XX

Obudziwszy się rano, spostrzegłem nowy garnitur, kamaszki i bieliznę, przyszykowane obok łóżka. Dzień ten przeszedł mi na wspomnieniach, a wieczorem rozpoczęły się uroczystości świąteczne. Nastrój przy stole panował na pozór taki sam jak dawniej, tylko miejsce obok ojca zajęła inna kobieta. Gdym spojrzał na ten fotel, w którym dawniej siedziała matka i z którego wzrokiem ogarniała swą gromadkę, wybuchnąłem znowu płaczem, a ze mną brat i siostra. Płacz ich nie był tak serdeczny, ale wyczuwałem, że i im brak ukochanej matki.

Ojcu, jak zauważyłem, potoczyły się także łzy. Macocha, widząc ten nasz ból, wstała, a zasłoniwszy sobie twarz chusteczką, wyszła do drugiego pokoju. Ojciec począł nas uspokajać, co mu niełatwo ze mną poszło. Długo jeszcze łkałem, nim zapanował spokój. Pierwszy raz w swym życiu odczułem szczerą, ojcowską miłość. Tego wieczoru otaczał mnie naprawdę czułą opieką. Tłumaczył mi, że krok ten uczynił dlatego, byśmy nie zostali bez zupełnej opieki.

Smutno też upłynęły te pierwsze święta Paschy po śmierci matki, chociaż macocha starała się okazać nam tyle dobroci, byśmy bólu nie odczuwali tak srogo. Niestety, chociaż brat i siostra mniej odczuwali brak matki, ja jednak nie mogłem nakłonić się, by obdarzyć macochę swym zupełnym zaufaniem.

Po świętach dowiedziałem się od ojca, co wpłynęło na oziębienie się stosunków między nami. Oto kuzyn w jednym z listów skarżył się na mnie, że mając się dobrze, zaniedbuję naukę. Radził więc ojcu, żeby mnie w biedzie podtrzymał, to prędzej wyjdę na człowieka, oprócz tego doniósł o wielu moich wybrykach. Gdym się o tym wszystkim dowiedział, opanował mnie taki gniew na niego, że wszystko, co tylko o nim wiedziałem, powiedziałem ojcu.

Ojciec, śmiejąc się z mej złośliwości, zapytał mnie, co myślę nadal ze sobą robić. Na to nic nie odpowiedziałem. Z braku mej odpowiedzi wyciągnął ojciec wniosek, że pragnę zostać w domu. Wobec tego stanu ojciec wypowiedział swe zdanie, jak zamierza mną nadal pokierować: „W domu zostać nie możesz — mówił — więc oddam cię na praktykę, bo tej mądrości jeszywetowej, zdaje się, masz dosyć”. Ostatnie jego słowa były dość złośliwie wypowiedziane.

Nie wiem sam, czy już wówczas czułem niechęć do wszelkiej pracy fizycznej. Nie chciałem jednak zostać żadnym rzemieślnikiem. Rozmyślając zaś nad tym, dlaczego ojciec nie chce mnie w domu, całą winę złożyłem na macochę. Posądziłem ją, że to jej pomysł. Pragnąc zaś dowieść, że nie uda jej się ten podstęp, odpowiedziałem ojcu w tonie stanowczym, iż postanowiłem wrócić do jeszywetu, by spełnić dane przyrzeczenie matce.

Odpowiedź moja ojcu nie spodobała się. Rozgniewał się na mnie i odparł, że mogę jechać, gdzie chcę, ale ani jednego grosza od niego więcej nie dostanę, jest bowiem przekonany, że ze mnie rabina nie będzie. Na tym skończyła się moja sprzeczka z ojcem.

Na drugi dzień po tej rozmowie posłany zostałem przez ojca do jednego z dłużników po odbiór osiemdziesięciu dwóch rubli za mąkę. Gdym pieniądze odebrał, powstała w mej głowie szalona myśl: „Masz pieniądze, możesz jechać, gdzie chcesz...” Z początku sama ta myśl przestraszyła mnie, lecz przypomniane słowa ojca: „możesz jechać, gdzie chcesz” wywołały w mej wyobraźni takie rozgoryczenie, że myśli moje uporczywie biegły ku temu, by udać się w świat. Z tym teraz walczyły słowa przykazania: „Nie kradnij”. Lecz i na to ostrzeżenie znalazło się wyjaśnienie w moim pojęciu, mianowicie, że pieniądze są ojca, a więc przywłaszczając je sobie, nikomu krzywdy nie zrobię. Tak walcząc ze sobą, zamiast iść do domu, udałem się za miasto.

Piękny to był dzień. Nie zdając sobie sprawy z tego, co czynię, dokąd kroczę, znalazłem się na drodze wiodącej do miasta R. Takiej sumy nie posiadałem nigdy przy sobie, toteż dodawało mi to bodźca, że dam sobie w życiu radę. Rozmyślając tak i co chwila sprawdzając, czy mam wszystkie pieniądze przy sobie, znalazłem się przy promie odległym od miasta o dwie wiorsty. Przewoźnik, przypatrując mi się bacznie, wypytywał się, dokąd idę. Poznał mnie, gdyż bywał w naszym domu. Chcąc uniknąć prawdy, kłamałem, jak tylko mogłem. Opowiedziałem, że ojciec posłał mnie w ważnej sprawie do majątku G., do pana dziedzica. Majątek ten wymieniłem, wiedząc, iż leży po drodze odległej stąd o dwa kilometry.

Sam się dziwiłem swoimi zdolnościami do tak gładkiego kłamstwa, nikt mnie przecież tego nie uczył i było to przeciwne mojemu charakterowi. Przyszło mi tu na myśl zdanie z Talmudu: „Awejro greres awejro!” (grzech pociąga grzech!).

A może zawrócić, póki jeszcze czas, pomyślałem, zdając sobie sprawę z mojego czynu i skutków, jakie za sobą pociągnie, jaki to na przykład będzie rwetes w domu i jakie znów będą plotki chodzić po miasteczku. Lecz jakby popychany jakąś złą, nieznaną mi siłą, po przebyciu Narwi szedłem wciąż dalej i dalej. Minąłem wielką wieś G. i zbliżałem się do miasteczka R., położonego o dziesięć kilometrów od naszego domu.

W miasteczku dowiedziałem się, że niedaleko stąd znajduje się stacja kolejowa i że pociąg odchodzi raz na dobę, przystając na tej stacji na krótką tylko chwilę. Toteż dołączyłem się do kilku pasażerów udających się na kolej i po zapłaceniu 10 kopiejek zająłem miejsce na furmance, która tam zdążała. Przybyliśmy za wcześnie. Musieliśmy czekać na pociąg do godziny dwunastej w nocy.

Dziwna rzecz, pod moimi stopami, rzec można, paliła się ziemia. Gdy tylko ktokolwiek zapytał, dokąd jadę lub nawet tylko spojrzał, zdawało mi się, że już wie, com za jeden, skąd jestem, że już czyta na moim obliczu słowo „złodziej” i gotów jest oddać w ręce groźnego „Matwieja”. Lękałem się własnego cienia. Pożałowałem teraz, żem uczynił nieopatrzny krok. Ale cóż, zawrócić było już niemożliwe. W naszym miasteczku zapewne teraz o niczym innym nie mówią, jak tylko o mojej ucieczce. A więc „mosty spalone”, co ma być, niech będzie. Dłużej zatrzymałem się na myśli, dokąd mam się udać. Jedno już wszakże było zdecydowane, że do posępnych murów jeszywetu nie wrócę. Pójdę w świat... Wszystko jedno dokąd! Czułem pieniądze w kieszeni, a więc jakoś tam będzie...

Za dwa dni znalazłem się w dużym, obcym dla mnie mieście, w Wilnie. Większą część dnia wałęsałem się bez celu po ulicach, gdy zaś odczuwałem głód, zachodziłem do tej lub innej herbaciarni. W jednej z nich zawarłem znajomość z Żydkiem, który twierdził, że pochodzi z moich stron. Wierzyłem mu, gdyż opowiadał mi o ludziach, których znałem. Po półgodzinnej rozmowie tak mnie ujął, że już zwierzyłem mu się z moich podróżniczych zamiarów, a także z tego, że posiadam pieniądze i skąd je posiadam. Słysząc to, Żydek tak wielką zapałał do mnie przyjaźnią, iż postanowił razem ze mną udać się w świat.

Od tej chwili nie odstąpił mnie już na krok. Wieczorem zaś zaprowadził mnie do pewnego domu na jedną z dalszych ulic, gdzie miała mieszkać rzekoma jego krewna i gdzie mogę być bezpieczny przed ewentualnym pościgiem ojca.

Przyjęła mnie młoda kobieta. Po zaznajomieniu z nią mój przygodny znajomy objaśnił mnie, że mogę tu być jak u siebie w domu. Następnie przeprosił i wyszedł pod pozorem załatwienia jakichś niecierpiących zwłoki spraw.

Gdy znaleźliśmy się sami, młoda kobieta, uśmiechając się tajemniczo, poprosiła, bym zajął miejsce obok niej na kanapie. Propozycja nieco mnie zdziwiła, jednak po pewnym wahaniu uczyniłem zadość jej życzeniu. Zauważyłem, iż jest nadzwyczaj ładna, tak przynajmniej mi się zdawało. Toteż z przyjemnością odpowiadałem na jej zapytania, a gdy w pewnej chwili ujęła mnie za rękę i pociągnęła bliżej do siebie, zbytnio nie opierałem się. Zachęta zaś jej, bym był śmiały, do reszty mnie pobałamuciła, tak że bliski byłem, by skorzystać z jej propozycji...

Nagłe szarpnięcie przyprowadziło mnie do przytomności. Obejrzałem się. Przede mną stał mężczyzna nieznany mi, w starszym już wieku, w groźnej postawie. Kobieta, przerażona, odskoczyła ode mnie; a ja, nie orientując się wcale w tym, co zaszło, siedziałem bezradny, zdziwiony i przestraszony.

On zaś, podnosząc pięść nad moją głowę, krzyczał: „Ty szczeniaku jeden... przyszedł mi tu żonę bałamucić!... Ja cię nauczę rozumu!...” Kobieta, widząc grożące mi niebezpieczeństwo, rzuciła się między nas i zasłoniła mnie sobą.

Cała historia skończyła się tym, że za chwilę zostałem wyrzucony na ulicę „goły”, jak to mówią „jak święty turecki”, gdyż zabrano mi w trakcie tego cały mój kapitał. Zrozumiałem wtedy, że padłem ofiarą tego, co ludzie nazywają „złodziejem”, o takich złodziejach już coś niecoś słyszałem u mej opiekunki Nr 2.

Sprytnie obmyśloną tę komedię, a niemniej też i dobrze zagraną przez kompanów, zapoczątkował mój przygodny znajomy z kawiarni.

Później, gdy sam już należałem do tego świata i poznałem arkany i sztuki złodziejskie i gdy nieraz przyszło się spotkać z tym „zacnym” towarzystwem, śmiano się ze mnie i z mej dawnej naiwności. Sam z tego wówczas się śmiałem i uznawałem ich zasadę, że „z frajera dusza won, jak z konia para”, co mniej więcej odpowiadało temu, iż kto daje się nabrać, trzeba go wykorzystać do ostatka.

Nastąpiły smutne dni. Zostałem bez grosza. Nie wiedziałem, co ze sobą począć. Łaziłem bezcelowo po ulicach, przystawałem przed wystawami sklepów, najdłużej zaś przed tymi, gdzie wystawione były artykuły spożywcze, głód bowiem odczuwałem od dawna. Nie lepiej też przedstawiała się sprawa z noclegiem. Wreszcie zdecydowałem się przenocować w domu modlitwy. Tam się więc udałem. Po przybyciu rychło zwróciłem na siebie uwagę szamesa. Spostrzegł, iż jestem tu obcy, gdyż przesiedziałem tu dłużej niż czyni to nawet najbardziej pobożny Żyd, wówczas zainteresował się mną bliżej. Zawarliśmy znajomość.

Był to człowiek lat około pięćdziesięciu. Wydał mi się bardzo sympatyczny. To i owo opowiedziałem mu o sobie. Jak widać, podobałem mu się, w wyniku bowiem tej znajomości dopuścił mnie do pomocy w swoich czynnościach, a więc podmiatałem, robiłem porządek itd.

Otrzymałem za to od szamesa pożywienie. Po naszej pracy zwykle odpoczywaliśmy, spędzając czas na pogawędkach. Otóż pewnego razu posunąłem swe wynurzenia do tego stopnia, iż przyznałem mu się, że byłem uczniem jeszywetu, pomijając ma się rozumieć fakt okradzenia ojca, ograniczając się zaś tylko do krótkiej wzmianki, że byłem synem zamożnych rodziców, a teraz jestem sierotą. Słysząc to, szames poderwał się z miejsca i począł mi czynić wymówki, dlaczego tak długo o tym skrywałem, bo on wówczas całkiem inaczej by mnie traktował i nie pozwoliłby wykonywać prostej roboty, która nie przystoi dla ucznia jeszywetu. I rzeczywiście od tego momentu sytuacja moja zmieniła się na lepsze.

Wkrótce za staraniem szamesa otrzymałem posadę nauczyciela języka żydowskiego na prowincji, dokąd też i pojechałem...