, że jest żonaty.
Skarżyła się często jego żona przede mną, wzdychając, że służąc w policji mąż się zdemoralizował i że przedtem taki nie był.
Razu pewnego starał się mnie nawet zwolnić, gdy zostałem aresztowany w podejrzeniu o kradzież. Zrozumiałem, że stara się uzyskać moje zaufanie, by mnie pociągnąć za język. Ale to mu się długi czas nie udało.
On był cwany, przechodząc praktykę amerykańską, ale i ja nie darmo przechodziłem praktykę u „Cwajnosa”. Jednakże po pewnym czasie jego chytrość przezwyciężyła moją lekkomyślność, o czym później się przekonałem.